Archiwum: Kwiecień 2015

 

     Absurdalny projekt posłów PO: Do centrum miast wjadą tylko bogaci posiadacze drogich samochodów. Biedni będą musieli pozostawiać swoje auta na obrzeżach
wpis z dnia 30/04/2015

 

Posłowie Platformy Obywatelskiej nadal forsują absurdalny projekt, który jawnie podzieli społeczeństwo na część bogatszą, posiadającą nowsze samochody (będą mogły wjechać do centrum miasta) oraz część biedniejszą, posiadającą nieco starsze, np. 10-letnie auta (będą mogły wjechać co najwyżej na przedmieścia). Oczywiście za ten podział społeczeństwo będzie musiało zapłacić z własnej kieszeni kupując w starostwie zieloną, żółtą lub czerwoną nalepkę na szybę swojego samochodu. Za jej brak będzie oczywiście groziła kara. By żyło się lepiej, prościej i przyjemniej! 

W lutym opisywałem kuriozalny pomysł jaki pojawił się w głowach polityków Platformy Obywatelskiej, którego głównym celem miałoby być utrudnienie życia zwykłym ludziom pod pozorem ochrony środowiska i czystości powietrza. Rozpoczęli oni wówczas pracę nad ustawą, dzięki której będzie można wprowadzić zakaz wjazdu do centrów miast dla starszych samochodów (pow. 10 lat) należących do biedniejszej części społeczeństwa. Niestety nikt im tego pomysłu z głowy nie wybił i właśnie przeobraził się on w oficjalny projekt na etapie pierwszego czytania w Sejmie. Zgodnie z jego treścią samochody jeżdżące po polskich drogach miałyby zostać podzielone według daty ich pierwszej rejestracji. Od tego czy dany pojazd został zarejestrowany po raz pierwszy w 2010 czy w 2005 roku zależałoby, czy mógłby się poruszać po tzw. "eko-strefach" w centrach największych polskich miast. Co ciekawe - za wspomniany administracyjny podział zapłacić mieliby właściciele aut, wykupując w wydziałach komunikacji specjalne nalepki na szyby swoich pojazdów (koloru zielonego, żółtego lub czerwonego - zgodnie z ilością lat jakie upłynęły od pierwszej rejestracji). Gdy nalepki zabraknie, a samochód wjedzie do centrum i zostanie zatrzymany przez odpowiednie służby, jego właścicielowi będzie oczywiście groziła kara. 

Jakby nie spojrzeć na ten pomysł podzieli on społeczeństwo na tych, których stać na posiadanie nowych, a przez to drogich samochodów oraz całą resztę, którzy nie są w stanie kupić nowszego auta, bo najzwyczajniej w świecie są na to za biedni. Posłowie Platformy pytani o powody, dla których chcą aby nowa ustawa weszła w życie, stwierdzają, że przeciętny wiek samochodu osobowego jeżdżącego po polskich drogach to 15 lat i "coś z tym trzeba zrobić". No tak. Szkoda tylko, że nie biorą pod uwagę tego, iż przeciętnego Polaka często nie stać na zakup nowszego samochodu. Zarabiając po 2000-2500 zł miesięcznie jest skazany za sprowadzenie używanego auta zza Odry, którego wiek i stan techniczny często pozostawia wiele do życzenia. Gdyby zarobki w Polsce były tylko dwukrotnie niższe od europejskich, to prawdopodobnie nie byłoby problemu ze starymi autami jeżdżącymi po naszych drogach. Niestety przeciętny Kowalski zarabia 4-razy mniej od przeciętnego Mullera, a ekipa Platformy przez osiem lat rządów potwierdziła tylko rolę Polski jako gospodarczej kolonii, której największym atutem jest tania siła robocza. W takich okolicznościach niech się nie dziwią, że wiek samochodów w naszym kraju jest adekwatny do możliwości finansowych społeczeństwa. Po co "tania siła robocza" w państwie kolonialnym ma się poruszać nowymi samochodami? Równie dobrze może jeździć starymi, ponad 10-letnimi szrotami z 200 tys. kilometrów na blacie. Nie mam racji?

wpis z dnia 30/04/2015

  


 

     Biurokracja generuje coraz większe koszty: W ubiegłym roku na pensje dla budżetówki podatnicy wydali aż 176,3 mld zł (wzrost o +3% r/r)!
wpis z dnia 29/04/2015

 

Całkowite wydatki państwa na pensje urzędników i pracowników sfery budżetowej pochłonęły w 2014 roku astronomiczną kwotę 176,3 mld zł i były aż o 5 miliardów złotych większe niż w 2013 roku. W głównej mierze to zasługa wciąż rozrastającej się biurokracji i armii urzędników, której koszty utrzymania pochłaniają coraz więcej pieniędzy podatników. Aby mieć środki na wypłaty dla dziesiątek tysięcy nowych urzędników, rząd wpadł w fiskalny amok i z premedytacją utrzymuje dla Polaków płacących podatki kuriozalnie niską kwotę wolną od PIT. 

