Archiwum: Styczeń 2015

 

     Od czasu kiedy w kraju rządzi Platforma, przedsiębiorcy muszą płacić o ponad 50 proc. wyższe składki na ZUS. By żyło się lepiej?
wpis z dnia 22/01/2015

 

Na początku 2008 roku, tuż po objęciu władzy przez Donalda Tuska, wysokość minimalnej składki na ZUS dla osoby prowadzącej działalność gospodarczą wynosiła 717,77 zł. Dzisiaj wynosi już 1096,81 zł. To oznacza, że wysokość składki urosła w tym czasie o ponad 50 proc. Czy tak ma wyglądać realizacja postulatu "stopniowego obniżania podatków i innych danin publicznych"?

Wiemy już ile trzeba będzie płacić w tym roku ZUS-owi w ramach składek na ubezpieczenia społeczne. GUS podał przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw za IV kwartał ubiegłego roku, co pozwoliło ustalić ostateczną wysokość składki zdrowotnej. Łącznie ze składką emerytalną, rentową, chorobową oraz składką na Fundusz Pracy polscy przedsiębiorcy będą zmuszeni przelewać co miesiąc na konta ZUS kwotę 1096,81 zł.

Niestety wysokie koszty prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce, do których zalicza się między innymi obowiązkowe składki na ubezpieczenia społeczne i zdrowotne, znacząco hamują rozwój naszej gospodarki. Donald Tusk, obiecując pod koniec 2007 roku, stopniowe obniżanie podatków i innych danin publicznych, najzwyczajniej w świecie kłamał. Zamiast pobudzać gospodarkę, zaczął ją tłumić poprzez decyzje o podniesieniu stawek podatku VAT czy akcyzy, likwidując szereg ulg podatkowych, zamrażając kwoty wolne od podatku oraz zwiększając przedsiębiorcom obowiązkowe składki (poprzez niezmienianie mechanizmu ustalania ich wysokości), które co miesiąc muszą odprowadzać do ZUS, jeśli chcą legalnie prowadzić biznes.

Kopacz jest tylko kontynuatorką kierunku działań obranego uprzednio przez Tuska. Nie ma wizji jak pomóc przedsiębiorcom. W ciągu czterech miesięcy jej rządów nie wypowiedziała z siebie choćby jednego zdania na temat tego, jak zamierza wspierać polską przedsiębiorczość. W takich warunkach prowadzenie w naszym kraju biznesu często przypomina nierówną walkę. Machina urzędniczo-fiskalna ma nad przedsiębiorcą gigantyczną przewagę. W każdej chwili może go zniszczyć wysokimi podatkami. 

wpis z dnia 22/01/2015

  


  

     Totalna kompromitacja rządu! Nikt nie wie kiedy budowany w Świnoujściu gazoport zostanie ukończony!
wpis z dnia 21/01/2015

 

Gazoport w Świnoujściu miał być planowo ukończony w czerwcu 2014 r. Z głównym wykonawcą inwestycji podpisano jednak aneks, zgodnie z którym budowa miała się zakończyć w grudniu 2014 r. Ten termin również minął, a terminalu nadal nie ukończono. Obecnie w Świnoujściu hula wiatr, zaawansowanie budowy od pół roku znajduje się na niezmiennym poziomie 95 proc. i nikt z rządu nie potrafi powiedzieć kiedy gazoport zostanie ostatecznie ukończony. 

Media donoszą, że powiązany biznesowo z Rosjanami główny wykonawca gazoportu w Świnoujściu, włoska firma Saipem, zażądała od polskich władz kolejnego aneksu do umowy. Dokument ten miałby regulować kwestie kolejnej podwyżki dla Włochów oraz przesuwać datę oddania do użytku gazoportu o kolejne kilka miesięcy. Z nie tak dawnych wypowiedzi Ewy Kopacz wynikało, że terminal w Świnoujściu miał zacząć działać "latem 2015 roku", czyli z ponad rocznym opóźnieniem. Inne źródła zbliżone do rządu jeszcze mocniej oddalają w przyszłość moment, w którym dostawy gazu do Świnoujścia będą mogły ruszyć. Warto przypomnieć, że na ujawnionych w czerwcu ub. r. przez tygodnik "Wprost" nagraniach, były wiceminister finansów w rządzie Tuska, a od 2013 roku wiceprezes zarządu ds. korporacyjnych PGNiG - Andrzej Parafianowicz - w rozmowie ze Sławomirem Nowakiem stwierdził, że podpisane przez rząd Tuska umowy na realizację terminalu LNG w Świnoujściu są bardzo niekorzystne, bowiem pozwalają wykonawcy bezkarnie opóźniać budowę wspomnianej infrastruktury. Podczas nagranej rozmowy pada nawet stwierdzenie, że nasz kraj będzie mógł odbierać gaz z Kataru dopiero w... 2017 roku!

 

Niestety tak się kończy wybieranie do wykonania strategicznej dla bezpieczeństwa energetycznego inwestycji firmy robiącej kontrakty dla Gazpromu. Władza po raz kolejny pokazała swoją nieudolność, głupotę lub... pazerność na łapówki. I nie wiem co w tym przypadku jest gorsze. Czy gdyby okazało się, że wzięli za to łapówkę, czy gdyby zrobili to z czystej Platformianej głupoty? Aż dziwne, że lemingi nadal im wierzą...

wpis z dnia 21/01/2015

    


  

     Polska zajęła 110. miejsce na świecie w rankingu mierzącym przejrzystość i transparentność działań rządu
wpis z dnia 20/01/2015

 

W rankingu World Economic Forum mierzącym przejrzystość i transparentność działań i decyzji rządów poszczególnych państw nasz kraj zajął... 110. miejsce na świecie. Bardziej transparentne i przejrzyste władze funkcjonują w takich krajach jak Gabon, Uganda, Mongolia, Albania, Ukraina czy Rosja. Ten fatalny wynik jest prostą konsekwencją przejęcia całości sterów w państwie przez ekipy Platformy Obywatelskiej i PSL, które doprowadziły do niebywałego rozrośnięcia się biurokracji, gigantycznego nepotyzmu, mnóstwa afer gospodarczych z udziałem najważniejszych osób w państwie, korupcji oraz jeszcze większego stopnia skomplikowania systemu podatkowego. 

Niewydolność polskiego państwa mierzona jest także w braku przejrzystości i transparentności działań polskiego rządu. Afery i przekręty gospodarcze, skomplikowany system podatkowy, ciągle rozrastająca się biurokracja, nepotyzm i korupcja na szczytach władzy sprawiają, że nasz rząd w tej kategorii oceniany jest dramatycznie nisko. Według ostatniego rankingu World Economic Forum (za rok 2014) na świecie zajmujemy pod tym względem 110. miejsce dając się wyprzedzić takim tuzom światowej transparentności jak Gabon, Uganda, Mongolia, Albania, Ukraina czy Rosja. 

Niestety nic nie wskazuje na to, aby Polska miała poprawić swoją pozycję w najbliższym czasie. Tuska podmieniono Ewą Kopacz, która dba o swoje psiapsiółki rozstawiając je po stanowiskach pełnomocniczek rządu do spraw tego i owego. Totalnie nie ma jednak wizji i strategii rozwoju Polski. Intelektualnie jest po prostu za słaba i nie ogrania kluczowych dla rozwoju naszego kraju tematów. Nie ma koncepcji jak rozwiązać problem niewydolności polskiego sądownictwa czy poluźnić fiskalny sznur założony na szyje polskich podatników. Nie panuje nad biurokracją i plagą nepotyzmu w spółkach państwowych. O walce z aferami i przekrętami nie będę wspominał. To powoduje, że w rankingu Światowego Forum Ekonomicznego za 2015 roku nasz kraj, w kategorii przejrzystość i transparentność działań rządu, prawdopodobnie znowu zajmie odległe miejsce w na początku drugiej setki.

