Archiwum: Listopad 2014

 

     Polskie drogi to drogi śmierci. Sytuacja się nie poprawi, bo rząd zablokował pieniądze na budowę nowych dróg
wpis z dnia 30/11/2014

 

Według danych eurostatu w 2013 roku współczynnik śmiertelności na polskich drogach wyniósł 87 ofiar na milion mieszkańców i był niemal najwyższym w całej Unii Europejskiej. Prezes NIK ma proste rozwiązanie: "Budowa autostrad i dróg ekspresowych to najpewniejsze narzędzie do poprawy bezpieczeństwa". Problem w tym, że rząd drastycznie ograniczył wydatki na nowe drogi. W przyszłym roku powstanie ich jedynie... 45 km. 

Najwyższa Izba Kontroli opublikowała kilka dni temu raport na temat stanu bezpieczeństwa polskich dróg. Wnioski są zatrważające. Pod względem współczynnika śmiertelności na drogach zajmujemy niechlubne drugie miejsce w Unii Europejskiej. Więcej ludzi na milion mieszkańców ginie na drogach jedynie w Rumunii. Zdaniem prezesa NIK - Krzysztofa Kwiatkowskiego - poprawić bezpieczeństwo na polskich drogach można w bardzo łatwy sposób: budując w całej Polsce sieć autostrad i dróg ekspresowych. Problem w tym, że rząd PO-PSL drastycznie ograniczył wydatki na budowę nowych dróg w Polsce. Jeszcze w 2011 roku na budowę dróg ekspresowych i autostrad rząd wydał 26,3 mld zł. W tym roku na ten cel poszło jedynie 5,2 mld zł. W efekcie w przyszłym roku oddanych do użytku ma być jedynie... 45 km nowych dróg.

 

Czytaj więcej: Bardzo mało nowych dróg w 2015 roku (Rp.pl)
Czytaj także: Jak poprawić bezpieczeństwo na drogach (Rp.pl)
Czytaj także: W '14 wydatki na budowę dróg przewidziane w zał. nr 5 to 5,2 mld zł, a w '15 11,9 mld zł (Bankier.pl)
Czytaj także: Dane statystyczne dla poszczególnych państw członkowskich dotyczące liczby ofiar śmiertelnych wypadków drogowych w 2013 r. (Europa.eu)
wpis z dnia 30/11/2014

   


  

     Ministrowi finansów w kwestii podatków będzie pomagać 25-osobowa (!) rada. Ciekawe co doradzi i kto za to zapłaci?
wpis z dnia 28/11/2014

 

Ekipa rządowa uwielbia otaczać się różnego rodzaju gremiami doradczymi na koszt podatników. Premier ma swoją Radę Gospodarczą i 17 specjalnych (dobrze opłacanych) pełnomocników, prezydent swoich doradców, których kariery kształtowały się jeszcze w PRL. Swojej rady doradców zapragnął także minister finansów Mateusz Szczurek. Właśnie powołał zespół 25 osób, które będą się zastanawiały jak lepiej ściągać podatki. By żyło się lepiej!

 

Szef resortu finansów powołał 25 osób do "Rady Konsultacyjnej Prawa Podatkowego". Głównym funkcją Rady ma być bieżące opiniowanie i konsultowanie zmian w prawie podatkowym. Zdaniem jej przewodniczącego - Bogumiła Brzezińskiego - Rada ma być dla urzędników Ministerstwa Finansów "zwierciadłem ich działań". W kontekście powołania tej rady powstaje pytanie ważne pytanie - czy pracujący dla ministerstwa eksperci (nie jest ich mało) nie ogarniają na tyle tematu, że potrzeba powoływać dodatkowe gremia doradcze?

 

Ekipa PO-PSL przejmując władzę obiecywała zmniejszenie biurokracji. Okazało się jednak, że w ciągu ostatnich lat armia urzędników znacząco się rozrosła, a zły przykład szedł z samej góry. Obecny gabinet premier Ewy Kopacz, oprócz Rady Gospodarczej (14 członków) zatrudnia aż... 17 specjalnych pełnomocników, których wynagrodzenia i obsługa (biura + pracownicy podwładni) pochłania co roku miliony złotych! Na stronie internetowej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów możemy się dowiedzieć ciekawych rzeczy na temat tego jak rząd wydaje nasze pieniądze. Nazwy niektórych pełnomocników brzmią co najmniej absurdalnie. Na przykład zarządzeniem z dnia 24 września 2014 r. premier Kopacz powołała "Pełnomocnika do spraw Koordynacji Udziału Prezesa Rady Ministrów w Spotkaniach Rady Europejskiej" (sic!). Donald Tusk nie był gorszy. W trakcie swojego urzędowania powołał między innymi: "Pełnomocnika Prezesa Rady Ministrów do spraw Koordynacji Oceny Skutków Regulacji", "Pełnomocnika Rządu do Spraw Wprowadzenia Euro przez Rzeczpospolitą Polską", czy też "Pełnomocnika do Spraw Dialogu Międzynarodowego" (którym został Władysław Bartoszewski). Czy pełnomocnik rządu może liczyć na wysokie wynagrodzenie? Odpowiedz brzmi: może. Dla przykładu warto wspomnieć o Pełnomocniku ds. Równego Traktowania - Agnieszce Kozłowskiej-Rajewicz - która w ciągu 2012 roku otrzymała łącznie 170,1 tys. zł pensji (średnio miesięcznie nieco ponad 14 tys. zł). Pracujący dla niej "doradcy polityczni" (2,5 etatu w 2012 r.) zarobili 191,6 tys. zł, zaś zatrudnieni pracownicy biura pełnomocnika (17 etatów) otrzymali 1,37 mln zł wynagrodzenia. Podkreślmy - wszystko sponsorowane z naszych (podatników) pieniędzy.

 

Czytaj więcej: Rada 25 ekspertów podatkowych będzie oceniać pomysły resortu finansów (Bankier.pl)
Czytaj także: Rządowa biurokracja na całego! Gabinet Ewy Kopacz zatrudnia aż siedemnastu opłacanych z budżetu pełnomocników! (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 28/11/2014

  


  

     Burdel z wyborami i opóźnienia PKW będą nas kosztowały dodatkowe 133,8 mln zł?!
wpis z dnia 27/11/2014

 

Nie wykluczone, że kompromitacja PKW związana z kilkudniową niemożnością policzenia głosów spowodowaną niewydolnością oprogramowania będzie nas prawdopodobnie kosztowała dodatkowe 133,8 mln zł. Rząd rozważa bowiem wypłacenie dodatkowych pieniędzy członkom komisji wyborczych poprzez zdublowanie ich diet.

 

Ktoś kiedyś powiedział, że Polska to bardzo tolerancyjny kraj. Za afery, przekręty i przestępstwa kryminalne grozi co najwyżej podanie się do dymisji lub przejście na dobrze płatną emeryturę. Jeśli ktoś nawet będzie próbował wymierzyć sprawiedliwość w sądzie, to proces potrafi utknąć w miejscu na kilkanaście lat z uwagi na ciągłe zmieniające się składy sędziowskie, sprzeczne opinie biegłych czy w końcu - zły stan zdrowia oskarżonego. Za kompromitację związaną z wyborami konsekwencję są co najwyżej "honorowe". Członkowie PKW podali się do dymisji i większość z nich rozpoczęła miłe życie na sędziowskiej emeryturze. Jeśli rząd zdecyduje się na wypłatę 133,8 mln zł na dodatkowe diety dla członków komisji wyborczych, to jednego możemy być pewni - pieniędzy tych nie pokryją członkowie PKW, którzy za ten stan rzeczy odpowiadają. Pieniądze, jak zwykle w takich okolicznościach, wyłożą podatnicy. To są realia okrągłostołowej III RP...

 

Czytaj więcej: Za wybory zapłacimy o 130 mln zł więcej. Rząd chce podwoić diety członków komisji (Dziennik.pl)
wpis z dnia 27/11/2014 

    


  

     Czy w Ministerstwie Cyfryzacji drukują internet?
wpis z dnia 26/11/2014

 

Skok cywilizacyjny w postaci informatyzacji polskiej administracji, jaki dokonał się podczas rządów aferzystów z PO i nepotycznych ludowców z PSL, jest tak wielki, że w Ministerstwie Cyfryzacji zużycie papieru w ubiegłym roku zwiększyło się o 90 proc. Czyżby zaczęli drukować internet?

Cyfryzacja miała być dla rządu PO-PSL priorytetem. Na dowód tego stworzyli nawet specjalne ministerstwo cyfryzacji. Jak się jednak okazało, to właśnie w tym ministerstwie zużycie papieru do drukarek w 2013 roku wzrosło o... 90 procent.