Oficjalne statystyki mówią, że na koniec 2008 roku (czyli po pierwszym roku rządzenia krajem przez ekipę Platformy Obywatelskiej) liczba urzędników pracujących w administracji centralnej, samorządowej, bezpieczeństwie publicznym oraz ubezpieczeniach społecznych wyniosła 600,6 tys. osób. Na koniec 2014 roku liczba ta urosła do poziomu 643,9 tys. osób. Zakładając, że miesięczne uposażenie urzędnika w 2014 roku wynosiło średnio 4798 zł (wyliczenie na podstawie oficjalnych danych), to roczny koszt utrzymania zatrudnionych w latach 2009-2014 nowych pracowników administracji wyniósł 2 mld 493 mln zł. 

Aby zebrać tak gigantyczne pieniądze rząd Platformy musi prowadzić bezwzględną politykę fiskalną wobec płacących w Polsce podatki. Objawia się to podwyżkami istniejących obciążeń fiskalnych (np. VAT czy akcyza), nowymi formami opodatkowania (np. haracz nałożony na Lasy Państwowe w postaci 2-procentowy podatku od przychodów) czy utrzymywaniem od 8 lat kwoty wolnej od PIT na kuriozalnie niskim poziomie. Warto odnotować, że w tej ostatniej kwestii możemy się obecnie porównywać jedynie z biednymi krajami Afryki Środkowej. Ale i tam zdarzają się państwa, gdzie kwota wolna od podatku jest wyższa niż w Polsce. Niestety nic nie wskazuje na to, aby w najbliższym czasie miało się coś zmienić w tej kwestii. Ekipa Platformy i PSL-u stworzyła dziesiątki tysięcy nowych urzędniczych etatów i ktoś musi łożyć na ich wynagrodzenia. Tym kimś są oczywiście podatnicy. Co ciekawe - spora część z nich, na co dzień łupionych niemiłosiernie przez rządowy aparat administracji skarbowej, w dniu wyborów, mając realną możliwość odsunięcia od władzy swoich ciemiężycieli, nadal na nich głosuje. Czy to taki polski paradoks? Czy może efekt totalnego zidiocenia propagandową papką serwowaną przez rządowe media?

wpis z dnia 29/04/2015

   


   

     4 miliony emigrantów do końca roku? Czyli: Jak w praktyce wygląda "złoty okres dla Polski", o którym mówił Bronisław Komorowski
wpis z dnia 28/04/2015

 

"Trzeba być ślepym żeby nie widzieć, że żyjemy w złotym okresie dla Polski" - krzyczał na początku marca podczas swojej konwencji wyborczej Bronisław Komorowski. Parafrazując słowa obecnego prezydenta powiedziałbym, że trzeba być ograniczonym percepcyjnie i umysłowo człowiekiem, aby gigantyczne afery, korupcję, nepotyzm, wzrost zadłużenia o 100 proc., 3 miliony emigrantów, dziesiątki tysięcy nowych urzędników, pluszowy militaryzm i wyprzedaż resztek majątku narodowego nazywać złotym dla danego kraju okresem. 

Według niektórych szacunków na stałe poza granicami Polski przebywa obecnie około 3 miliony osób. Wszyscy oni wyjechali z Polski z uwagi na brak pracy, pieniędzy lub lepszych perspektyw na przyszłość. Najczęściej wyemigrowały z naszego kraju osoby młode i w wieku produkcyjnym, których wpływ na gospodarkę i demografię danego kraju jest największy. Co gorsze - w tym roku może paść emigracyjny rekord. Nasz kraj zamierza bowiem opuścić aż 1,275 mln osób. W ten sposób depopulacja Polski przyspieszy w sposób dotąd niespotykany, a łączna liczba emigrantów przekroczy - według niektórych szacunków - 4 miliony osób. 

Tymczasem władza żyje w rzeczywistości równoległej. Ubiegający się o prezydencką reelekcję Bronisław Komorowski stwierdził niedawno, że Polska przeżywa swój "złoty okres". Powstaje pytanie: Czy wspomniane miliony osób na emigracji i kolejny milion, który chce stąd wyjechać do końca roku, to dowód na "złoty okres"? Czy gigantyczne afery, korupcja i nepotyzm to przesłanki trwania "złotego okresu"? Czy bezprecedensowy wzrost zadłużenia kraju, rozrost biurokracji i wyprzedaż resztek majątku narodowego, to również argumenty za stwierdzeniem o "złotym okresie"?! W mojej opinii obecny prezydent mógł całkowicie utracić kontakt z rzeczywistością. Ciągłe przebywanie pod belwederskim żyrandolem, otaczanie się "upasionymi" w III RP funkcjonariuszami PRL i WSI oraz oglądanie resortowych telewizji mogło się przyczynić do trwałego przekłamania percepcji realnych problemów współczesnej Polski. Co ciekawe - w odróżnieniu od prezentowanych przez "Bula" poglądów, dla większości społeczeństwa obecne państwo, zarządzane przez platformianą ekipę, kojarzy się przede wszystkim z olbrzymim podatkowym złodziejstwem, aferami, korupcją i ogólną nieudolnością w każdym niemal zakresie. O "złotym okresie" może mówić stosunkowo wąska grupa ludzi, często powiązanych z władzą lub wywodząca się jeszcze z PRL-owskiego układu. Stąd też sformułowane przez Komorowskiego zdanie o tym, że trzeba być ślepym, by nie widzieć, iż żyjemy w złotym okresie, powoduje dla większości poważny zgrzyt. Dysonans ten potwierdza jednocześnie, że człowiek, który chce po raz drugi zostać prezydentem nie ma rozeznania w rzeczywistości jakiej żyje.