 

Źródło informacji: Global Competitiveness Report 2014-15 (PDF)

wpis z dnia 20/01/2015 

  


  

     W 20-leciu międzywojennym wybudowano "od zera" Gdynię i Centralny Okręg Przemysłowy. A co wybudowano w ciągu 25 lat istnienia III RP?
wpis z dnia 19/01/2015

 

Supermarkety Biedronki, magazyny Amazona i dwie nitki nieukończonej autostrady nie zagwarantują szybkiego rozwoju. Do tego potrzebny jest przemysł, który obecna władza likwiduje lub wyprzedaje w ręce zagranicznych "inwestorów" traktujących Polskę jak Bangladesz.

Oficjalne statystyki mówią, że w ciągu ostatnich 7 lat rząd sprzedał majątek narodowy o wartości 65 mld zł. Pomimo tego zadłużenie naszego kraju wzrosło w tym czasie aż o 100 procent do ponad biliona złotych (wg rządu jest nieco niższe, ale tylko dlatego, że w lutym 2014 roku zdecydowano się zagrabić z emerytalnych kont oszczędnościowych Polaków około 130 mld zł na poczet spłaty długów). 

 

Niestety polityka ekipy PO-PSL jest tylko kontynuacją strategii anty-rozwojowej, której zręby powstały kiedy PRL zmieniał nazwę na III RP. Wówczas "elity" podjęły decyzję, aby wszystko co państwowe sprzedać za bezcen zagranicznym podmiotom, które miały wprowadzić w naszym kraju gospodarkę rynkową. Niewielu zdawało sobie sprawę, że w interesie wspomnianych zagranicznych "inwestorów" nie leży to, aby polska gospodarka była silna i niezależna. Oni traktowali nas jak potencjalnego konkurenta, którego dla świętego spokoju należy przejąć i maksymalnie ograniczyć. Przykład? - Branża cukrownicza. Na początku lat 90-tych w Polsce funkcjonowało 76 cukrowni, które po zmianie ustroju z socjalistycznego na wolnorynkowy, stały się śmiertelnym zagrożeniem dla cukrowni w Niemczech. Właśnie dlatego w latach 90-tych ubiegłego wieku niemiecki kapitał (spółki: Südzucker, Pfeifer&Langen oraz Nordzucker) zaczął je skupować od polskiego państwa za bezcen, obiecując przy tym ich modernizację. Gdy nowi niemieccy właściciele przejęli w końcu większość cukrowni w naszym kraju, nagle zamiast modernizacji odbyła się ich masowa restrukturyzacja poprzez likwidację. Efekt jest taki, że do dziś przetrwało jedynie 18 cukrowni. Podobnie było z innymi branżami przemysłu w Polsce. 

Rząd Platformy i PSL chciałby, aby w naszym kraju było jak najwięcej montowni, call-center i magazynów należących do zagranicznych firm. Zagranicznych inwestorów zachęca do tego poprzez sugerowanie, że Polska to taki Bangladesz w Europie i tutaj ludzie zarabiają grosze, więc jeśli chcecie się obłowić to zapraszamy. Takie podejście ogranicza potencjał naszego kraju z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze - zagraniczni inwestorzy robią biznes w Polsce tylko dlatego, że mogą zatrudniać ludzi za 400-450 euro miesięcznie. W ten sposób utwierdza się rola naszego kraju jako dostarczyciela taniej siły roboczej. Ludzie, którzy zarabiają tak niskie kwoty nie mają szans na rozwój, nie mogą odkładać pieniędzy i się bogacić. Po drugie - zachęceni niskimi kosztami pracy zagraniczni inwestorzy budują w Polsce przede wszystkim montownie, wytwarzające na masową skalę w dużej mierze to, co koncepcyjnie powstaje gdzie indziej. Taka sytuacja obniża innowacyjność naszego kraju, co z resztą ma potwierdzenie we wszelkiego rodzaju rankingach, w których nasz kraj okupuje ostatnie miejsca wśród państw europejskich. 

W kontekście powyższego warto porównać osiągnięcia gospodarcze II oraz III RP. Czy w ciągu ostatnich 25 lat istniała jakakolwiek spójna i logiczna strategia rozwoju naszego państwa? Czy udało się zrealizować jakiekolwiek poważne projekty na miarę sukcesów II RP? Czy nieustającą likwidację polskiego przemysłu i innowacyjności, jak również wyprzedaż najważniejszych gałęzi gospodarki z okresu III RP możemy w ogóle porównywać do czasów, kiedy wizjonerzy zbudowali "od zera" nowoczesne miasto portowe czy Centralny Okręg Przemysłowy...?

wpis z dnia 19/01/2015 

  


  

     Zmowa cenowa na stacjach paliw w Polsce?
wpis z dnia 17/01/2015

 

Dlaczego pojedyncze stacje paliw potrafią z zyskiem sprzedawać 1 litr benzyny za kwotę 3,98 zł, a zdecydowana większość robi to za około 4,40 - 4,50 zł (mimo że cena hurtowa zakupu paliwa w rafineriach jest dla wszystkich sprzedawców detalicznych bardzo zbliżona)? Czy wspomniana większość stacji - szczególnie tych należących do dużych koncernów paliwowych - stosuje zmowę cenową w zakresie stosowanej marży, która godzi w interesy konsumentów? Czy to nie jest temat dla Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów?

Warto przypomnieć, że nie dalej jak pół roku temu, czyli jeszcze przed spadkami cen ropy naftowej na światowych rynkach, średni poziom marży detalicznej stosowanej przez właścicieli stacji paliw w Polsce szacowany był na 0,11 - 0,15 zł za 1 litr benzyny. Kiedy ceny ropy naftowej zaczęły spadać, przekładając się na cenę paliwa produkowanego przez rafinerie, stacje benzynowe stopniowo zaczęły podnosić poziom stosowanej marży. Oczywiście kierowcy początkowo nie byli w stanie tego zauważyć, bowiem spadki cen ropy naftowej potrzebnej do produkcji paliw były znacznie silniejsze od wzrost marży. Dopiero po pewnym czasie można było dostrzec, że ceny paliw na niektórych stacjach istotnie odbiegają od cen stosowanych przez większość stacji, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę punkty sprzedaży paliw należące do dużych koncernów. Eksperci z rynku paliwowego nie mają wątpliwości i twierdzą, że to efekt zróżnicowanego poziomu stosowanych marż. Właściciele zdecydowanej większości stacji pozostają w specyficznej zmowie cenowej. Wiedzą bowiem, że w branży sprzedaży paliw trudno o dużą konkurencję (aby wybudować stację benzynową potrzeba sporego kapitału na start oraz wielu różnego rodzaju zgód i pozwoleń administracyjnych), dlatego utrzymują swoje marże na wysokim poziomie ok. 0,40 - 0,50 zł za 1 litr benzyny. Tam gdzie stacji paliw jest nieco więcej, a konkurencja silniejsza - pojawiają się wyjątki. Pojedynczy przedsiębiorcy, aby zachęcić klientelę, decydują się obniżyć marżę do poziomu 0,10 - 0,15 zł, a wówczas możliwe jest tankowanie poniżej 4,00 zł za litr. 

Powstaje pytanie: czy z uwagi na specyficzne uwarunkowania detalicznego rynku handlu paliw (trudność z rozpoczęciem biznesu) oraz wykorzystywanie silniejszej pozycji wobec klienta końcowego, stosowanie przez większość firm będących właścicielami stacji benzynowych wysokich marż na sprzedawane w nich paliwo, nie spełnia przypadkiem przesłanek zmowy cenowej, która godzi w interesy konsumentów? Czy sprawą nie powinien się przypadkiem zainteresować Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów?

 

wpis z dnia 17/01/2015
    


  

     Gigantyczne marnotrawstwo pieniędzy przez rząd Platformy i szefa NBP! Na konta MFW przelali równowartość ponad miliarda złotych!
wpis z dnia 16/01/2015

 

Polska po raz kolejny przedłużyła w Międzynarodowym Funduszu Walutowym zupełnie nam nie potrzebną umowę o dostęp do tzw. elastycznej linii kredytowej, która daje do dyspozycji Ministerstwa Finansów oraz NBP 15,5 mld jednostek rozliczeniowych MFW (ma to być równowartość ok. 23 mld USD). Problem w tym, że od początku trwania tej umowy (tj. od 2009 roku) Polska ani razu z niej nie skorzystała. Mimo to na konta MFW ekipa Tuska, Belki, Rostowskiego i reszty rządzącej nami ferajny przelała równowartość ponad miliarda złotych na poczet kosztów możliwości skorzystania z linii kredytowej. By żyło się lepiej! Pytanie tylko - komu??!