Warto przypomnieć, że e-administracja miała odciążyć urzędnicze etaty i sprawić, że Polacy będą mogli swoje sprawy załatwić nie wychodząc z domu za pośrednictwem internetu. Rzeczywistość okazała się być jednak nieco inna. Mimo gigantycznych środków przeznaczanych na realizację tego projektu (od 2012 roku łączne koszty z tym związane pochłonęły 1,465 mld zł), liczba urzędników wcale się nie zmniejszyła. Wręcz przeciwnie - nadal utrzymuje się tendencja wzrostowa. Najwyraźniej rządzący naszym krajem uznali, że systemami informatycznymi, dzięki którym liczba urzędników miała spaść, ktoś musi zarządzać. Są potrzebne nowe kadry do obsługi ePUAP, CEPiK czy ZUS-PUE. Co gorsze - spadać nie mają również kwoty, które rząd zamierza w najbliższym czasie przeznaczyć na rozbudowę systemu e-administracji (będzie jeszcze e-Zdrowie i e-Podatki). W ciągu kilku najbliższych lat na ten cel pójdzie minimum 4,6 mld zł. Tak więc wzrost zużycia papieru w ministerstwie - nomen omen - cyfryzacji, to tak naprawdę mały pikuś w porównaniu do wydatków jakie nas czekają w najbliższym czasie.

 

Czytaj więcej: Nowoczesne państwo: w resorcie cyfryzacji zużycie papieru wzrosło o 90 proc. (Forsal.pl) 
Czytaj także: E-administracja w Polsce pochłania miliony, a liczba urzędników i tak rośnie (GazetaPrawna.pl)
wpis z dnia 26/11/2014

  


  

     Cała prawda o szwindlu z wyborami: 4 lata temu na Mazowszu władza po raz pierwszy wdrożyła metody, które teraz zastosowała w całej Polsce
wpis z dnia 25/11/2014

 

W 2010 roku w wyborach do sejmików wojewódzkich jedynie na Mazowszu zastosowano "książeczkę" zamiast pojedynczej karty do głosowania. Efekt był taki, że liczba głosów nieważnych była tam dwu-trzykrotnie wyższa niż na pozostałym terytorium kraju, a rządowy PSL uzyskał bardzo dobry wynik. Powstaje pytanie - dlaczego w 2014 roku mający wpływ na wynik wyborów eksperyment z Mazowsza postanowiono zastosować na terytorium całego kraju?

Eksperci nie mają wątpliwości - głosy nieważne istotnie wypaczyły wynik wyborów do sejmików wojewódzkich. Zdaniem politologa dra Bartłomieja Biskupa sondaże exit poll właściwie odzwierciedliły preferencje Polaków, natomiast ostateczny wynik PKW był zupełnie inny przez wspomniane głosy nieważne. Dlaczego zatem było ich tak dużo? Aby uzyskać odpowiedź należy się cofnąć do wyborów samorządowych z 2010 roku. Wówczas to postanowiono, że karty do głosowania w województwie mazowieckim - w drodze wyjątku - będą "książeczkami", a nie pojedynczymi kartami. Efekt? Liczba głosów nieważnych była tam dwu-trzykrotnie wyższa w porównaniu do pozostałych województw, a rządowy PSL uzyskał nadspodziewany dobry rezultat. Alarm jaki wtedy podniosły niektóre media prawicowe, które twierdziły, że doszło do manipulacji wynikiem wyborów (bowiem preferencje wyborców były inne niż oficjalne wyniki PKW) nie przebił się jednak do mainstreamu. Wyborczy przewał na Mazowszu z 2010 roku przeszedł praktycznie bez echa, a co za tym idzie - władze podjęły decyzję, aby w kolejnych wyborach do sejmików wojewódzkich w 2014 roku karty do głosowania zastąpić książeczkami już w całej Polsce, zdając sobie przy tym doskonale sprawę, że istotnie wpłynie to na oficjalne wyniki wyborów. Konsekwencje tej decyzji okazały się być bardzo poważne: 2,14 mln głosów nieważnych w skali kraju i wygrana rządowej PO-PSL (łącznie zdobyły 50 proc. głosów).

Poniżej mapka prezentująca procentową ilość głosów nieważnych w wyborach do sejmików wojewódzkich w 2010 roku. Zaznaczmy raz jeszcze, że "książeczka" obowiązywała wówczas jedynie w województwie mazowieckim (co widać gołym okiem poniżej). Fakt zastosowania "książeczki" w całej Polsce w 2014 roku (wiedząc, jakie przyniesie to skutki) kwalifikuje te wybory do unieważnienia:

 

 

Czytaj więcej: Głosy nieważne wypaczyły wynik wyborów? Jest opinia eksperta (Dziennik.pl)
wpis z dnia 25/11/2014

 


  

     Rząd utajnia dane urzędników zatrudnianych obecnie przez przedsiębiorców, wobec których wcześniej wydawali decyzje administracyjne
wpis z dnia 24/11/2014

 

Okazuje się, że rządowi urzędnicy są dosyć często zatrudniani przez przedsiębiorców, w stosunku do których wcześniej wydawali decyzje administracyjne. Problem w tym, że Kancelaria Prezesa Rady Ministrów (KPRM) utajnia dane tych urzędników i zwykły obywatel nie ma prawa się dowiedzieć kto, jakiego urzędnika zatrudnił. "To mechanizm korupcjogenny" - twierdzą eksperci. 

Jeśli pełni się ważną funkcję publiczną (jest się ministrem, wiceministrem dyrektorem generalnym lub kierownikiem danego urzędu), to zgodnie z polskim prawem trzeba odczekać rok od chwili odejścia ze stanowiska, aby móc rozpocząć pracę u przedsiębiorcy, wobec którego wcześniej wydawało się decyzje administracyjne. Rządowi urzędnicy wnoszą jednak o skrócenie tego rocznego okresu karencji pisząc podania do specjalnie powołanej przez premiera komisji, a ta ostatnia zawsze wyraża na to zgodę. W tym roku aż siedmiokrotnie godziła się na pracę rządowych urzędników u petentów, wobec których wydawali decyzje administracyjne. Niestety KPRM nie chce ujawnić kto dokładnie z urzędników występował o skrócenie rocznego okresu i jakimi przesłankami kierowała się powołana przez premiera specjalna komisja. Grzegorz Makowski z Fundacji Batorego, komentując sprawę dla "Rzeczpospolitej" nie ma wątpliwości: "To mechanizm korupcjogenny. Dodatkowo fakt, że Kancelaria Premiera nie podaje pełnej informacji, komu ten okres skrócono, to sygnał, że może mieć coś do ukrycia". 

KPRM tłumaczy się ochroną danych osobowych swoich urzędników. Nieco innego zdania są przedstawiciele Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych (GIODO), którzy zauważają, że ochrona danych osobowych nie dotyczy informacji o osobach pełniących funkcje publiczne (jak np. ministrowie, wice-ministrowie, dyrektorzy generalni lub kierownicy danego urzędu). Stowarzyszenie "Watchdog" - weryfikujące przestrzeganie prawa przez rządzących - już zapowiedziało, że jeśli KPRM w najbliższym czasie nie ujawni tych danych, to sprawa trafi do sądu administracyjnego. 

 

Czytaj więcej: Tajne dane o urzędnikach przechodzących do biznesu (Rp.pl)
wpis z dnia 24/11/2014

  


  

     Z informacji podanych przez PKW wynika, że ok. 50 proc. Polaków zagłosowało na prokremlowskie PO-PSL. Następne wybory wygra Putin?
wpis z dnia 23/11/2014

 

Państwowa Komisja Wyborcza podała wczoraj późnym wieczorem wyniki wyborów do sejmików wojewódzkich. Okazało się, że z 556 mandatów do obsadzenia w całym kraju, aż 338 (tj. 60,7 proc.) zdobyła pasożytniczo- prokremlowska koalicja PO-PSL. By żyło się lepiej!

Zdaniem PKW wybory do sejmików wojewódzkich wygrała z druzgocącą przewagą koalicja PO-PSL przejmując astronomiczne 60,7 proc. mandatów w całym kraju. Drugi PiS zdobył jedynie 169 mandatów (tj. 30,4 proc.). Trzecie miejsce zajęło SLD uzyskując 28 mandatów (tj. 5 proc.). Wybory do sejmików wojewódzkich (które - warto podkreślić - decydują na co są wydawane gigantyczne kwoty pieniędzy z centrali i UE) wygrały zatem dwie antyobywatelskie, pasożytniczo-prokremlowskie partie - Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe. Jeśli tendencja PKW zostanie utrzymana, to najbliższe wybory prezydenckie powinien wygrać Władimir Putin. 

Ps: warto jednak wspomnieć, że zdaniem PKW (choć nie chcieli tego wczoraj przyznać w relacji LIVE) w bezwzględnej liczbie osób głosujących wygrało PiS, uzyskując wynik 3 199 394 głosów. Po zdobyło 20 tys. głosów mniej, tj. 3 179 210.