wpis z dnia 28/04/2015

   


  

     Dlaczego Tusk utajnił instrukcje dot. negocjacji z Gazpromem w/s cen gazu? Jakie są okoliczności jego zgody na to, aby Polska płaciła najwięcej w Europie?
wpis z dnia 27/04/2015

 

Okazało się, że Polska w 2013 roku płaciła rosyjskiemu Gazpromowi 526 USD za 1 tys. m3 gazu. Była to najwyższa cena w całej Europie - około 40 proc. wyższa od ceny rynkowej. Tak wysoki haracz był efektem "prac" zespołu polskich negocjatorów, którzy pod kierownictwem Waldemara Pawlaka od marca 2009 do października 2010 ustalali z przedstawicielami Gazpromu warunki cenowe długoterminowej umowy na dostawy gazu do Polski. Co ciekawe - Donald Tusk osobiście podjął decyzję, aby utajnić przed opinią publiczną instrukcje negocjacyjne jakie wówczas zatwierdzał i podsyłał Pawlakowi. Czyżby czegoś się obawiał?

Rząd Tuska czynnie uczestniczył w negocjacjach z Rosjanami na temat nowej długoterminowej umowy na dostawy gazu do Polski, które rozpoczęły się w marcu 2009 roku. Polskiej grupie negocjacyjnej przewodził ówczesny minister gospodarki Waldemar Pawlak. Donald Tusk podsyłał Pawlakowi tzw. instrukcje negocjacyjne, w których wyznaczał wytyczne na temat stanowiska strony polskiej oraz margines do ustępstw wobec Gazpromu. Negocjacje zakończyły się w październiku 2010 roku podpisaniem bardzo niekorzystnego dla Polski wieloletniego kontraktu na dostawy gazu z Rosji, który skutkował narzuceniem gigantycznego haraczu wobec Gazpromu (ustalono, że cena sprzedawanego Polsce gazu będzie o około 40 proc. wyższa od ceny rynkowej).

Co istotne - w 2010 roku instrukcje Tuska do gazowych negocjacji z Rosją rząd uznał za tajemnicę służbową opatrzoną klauzulą "zastrzeżone". Zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami dostęp do dokumentów z taką klauzulą był zastrzeżony jedynie przez przez dwa lata. W między czasie posłowie PO-PSL zmienili jednak prawo (nowelizacja ustawy o ochronie informacji niejawnych z 2011 roku). Wprowadzono wówczas regułę, zgodnie z którą dostęp do tego typu dokumentów "decyzją kierownika jednostki organizacyjnej" może być zastrzeżony na czas nieokreślony. Rząd Tuska skrzętnie to wykorzystał i utajnił instrukcje negocjacyjne na czas nieokreślony. 

Ewa Kopacz ani myśli zdjąć z ww. dokumentów klauzuli tajności. Widać zatem, że platformiana władza czegoś musi się obawiać. Może chodzi o kwestie jakiegoś "deal-u", który został wówczas poczyniony? Wy zrobicie coś dla nas, ale w zamian za to będziemy wam płacić najwyższe rachunki za gaz w całej Europie? Niewykluczone również, że Tusk mógł być czymś szantażowany? Czym dokładnie? Może jakąś durną wypowiedzią na temat Lecha Kaczyńskiego (typu jak dobrze by było, gdyby oni wszyscy poszli się j....), którą nagrała klapa marynarki Putina na molo w Sopocie? Niestety nie dowiemy się jakie były rzeczywiste okoliczności zgody Tuska na to, aby Polska płaciła tak wysoką cenę za błękitne paliwo sprowadzany z Rosji. Dopiero premier nie związany z platformerską sitwą będzie mógł ujawnić opinii publicznej zatajone przez obecnego szefa Rady Europejskiej instrukcje negocjacyjne.

 

wpis z dnia 27/04/2015

   


  

     Przetarg na śmigłowce dla wojska: Czy rząd PO zdecydował kupić mniej za więcej i z późniejszą dostawą?
wpis z dnia 24/04/2015

 

Coraz więcej wątpliwości pojawia się wokół wielomiliardowego przetargu na dostawę śmigłowców dla polskiego wojska. Nie dalej jak rok temu rządowa ekipa zapowiadała, że przy modernizacji polskiej armii kluczowe będzie wykorzystywanie polskiego przemysłu zbrojeniowego. Po czym przychodzi do rozstrzygnięcia dużego przetargu na dostawę wielozadaniowych śmigłowców dla armii i okazuje się, że zakłady zbrojeniowe z Polski, produkujące amerykańskie śmigłowce Black Hawk, odpadają z konkursu. Do kolejnego etapu została za to zaproszona firma z Francji, która jest gotowa dostarczyć mniej śmigłowców za więcej kasy.