Co ciekawe - umowy na "Flexible Credit Line" w MFW, dające dostęp do tajemniczych jednostek rozliczeniowych SDR (które rzekomo mają być wymienialne na dolary) podpisały jedynie trzy państwa na świecie. Oprócz Polski jest to... Kolumbia i Meksyk. Polska o dostęp do elastycznej linii kredytowej po raz pierwszy wystąpiła do MFW w 2009 roku. Międzynarodowa finansjera się zgodziła, ale w zamian za roczny dostęp do linii wzięła równowartość ok. 182 mln zł. 

Wczesną wiosną 2010 roku, ówczesny prezes NBP Sławomir Skrzypek uznał, że sytuacja polskiej gospodarki i systemu finansowego jest na tyle dobra, że nasz kraj nie potrzebuje już potencjalnego wsparcia MFW w postaci możliwości korzystania z elastycznej linii kredytowej. Oficjalne dane NBP mówiły, że na koniec lutego 2010 stan polskich aktywów rezerwowych liczonych wyniósł ponad 62,6 mld euro. Z kolei w komunikacie opublikowanym 5 marca NBP potwierdził, że "Polska ma wysoki poziom rezerw walutowych. Rezerwy te są gwarantem bezpieczeństwa finansowego naszego kraju w relacjach zewnętrznych". 

Zupełnie odmiennego zdania byli premier Donald Tusk oraz minister finansów Jacek Rostowski, którzy bardzo mocno naciskali na to, aby Polska przedłużyła umowę z MFW dotyczącą linii kredytowej. Na początku kwietnia premier na jednej z konferencji powiedział: 

 

"Podtrzymanie elastycznej linii kredytowej byłoby zabezpieczeniem dla Polski na wszelki wypadek. Rację mają ci, którzy mówią, że dziś nam już tego nie potrzeba, ale widząc, co się dzieje w niektórych państwach Unii Europejskiej, być może takie zabezpieczenie lepiej byłoby mieć."

 

10 kwietnia 2010 Sławomir Skrzypek ginie w katastrofie rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem. Pełniącym obowiązki prezesa NBP został jego dotychczasowy pierwszy wiceprezes - Piotr Wesołek. Mimo śmierci Skrzypka, zarówno Wesołek jak i cały zarząd NBP podtrzymują stanowisko zgodnie, z którym elastyczna linia kredytowa z MFW jest nam niepotrzebna. W oficjalnym komunikacie NBP możemy przeczytać, iż "nie jest zasadne ponowne ubieganie się przez Polskę o udostępnienie przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy Elastycznej Linii Kredytowej". 

W miesiąc po katastrofie smoleńskiej, pełniący obowiązki prezydenta RP - Bronisław Komorowski obwieszcza, iż chciałby aby nowy prezes NBP został wybrany jeszcze przed przyspieszonymi wyborami prezydenckimi zaplanowanymi na czerwiec (prezes NBP zgodnie z konstytucją jest powoływany bezwzględną większością głosów przez Sejm na wniosek prezydenta). Ówczesny marszałek Sejmu stwierdził, że "przeprowadzi konsultacje, by wyłonić odpowiednią kandydaturę na nowego prezesa NBP". Kilka dni później p.o. prezydenta RP ogłosił, że jego kandydatem jest Marek Belka. Głosowanie nad jego kandydaturą miało miejsce 10 czerwca 2010. Głosami PO oraz SLD Marek Belka został wybrany na prezesa NBP jako kandydat marszałka Sejmu, który wówczas pełnił obowiązki głowy państwa. 

Wyraźny pośpiech w sprawie obsadzenia stanowiska prezesa NBP jeszcze przed wyborem nowego prezydenta RP wyjaśnił się kilka dni później. 15 czerwca 2010 roku (na 5 dni przed I turą wyborów prezydenckich) jedną z pierwszych decyzji Marka Belki było podpisanie wniosku o przedłużenie linii kredytowej w MFW. Już dzień później MFW oficjalnie przyjął wniosek Polski i jednocześnie zasygnalizował, że rozpatrzy go pozytywnie. Formalności stało się zadość 2 lipca 2010, kiedy to umowa o dostępie do elastycznej linii kredytowej została podpisana. Tym samym Tusk z Rostowskim (a może ktoś jeszcze) ostatecznie osiągnęli swój cel. Kilka miesięcy później - w styczniu 2011 r. - Polska złożyła wniosek o wydłużenie o dwa lata okresu obowiązywania elastycznej linii kredytowej. MFW wyraził na to zgodę i wziął za to równowartość ok. 340 mln zł (107 mln USD). To samo miało miejsce w 2012, kiedy umowa została przedłużona o kolejne 2 lata (w zamian na konta MFW poleciało 110 mln USD, czy ok. 350 mln zł). Teraz dowiadujemy się, że rządzący naszym krajem po raz kolejny zawnioskowali o dostęp do linii kredytowej MFW. Koszt do końca 2015 roku ma wynieść ok. 69 mln USD (czyli po dzisiejszym kursie równowartość ok. 240 mln zł). Dotychczasowe łączne koszty funkcjonowania dostępu do "Flexible Credit Line" za lata 2009 - 2015 to równowartość ponad 1,1 mld zł!

Wszystko w tej sprawie byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że Polska z przyznanych linii kredytowych w MFW w ogóle nie korzystała, a za samą możliwość korzystania musiała płacić po kilkaset milionów złotych rocznie. Powstaje pytanie o sens uporu Tuska i Rostowskiego w tej kwestii oraz kontynuację ich błędnych decyzji przez Ministerstwo Finansów w rządzie Ewy Kopacz? Dlaczego tak bardzo zależy im na wydawaniu w frajerski sposób grubych milionów, za które nic w zamian do tej pory nie otrzymali? A może nasi rządzący są tylko pacynkami, marionetkami w ręku kogoś, komu na prawdę zależy na tym, aby MFW obławiało się na pieniądzach transferowanych z Polski dużym strumieniem?

 

wpis z dnia 16/01/2015
    


  

     Gigantyczne pieniądze dla prezesów Kompanii Węglowej. Od kiedy u władzy jest ekipa PO-PSL, koszty zarządu wzrosły niemal o 100 proc.!
wpis z dnia 15/01/2015

 

Kiedy Kompania Weglowa (KW) zalicza poważne straty finansowe, członkowie jej zarządu pobierają olbrzymie pensje. Mogą też liczyć na gigantyczne odprawy przy zwolnieniach (sięgające blisko miliona złotych). Jakby tego było mało - całkowite koszty zarządu KW w ciągu ostatnich 7 lat wzrosły niemal o 100 proc. Tymczasem minister Skarbu Państwa, pod którego okiem "przeżerano" wspomniane pieniądze, skarży się publicznie na słabą kondycję KW. A kto sprawował w ostatnich latach nadzór właścicielski? Rząd Ruchu Odbudowy Polski? PJN-u? Czy może jednak Platformy Obywatelskiej??!

Warto zauważyć, że tzw. "koszty ogólnego zarządu" (tj. koszty związane z utrzymaniem zarządu przedsiębiorstwa oraz koszty utrzymania obiektów pozwalających na funkcjonowanie całego przedsiębiorstwa, straży czy transportu ogólnozakładowego) Kompanii Węglowej (KW) w 2007 roku wyniosły 1,152 mld zł. W ciągu kilku lat sprawowania nadzoru właścicielskiego przez ludzi Platformy Obywatelskiej i PSL koszty ogólnego zarządu wzrosły do poziomu 2,049 mld zł, czyli niemal o 100 procent! W dużej mierze wynikało to z gigantycznych pieniędzy jakie otrzymywali członkowie zarządu KW. Szacuje się, że zwolniony niedawno prezes KW - Mirosław Taras - mógł liczyć na 80 tys. zł miesięcznie + dodatki, a w odprawie miał zgarnąć blisko milion złotych. W tym kontekście jakimś nieporozumieniem wydaje się być ubolewanie sprawującego nadzór nad kopalniami ministra Skarbu Państwa, który skarży się na słabą kondycję finansową KW. Przecież to pod jego nosem "przeżerano" pieniądze, tak więc teraz pretensje powinien mieć tylko do siebie.