Ps2:
Exit poll vs. PKW: 
PiS 31,5 / 26,85 (-5 proc.) 
PO 27,3 / 26,36 (-1 proc.) 
PSL 17,0 / 23,26 (+proc.) 
SLD 8,8 / 8,78 (bez zmian)

wpis z dnia 23/11/2014

  


  

     NIK alarmuje: PKW nie jest gotowa do przeprowadzenia wyborów prezydenckich i parlamentarnych!
wpis z dnia 21/11/2014

 

Najwyższa Izba Kontroli nie ma wątpliwości - PKW nie jest gotowa do przeprowadzenia w przyszłym roku wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Te jednoznaczne wnioski kontrolerzy NIK wyciągnęli zaledwie po kilkudziesięciu godzinach kontroli. Jeden z pracowników NIK stwierdza wprost: "Od strony technicznej przeprowadzenie przyszłorocznych wyborów jest zagrożone. Dziś Komisja nie byłaby w stanie ich zorganizować. To kompromitacja".

Zgodnie ze wstępnymi ustaleniami kontrolerów NIK, w PKW nie ruszyły jeszcze przygotowania do rozpisania przetargów na systemy informatyczne, które miałyby zliczać głosy w przyszłorocznych wyborach prezydenckich (wiosna) i parlamentarnych (jesień). Wiele wskazuje więc na to, że przetarg na realizację programu obsługującego wybory znowu będzie realizowany w pośpiechu i mogą się powtórzyć nieprawidłowości jakich doświadczyliśmy podczas obecnych wyborów samorządowych. Kontrolerzy nie ukrywają: "to kompromitacja". 

 

Czytaj więcej: NIK: Wybory w 2015 też zagrożone (Rp.pl)
wpis z dnia 21/11/2014

   


  

     Miliony nieważnych głosów, włamania na serwery PKW, cudowne wyniki PSL - trzy powody, dla których wybory powinny być powtórzone
wpis z dnia 20/11/2014

 

W Szczecinie wybory na prezydenta wygrywa człowiek, który nie był zgłoszony jako kandydat. W powiecie wejherowskim aż 40 proc. głosów uznano jako nieważne. W świętokrzyskim 50 proc. głosów ważnych miał zdobyć PSL, mimo że Wojewódzka Komisja Wyborcza w Kielcach nie przesłała do PKW żadnego protokołu potwierdzającego takie wyniki. Jakby tego było mało hakerzy bez problemu włamują się na serwery PKW, a średnio rozgarnięty student informatyki jest w stanie wejść na tzw. kalkulator wyborczego i dokonać zmian w protokołach. Nadal podzielasz opinię prezydenta Komorowski, który uważa, iż "kwestionowanie uczciwości wyborów przeprowadzonych przez PKW to odmęty szaleństwa"?

W wyborach do sejmiku województwa pomorskiego w powiecie wejherowskim 40 proc. oddanych głosów uznano za nieważne. Przewodniczący wojewódzkiej komisji wyborczej w Gdańsku tłumaczy, że tysiące wyborców popełniło błąd "kreśląc krzyżyk na każdej ze stron karty do głosowania, a nie tylko na jednej" (sic!!!). Pomorze to nie wyjątek. Informacje o tysiącach nieważnych głosów spływają z różnych stron Polski. Do absurdalnej sytuacji doszło w Szczecinie, gdzie zdaniem programu zliczającego głosy w wyborach na prezydenta miasta wygrał kandydat, którego nazwiska w ogóle nie było na karcie do głosowania. Wojewódzka komisja wyborcza wyniku nie uznała i podjęła decyzję o ręcznym podliczeniu głosów.

To nie koniec kuriozalnych informacji związanych z ostatnimi wyborami. PKW podała, że w województwie Świętokrzyskim - po przeliczeniu głosów oddanych w wyborach do sejmiku wojewódzkiego z 80 proc. obwodów - PSL może liczyć na 49,9 proc. poparcia. Na informacje tą natychmiast zareagował wiceprzewodniczący Wojewódzkiej Komisji Wyborczej w Kielcach, który stwierdził, że nie ma pojęcia na jakiej podstawie PKW podała takie wyniki, skoro żaden protokół wyborczy nie został jeszcze przekazany do centrali w Warszawie. Jakby tego było mało hakerzy włamali się na serwery PKW i zdobyli loginy, hasła oraz klucze członków PKW, a coraz więcej ekspertów potwierdza przypuszczenia, zgodnie z którymi zwykły student informatyki jest wstanie włamać się do tzw. kalkulatora wyborczego PKW i dokonać zmian w protokołach. I jak tu zrozumieć prezydenta Komorowskiego, który stwierdził, że członkowie PKW są "gwarantami bezstronności i uczciwości", a kwestionowanie uczciwości wyborów przeprowadzonych przez PKW to "odmęty szaleństwa"?

 

Czytaj więcej: Rekordowa liczba głosów nieważnych do sejmiku woj. pomorskiego (Dziennik.pl)
Czytaj więcej: W Szczecinie wygrał kandydat, którego nie było na liście (Rp.pl)
Czytaj więcej: Wiceszef Komisji Wyborczej: Nie wiem, skąd PKW ma te wyniki (Rp.pl)
Czytaj więcej: Każdy może wejść w kalkulator wyborczy, dokonać zmian i przesłać protokół do centralnej komisji! (wPolityce.pl)
wpis z dnia 20/11/2014

   


  

     Rząd podaruje oszustom kwartał. W tym czasie wyłudzą na VAT-cie dodatkowy miliard zł. Gdyby chodziło o uczciwych ludzi, to ekipa PO-PSL zapewne działałaby bezzwłocznie
wpis z dnia 19/11/2014 

 

Przez swoją opieszałość rząd PO-PSL doprowadził do 3-miesięcznego opóźnienia w uchwaleniu noweli ustawy o VAT, która miała zlikwidować możliwość wyłudzania VAT przy handlu komórkami, smartfonami, tabletami i notebookam. W efekcie oszuści będą mieli dodatkowy kwartał na dalsze wyłudzanie VAT, a Skarb Państwa straci co najmniej 1 miliard złotych. Aby było śmieszniej minister finansów Mateusz Szczurek zapewnia, że nic się nie stało, bo przepisy uderzające w podatkowych oszustów i tak wejdą w życie, tylko że... z kwartalnym opóźnieniem, a rzecznik ministerstwa tłumaczy, że uczciwi przedsiębiorcy też muszą się przygotować do zmian (sic!). 

Nowela ustawy o VAT zawiera szereg instrumentów, wymierzonych w podatkowych oszustów, którzy wyłudzają podatek VAT handlując drogą elektroniką: komórkami, smartfonami, tabletami, notebookami, laptopami i konsolami do gier. Niestety opieszałość rządzących sprawiła, że nowela nie wejdzie w życie zgodnie z planem, czyli od 1 stycznia 2015 roku. Data jej wdrożenia do polskiego porządku prawnego zostanie przesunięta o co najmniej 3 miesiące. Zgodnie z wyliczeniami "Pulsu Biznesu" w tym czasie oszuści zdążą wyłudzić na VAT-cie co najmniej 1 miliard zł. Co gorsze - minister finansów Mateusz Szczurek uważa, że nie ma problemu. Rzecznik Ministerstwa Finansów - Wiesława Dróżdż - tłumaczy opieszałość rządu tym, że "uczciwi podatnicy muszą też mieć odpowiedni czas na przygotowanie się do wprowadzanych zmian" (sic!). Ręce opadają... 

 

Zakładam, że gdyby zmiany w prawie miały dotknąć zwykłych ludzi, to rządowi urzędnicy działaliby bezzwłocznie (tak jak przy ustawie o grabieży OFE, gdzie cała ścieżka legislacyjna nie zajęła nawet miesiąca). Niestety, zmiany w prawie dotkną oszustów, a - jak widać - rządzący nie chcą im przeszkadzać w interesach. 

 

By żyło się lepiej! Platformie Oszustów!

Czytaj więcej: Rząd podaruje oszustom kwartał (Pb.pl)
wpis z dnia 19/11/2014 

     


  

     W latach 2007-2013 na pensje urzędników samorządowych wydaliśmy łącznie 72,2 mld zł. Liczba urzędników również wzrosła - o 35,9 tys. osób
wpis z dnia 18/11/2014

 

W 2007 roku urzędników samorządowych w Polsce było 213,4 tys. Ich roczne wynagrodzenia pochłonęły 7,5 mld zł publicznych pieniędzy. W 2013 roku urzędników samorządowych mieliśmy już 249,3 tys. (wzrost o +16,8 proc.), a koszty ich wynagrodzeń wzrosły do 11,9 mld zł (wzrost o +58,6 proc.). 