W ostatni wtorek MON poinformował, że z trwającego przetargu na dostawę dla polskiej armii wielozadaniowych śmigłowców zostały wykluczone dwie oferty (na trzy złożone). Wykluczono możliwość zakupu amerykańskich śmigłowców Black Hawk (produkowanych w Polsce przez zakłady PZL Mielec należące do grupy Sikorsky) oraz brytyjskich AW149 (również produkowanych w Polsce przez zakłady PZL Świdnik należące do grupy AgustaWestland). Przesłanki formalne miała spełnić jedynie oferta francuskiego Airbus Helicopters, który produkuje śmigłowce Caracal. Co istotne - odrzucenie oferty Amerykanów i Brytyjczyków wiązało się również ze zmniejszeniem liczby zamawianych maszyn. Ze względu na żądaną przez Francuzów cenę wojsko, zamiast planowanych 70 sztuk śmigłowców, zamierza kupić jedynie 50. Całkowita wartość zamówienia to ok. 13 mld zł (nie uwzględniając kwestii offsetowych, jeden śmigłowiec będzie nas kosztował astronomiczne 260 mln zł).

Powyższa decyzja MON zastanawia szczególnie w kontekście wcześniejszych deklaracji przedstawicieli władzy, którzy zapowiadali, że "sukces modernizacji wojska polskiego będzie źródłem sukcesu polskiego przemysłu". Co ciekawe - nawet ważny funkcjonariusz Platformy Obywatelskiej - Jerzy Buzek - zauważył, że wybór francuskiego Caracala to szokująca decyzja: - "Nie wyobrażam sobie, żeby Francja, USA, czy jakikolwiek inny kraj, który produkuje na swoim terenie dwa niezłe śmigłowce, które kupuje cały świat, zdecydował się na zakup innych maszyn" - powiedział były polski premier. "Siła kraju zależy od jego gospodarki. Wobec tego dla MON powinna mieć znaczenie siła naszej gospodarki, by Polska była krajem znaczącym na arenie międzynarodowej" - dodał Buzek. No cóż - trudno się z byłym przewodniczącym europarlamentu nie zgodzić. Zamiast wspierać polski przemysł rząd Platformy wybrał opcję wspierania przemysłu francuskiego. Poza tym wszystko wskazuje na to, że za Caracale zapłacimy więcej niż za produkowane w Polsce Black Hawki. Jaki rząd, takie decyzje. Szkoda tylko, że za wszystko zapłacą polscy podatnicy, a dodatkowo może się to odbić na bezpieczeństwie naszego kraju.

wpis z dnia 24/04/2015

   


  

     Fucha dla Tuska sporo nas kosztuje? Polska będzie musiała przelać nawet 8 miliardów euro na specjalny unijny fundusz
wpis z dnia 23/04/2015

 

Minister Finansów w rządzie PO-PSL - Mateusz Szczurek - właśnie obwieścił, że Polska zaangażuje się w program europejskich inwestycji przewidziany w tzw. "planie Junckera" przelewając na specjalny fundusz kwotę do 8 miliardów euro. Do tej pory deklaracje o współfinansowaniu planu szefa Komisji Europejskiej wyraziło 5 państw (Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania i Luksemburg). Polska ma być szósta. Czy wykładanie tak gigantycznej kwoty, to cena jaką musimy płacić za załatwienie Tuskowi fuchy szefa Rady Europejskiej?

W tej sprawie zastanawia dziwna nadgorliwość polskiego rządu. Wszak uczestnictwo w finansowaniu "planu Junckera" (przewidującego utworzenie Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych) nie jest obligatoryjne i nie cieszy się, póki co, specjalnym zainteresowaniem członków Unii Europejskiej. Do tej pory udział w partycypowaniu kosztów zapowiedziały Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania i Luksemburg. Polska ma być szóstym państwem w tym gronie. Minister Szczurek zapowiedział, że Polska - za pośrednictwem BGK oraz Polskich Inwestycji Rozwojowych - zaangażuje się w inwestycje realizowane przez Europejski Fundusz Inwestycji Strategicznych do kwoty 8 miliardów euro, czyli równowartości około 32 miliardów złotych. Dla porównania - tyle wydajemy w ciągu roku na naszą obronność, wojsko i bezpieczeństwo.