 

Źródło: Kompania Węglowa Historia Prawdziwa (UnfictionPolitical.bloog.pl)
Źródło: Gigantyczna odprawa prezesa Kompanii Węglowej - proszę usiąść, bo takich pieniędzy nie widuje się często (wGospodarce.pl)

Twitter: Krzysztof Skórzyński
wpis z dnia 15/01/2015

  


 

     W ciągu 10 lat kopalnie zapłaciły w podatkach aż 71,3 miliardów złotych. Dla zobrazowania - aby uzbierać taką kwotę WOŚP musiałaby zorganizować ponad 1400 finałów
wpis z dnia 14/01/2015

 

Wielka skala podatkowego obciążenia, z jaką musi się zmagać w naszym kraju branża górnicza (prezes Górniczej Izby Przemysłowo-Handlowej doliczył się 34 różnego rodzaju podatków i opłat o charakterze podatkowym) przynosi bardzo wymierne efekty. W okresie 2004-2013 obciążenia publiczno-prawne górnictwa wyniosły aż 71,3 mld zł. To jest główny powód dla którego część kopalń w Polsce jest nierentowna.

Gigantyczne obciążenia podatkowe powodują, że polskie kopalnie stają się coraz mniej konkurencyjne. To powoduje, że węgiel wydobywany w Polsce jest droższy od węgla czeskiego czy rosyjskiego. Mówiąc o restrukturyzacji górnictwa nasze władze powinny przede wszystkim rozważyć obniżenie podatków, które branża musi obecnie płacić. W ślad za tym powinny iść oczywiście zmiany w samych kopalniach (likwidacja lub ograniczenie kosztownych przywilejów z okresu PRL). Przede wszystkim jednak to rząd powinien wykazać się inicjatywą w postaci obniżenia obowiązkowych danin publicznych. Dopiero wówczas będzie można mówić o prawdziwej "restrukturyzacji branży". W każdym innym przypadku należy uznać, że działania rządu będą nakierowane na likwidację branży, a nie jej uzdrowienie i dalszy rozwój.

 

Materiał źródłowy: Obciążenia publicznoprawne górnictwa (Twitter.com)
wpis z dnia 14/01/2015

  


 

     Rząd się nam rozpasał: biurokracja szaleje, miliardy na urzędnicze pensje i coraz więcej psiapsiółek w roli "pełnomoc- ników". By żyło się lepiej!
wpis z dnia 13/01/2015

 

Platformiane "tanie państwo", choć właściwie nigdy nie było tanie, teraz okazuje się być jeszcze droższe w utrzymaniu. Coraz większa część zabranych w podatkach pieniędzy wędruje do kieszeni poszerzającej się rzeszy urzędników. Przykład jak drenować pieniądze podatników idzie z samej góry. gabinet Ewy Kopacz zatrudnia obecnie aż... 20 specjalnych pełnomocników, których wynagrodzenia i obsługa pochłaniają co roku miliony złotych! Jakby tego było mało premier chce powołać kolejnego pełnomocnika - ds. bezpieczeństwa ruchu drogowego. By żyło się lepiej!

Rok 2015 będzie kolejnym, w którym przybędzie urzędników w administracji publicznej. Władza ma coraz więcej pomysłów na różnego rodzaju nowe instytucje, agencje i fundusze działające na koszt podatników. Dzięki temu na urzędnicze wypłaty wydamy o 500 mln zł więcej niż w roku ubiegłym, urzędnicze "trzynastki" pochłoną aż 5 miliardów złotych, a średnia pensja pracownika administracji przekroczy 4,8 tys. zł. To nie powinno nas jednak dziwić, bowiem przykład rozrostu biurokracji idzie z samej góry. Premier Ewa Kopacz nie tak dawno powołała kolejnych pełnomocników rządu numer. Byli to pełnomocnik nr 18. (ds. restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego), nr 19. (ds. projektu ustawy o zdrowiu publicznym) oraz 20. (ds. bezpieczeństwa w szkołach). Teraz przymierza się do powołania kolejnego pełnomocnika - numer 21. - ds. bezpieczeństwa ruchu drogowego. Jak tak dalej pójdzie liczba specjalnych pełnomocników rządu do końca tego roku przekroczy 30!

Czym ma się zajmować nowy pełnomocnik ds. bezpieczeństwa ruchu drogowego? - Jego głównym zadaniem ma być planowanie celów polityki poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego w Polsce oraz inicjowanie, koordynowanie i monitorowanie działań organów administracji rządowej w zakresie bezpieczeństwa na drogach. Innymi słowy - będzie robił to, co do tej pory robili inni pracownicy ministerstwa infrastruktury. Powołanie kolejnego pełnomocnika jest więc klasycznym dublem etatu, na którego wynagrodzenia pójdzie sporo publicznych pieniędzy. 

Czy pełnomocnik rządu może liczyć na wysokie wynagrodzenie? Odpowiedz brzmi: może. Dla przykładu warto wspomnieć o Pełnomocniku ds. Równego Traktowania - Agnieszce Kozłowskiej-Rajewicz - która w ciągu 2012 roku otrzymała łącznie 170,1 tys. zł pensji (średnio miesięcznie nieco ponad 14 tys. zł). Pracujący dla niej "doradcy polityczni" (2,5 etatu w 2012 r.) zarobili 191,6 tys. zł, zaś zatrudnieni pracownicy biura pełnomocnika (17 etatów) otrzymali 1,37 mln zł wynagrodzenia. Podkreślmy - wszystko sponsorowane z naszych (podatników) pieniędzy. 

 

Czytaj więcej: Rząd powoła pełnomocnika ds. bezpieczeństwa ruchu drogowego w MIR (GazetaPrawna.pl)
Tekst źródłowy: Pełnomocnicy rządu i Prezesa RM (KPRM.gov.pl)
Tekst źródłowy: Odpowiedź pełnomocnik ds równego traktowania [PDF] (Wipler.pl)
wpis z dnia 13/01/2015

 


 

     Czyżby nowa afera w zbrojeniówce? Prokuratura przyjrzy się kontraktowi za blisko 1,1 mld zł zawartemu z koreańskim Samsungiem
wpis z dnia 12/01/2015

 

Kontrolowana przez Skarb Państwa Huta Stalowa Wola zawarła z koreańskim Samsungiem kontrakt o wartości 1,1 mld zł na dostawę podwozi do produkowanych w Polsce armato-haubic "Krab". Problem w tym, że wspomniany kontrakt nie był poprzedzony przetargiem, zamówione podwozia nie przeszły w kraju żadnych testów (nie posiadają dopuszczeń technicznych MON) i nigdy nie były zintegrowane z licencyjną wieżą haubicy, z którą mają stanowić kompletny pojazd bojowy. Pracownicy i część członków rady nadzorczej Zakładów "Bumar Łabędy" (które wcześniej, na zlecenie Huty Stalowa Wola, opracowały projekt podwozi do Krabów) uważają, że to działanie na szkodę państwa i polskiego przemysłu, dlatego złożyli w Prokuraturze Okręgowej w Gliwicach zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa.

Budząca wątpliwości umowa pomiędzy Hutą Stalowa Wola (wchodzącą w skład kontrolowanej przez Skarb Państwa - Polskiej Grupy Zbrojeniowej), a koreańskim Samsung Techwin na dostawę podwozi do polskich armato-haubic "Krab", została zawarta 17 grudnia 2014 roku. Opiewa ona na gigantyczną kwotę 320 mln USD (równowartość blisko 1,1 mld zł). Problem w tym, że w Polsce istnieje już gotowe do użycia podwozie do ww. armato-haubicy. Zostało ono opracowane w gliwickim ośrodku pancernym na wcześniejsze zlecenie... Huty Stalowa Wola. Dlatego właśnie pracownicy oraz część członków rady nadzorczej gliwickich zakładów "Bumar Łabędy" (również wchodzących w skład kontrolowanej przez Skarb Państwa - Polskiej Grupy Zbrojeniowej) uznali, że podpisana z Samsungiem umowa na dostawę podwozi z Korei w istocie jest działaniem na szkodę państwa i polskiego przemysłu zbrojeniowego. Po pierwsze - gigantyczne pieniądze zostaną przelane na zagraniczne konta, zamiast pozostać w Polsce. Po drugie - podpisanie kontraktu nie zostało poprzedzone przetargiem. Po trzecie - zamówione podwozia nie przeszły w kraju żadnych testów (nie posiadają dopuszczeń technicznych MON). Po czwarte - podwozia Samsunga nigdy nie były zintegrowane z licencyjną wieżą haubicy, z którą mają stanowić kompletny pojazd bojowy.