Wydawało się, że w 2007 roku byliśmy państwem ustabilizowanym pod względem biurokratycznym. Nic nie wskazywało na to, aby w ciągu kilku najbliższych lat liczba urzędników miała wzrosnąć. Wręcz przeciwnie - migracja ludności poza granice Polski oraz mniejsza ilość urodzeń, przy jednoczesnej większej ilości zgonów, mogły sugerować, że liczba urzędników potrzebnych do obsługi społeczeństwa powoli, acz stopniowo będzie się kurczyć. Nic bardziej mylnego. Pod koniec 2007 roku do władzy doszła ekipa PO-PSL, która wkrótce otworzyła worek z pieniędzmi na nowe urzędnicze etaty - przede wszystkim na szczeblu centralnym, ale w samorządzie lokalnym również przybyło wiele nowych etatów. W ciągu kilku kolejnych 7 lat liczba urzędników szczebla gminnego wzrosła o 9 proc. (z 154 do 168 tys.), personel urzędów powiatowych zwiększył się o 20 proc. (z 47 do 56 tys.), a liczba urzędników pracujących w urzędach wojewódzkich wzrosła aż o 108 proc. (z 12 do 25 tys.). W tym czasie na wynagrodzenia samorządowców z publicznej kasy przeznaczono łącznie 72,2 mld zł. 

Przedstawiciele samorządów tłumaczą wzrost liczby etatów faktem przekazywania przez władze centralne coraz większej ilości zadań do wykonania na szczeblu lokalnym. Problem w tym, że dokładnie w tym samym czasie wzrosła również liczba urzędników zatrudnionych w... urzędach centralnych (o ok. 40 tys. osób). Wychodzi więc na to, że delegacja zadań wobec administracji lokalnej wygenerowała potrzebę stworzenia tysięcy nowych etatów w administracji centralnej. Powstaje pytanie - czy w takich okolicznościach wzrost liczby urzędniczych etatów zostanie kiedyś powstrzymany?

 

Czytaj więcej: Samorządność musi kosztować (GazetaPrawna.pl)
wpis z dnia 18/11/2014

  


 

     Totalna kompromitacja leśnych dziadów. Serwery znowu się zepsuły
wpis z dnia 17/11/2014

 

Z informacji jakie spływają z okręgowych komisji wyborczych wynika, że system informatyczny PKW znowu nie działa. Po szkoleniach w Moskwie oraz wcześniejszych problemach z serwerami, to kolejna dyskwalifikująca wiadomość dla członków PKW. Kiedy w końcu podadzą się gremialnie do dymisji? 

System liczenia głosów leży i kwiczy. PKW po raz kolejny nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa oraz wiarygodności wyborom. Na oficjalne wyniki wczorajszych przyjdzie nam prawdopodobnie poczekać co najmniej kilka dni. Nie wykluczone bowiem, że wszystko trzeba będzie zliczyć ręcznie. Tak jak przed wojną. Dla kontrastu warto wspomnieć, że oficjalne wyniki wyborów samorządowych we Francji (są bardziej skomplikowane niż wybory do samorządu w Polsce) były znane po około 4 godzinach od chwili zamknięcia lokali wyborczych. Co się musi jeszcze wydarzyć, aby leśne dziady w końcu podały się do dymisji? Wydaje się, że próg kompromitacji i nieudolności, po przekroczeniu którego dymisja ze stanowiska powinna być automatyczna, został już dawno przekroczony. Mimo wszystko oni nadal trwają na swoich dobrze opłacanych stołkach. 

wpis z dnia 17/11/2014

  


 

     Uległość Tuska i Pawlaka wobec Gazpromu doprowadziła do wielomiliardowych strat dla polskiej gospodarki
wpis z dnia 16/11/2014

 

Uległość wobec Rosjan byłych premierów III RP - Donalda Tuska oraz Waldemara Pawlaka - przejawiała się w wielu aspektach. Zwykli Polacy najmocniej odczuli jednak finansowe skutki zgody obu tych panów na podpisanie z Gazpromem niekorzystnego kontraktu jamalskiego, zgodnie z którym aż do 2022 roku Polska musi odbierać z Rosji najdroższy gaz w Europie. 

W ostatnim czasie ceny gazu na Towarowej Giełdzie Energii w Warszawie były wyższe nawet o ponad 20 proc. niż na giełdach zachodnioeuropejskich. To efekt gazowego haraczu, jaki musimy płacić Rosji za możliwość sprowadzania od nich błękitnego paliwa. Warto odnotować, że Polska - spośród wszystkich państw należących do Unii Europejskiej - płaciła w 2012 roku najwięcej za gaz sprowadzany z Rosji. W 2013 i 2014 roku było niestety podobnie - płaciliśmy niemal najwięcej, mimo że byliśmy jednym z głównych odbiorców tego surowca. Niestety to są konsekwencje uległości Donalda Tuska i Waldemara Pawlaka, którzy w 2010 roku zgodzili się podpisać z rosyjskim Gazpromem bardzo niekorzystny dla Polski kontrakt na dostawy gazu. Bezrefleksyjnie przyjęli oni rosyjskie warunki, mimo że oznaczały one konieczność zakupu gazu po najwyższej cenie w Europie. Według szacunków rosyjskiej gazety "Izwestia" (która powoływała się na źródła w Gazpromie) w I połowie 2012 Austriacy płacili Gazpromowi za dostawę 1 tys. m3 gazu kwotę 397 USD, Francuzi - 394 USD, Niemcy - 379 USD, Holendrzy - 371 USD, a Brytyjczycy jedynie 313 USD. Średnia dla wszystkich krajów UE wynosiła 430 USD. Tymczasem Polacy, zdaniem "Izwestii", płacili najwięcej w całej Unii Europejskiej, bo aż 526 USD za 1 tys. m3 gazu. Zdaniem byłego ministra Skarbu Państwa Mikołaja Budzanowskiego, Polska za gaz sprowadzany z Rosji płaciła jeszcze więcej. W wywiadzie udzielonym 07/11/2012 na antenie TV Biznes powiedział on, że PGNiG płaciło Gazpromowi za 1 tys. m3 gazu kwotę 575 USD! Tak wysokie ceny gazu powodują dla polskiej gospodarki miliardowe straty. Łatwo bowiem obliczyć, że kupując od Rosjan 10 mld m3 gazu (dane za 2012 rok) przy cenie 575 USD za 1 tys. m3, musieliśmy zapłacić łącznie 5,75 mld USD (około 18 mld zł). Jeśli jednak mielibyśmy płacić jak reszta Europy (średnia dla UE - 430 USD za 1 tys. m3 gazu), to rachunek dla Gazpromu wyniósłby około 4,3 mld USD (około 13,5 mld zł). Udałoby się zatem zaoszczędzić ok. 4,5 mld zł! 

Wspomniane 4,5 mld zł to szacunkowe straty za 2012 roku. W kolejnych latach mogłybyć one nieco niższe (Gazprom zgodził się obniżyć ceny sprzedawanego Polsce gazu o kilkanaście procent), nadal jednak błękitne paliwo dla naszego kraju było znacznie droższe niż to, oferowane pozostałym krajom Unii Europejskiej. Różnica między średnią ceną gazu dla UE, a ceną dla Polski nadal wynosi kilkadziesiąt USD. To przekłada się obecnie na realną stratę w wysokości około 2,0 mld zł rocznie, za którą muszą płacić polskie firmy i gospodarstwa domowe wyższymi rachunkami za gaz. 

Dziękujemy panie Tusku i Pawlaku. Za te miliardy, o jakie powiększyliście budżet kremlowskiego Gazpromu, należą się wam ordery... zasłużonych dla Federacji Rosyjskiej. 

 

Czytaj także: Drogi gaz na giełdzie bije w konkurencyjność firm (Rp.pl)
wpis z dnia 16/11/2014

   


  

     Rząd PO-PSL zadecydował: podatnicy znowu wydadzą miliardy na ubezpieczenia zdrowotne rolników
wpis z dnia 14/11/2014

 

Składki na ubezpieczenia zdrowotne za rolników ubezpieczonych w KRUS w roku 2015 i 2016 znowu mają zapłacić podatnicy. Tak chce rząd Ewy Kopacz, który pod medialną zasłoną "afery madryckiej" po raz kolejny planuje wydłużyć trwanie tej niesprawiedliwej patologii.

Dlaczego jedna grupa społeczna (rolnicy) ma być uprzywilejowana kosztem innej (przedsiębiorcy)? Dlaczego składki na ubezpieczenia zdrowotne za rolników ubezpieczonych w KRUS mają opłacać podatnicy nie będący rolnikami? W październiku 2010 r. Trybunał Konstytucyjny uznał, że tak dalej być nie może. Orzekł, że nie jest zgodne z Konstytucją to, aby budżet państwa (czytaj: podatnicy) opłacali za wszystkich rolników (bez względu na osiągany przez nich dochód) składkę zdrowotną do NFZ. Na zmianę niekonstytucyjnych przepisów Trybunał dał Sejmowi 15 miesięcy. W styczniu 2012 roku Sejm uchwalił prowizoryczną ustawę zaproponowaną przez rząd Tuska, która miała obowiązywać jedynie przez 11 pozostałych miesięcy 2012 roku. Wprowadzała ona częściową odpłatność za składki, ale z szeregiem różnego rodzaju wyjątków, które całkowicie "rozmiękczały" jej znaczenie. Ówczesny wiceminister zdrowia Jakub Szulc, zapewniał, że to rozwiązanie ma charakter czasowy i ma obowiązywać tylko do końca roku 2012 (rząd przygotowywał tę ustawę w niezwykłym pośpiechu, tuż przed upływem 15-miesięcznego okresu, który dał mu Trybunał Konstytucyjny). Zapewnienia wiceministra okazały się jednak nie być prawdziwe. Rząd PO-PSL przyjął bowiem, że rozwiązania "prowizorycznej" ustawy mają także obowiązywać w 2013 roku, a następnie także 2014 roku. Obecnie zaś forsowany jest przez rząd projekt nowelizacji ustawy o składkach na ubezpieczenie zdrowotne rolników, zgodnie z którym zasady obowiązujące w latach 2012-2014 mają obowiązywać również w latach 2015-2016. W praktyce oznacza to, że za rolników, którzy posiadają gospodarstwo rolne mniejsze niż 6 hektarów, składkę zdrowotną będą nadal płacić podatnicy. Rolnicy posiadający większe gospodarstwa będą musieli płacić po 1 zł (sic!) składki za każdy hektar powyżej limitu 6 ha. Reszte znowu dopłacą podatnicy nie będący rolnikami. Szacuje się, że w ten sposób podatnicy muszą wyłożyć w ciągu roku dodatkowe 1,75 mld zł.