Powstaje pytanie - czy udział w "planie Junckera" i partycypowanie w gigantycznych kosztach, to cena jaką musimy płacić za załatwienie Tuskowi synekury szefa Rady Europejskiej? Warto zauważyć, że zgodnie z zapowiedziami eurokratów z Brukseli, celem Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych ma być tworzenie nowych miejsc pracy, budowanie konkurencyjności oraz wspieranie wzrostu gospodarczego. Problem w tym, że nigdzie nie zapisano, że inwestycje muszą dotyczyć naszego kraju. Równie dobrze może się okazać, że wspomniane 8 miliardów będziemy wykładali na wspieranie wzrostu gospodarczego, innowacyjności i konkurencyjności regionów północnej Hiszpanii czy środkowo-zachodniej Francji. W tym kontekście nie można wykluczyć, że udział Polski w tzw. "Planie Junckera" to element większego "dealu". My damy waszemu liderowi i kilku jego pomagierom dobrze płatne fuchy w Brukseli, za to wy przyłączycie się finansowo do wskazanej przez nas inicjatywy i będziecie płynąć sobie spokojnie z głównym nurtem "europejskiej polityki" nie wyrażając jakiegokolwiek sprzeciwu czy własnego zdania odrębnego. W zderzeniu postkolonialnej rzeczywistości III RP z technokratyczną układem panującym w Brukseli wszystko jest możliwe. 
  

wpis z dnia 23/04/2015

  


  

     Skutki ciągłego podnoszenia podatków i utrzymywania płac na żenująco niskim poziomie? - Kolejny milion Polaków szykuje się do emigracji...
wpis z dnia 22/04/2015

 

Polityka fiskalnego ucisku uprawiana przez rządową ekipę i utrzymywanie przez zagraniczne koncerny płac na żenująco niskich poziomach właściwych dla republik bananowych, przynosi bardzo wymierne rezultaty. Według najnowszych badań aż 1,2 mln Polaków chce w najbliższym czasie wyemigrować z naszego kraju. Depopulacja Polski trwa zatem w najlepsze, a obecne władze nie robią nic aby powstrzymać ten negatywny proces.

Szacuje się, że w ostatnich latach populacja naszego kraju zmniejszyła się o co najmniej 2 miliony osób (niektóre wyliczenia mówią nawet o 3 milionach osób). Wszystko przez masową emigrację zarobkową Polaków. Co istotne - najczęściej wyjeżdżają z naszego kraju osoby młode i w wieku produkcyjnym. Najczęściej robią to z uwagi na brak pracy, pieniędzy i lepszych perspektyw na przyszłość. Ma to olbrzymi wpływ nie tylko na polską gospodarkę, ale także demografię. Dzietność w Polsce spadła w ostatnich latach do poziomu 1,4 dziecka na jedną kobietę, a to oznacza wynik daleko niższy od poziomu gwarantującego wymienialność pokoleń (dzietność na poziomie minimum 2,1). 

Rząd mógłby te negatywne tendencje w łatwy sposób przełamać. Wystarczyłoby istotnie obniżyć podatki osobom decydującym się posiadać w Polsce dzieci, zwiększyć kwotę wolną od podatku oraz ograniczyć biurokrację i niejasne procedury urzędowo-administracyjne. Innymi słowy - wystarczyłoby spełnić przedwyborcze obietnice Platformy Obywatelskiej z 2007 roku. Przypomnijmy, że partia Donalda Tuska przejęła wówczas władzę głosząc hasła obniżenia podatków i stworzenia w Polsce "przyjaznego państwa". Ograniczona miała zostać biurokracja i samowola urzędników, a prowadzący w naszym kraju działalność gospodarczą mieli w końcu poczuć autentyczną ulgę. Rzeczywistość okazała się być jednak zupełnie inna. Ekipa Platformy Obywatelskiej wielokrotnie i z premedytacją zwiększyła ilość i wysokość płaconych przez Polaków podatków, zatrudniła 60 tys. nowych urzędników, jeszcze bardziej skomplikowała system prawny, a nad prowadzącymi działalność gospodarczą przedsiębiorcami funkcjonariusze administracji skarbowej jeszcze bardziej rozpostarli swoje "opiekuńcze" skrzydła. 

Jakby tego było mało rząd Platformy zachęca zagranicznych inwestorów do robienia biznesu w naszym kraju poprzez sugerowanie, że Polska to taki Bangladesz w Europie i tutaj ludzie zarabiają grosze, więc jeśli chcecie się obłowić to zapraszamy. Tak ekstensywne podejście do sprawy nie wróży niczego dobrego. Dlaczego podejście rządu jest ekstensywne? Po pierwsze - zagraniczni inwestorzy robią biznes w Polsce tylko dlatego, że mogą zatrudniać ludzi za 500 euro miesięcznie. W ten sposób utwierdza się rola naszego kraju jako dostarczyciela taniej siły roboczej. Ludzie, którzy zarabiają tak niskie kwoty nie mają szans na rozwój, nie mogą odkładać pieniędzy i się bogacić. Po drugie - zachęceni niskimi kosztami pracy zagraniczni inwestorzy budują w Polsce przede wszystkim montownie wytwarzające na masową skalę w dużej mierze to, co koncepcyjnie powstaje gdzie indziej. Taka sytuacja obniża innowacyjność naszego kraju, co z resztą ma potwierdzenie we wszelkiego rodzaju rankingach, w których nasz kraj okupuje ostatnie miejsca wśród państw europejskich. 