Czy zatem szykuje się nam poważny skandal związany z zamówieniem za ponad miliard złotych??

 

Czytaj więcej: Koreańskie podwozia Krabów do prokuratury (Rp.pl)
wpis z dnia 12/01/2015

   


  

     Czy rząd Ewy Kopacz chce zniszczyć polskie górnictwo, aby nie stanowiło konkurencji dla innych?
wpis z dnia 10/01/2015

 

Paradoks polega na tym, że rząd Ewy Kopacz pozwala na sprowadzanie do Polski milionów ton węgla z Rosji, a na węgiel wydobywany w polskich kopalniach nakłada wielomiliardowy podatek akcyzowy. Jakby tego było mało plan działania przedstawiony przez stronę rządową zakłada likwidację nierentownych - w takich okolicznościach - kopalni i masowe zwolnienia tysięcy osób. Czy obecna władza rzeczywiście chce zlikwidować polskie górnictwo, aby nie stanowiło konkurencji dla innych? 

Węgiel wydobywany w Polsce nie bez powodu jest droższy od węgla importowanego (np. z Rosji). Rząd PO-PSL drenuje nasze górnictwo wieloma podatkami i daninami, które następnie przekładają się na cenę sprzedawanego węgla. Szacuje się, że wszystkie podatki jakie są związane z wydobywaniem węgla w Polsce (VAT, akcyza, podatek od wyrobisk podziemnych) to koszt minimum 6 miliardów złotych rocznie. Wystarczyłoby zatem obniżyć o połowę rządowe daniny fiskalne, aby produkcja węgla w Polsce nagle zaczęła się opłacać. W jednym momencie problem importu taniego (i gorszej jakości) węgla z Rosji przestałby istnieć, a z przykopalnianych krajobrazów Śląska znikłyby gigantyczne dzisiaj hałdy wydobytego węgla, którego nikt nie chce kupić. Czyż zatem nie lepszym rozwiązaniem od proponowanej przez rząd Kopacz kosztownej "restrukturyzacji" (na odprawy dla zwalnianych górników też trzeba znaleźć pieniądze, a propozycja łączenia nierentownych kopalni ze spółkami energetycznymi przyniesie straty dla tych drugich) będzie obniżenie podatków, które uderzają w rentowność przemysłu wydobywczego w Polsce? Przy okazji można by oczywiście ograniczyć niektóre górnicze przywileje rodem z PRL, takie jak "deputat węglowy dla górniczych emerytów", kosztujący należącą do Skarbu Państwa Kompanie Węglową około 260 mln zł rocznie oraz 13. i 14. pensję w roku. To pozwoliłoby całej branży na osiągnięcie gigantycznych zysków, zwiększenie produkcji oraz ekspansję na zagraniczne rynki (warto podkreślić, że Europa importuje obecnie prawie 230 mln ton węgla rocznie. Jedynie 4 mln pochodzi z Polski). 

Górnictwo w Polsce może być rentowne. Wystarczy jedynie obniżyć podatki. No chyba, że rząd Kopacz ma inny plan, który polega na stopniowej likwidacji polskiej branży wydobywczej, aby przypadkiem nie stanowiła konkurencji dla innych (np. Rosji)? Tego niestety wykluczyć nie możemy.

 

Czytaj także: "Rehabilitacja" węgla wymaga w Polsce obniżenia akcyzy i VAT (Wnp.pl)
Czytaj także: Co jest grane z polskim węglem? (Bankier.pl)
Czytaj także: Premier Kopacz: sprawę górnictwa chcę załatwić od początku do końca (Bankier.pl)
wpis z dnia 10/01/2015

   


 

     Rząd Kopacz to esencja obciachu, nieudolności i niekompetencji. Śmieszność tej ekipy kompromituje każdego kto ją popiera
wpis z dnia 9/01/2015

 

"Pociąg jedzie, istnieje droga, z kranu leci woda" - oto uprawniana przez ekipę Kopacz narracja sukcesu dla niepełnosprytnych wyborców. Prawdziwe problemy kraju są przesłaniane robieniem przez Ewę Kopacz brzuszków na wykładzinie. W tym kontekście warto przypomnieć bolesną prawdę, że zrujnowany, zadłużony kraj, pełen starych i sfrustrowanych ludzi, z młodzieżą mieszkająca za granicami i nie przejmującą jego losami, można już bardzo łatwo podbić i całkowicie zwasalizować. Czy Ewa Kopacz oraz jej ekipa są środkiem do tego celu?

Dotychczasowa wiodąca zasada polityki uprawianej przez Platformy Obywatelskiej epoki Tuska, czyli wyzbycie się wszelkich ambicji i posiadanie tzw. "ciepłej wody w kranie", została zastąpiona istną tragi-farsą odstawianą na koszt podatnika przez Ewę Kopacz i jej psiapsiółki. Kompromitacja goni kompromitację. Ilość błędnych decyzji, za które przyjdzie zapłacić nam wszystkim rośnie w tempie geometrycznym. Obecnie rządzą nami totalni amatorzy, którzy często nie mają bladego pojęcia na temat tego co mówią, robią i jakie decyzje podejmują. Nie mają żadnej, podkreślam - ŻADNEJ - strategicznej wizji rozwoju Polski. W takim układzie kapitał naszego kraju nadal będzie rozkradany przez "zagranicznych inwestorów", zadłużenie nadal będzie wzrastać, a ludzie młodzi nadal emigrować poza granice. 

Obecna premier powtarza frazesy o "modernizacji i szybkim rozwoju". Co ciekawe przez 7 lat jej ekipa nie była w stanie zbudować kluczowej dla bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju inwestycji jaką jest gazoport w Świnoujściu. - "Polacy mogą czuć się bezpieczni" - Tak. Jasne. Nasza armia drastycznie się skurczyła i obecnie w całości zmieści się na murawie stadionu piłkarskiego, zaś na jednego żołnierza frontowego przypada trzech oficerów. - "To co się nie zmieni to moja nieugietosc dla tych co własne interesy przedkładają ponad interes Polaków" - Problem w tym, że kumple i koleżanki pani premier przez blisko dwie kadencje kręcili lody równo. Wystarczy policzyć ilość afer gospodarczych oraz ich finansowe skutki. To było działanie w interesie Polaków??! Ewa... idź porobić brzuszki na macie... To wszystko sprawia, że automatycznie kompromitują się wszyscy ci, którzy wciąż wyrażają poparcie wobec obecnej władzy. 