W kontekście powyższego dziennikarz "Rzeczpospolitej" Bartosz Marczuk, w swoim artykule komentującym ten proceder, celnie zauważył:

 

"Mamy tu klasyczny przykład tego jak nie powinno działać państwo. Rząd zamiast wzmacniać jego autorytet osłabia go. Psuje porządek prawny i jakość sprawowania władzy. Fuszerka legislacyjna i łamanie obietnic stają się normą"

 

Na marginesie dyskusji dotyczącej zasadności wspierania pieniędzmi podatników jednej grupy społecznej kosztem innej, warto zauważyć, że procentowy udział składek w dochodach Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (czyli ZUS-u) w 2012 roku wyniósł 69,4 proc. (30,6 proc. dopłaciło państwo z kieszeni podatników), zaś procentowy udział składek w dochodach KRUS w 2012 rok wyniósł jedynie 8,2 proc. (91,8 proc. dopłaciło państwo z kieszeni podatników). Kwotowa wysokość dotacji budżetowych do FUS/ZUS w 2012 roku wyniosła 39,52 mld zł. To oznacza, że państwowa dotacja w przeliczeniu na jedną osobę objętą ubezpieczeniem wyniosła 2706 zł rocznie (14,6 mln osób ubezpieczonych). Z kolei kwotowa wysokość dotacji budżetowych do KRUS w 2012 roku wyniosła 15,24 mld zł. To oznacza, że państwowa dotacja w przeliczeniu na jedną osobę objętą ubezpieczeniem wyniosła ponad 10 tys. zł rocznie! (1,5 mln osób w KRUS).

 

Czytaj więcej: Rząd przedłużył składkę zdrowotną dla rolników. KRUS zostaje (GazetaPrawna.pl)
Czytaj także: Rząd Tuska psuje państwo (Rp.pl)
wpis z dnia 14/11/2014

   


  

     Fiskalna pętla na szyi Polaków coraz ciaśniejsza: Rząd chce wydłużenia okresu przedawnienia zobowiązań podatkowych do 10 lat!
wpis z dnia 13/11/2014

 

Ministerstwo Finansów wpadło na nowy, genialny pomysł w jaki sposób jeszcze bardziej utrudnić życie zwykłym Polakom. Planuje wydłużyć z 5 do 10 lat okres przedawnienia zobowiązań podatkowych, tak by organy skarbowe mogły złupić jeszcze więcej odsetek karnych.

Przeciętny Polak oddaje w podatkach około 41,6 proc. swoich dochodów. Pod tym względem nasz kraj zajmuje 87. miejsce na świecie (wg rankingu World Economic Forum). Niestety dla wielu Polaków to zdecydowanie za wysoki poziom fiskalnego uciśnienia. Przestają płacić podatki, a rząd zaczyna ich ścigać wykorzystując podległe sobie organy skarbowe. Te ostatnie niejednokrotnie z premedytacją odkładają sprawę na półkę i czekają z wezwaniem do zapłaty oraz wszczęciem postępowania egzekucyjnego aż upłynie większość okresu potrzebnego do tego, aby roszczenie podatkowe się przedawniło - czyli 5 lat. Chodzi o to, aby odsetki karne liczone od niespłaconego zobowiązania podatkowego urosły kilkukrotnie. W ten sposób dany przedsiębiorca musiał zapłacił do państwowej kasy znacznie większe pieniądze. Wszystko po to, by maksymalizować przychody rządu. 

Nie ma jednak takiej niegodziwości, do której nie posunąłby się rząd PO-PSL, gdy mu zabraknie pieniędzy. Ministerstwo Finansów wpadło bowiem na pomysł, aby wydłużyć okres przedawnienia zobowiązań podatkowych z 5 do 10 lat. W ten sposób podatnik zalegający z zapłatą podatku będzie musiał się liczyć z tym, że organy skarbowe wystąpią o egzekucje należnych rządowi świadczeń po upływie np. 9 lat. Dzięki temu kwota odsetek karnych będzie jeszcze większa. By żyło się lepiej!

 

Czytaj także: Okres przedawnienia zobowiązań podatkowych wydłuży się do 10 lat? (GazetaPrawna.pl)
wpis z dnia 13/11/2014

   


  

     Coraz więcej Polaków musi płacić 32 proc. podatek dochodowy. Powód? Rząd PO-PSL z premedytacją nie aktualizuje progu podatkowego
wpis z dnia 12/11/2014

 

W 2009 roku, aby płacić 32 proc. podatek dochodowy trzeba było przez cały rok zarabiać 2,8-krotność średniej krajowej. Udział podatników uzyskujących dochody mieszczące się w drugim przedziale skali podatkowej wynosił jedynie 1,59 proc. W 2013 roku, aby wejść w próg podatkowy Jana Kulczyka wystarczy zarabiać już tylko 2,2-krotność średniej krajowej, zaś udział podatników płacących 32 proc. PIT wzrósł do ok. 2,5 proc.

Z roku na rok coraz więcej Polaków musi płacić wyższe podatki dochodowe wg skali 32 proc. Jesteśmy coraz bogatsi? - Nie do końca. Okazuje się, że rząd PO-PSL z premedytacją nie aktualizuje kwotowego progu rocznych dochodów, po przekroczeniu którego trzeba płacić 32 proc. podatek dochodowy. Roczny limit dochodu gwarantujący wejście w tzw. drugi próg podatkowy (wspomniane 32 proc.) wynosi obecnie 85.528,00 zł i od 2009 roku nie był przez rządową ekipę aktualizowany. Problem w tym, że w 2009 roku wartość pieniądza była inna, średnia krajowa wg GUS wynosiła 3100 zł i za wspomniane 85,5 tys. zł można było kupić nieco więcej niż dziś. Obecnie, mimo że przeciętne wynagrodzenie wg GUS wynosi ok. 4000 zł, a inflacja zrobiła swoje, próg podatkowy nie drgną ani o złotówkę. Co gorsze - według rządowych planów kwotowa zmiana progu ma nastąpić dopiero w... 2017 roku. Może się okazać, że do tego czasu, aby zacząć płacić 32 proc. podatek dochodowy, wystarczyć będzie wynagrodzenie w wysokości 1,5-krotności średniej krajowej. 

Centrum Analiz Ekonomicznych CenEA wyliczyło, że w latach 2009-2014 z powodu nie aktualizowania przez rząd PO-PSL progów podatkowych, kwoty wolnej od podatku oraz kwoty kosztów uzyskania przychodu - z kieszeni Polaków wyparowało łącznie 3,93 mld zł (o tyle wyższe musieliśmy zapłacić podatki)! Nie uwzględnienie czynnika inflacji (czytaj: realnego spadku wartości pieniądza) przy ustalaniu wspomnianych progów oznacza w praktyce także to, że coraz mniej majętne osoby muszą płacić coraz większe podatki. Skumulowana inflacja za okres 2009-2014 wyniosła około 16 proc. Tymczasem bardzo ważna dla najuboższych kwota wolna od podatku, nie drgnęła w tym czasie ani o złotówkę. Dyrektor Centrum Analiz Ekonomicznych CenEA - dr Michał Myck - nie ma wątpliwości: "Stosowana od szeregu lat polityka +zamrażania+ parametrów systemu podatkowego stała się regularnym sposobem na nie rzucające się w oczy podnoszenie obciążeń podatkowych. (...) Choć efekt takiej polityki z roku na rok może być mało istotny, to jej skumulowany wpływ w okresie pięciu lat przekłada się na znaczący wzrost zobowiązań podatkowych".