Wszystko to sprawia, że kolejny milion Polaków planuje w najbliższym czasie zarobkową emigrację. Polska się wyludnia w dramatycznym tempie, czego śmiertelne efekty przyjdzie nam poznać już w ciągu najbliższej dekady. Niestety władze naszego kraju nie robią nic, aby temu przeciwdziałać. Dla nich Polska przeżywa swój "złoty okres"...

wpis z dnia 22/04/2015

   


  

     Dług nadal rośnie, a transfer kapitału trwa w najlepsze. Czy to jeszcze Polska, czy już Banana Republic of Poland...?
wpis z dnia 21/04/2015

 

Zadłużenie naszego kraju przyrasta w dramatycznym tempie. W ubiegłym roku zwiększyło się aż o 74,6 miliardów złotych i gdyby nie dokonana przez rząd Tuska grabież oszczędności Polaków zgromadzonych w OFE, to łączna kwota długu przekroczyłaby już granicę biliona złotych! Jakby tego było mało zagraniczne koncerny, rządy i unijne instytucje bezlitośnie drenują owoce polskiego wzrostu, co roku wyprowadzając bezpowrotnie poza granice naszego kraju grube miliardy czystego zysku. Czy to jeszcze Polska, czy neokolonialna Banana Republic of Poland...?

Jaka jest odpowiedź platformianego rządu na dramatyczny wzrost zadłużenia w 2014 roku? Ano taka, aby jeszcze więcej pożyczać na procent. Okazuje się, że na przeprowadzanych od początku tego roku przez Ministerstwo Finansów aukcjach długu rząd Kopacz zapożyczył się już na łączną kwotę około 26 miliardów złotych. W takim tempie do końca roku zdążymy pożyczyć dodatkowe 52 miliardy złotych. Co gorsze - ekipa rządowa coraz więcej pożycza u zagranicznych wierzycieli. O ile w 2007 roku udział zagranicznych wierzycieli w całkowitym długu Skarbu Państwa wynosił zaledwie 37,8 proc., to w ciągu kilku kolejnych lat wzrósł do poziomu 59,1 proc. (stan na styczeń 2015 r.). Co ciekawe - w tym roku zapadalność (czyli moment, kiedy dług należy oddać) osiągnie według oficjalnych danych aż 78,1 mld zł pożyczek i obligacji zaciągniętych w latach poprzednich. Uwzględniając dotychczasową politykę rządu polegającą na ciągłym rolowaniu zapadalnego długu (tj. zaciąganiu nowych pożyczek na poczet spłaty starych) niewykluczone, że ekipa Platformy pobije roczny rekord pod względem wysokości zaciągniętych długów. 

Ale to nie koniec złych informacji - zatrważające są również statystyki bilansu płatniczego naszego kraju. Okazuje się, że w latach 2005-2014 Polska była najobficiej drenowanym z kapitału państwem Europy! Zagraniczne koncerny, rządy czy instytucje unijne wytransferowały w ciągu ostatnich 10 lat poza granice Polski równowartość około 540 mld zł! Najgorzej pod tym względem było w pierwszym, trzecim i czwartym roku rządów Platformy Obywatelskiej (2008, 2010 i 2011) kiedy poza granicę Polski transferowano równowartość ponad 80 miliardów złotych rocznie. Niestety drenaż kapitału naszego kraju trwa nadal. Jest on co prawda mniejszy, ale wciąż są to gigantyczne kwoty (w ubiegłym roku wyprowadzono z Polski 24,1 mld zł). W tym kontekście zastanawiające jest działanie rządu Kopacz, parlamentu pod wodzą PO i prezydenta Komorowskiego, którzy 2 procentowy podatek od przychodów nałożyli na Lasy Państwowe (skutecznie pozbawiając je wszelkich zysków), a nie na zagraniczne koncerny, sklepy wielkopowierzchniowe i banki, które najmocniej przyczyniają się do drenażu środków finansowych z Polski... 

Zestawienie dwóch powyższych informacji (nieustający wzrost długu oraz trwający nadal transfer kapitału poza granice) daje podstawy do zadania następującego pytania: Czy Polska to jeszcze niezależny finansowo podmiot międzynarodowy, czy też uzależniona od zagranicznych wierzycieli neokolonialna "bananowa republika", której bogactwa i zyski transferowane są szerokim strumieniem zagranicę? 

wpis z dnia 21/04/2015

   


  

     Bronisław Komorowski mężem stanu? Raczej mężem kurnika lub ruskiej budy... Gorzka prawda o człowieku, który został prezydentem
wpis z dnia 20/04/2015

 

Gdyby cykliczne wpadki, kompromitacje oraz antyobywatelskie decyzje Komorowskiego miały miejsce w kraju, w którym główne media nie są na usługach władzy, obecny prezydent mógłby liczyć na poparcie góra 10 procent społeczeństwa, co automatycznie skutkowałoby brakiem jakichkolwiek szans na reelekcję. Niestety w III RP główne media są mocno powiązane z platformianą władzą, stąd niewygodne dla "Bula" informacje są albo przemilczane, albo mówi się o nich tak, by nie mogły mu poważniej zaszkodzić.