Państwo, jak mawiał Bartłomiej Sienkiewicz, już nie istnieje tylko "teoretycznie". Od czasu przejęcia sterów rządów przez Ewe Kopacz i jej psiapsiółki ono przestało istnieć w ogóle. 

wpis z dnia 9/01/2015

   


  

     Nowa, ATOMOWA AFERA! Gigantyczne straty finansowe oraz fiasko budowy strategicznej elektrowni. Niemcy już zacierają ręce!
wpis z dnia 8/01/2015

 

Ujawniona właśnie "afera atomowa" jak w soczewce ukazuje skalę niekompetencji i nieudolności ekipy związanej z obecną władzą. W lutym 2013 roku, kiedy szefem państwowej Polskiej Grupy Energetycznej (PGE) był Krzysztof Kilian (dobry kumpel Donalda Tuska), a Aleksander Grad (b. minister skarbu w rządzie Tuska odpowiedzialny za aferę stoczniową) kierował zależną od PGE spółką PGE-EJ1, zawarto umowę o wartości ćwierć miliarda złotych (!) z prywatną firmą WorleyParsons na konsulting, doradztwo i "badania lokalizacyjno-środowiskowe" dotyczące planowanej elektrowni atomowej. Kontrakt ten podpisano mimo, że ABW ostrzegała aby tego nie robić z uwagi na niejasną strukturę organizacyjną WorleyParsons oraz powiązania biznesowe z Rosjanami. Po niespełna dwóch latach okazało się, że wspomniana umowa to ściema. WorleyParsons wzięła olbrzymie pieniądze, ale - zdaniem PGE - nie realizowała harmonogramu inwestycji. WorleyParsons twierdzi, że pieniędzy nie otrzymywała. Pewne jest jedno - projekt pierwszej polskie elektrowni atomowej kończy się fiaskiem i totalną kompromitacją. Niemcy już zacierają ręce. Gdy w Polsce niebawem zabraknie prądu, to oni będą nam sprzedawać nadwyżki swojej ultradrogiej "zielonej" energii...

Aleksander Grad, były minister Skarbu w rządzie Tuska, który w związku z kompromitującą go aferą stoczniową, został powołany na stanowisko prezesa zarządu odpowiedzialnej za budowę pierwszej polskiej elektrowni atomowej spółki PGE EJ 1 (kontrolowanej przez państwową PGE), powiedział swego czasu, że wybór WorleyParsons jako wykonawcy badań lokalizacyjnych i środowiskowych dla elektrowni to "kolejny krok w projekcie, który z pewnością przyczyni się do umocnienia poziomu wiarygodności polskiego programu jądrowego". Przypomnijmy, że WorleyParsons miało za 253 mln zł wykonać badania lokalizacyjne i środowiskowe dla pierwszej polskiej elektrowni atomowej. Szybko okazało się, że cena za którą w/w firma miała wykonać badania, była zawyżona. Pierwotne szacunki PGE określały wartość takich badań na około 120 mln zł (przy czym niektórzy eksperci twierdzili, że zadanie to można wykonać za kwotę poniżej 50 mln zł wykorzystując do tego celu nadal aktualne opracowania dla projektu siłowni atomowej w Żarnowcu). WorleyParsons wygrało przetarg oferując wykonanie badania za kwotę 253 mln zł, czyli ponad dwa razy więcej niż zakładały pierwotne szacunki. Problem w tym, że spółka ta nie miała zbyt duże konkurencji. Do przetargu zakwalifikowano zaledwie 3 podmioty (z 10, które złożyły wnioski o dopuszczenie do udziału w przetargu). Z tych trzech podmiotów tylko 2 złożyły wiążące oferty, z których tańszą okazała się być ta z WorleyParsons. 

Poważne wątpliwości co do wiarygodności WorleyParsons miała Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W trakcie trwania przetargu ABW miała informować najważniejsze osoby w państwie oraz szefa PGE, że rozmaite spółki-córki WorleyParsons żyją głównie z interesów prowadzonych z Rosjanami. Z notatek kierowanych do najważniejszych osób w państwie wynikało, że WorleyParsons Energy Services jest "technicznym konsultantem do opracowania finansowego uzasadnienia techniczno-ekonomicznego projektu pozyskania inwestycji zagranicznych do budowy elektrowni jądrowej w obwodzie kaliningradzkim". ABW ostrzegała, że rosyjska inwestycja jest de facto ekonomiczną konkurencją dla projektu polskiej siłowni nuklearnej. Stąd, zdaniem polskich służb, zachodziło prawdopodobieństwo działań, których celem będzie spowodowanie opóźnienia realizacji budowy pierwszej polskiej elektrowni atomowej. Mimo to władze PGE EJ 1 z Aleksandrem Gradem na czele podpisały z WorleyParsons umowę o wartości ponad ćwierć miliarda złotych. 

Kilka miesięcy później Kilian podał się do dymisji ze stanowiska szefa PGE (wziął kilka milionów zł odprawy), a Grada z PGE EJ 1 przerzucono do zarządu innej spółki Skarbu Państwa. Nie minął kolejny rok, a okazało się, że wspomniany kontrakt za ćwierć miliarda złotych trzeba było zerwać. Powód? - PGE twierdzi, że WorleyParsons nie wypełniała warunków umowy, wstrzymując tym samym pracę nad elektrownią. Z kolei przedstawiciele WorleyParsons twierdzą, że to oni zerwali umowę, bowiem kontrolowana przez rząd PGE nie przelewała im od roku pieniędzy. Stąd też musieli wstrzymać prace nad opracowaniem badań lokalizacyjnych i środowiskowych. Pewne jest jedno - projekt pierwszej polskie elektrowni atomowej kończy się fiaskiem i totalną kompromitacją. I chyba o to w tym wszystkich chodziło. Media zza Odry nie tak dawno donosiły, że niemiecki operator systemu przesyłowego spółka "50Hertz GmbH" planuję wybudowanie połączeń energetycznych z Polską. Cel? - Gdy w Polsce zabraknie prądu (między innymi przez opisywaną powyżej "atomową aferę") Niemcy będą gotowi, aby sprzedawać nam nadwyżki swojej ultra-drogiej, zielonej energii. Innymi słowy wiedzą jak biznesowo wykorzystać nieudolność polskich władz...

 

Czytaj więcej: Atomowe kłopoty rządu (Rp.pl)
Czytaj także: Rosjanie, bułgarska mafia energetyczna i polska elektrownia atomowa... (Defence24.pl)
Czytaj także: Niemcy już wiedzą jak wykorzystać nieudolność rządu Tuska. Gdy w Polsce zabraknie prądu oni pierwsi będą go nam sprzedawać (Niewygodne.info.pl)
wpis z dnia 8/01/2015

   


  

     Aparat podatkowy rządu w 2015 roku ma być jeszcze bardziej opresyjny. Wyciekła tajna notatka po spotkaniu w Ministerstwie Finansów
wpis z dnia 7/01/2014

 

Zgodnie z treścią notatki jaka wyciekła ze spotkania dyrektorów izb skarbowych z szefostwem resortu finansów, można się spodziewać, że w 2015 roku aż 80 proc. kontroli podatkowych ma się zakończyć nałożeniem domiaru w wysokości minimum tysiąca złotych. Urzędy skarbowe, które nie będą potrafiły wyrobić nałożonej przez Ministerstwo Finansów normy będą karane redukcjami etatów. Czy tak ma wyglądać realizacja postulatu "przyjaznego państwa"??!

Do narady między dyrektorami izb skarbowych w Polsce a przedstawicielami resortu finansów miało dojść w grudniu ubiegłego roku, tuż przed świętami. Ustalenia jakie wówczas poczynili opłacani przez nas urzędnicy są skandaliczne. Wygląda na to, że prawie każda kontrola w 2015 roku będzie musiała się zakończyć znalezieniem przez funkcjonariuszy aparatu skarbowego jakiś nieprawidłowości, które pozwolą na nałożenie domiaru podatkowego. 

Niestety takie działania idealnie wpisują się w politykę fiskalną uprawianą od 7 lat przez władze naszego kraju. Warto podkreślić, że żadna inna ekipa rządząca w historii III RP nie zafundowała Polakom tak wielkiego wzrostu obciążeń podatkowych, co Platforma Obywatelska. Naczelną zasadą polityki finansowej tej partii miało być stopniowe obniżanie podatków i danin publicznych. Tak przynajmniej twierdził Donald Tusk w listopadzie 2007 roku podczas wygłaszania swojego pierwszego expose. Tymczasem po wypowiedzeniu tych słów premier lekką ręką - przy wsparciu posłów swojej partii - podniósł podatek VAT, kilkukrotnie podnosił akcyzę, podwyższył składki na ZUS, podwyższył składkę rentową dla przedsiębiorców, zlikwidował ulgi: budowlaną i internetową, obniżył o 1/3 zasiłek pogrzebowy, opodatkował lokaty 1-dniowe, smartfony i tablety, kilkukrotnie podnosił maksymalne limity na podatki lokalne, zamroził kwotę wolną od podatku oraz progi podatkowe (coraz biedniejsi płacą coraz wyższe podatki). Teraz dochodzi jeszcze kwestia nowego podatku audiowizualnego oraz wspomniane powyżej zwiększenie opresji aparatu kontroli skarbowej. W kontekście tego ostatniego warto przytoczyć garść statystyk, którymi na swojej stronie internetowej chwali się Ministerstwo Finansów. Okazuje się że w pierwszym półroczu 2011 roku działania funkcjonariuszy kontroli skarbowej przyczyniły się do nałożenia domiaru podatkowego na kwotę 1,1 mld zł. W pierwszym półroczu 2012 roku było to już 1,5 mld zł. W analogicznym okresie roku 2013 wynik ten zamknął się na poziomie już 3,3 mld zł, zaś w pierwszym półroczu 2014 roku - nałożono aż 4,6 mld zł domiaru. Jak będzie w roku 2015? Obawiam się, że przy ustaleniach jakie poczynili pod koniec grudnia dyrektorzy izb skarbowych z przedstawicielami resortu finansów, kwota podatkowego domiaru w ciągu pierwszych sześciu miesięcy spokojnie przekroczy 5 mld zł. 