 

Czytaj więcej: 8 lat bez zmiany progów podatkowych (Bankier.pl)
Czytaj także: Ciche podwyżki podatków (Rp.pl)
Czytaj także: Stracimy na zamrożeniu progów PIT (Bankier.pl)
wpis z dnia 12/11/2014

    


  

     Członkowie rządu PO-PSL brali dziesiątki tys. zł na paliwo do prywatnych aut, mimo że przysługiwały im resortowe limuzyny
wpis z dnia 10/11/2014

 

W 2012 roku Bartosz Arłukowicz pobrał z kasy państwa na przejazdy prywatnym samochodem w celu "wykonywania mandatu posła" 27 tys. zł. Sławomir Nowak - były minister transportu - na ten cel pobrał 20 tys. zł, a Radosław Sikorski - szef MSZ - 19 tys. zł. Problem w tym, że mogli oni "wykonywać mandat posła" przysługującymi im - jako członkom rządu - służbowymi limuzynami z kierowcą.

Może warto zainteresować opinię publiczną ile pieniędzy podatników idzie na refundacje kosztów "wykonywania mandatu posła" polegającą głównie na braniu kasy na paliwo do prywatnych aut? W 2012 roku niektórzy posłowie Platformy Obywatelskiej wyciągnęli w ten sposób bardzo poważne kwoty, mimo, że przysługiwały im rządowe limuzyny z kierowcami. Rekordzistą okazał się być Bartosz Arłukowicz, który z kasy państwa zażądał 27 tys. zł celem pokrycia kosztów paliwa do swojego prywatnego auta. Drugie miejsce zajął Sławomir Nowak, który otrzymał na ten cel 20 tys. zł, a trzecie - Radosław Sikorski, który wziął 19 tys. zł. Problem w tym, że wszyscy trzej w 2012 roku mieli dostęp do rządowych limuzyn, które woziły ich wszędzie jako przedstawicieli rządu. Mimo to wszyscy oni zażądali zwrotu gigantycznych kwot za paliwo do swoich prywatnych aut. Warto zauważyć, że przy średnim spalaniu benzyny 8 litrów na 100 km minister Arłukowicz w 2012 roku musiał przejechać prywatnym autem ok. 60 tys. kilometrów w celu "wykonania mandatu posła", minister Nowak - ok. 45 tys. kilometrów, a minister Sikorski - ok. 43 tys. km. Coś mi się wydaje, że w tej kwestii mogło dojść do jakiegoś przekrętu...

 

Czytaj więcej: Mieli rządowe samochody, tankowali do prywatnych baków (Rp.pl)
Czytaj także: Drogie przejazdy naszych ministrów (Rp.pl)

wpis z dnia 10/11/2014

  


  

     Prezydent Komorowski - mistrz jałowych deklaracji oraz piastun rozbrojenia Polski
wpis z dnia 9/11/2014

 

Bronisław Komorowski otoczył się szczelnie doradcami, których kariery zaczynają się w PZPR, a część z nich zdołała nawet ukończyć specjalne sowieckie kursy przygotowawcze do pełnienia kluczowych stanowisk w "państwach satelickich". Efektem tego są kuriozalne "plany", "doktryny" i "strategie" powstające w zaciszu belwederskich gabinetów, które według ich autorów mają poprawić stan bezpieczeństwa naszego kraju, w rzeczywistości jednak przyczyniają się do dalszego pogłębiania kryzysu obronności, jaki panuje od czasu przejęcia steru władzy przez ekipę PO-PSL. 

Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że Bronisław Komorowski wraz ze swoimi doradcami z PZPR, tuż po objęciu schedy po zmarłym w smoleńskim błocie Lechu Kaczyński, dążył do tego, aby to Rosja - a nie NATO - była gwarantem bezpieczeństwa naszego kraju. W opublikowanym przez urzędników obecnego prezydenta dokumencie pt. "Budowa zintegrowanego systemu bezpieczeństwa narodowego Polski" możemy przeczytać między innymi taką - dla wielu pewnie zaskakującą - tezę:

"Warunkiem jaki musimy zaakceptować, co wymaga kroku do przodu ze strony Polski jest porozumienie z Rosją taką, jaka ona jest i chce być. [...] Polska w tym scenariuszu musi zdecydować się na pojednanie z Rosjanami i traktowanie ich państwa nie jako tradycyjnego przeciwnika, lecz istotnego gwaranta naszego bezpieczeństwa".

W opublikowanym w styczniu 2013 roku przez Belweder dokumencie "Główne ustalenia i rekomendacje Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego" prezydenccy stratedzy popisali się prognozą, według której nie mamy się czego obawiać, bowiem w sąsiedztwie Polski nie dojdzie do żadnych konfliktów zbrojnych i nastąpi ogólny "spadek znaczenia klasycznych zagrożeń militarnych", zaś NATO pozostanie podmiotem "zdolnym wspierać i wzmacniać bezpieczeństwo państw członkowskich oraz interweniować wszędzie tam, gdzie zagrożone są żywotne interesy". 

W 2014 roku nastąpił nagły zwrot Bronisława Komorowskiego w strategiach dotyczących obronności Polski. Zrezygnował on z Rosji, jako "istotnego gwaranta naszego bezpieczeństwa" i zaczął coś przebąkiwać o budowie silnej i nowoczesnej armii. Niestety słowa te okazały się być całkowicie jałowe. Zapowiedzi prezydenta pozostały bez pokrycia i można je traktować tak samo jak jego wcześniejsze "strategie". Pojawia się również pytanie - dlaczego o potrzebie posiadania silnej armii nie wspominał w 2010 czy 2011 roku? Przecież sytuacja geopolityczna była wówczas identyczna jak w roku 2014? 

Nie ulega wątpliwości, że obecny lokator Belwederu jest szkodnikiem w zakresie obronności naszego kraju. Ponad 4-letni okres piastowania przez niego urzędu Prezydenta RP przyczynił się dobitnie do pogłębienia kryzysu obronności. Pytanie - na ile zrobił to celowo, a na ile poprzez swoją głupotę.

 

Czytaj także: Stratedzy bezbronności (Bezdekretu.blogspot.com)
wpis z dnia 9/11/2014

   


  

     Aby nam się tylko w głowach nie poprzewracało od tej gigantycznej afery PiS
wpis z dnia 8/11/2014

 

Jak trzeba to żółty pasek TVN24 może być bardzo duży. Wczoraj był trzykrotnie większy niż w chwili kiedy ujawniono aferę taśmową czy hazardową. Światło dzienne ujrzała bowiem GIGANTYCZNĄ afera trzech posłów PiS, którzy próbowali przytulić około 5 tys. zł. Postawa naganna. Należy wyciągnąć konsekwencje. Widać jednak wyraźnie, że idą wybory i media rządowe muszą się wykazać. Stąd "wydania specjalne", olbrzymie "żółte paski" i "alerty". W takich okolicznościach, aby nam się w głowach nie poprzewracało od tej wielkiej afery, przypomnijmy dla jej właściwej percepcji wcześniejsze przekręty ekipy rządowej, które kosztowały polskich podatników dziesiątki miliardów złotych.

  • Afera hazardowa (szacowane straty na 12 mld zł);

  • Afera taśmowa (Belka-Sienkiewicz Gate; utrata zaufania do instytucji państwowych);

  • Afera stoczniowa (kilkaset milionów zł straty);

  • Afera stadionowa (kilkaset milionów zł straty);

  • Afera autostradowa (kilkaset milionów zł straty);

  • Afera z informatyzacją MSW (kilkaset milionów zł straty);

  • Afera z budową gazoportu w Świnoujściu oraz dostawami gazu z Kataru (około 1 mld zł straty);

  • Afera z opóźnioną publikacja ustawy ograniczającej możliwości transferowania podatków do rajów podatkowych przez Rządowe Centrum Legislacji (około 3 mld zł straty);

  • Afera z niekorzystną umową gazową (najdroższy gaz w Europie - około 2 mld zł rocznie straty);

    (...)

     

  • Afera 3 posłów PiS, którzy w podróż służbową do Madrytu zamiast samochodem polecieli samolotem (szacunkowa strata ok. 5 tys. zł)

wpis z dnia 8/11/2014

   


   

     Rządzą nami ludzie słabi, niekompetentni oraz ulegli wobec innych. To źle wróży naszej biologicznej przyszłości
wpis z dnia 7/11/2014

 

Schetyna szefem MSZ. Niesiołowski przewodzi sejmowej Komisji Obrony Narodowej. Kopacz premierem, a Komorowski prezydentem. Czy w doborze kadr możemy dostrzec żelazną logikę kogoś, kto chciałby, aby ludzie słabi, sterowalni i niekompetentni byli u władzy w Polsce w chwili jej śmiertelnego zagrożenia?