Media rządowe jak ognia unikają niewygodnych tematów dotyczących antyobywatelskich decyzji Bronisława Komorowskiego podjętych przez niego podczas pięciolecia urzędowania na stanowisku Prezydenta RP. Trudno obecnie dowiedzieć się czegokolwiek więcej o konsekwencjach podpisanej przez "Bula" ustawy podwyższającej Polakom VAT czy zwiększającej składkę rentową dla przedsiębiorców (szacuje się, że tylko te dwie decyzje przyczyniły się do wydrenowania z kieszeni polskich podatników i przedsiębiorców w latach 2011-2015 o co najmniej 40 miliardów złotych!). Równie mało można się dowiedzieć o innych klepniętych przez Komorowskiego ustawach zwiększających w naszym kraju fiskalny ucisk (przypomnijmy, że było ich łącznie 13). Żaden z funkcjonariuszy telewizji uchodzących za rządowe nie zająknie się nawet o fakcie, że "Bul" w ciągu ostatnich 5 lat był niczym notariusz Platformy Obywatelskiej akceptujący wszystko to, co wcześniej przepchnęła przez Sejm ekipa Tuska, a obecnie Kopacz (nie zawetował ani jednej ustawy podnoszącej Polakom podatki). 

Jakby tego było mało - Komorowski, w ciągu 5 lat trwania na urzędzie Prezydenta RP, wielokrotnie dopuszczał się gaf, wpadek i wizerunkowych kompromitacji. Począwszy od absurdalnych wypowiedzi na temat powodzi w Polsce (w 2010 roku - jeszcze jako kandydat), poprzez pozostawanie w "bulu i nadzieji", wołanie szoguna i wchodzenie na krzesła, a skończywszy na ostatnim występie w Lublinie. W tym ostatnim przypadku nerwowo krzycząc do tłumu, którego większą część stanowili jego przeciwnicy, Komorowski próbował w całkowicie bełkotliwy sposób wytłumaczyć dlaczego powinien być wybrany na drugą kadencje: 

Na tym polega wielkość naszego programu: My proponujemy to co Polsce służy, a nie szkodzi! Szkodzi wrzask! Szkodzi specjalista od kur! Szkodzi ten, który chce aby wszystko wetować co chodzi, fruwa i się rusza! Proszę państwa, wygramy! Czas specjalistów tylko od kur i od wrzasków minął!

Gdyby TVP, TVN lub Polsat puściły w swoim głównych programach informacyjnych tę kompromitującą głowę państwa wypowiedź, to natychmiast poparcie dla Komorowskiego spadłoby o kilka, może nawet kilkanaście punktów procentowych. Niestety żadna główna telewizja nie opublikowała tego kompromitującego materiału. Tym samym 90 procent wyborców nie zobaczy jak słaby psychicznie jest Komorowski, jak zachowuje się pod presją tłumu i co mówi, kiedy nerwy odbiorą mu rozum. Nie programy, nie obietnice przedwyborcze ale takie właśnie wizerunkowe wpadki mogą mieć decydujące znaczenie dla tego kto wygra wybory i dlaczego nie będzie to Komorowski. Niestety medialny układ III RP nadal jest zbyt zwarty i solidarny, aby uderzać w "swojego" prezydenta. 

wpis z dnia 20/04/2015

   


  

     Mimo skoku na OFE w kasie państwa zabrakło ponad 55 miliardów złotych. Co na to rząd? - W szalonym tempie zwiększa zadłużenie Polaków!
wpis z dnia 19/04/2015

 

Zgodnie z oficjalnym raportem GUS w 2014 roku deficyt "sektora instytucji rządowych i samorządowych" wyniósł łącznie 55,241 mld złotych. Aby pokryć taki deficyt rząd musiał nadal zadłużać Polaków. Co ciekawe - w ubiegłym roku robił to z nawiązką, bowiem zwiększył łączne zadłużenie naszego kraju aż o 74,6 mld zł miliardów złotych! Za wszystko i tak zapłacą polscy podatnicy.

Nie pomógł skok na oszczędności Polaków zgromadzone w OFE, utrzymanie podwyższonej stawki VAT czy nowe podatki. Zgodnie z oficjalnymi odczytami GUS w 2014 roku w kasie państwa zabrakło ponad 55,2 miliardów złotych. Wszystko przez fakt, że coraz więcej wydajemy na emerytury, renty i zasiłki (w ubiegłym roku było to już łącznie 280,9 mld złotych) oraz utrzymanie urzędników i pracowników budżetówki (w 2014 roku wydaliśmy na ten cel 176,3 mld zł, to jest o blisko 5 mld zł więcej niż w 2014 roku). Niestety rząd nie ma koncepcji jak uzdrowić finansową sytuację naszego kraju. Rząd Ewy Kopacz przyjął bowiem mało ambitny budżetu na 2015 rok. Zakłada on utrzymanie wysokiego deficytu, rosnącego zadłużenia i wysokich obciążeń podatkowych. By zwykli ludzie mogli nadal płacić podatki na milionowe pensje dla platformianych kolesi i raty kredytów u zagranicznych wierzycieli. 