Nie mam wątpliwości, że bezkarność i samowola urzędników, niestabilność prawa, biurokracja oraz rozrastający się fiskalizm są przykładem totalitarnego traktowania własnych obywateli w imię interesów partii rządzącej. By żyło się lepiej w "przyjaznym państwie" Platformy Obywatelskiej!

 

Czytaj więcej: Aparat skarbowy jak za komuny - tak państwo polskie gnębi drobnych przedsiębiorców (GazetaPrawna.pl)
Czytaj więcej: Podsumowanie wyników działania kontroli skarbowej za pierwsze półrocze 2014 r. (MF.gov.pl)

Czytaj także: Fiskalna paranoja Platformy nie podoba się RPO. Kuriozalnie niska kwota wolna od podatku jest niekonstytucyjna (Niewygodne.info.pl)

Czytaj także: Jako jedyni w Europie musimy płacić podatki od dochodu, który ma nam zapewnić biologiczną egzystencję (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 7/01/2014

   


  

     Platformiany skok cywilizacyjny: w 2006 r. nieobjętych ubezpieczeniem zdrowotnym osób było ok. 200 tys. W 2015 już ponad milion
wpis z dnia 6/01/2015

 

Jednego możemy być pewni - trwająca u władzy od 7 lat ekipa Tuska/Kopacz rozwaliła do końca publiczną służbę zdrowia w naszym kraju. Powód jest właściwie jeden - to dramatycznie niskie wydatki rządu na ochronę zdrowia Polaków. Nie ma się jednak co dziwić - rządzący naszym krajem wolą zabrane w podatkach pieniądze przeznaczać na spłatę bieżących długów (do których sami doprowadzili) aniżeli pożytkować je z korzyścią dla nas wszystkich.

Warto zauważyć, że wydatki publiczne na służbę zdrowia w Polsce wynoszą jedynie 4,8 proc. naszego PKB. To dramatycznie mało jeśli porównamy je z wydatkami innych państw europejskich. Dla porównania - Czesi wydają 6,3 proc. swojego PKB na ochronę zdrowia, Brytyjczycy - 7,8 proc. PKB, Niemcy - 8,7 proc. PKB, a rekordziści Holendrzy aż 10,2 proc. PKB. Pokłosiem powyższego jest to, że nasz kraj ma najniższy wskaźnik liczby lekarzy przypadających na 10 tys. mieszkańców w całej Unii Europejskiej. Dr Zdzisław Szramik, wiceprzewodniczący Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy, członek Naczelnej Rady Lekarskiej, nie ma wątpliwości:

 

"Nie ma kraju, w którym na jednego lekarza podstawowej opieki zdrowotnej przypada 2,5 tys. pacjentów, a na dwóch lekarzy specjalistów 10 tys. pacjentów (w Europie jest ich prawie dwukrotnie więcej). W dodatku jedna trzecia lekarzy ma blisko 60 lat i zbliża się do emerytury, a my prawie nie kształcimy młodych. Liczba absolwentów uczelni medycznych zmniejszyła się z ok. 7 do 3 tysięcy"

 

Powyższe wyjaśnia dlaczego służba zdrowia w naszym kraju jest na tak niskim poziomie, a w kolejce do specjalisty czeka się czasami kilka lat.

 

Czytaj więcej: Wydatki na służbę zdrowia w państwach OECD (Forsal.pl)
Czytaj więcej: Mniej niż pół lekarza na 10 tys. pacjentów (SuperNowosci24.pl)
Czytaj także: Stanisław Żerko on Twitter.com
wpis z dnia 6/01/2015

  


  

     Rząd po cichu wprowadził nowy podatek paliwowy - tzw. opłatę zapasową. W mediach całkowite embargo informacyjne na ten temat!
wpis z dnia 5/01/2015

 

Rząd postanowił wykorzystać spadające na światowych rynkach ceny ropy naftowej, by niepostrzeżenie wprowadzić na krajowym podwórku nowy podatek paliwowy - tzw. opłatę zapasową. Płacić ją będą producenci paliw na rzecz stworzonej przez rząd PO-PSL Agencji Rezerw Materiałowych. Problem w tym, że koszty wprowadzenia opłaty zapasowej zostaną prawdopodobnie i tak przerzucone na nabywców końcowych, czyli zwykłych kierowców kupujących paliwo na stacjach benzynowych. 

Przypomnijmy, że zgodnie z do tej pory obowiązującymi regulacjami firmy produkujące w naszym kraju paliwa (np. Orlen lub Lotos) były zobowiązane do utrzymywania rezerw ropy i paliwa w wysokości gwarantującej nieprzerwaną produkcję przez 76 dni (w przypadku gdyby dostawy surowców zostały nagle przerwane). Ministerstwo Gospodarki w rządzie PO-PSL postanowiło jednak zmienić tą zasadę i zgodnie z przyjętą przez Sejm w 2014 roku nowelizacją ustawy o zapasach ropy naftowej i paliw, dopuściło do tego, aby firmy produkujące w Polsce paliwa nie musiały utrzymywać 76-dniowych rezerw surowcowych gwarantujących nieprzerwaną produkcję w przypadku odcięcia od nowych dostaw. Począwszy od 1 stycznia 2015 r. wystarczy, że będą posiadały rezerwę gwarantującą 68-dniową produkcję. W zamian jednak muszą one przelewać na konta rządowej Agencji Rezerw Materiałowych tzw. "opłatę zapasową", w wysokości uzależnionej od ilości posiadanych rezerw (opłata będzie tym większa im rezerwy ropy i LNG, które dany producent posiada, będą niższe niż gwarantujące 90-dniową produkcję, nie niższe jednak niż poziom rezerwy obowiązkowej gwarantujący wspomnianą 68-dniową produkcję). Zgodnie z przyjętym 10 grudnia 2014 roku rozporządzeniem ministra gospodarki w sprawie określenia stawek opłaty zapasowej, stawka ta od 1 stycznia 2015 roku wynosi: 43,00 zł za tonę ekwiwalentu ropy naftowej oraz 99,00 zł za tonę gazu płynnego LPG. W tym miejscu warto podkreślić, że całkowite zapasy ropy polskich spółek paliwowych w 2014 roku wynosiły 3,17 mln ton. 

Co ciekawe - zgodnie z przyjętą nowelizacją ustawy o zapasach ropy naftowej i paliw limit rezerw obowiązkowych dla producentów paliw płynnych w Polsce z czasem będzie się jeszcze zmniejszał. Począwszy od 31 marca 2016 r. firmy paliwowe w Polsce będą mogły posiadać rezerwę gwarantującą 63-dniową produkcję, od 1 października 2016 r. - 60-dniową produkcję, od 31 marca 2017 roku - 57-dniową produkcję, zaś od 31 grudnia 2017 roku jedynie 53-dniową produkcję. Za różnicę pomiędzy rezerwą 90-dniową, a 53 dniową trzeba będzie uiszczać opłatę zapasową.