Od czasu zakończenia zimnej wojny nasz kraj znalazł się w zdecydowanie najgorszej sytuacji geopolitycznej. Jeszcze rok temu nikt nie przypuszczał, że Rosja dokona agresji zbrojnej na państwo sąsiadujące bezpośrednio z Polską. Co się stanie w ciągu kolejnych 12 miesięcy? Czy "zielone ludziki" pojawią się w którymś z państw nadbałtyckich? Czy wojna przeniesie się bliżej naszych granic? A może je przekroczy?? Praktycznie każdy scenariusz jest możliwy. W takich okolicznościach na czele naszego państwa powinny stać osoby zdecydowane, kompetentne, mające odpowiednie znajomości i dojścia w gremiach międzynarodowych, a przede wszystkim przedkładające interes zbiorowy Polaków i państwową rację stanu ponad wszystko inne. Tymczasem od kilkunastu tygodni grupa trzymająca formalną władzę w Polsce poszerzyła się znacznie o totalnych indolentów w dziedzinach, w których rzekomo mają się znać i wytyczać kierunki działania. Szefem MSZ został człowiek nie znający nawet angielskiego, całkowicie ignorowany na arenie międzynarodowej. Szefem MSW została była katechetka, totalnie nie mająca pojęcia o służbach i wewnętrznym bezpieczeństwie państwa. Premierem - w wyniku dealu, do jakiego doszło między środowiskiem wojskowych skupionych wokół Belwederu, a różnymi klikami i spółdzielniami wywodzącymi się z PO - została sterowalna marionetka. Jeśli do tego doliczymy osobę z objawami zaburzeń osobowościowych na stanowisku szefa sejmowej komisji obrony oraz obecnego prezydenta, który otoczył się szczelnie osobami z PZPR, szkolonymi w latach 80-tych przez sowieckie GRU, a jego przeszłość jest co najmniej szara, to mamy pełen obraz nędzy i rozpaczy. Wniosek wyłania się następujący - w doborze kadr dostrzec można żelazną logikę kogoś, kto chciałby, aby ludzie słabi, sterowalni i niekompetentni byli u władzy w Polsce w chwili, kiedy nadejdzie śmiertelne zagrożenie?

 

Czytaj także: Przy pomocy taśm przeprowadzono miękki zamach stanu (wPolityce.pl)
wpis z dnia 7/11/2014

   


 

     Gigantyczna różnica pomiędzy pensjami rządowych polityków, a poborami zwykłych Polaków
wpis z dnia 6/11/2014

 

Gdyby wierzyć jedynie statystykom GUS, to logiczne byłoby stwierdzenie, że w Polsce żyje się całkiem przyzwoicie. Przeciętny Kowalski zarabia ok. 4000 zł brutto. Może nie kokosy, ale spokojnie wystarczy aby godnie przeżyć miesiąc. Niestety są to tylko rządowe statystyki, nie mające z rzeczywistością wiele wspólnego. Przeciętny Polak zarabia bowiem znacznie mniej niż wspomniane 4000 zł, w odróżnieniu od... polityków rządowych, którzy zarabiają wielokrotność tej kwoty.

Szacuje się, że co ósmy Polak na etacie pracuje za głodową minimalną krajową, a zdecydowana większość zarabia poniżej tzw. średniej krajowej (ok. 4000 zł brutto) wyliczanej przez GUS dla przedsiębiorstw zatrudniających ponad 9 osób. Skąd o tym wiemy? - Wystarczy spojrzeć na tzw. medianę wynagrodzenia Polaków, która o wiele bardziej uwzględnia rzeczywistość panującą w naszym kraju aniżeli "przeciętne wynagrodzenie". Mediana to określona wartość liczbowa powyżej i poniżej której znajduje się jednakowa ilość zarówno wyższych jak i niższych wartości liczbowych w danym zbiorze. Przekładając to na język bardzie ludzki: mediana dzieli pracujących Polaków dokładnie na pół. Jedni zarabiają poniżej mediany, a drudzy powyżej. Ile zatem ta mediana wynosi? Zgodnie z ostatnim opublikowanym przez GUS raportem dotyczącym mediany wynagrodzenia w Polsce (GUS publikuje takie raporty co 2 lata) - w 2012 roku dokładnie 50 proc. osób pracujących w firmach zatrudniających co najmniej 10 osób otrzymywało miesięcznie mniej niż 3115 zł brutto, a drugie 50 proc. osób otrzymywało więcej niż 3115 zł brutto. Medianą wynagrodzenia była kwota 3115 zł (około 2200 zł "na rękę"). I taka właśnie wartość jest bliższa przeciętnemu-realnemu wynagrodzeniu statystycznego Kowalskiego, niż to co podaje GUS w comiesięcznych raportach na temat "przeciętnego wynagrodzenia" w sektorze przedsiębiorstw (gdzie o medianie wynagrodzenia nie ma mowy).

Diametralnie inaczej wygląda sytuacja rządowych polityków związanych z Platformą Obywatelską. Donald Tusk co miesiąc otrzymuje 105 tys. zł. Jego koleżanka - Elżbieta Bieńkowska - 87 tys. zł. Wynagrodzenie Bronisława Komorowskiego to 20,1 tys. zł. Ewa Kopacz może liczyć na 16,7 tys. zł miesięcznego uposażenia. Marszałkowie Sejmu i Senatu - Radosław Sikorski i Bogdan Borusewicz - również dostają po 16,7 tys. zł. Wszyscy ministrowie mogą liczyć na pensje między 14,0 - 14,5 tys. zł. Widać zatem zasadniczą różnice między rządowymi politykami, a zwykłymi Polakami.

 

Czytaj więcej: Wynagrodzenia w Polsce: W biednych regionach pensje coraz niższe, bogatym też średnio idzie (GazetaPrawna.pl)
Czytaj więcej: Sprawdź, kto ma najwyższe pensje w polskiej polityce (Wyborcza.pl)
wpis z dnia 6/11/2014

    


  

     Na e-administrację wydano w ciągu 3 lat blisko 1,5 mld zł, 

a i tak przybywa nowych urzędniczych etatów
wpis z dnia 5/11/2014

 

Od 2012 roku na wdrożenie i utrzymanie państwowych systemów e-administracji poszło ok. 1,5 mld zł z pieniędzy zabranych wcześniej podatnikom. Mimo sporych kosztów takich projektów jak ePUAP, CEPiK czy ZUS-PUE, armia nie-wirtualnych urzędników nadal rośnie. Najwyraźniej są potrzebni do obsługi e-systemów. 

Szacuje się, że w ciągu 7 lat rządów PO-PSL liczba urzędników w naszym kraju wzrosła o 13 proc. to jest o 80 tys. ludzi. W 2008 roku w administracji centralnej i samorządowej było zatrudnionych łącznie 612 tys. urzędników. W 2014 roku było ich już 692 tys. W tym czasie rząd podjął się zadania stworzenia e-administracji, która miała odciążyć urzędnicze etaty i sprawić, że Polacy będą mogli swoje sprawy załatwić nie wychodząc z domu za pośrednictwem internetu. Rzeczywistość okazała się być jednak nieco inna. Mimo gigantycznych środków przeznaczanych na realizację projektu e-administracji (od 2012 roku łączne koszty z tym związane pochłonęły 1,465 mld zł), liczba urzędników wcale się nie zmniejszyła. Wręcz przeciwnie - nadal utrzymuje się tendencja wzrostowa. Najwyraźniej rządzący naszym krajem uznali, że systemami informatycznymi, dzięki którym liczba urzędników miała spaść, ktoś musi zarządzać. Są potrzebne nowe kadry do obsługi wspomnianych ePUAP, CEPiK czy ZUS-PUE. Co gorsze - spadać nie mają również kwoty, które rząd zamierza w najbliższym czasie przeznaczyć na rozbudowę systemu e-administracji (będzie jeszcze e-Zdrowie i e-Podatki). W ciągu kilku najbliższych lat na ten cel pójdzie minimum 4,6 mld zł. Właściciele zaprzyjaźnionych firm informatycznych już zacierają ręce. Potok publicznych pieniędzy znowu zaleje ich konta do pełna, co wcale nie wpłynie na liczbę zatrudnionych w administracji urzędników. A wszystko na koszt polskiego podatnika. By żyło się lepiej!

 

Czytaj więcej: E-administracja w Polsce pochłania miliony, a liczba urzędników i tak rośnie (GazetaPrawna.pl)
wpis z dnia 5/11/2014

  


  

     Polki mają rodzić w pełnym bólu! Ministerstwo Zdrowia forsuje absurdalny pomysł
wpis z dnia 4/11/2014

 

We Francji znieczulenie podczas porodu jest proponowane każdej rodzącej kobiecie, a w niektórych szpitalach decyduje się na nie ponad 80 proc. pacjentek. Podobnie jest w innych krajach Europy. W Polsce nadal mamy XIX wiek i poród naturalny musi się odbyć w bólach. Dlatego 40 proc. rodzących decyduje się na cesarskie cięcie. Rządzącym naszym krajem to się nie podoba i wpadli na pomysł, aby ograniczyć liczbę "cesarek". W jaki sposób? - NFZ będzie płacił szpitalom za cesarskie cięcie mniej aniżeli za poród naturalny.

Rząd PO-PSL chce, aby zarządzający szpitalami oraz lekarze żyli pod presją. Zrobicie cesarkę na życzenie? - Nie ma problemu, ale dostaniecie za to mniej pieniędzy, niż w przypadku gdy przyjmiecie poród naturalnie. Dzisiaj obie procedury porodu są przez NFZ wyceniane tak samo - po 1,7 tys. zł, mimo że poród za pomocą cesarskiego cięcia wymaga de facto znacznie większych nakładów finansowych. Niebawem może się to jednak zmienić. Według propozycji Ministerstwa Zdrowia refundacja porodu naturalnego ma być dla szpitala bardziej opłacalna niż refundacja cesarki. Ekipa rządowa nawet nie ukrywa, że celem takiego rozwiązania ma być zmniejszenie liczby przeprowadzanych w naszym kraju operacji cesarskiego cięcia, tak aby więcej było porodów naturalnych bez znieczulenia i w pełnym bólu.

Dlaczego III RP pod tym względem przypomina XIX wieczne państwo? Dlaczego kobiety, płacąc niemałe składki zdrowotne, muszą się liczyć z tym, że podczas naturalnego porodu nie otrzymają znieczulenia? Dlaczego nie mają prawa rodzić po ludzku, bez stresu i bólu? Dlaczego coś, co od wielu lat jest normą w europejskich porodówkach, w Polsce nadal jest rzadkością? Dlaczego rządzący naszym krajem nie chcą tego zmienić? Dlaczego dążą do tego, aby jak najwięcej kobiet cierpiało wydając na świat swoje dzieci? Czy tak ma w naszym kraju wyglądać polityka pro-rodzinna?

 

Czytaj więcej: Wojna Arłukowicza: Porody naturalne mają być lepiej finansowane niż cesarki (GazetaPrawna.pl)
Czytaj także: Naturalnie kontra operacja. Dlaczego Polki lubią cesarskie cięcie (Wyborcza.pl)
Czytaj także: To nie brzuch pana ministra (GazetaPrawna.pl)
wpis z dnia 4/11/2014

   


  

     Polska bieda w liczbach: około 12 milionów Polaków nie posiada żadnych oszczędności!
wpis z dnia 3/11/2014

 

Niskie zarobki, śmieciowe umowy i brak perspektyw są przyczyną dla której około 12 milionów Polaków nie posiada jakichkolwiek oszczędności. Bieda oraz wydawanie wszystkich zarobionych pieniędzy na bieżące wydatki egzystencjalne powodują, że najzwyczajniej w świecie nie stać ich na odkładanie czegokolwiek.

   
TNS przeprowadziło wśród Polaków ankietę na temat możliwości oszczędzania pieniędzy. Okazało się, że nieco ponad 40 proc. społeczeństwa nie posiada żadnych (!) oszczędności, a kolejne 34 proc. przyznało się do tego, że z reguły przeznacza wszystko na bieżące potrzeby i tylko od czasu do czasu udaje się im coś zaoszczędzić. Jedynie 16 proc. ankietowanych jest w stanie odkładać w miarę regularnie, a 2 proc. robi to w każdym miesiącu. Sytuacja taka jest charakterystyczna dla neokolonii, w której klasę średnią stanowi wąska grupa ludzi, bardzo często powiązana z władzą lub korporacjami wypompowującymi pieniądze Polaków na zachód Europy. Zdecydowaną większość społeczeństwa stanowią ubodzy, którzy albo wszystkie zarobione przez siebie pieniądze wydają na bieżące wydatki egzystencjalne (nieco ponad 40 proc. dorosłych Polaków, czyli około 12 milionów osób), albo z uwagi na niskie zarobki udaje im się coś odłożyć raz na jakiś czas (34 proc. dorosłych Polaków, czyli około 10 milionów osób).

Z drugiej strony nie ma się czemu dziwić skoro sama władza sugeruje w oficjalnych spotach promujących inwestycje w naszym kraju, że Polska to taki "Bangladesz w Europie" i tutaj ludzie zarabiają grosze, więc jeśli chcecie się obłowić to zapraszamy. Tak ekstensywne podejście do sprawy nie wróży oczywiście niczego dobrego. Po pierwsze - zagraniczni inwestorzy robią biznes w Polsce tylko dlatego, że mogą zatrudniać ludzi za 400 euro miesięcznie. W ten sposób utwierdza się rola naszego kraju jako dostarczyciela taniej siły roboczej. Ludzie, którzy zarabiają tak niskie kwoty nie mają szans na rozwój, nie mogą odkładać pieniędzy i się bogacić. Po drugie - zachęceni niskimi kosztami pracy zagraniczni inwestorzy budują w Polsce przede wszystkim montownie wytwarzające na masową skalę w dużej mierze to, co koncepcyjnie powstaje gdzie indziej. Taka sytuacja obniża innowacyjność naszego kraju, co z resztą ma potwierdzenie we wszelkiego rodzaju rankingach, w których nasz kraj okupuje ostatnie miejsca wśród państw europejskich.

 

Czytaj więcej: Ponad 40 proc. Polaków nie oszczędza (Bankier.pl)
Czytaj także: Magazyn w neokolonii: Praca po 10 godzin. Zarobki 4 razy mniejsze niż w Niemczech (Niewygodne.info.pl)
Czytaj także: Polacy pracują ciężej, dłużej i za mniejsze pieniądze niż większość Europejczyków (Niewygodne.info.pl)
wpis z dnia 3/11/2014

   


  

     Modernizacja polskiej armii tylko na papierze. Zapowiedzi rządowych polityków nie są realizowane
wpis z dnia 2/11/2014

 

Bronisław Komorowski w dniu święta Wojska Polskiego obiecał budowę silnej i nowoczesnej armii, a rząd przyjął w 2013 roku plan modernizacji warty 130 mld zł. Problem w tym, że są to jedynie jałowe słowa i dokumenty, z których - póki co - nic nie wynika. Czyżby kolejne oszustwo ekipy PO-PSL?

Pierwsze pytanie jakie nasuwa się, jeśli chodzi o modernizację i rozbudowę polskich sił zbrojnych, jest następujące: dlaczego ekipa PO-PSL zmarnowała dotychczasowe 7 lat swoich rządów? Dlaczego w tym bardzo długim okresie nie przeprowadzono gruntownego unowocześnienia i powiększenia naszego wojska? Dlaczego dopuszczono do - de facto - likwidacji potencjału niektórych części naszych sił zbrojnych (np. marynarki wojennej, gdzie nawet dowództwo przeniesiono z Gdyni do Warszawy)? Nie można ukrywać faktu, że za stan polskiej armii odpowiadają politycy partii rządzącej. To ich decyzje przyczyniły się do tego, że dzisiaj eksperci z zakresu obronności dają nam maksymalnie trzy dni regularnej obrony, w razie konwencjonalnego ataku i przekroczenia granic przez obce siły. Później już tylko partyzantka... 

Ekipa rządowa próbowała ostatnio przypudrować nieco swoje dotychczasowe "dokonania" z zakresu likwidacji potencjału Wojska Polskiego i we wrześniu ubiegłego roku obiecała, że do 2022 r. na modernizację wydanych zostanie 130 mld zł. Problem w tym, że póki co idzie jak po grudzie, a eksperci nie mają wątpliwości - plany rządu PO-PSL są niemożliwe do spełnienia. Po pierwsze - w 2014 r. na realizację 14 głównych programów modernizacyjnych zaplanowano wydatki rzędu 3,5 mld zł. Przez pierwsze pół roku wydano zaledwie 840 mln zł. Niemal wszędzie są poważne opóźnienia w stosunku do założonego harmonogramu, mimo że to dopiero początek całego procesu. Poza tym wątpliwości budzą także kwoty przeznaczane na poszczególne programy. O ile modernizacją armii można nazwać zakup nowych śmigłowców czy okrętów podwodnych, to wątpliwości budzi fakt, czy do modernizacji można zaliczyć zakup... paliwa. Według planu rządu do 2022 roku na ten "modernizacyjny" cel zostanie wydana kwota 4 mld zł. Inną kwestią są także całkowite sumy jakie rząd chce w ciągu roku przeznaczać na unowocześnienie i rozbudowę armii. Dla przykładu - budżet MON na 2014 rok wynosi 32 mld zł. Jednak tylko 8 mld zł pójdzie na wydatki majątkowe (utrzymanie dotychczasowego stanu posiadania, uzupełnienie amunicji itp.) oraz modernizację (przypomnijmy, że do połowy roku wydano jedynie 0,84 mld zł). Reszta to "administracyjne" koszty funkcjonowania wojska typu wynagrodzenia żołnierzy czy pracowników MON. Poza tym plan rządu przewiduje, że worek z pieniędzmi na realne unowocześnienie wojska otworzy się dopiero od 2017 roku. Pytanie - co do tego czasu? Czy mamy trwać w nadziei, że geopolitycznie nic złego się nie wydarzy, a wszyscy nasi sąsiedzi staną się wyznawcami pacyfizmu? Wątpliwe...

 

Czytaj więcej: Papierowa modernizacja armii: Polskie wojsko potężne i supernowoczesne tylko w deklaracjach (GazetaPrawna.pl)
wpis z dnia 2/11/2014