Eksperci nie mają wątpliwości - wprowadzona przez ekipę rządu Ewy Kopacz opłata zapasowa powinna istotnie wpłynąć na poziom cen paliw tankowanych na stacjach benzynowych przez polskich kierowców. Firmy paliwowe wliczą bowiem koszty związane z tą opłatą do ceny detalicznej paliwa. Wygląda jednak na to, że rząd się tym razem wycwanił. Okazuje się, że wspomniane podwyżki nie będą raczej dostrzeżone przez zwykłych kierowców, bowiem ich ostrze zostanie zniwelowane przez prognozowane dalsze spadki cen ropy naftowej na światowych rynkach. Z drugiej jednak strony, gdyby nie wprowadzenie tej opłaty, ceny paliw w Polsce byłyby prawdopodobnie jeszcze niższe niż obecnie. Stąd jako zasadne należy traktować opinie ekspertów z rynku paliwowego, którzy mówią, że funkcjonująca od 1 stycznia nowa opłata będzie wpływać na poziom cen paliw tankowanych na stacjach benzynowych w Polsce. 

Jedno jest jednak pewne - w mediach głównego nurtu obowiązuje całkowite embargo informacyjne na ten temat. Ciekawe dlaczego...?

 

Źródło: ROZPORZĄDZENIE MINISTRA GOSPODARKI z dnia 10 grudnia 2014 r. w sprawie określenia stawek opłaty zapasowej
Źródło: Sejm przyjął projekt ustawy o zapasach ropy naftowej i paliw przygotowanej przez Ministerstwo Gospodarki
Źródło: USTAWA z dnia 30 maja 2014 r. o zmianie ustawy o zapasach ropy naftowej
wpis z dnia 5/01/2015

  


  

     Rząd zabierze podatnikom ponad pięć miliardów złotych, aby mieć na "trzynastki" dla urzędników
wpis z dnia 4/01/2014

 

Dodatkowe składniki wynagrodzenia wypłacane urzędnikom kosztują polskiego podatnika coraz więcej pieniędzy. W ubiegłym roku na tzw. "trzynastki" rząd musiał wydać łącznie 5,1 mld zł. W tym roku będzie jeszcze więcej, bowiem biurokracja ciągle się rozrasta i coraz więcej pracowników administracji publicznej kwalifikuje się do trzynastej pensji w roku. 

Wypłacana urzędnikom trzynasta pensja w roku jest niewątpliwie reliktem z czasów PRL. Eksperci z rynku pracy i HR nie mają wątpliwości - tzw. "trzynastka" nie spełnia obecnie żadnej funkcji motywacyjnej. Otrzymuje ją bowiem każdy zatrudniony w administracji publicznej urzędnik, niezależnie od tego czy w danym roku dostał naganę lub słabą ocenę pracowniczą, czy też błyszczał pracowitością i kreatywnością. O wiele lepszym rozwiązaniem byłoby spożytkować pieniądze wypłacane w "trzynastkach" na podwyżki i nagrody dla najlepszych i najbardziej pracowitych urzędników, którzy zasługują na dodatkową gratyfikację finansową. Niestety rząd PO-PSL jest innego zdania. Woli podtrzymywać zupełnie dziś niepraktyczny wytwór socjalistycznego ustroju, zgodnie z którym "czy się stoi, czy się leży dodatkowa pensja się należy".

 

Czytaj więcej: Pięć miliardów złotych na trzynastki dla urzędników. Dostają je nawet ci z naganą (GazetaPrawna.pl)
wpis z dnia 4/01/2014

  


  

     Kiedy ekipa PO-PSL podnosi w Polsce wiek emerytalny do 67 lat, rząd w Niemczech obniża go do 63. Można? Można!
wpis z dnia 2/01/2015

 

Kiedy Donald Tusk podwyższył Polakom wiek emerytalny do 67. roku życia, jego przełożona - Angela Merkel - umożliwiła swoim obywatelom przechodzenie na emerytury w wieku 63 lat. Jak to możliwe? To proste - na wcześniejsze emerytury Niemców mogą pracować imigranci, np. Polacy. Co innego w kraju nad Wisłą. Zdaniem wielu ekspertów, aby polski system emerytalny się nie załamał, a państwo nie zbankrutowało, wiek emerytalny trzeba stopniowo podnosić do... 76 lat. Tak, aby jak najmniej ludzi mogło dożyć emerytury...

 

Niemcy mogli sobie pozwolić na obniżenie wieku emerytalnego co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze: z roku na rok transfer pieniędzy z Polski do Niemiec jest coraz większy. Przepompownia zysków trwa w najlepsze, bowiem niemieckie firmy w dużej części opanowały strategiczne gałęzie polskiego przemysłu, sektora finansowego i komunalnego. Po drugie: spora grupa Polaków wyjeżdża do Niemiec, by pracować tam za pół-darmo. Mówimy tutaj o około 300-500 tys. osób, które co roku wspierają niemieckie PKB swoją ciężką pracą, za co otrzymują znacznie mniejsze wynagrodzenia aniżeli rodowici Niemcy. To wszystko sprawia, że niemiecki Bundestag mógł uchwalić pakiet ustaw, które umożliwiają przejście na pełnopłatną emeryturę już po osiągnięciu 63 lat.

Co innego w Polsce. Nie dość, że ekipa PO-PSL podniosła wiek emerytalny do 67. roku życia, to zdaniem wielu ekspertów, aby system emerytalny się nie załamał, a państwo nie zbankrutowało, granicę tą trzeba będzie Polakom stopniowo wydłużać z obecnych aż do 76 lat. Wszystko przez gigantyczny deficyt ZUS (składki pracujących nie wystarczają na pokrycie wydatków związanych z bieżącymi emeryturami i rentami), ujemny przyrost naturalny, wielomilionowa emigracja, a w konsekwencji - szybkie starzenie społeczeństwa, które prowadzi do zwiększenia liczby emerytów kosztem czynnych zawodowo. Obecnie na jednego emeryta przypada pięć osób w wieku produkcyjnym (w wieku 15-64 lata), a mimo to ZUS już ma poważne problemy ze ściągnięciem odpowiedniej kwoty pieniędzy ze składek na wypłatę bieżących emerytur. W ubiegłym roku ZUS-owi zabraknie na ten cel 33,9 mld zł. Kwota ta jest pokrywana z pieniędzy podatników, powodując tym samym paraliż wydatków państwa w innych dziedzinach, takich jak służba zdrowia czy obronność. Niestety z roku na rok deficyt ZUS będzie drastycznie wzrastał. Według szacunków samego ZUS-u w latach 2015-2019 wszystkie składki pobierane od pracowników i przedsiębiorców będą na tyle niskie, że z budżetu państwa trzeba będzie zabrać na poczet wypłaty bieżących emerytur gigantyczną kwotę 356,5 mld zł. W tym kontekście warto zauważyć, że jeśli tendencje się nie odwrócą, to w 2060 r. na jednego emeryta w naszym kraju będą przypadały mniej niż dwie osoby w wieku produkcyjnym! Zdaniem ekspertów z Ośrodka Badań nad Migracjami, aby system emerytalny się nie załamał, a państwo nie zbankrutowało, wiek emerytalny w 2050 r. powinien wynosić minimum 73 lata, a w 2060 już 76 lat.

Niestety podniesienie wieku emerytalnego to tylko jeden z warunków utrzymania całego systemu przy życiu. Kolejnym będzie obniżenie wysokości wypłacanych emerytur do poziomu głodowego (co już się dzieje - Kapitalny przewał emerytalny: w ciągu 5 lat władza obniżyła ludziom emerytury o połowę!) oraz zdecydowane poluźnienie polityki imigracyjnej, tak oby obcokrajowcy chętniej osiedlali się w naszym kraju. Zdaniem Pawła Kaczmarczyk z Ośrodka Badań nad Migracjami, aby skutecznie zatrzymać spadającą liczbę ludności Polski, nasz kraj będzie musiał stać się "krajem wielokulturowym, krajem masowej migracji".

 

Czytaj więcej: Niemcy obniżają wiek emerytalny (Rp.pl) 
Czytaj więcej: Będziemy pracować długo i jeszcze dłużej (Bankier.pl)
Czytaj więcej: Sytuacja demograficzna w Polsce jest dramatyczna (Niezalezna.pl)
wpis z dnia 2/01/2015