By w jakiś sposób zbilansować wydatki państwa z jego dochodami rząd pożycza pieniądze na odpowiedni procent z zewnątrz. Zgodnie z oficjalnymi statystykami Ministerstwa Finansów zadłużenie Polski w ubiegłym roku wzrosło aż o 74,6 mld zł, czyli o 8,6 proc. w stosunku do 2013 r. Wynikało to głównie z finansowania potrzeb pożyczkowych budżetu państwa i rolowania zadłużenia (+43,3 mld zł), osłabienia kursu złotego w stosunku do walut, w których rząd zaciągał pożyczki (+13,8 mld zł) oraz prefinansowania potrzeb pożyczkowych na 2015 r. (+12,7 mld zł). Co ciekawe - wspomniane powyżej 74,6 mld zł, to pod względem rocznego przyrostu długu drugi wynik w historii (jedynie w 2010 roku zadłużenie Polski rosło szybciej - wówczas odnotowano przyrost na poziomie 78 mld zł). Eksperci nie mają wątpliwości: Szybko rosnący dług w czasie stosunkowo dobrej koniunktury gospodarczej (w 2014 roku zanotowano wzrost PKB o 3,4 proc.) to bomba z opóźnionym zapłonem. Gdy przyjdzie spowolnienie gospodarcze rząd będzie musiał ponownie ciąć wydatki w sektorach uchodzących za strategiczne (np. obronności) i podnosić obywatelom podatki.

wpis z dnia 19/04/2015

    


   

     Zaskakująca statystyka! Przeciętne polskie płace sprzed 10 lat są podobne do obecnych? Tak, jeśli uwzględnimy ich dolarową siłę nabywczą
wpis z dnia 17/04/2015

 

Okazuje się, że jeśli porównamy dolarową siłę nabywczą przeciętnej polskiej płacy z 2004 roku z przeciętną płacą z roku 2013, to okaże się, że są one do siebie bardzo zbliżone. Zdaniem OECD w 2004 roku statystyczny Polak zarabiał rocznie w USD 11,9 tys. dolarów. W 2013 roku kwota ta podskoczyła jedynie do 13,6 tys. USD (tj. o 1,7 tys. USD). W Europie słabsze rezultaty osiągnęły jedynie kraje pogrążone w głębokim kryzysie (Grecja czy Hiszpania). Inne państwa poradziły sobie w tej klasyfikacji znacznie lepiej: na Węgrzech odnotowano wzrost o 3,0 tys. USD do poziomu 13,2 tys. USD, w Czechach o 4,3 tys. USD do poziomu 15,2 tys. USD, a w Estonii aż o 5,9 tys. USD. do poziomu 15,0 tys. USD.

Jeśli przeliczymy nasze płace na amerykańskie dolary (USD), to przeciętny polski pracownik w 2013 roku mógł za swoje wynagrodzenie kupić niewiele więcej aniżeli 10 lat wcześniej, czyli w 2004. Zdaniem OECD w roku wejścia Polski do struktur Unii Europejskiej (2004) statystyczny Polak zarabiał rocznie w USD 11,9 tys. dolarów. W 2013 roku kwota ta podskoczyła jedynie do 13,6 tys. USD. 

Co ciekawe - w tym okresie nie wiele zmniejszyła się również różnica pomiędzy przeciętnymi zarobkami statystycznego Niemca i Polaka po ich przeliczeniu na dolary. Statystyczny Muller zarabiał w 2004 roku 44,0 tys. USD, natomiast w 2013 było to niemal 47,0 tys. USD. Współczynnik wysokości polskiej płacy do niemieckiej (przeliczonych na dolary) wynosił zatem w 2004 roku 3,7-krotności (44,0 / 11,9 = 3,7 - to oznacza, że statystyczny Niemiec zarabiał równowartość 3,7-krotności płacy przeciętnego Polaka), natomiast w 2013 roku wynosił 3,46-krotności (47,0 / 13,6 = 3,46). Jak łatwo można wyliczyć w takim tempie płace naszych zachodnich sąsiadów dogonimy gdzieś za mniej więcej 130 lat...

Źródło: Average annual wages (OECD.org)
wpis z dnia 17/04/2015

    


  

     Miliardy na elektrownię, która nigdy nie powstanie? Czy rząd topi gigantyczne pieniądze podatników?
wpis z dnia 16/04/2015

 

Zgodnie z najnowszym raportem NIK istnieje poważne ryzyko, że pierwsza polska elektrownia atomowa nie powstanie do 2025 roku i nastąpi kolejne opóźnienie (pierwotnie miała powstać do 2020 roku). Co więcej - rośnie grono ekspertów, którzy oceniają, że elektrownia ta w polskich warunkach jest projektem czysto politycznym, który z ekonomicznego punktu widzenia nie ma szans na powodzenie. Pojawia się pytanie - czy temat "atomu" jest zatem jedynie kolorowym (i niezwykle kosztownym) wabikiem dla mediów i platformianego elektoratu, pustą narracją, której głównym celem jest odwrócenie uwagę od nieudolności rządu Platformy w sferze bezpieczeństwa energetycznego kraju?

Elektrownia atomowa, kluczowa - według zapowiedzi rządzącej ekipy - inwestycja dla bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju, pierwotnie miała być oddana do użytku około 2020 roku. Później termin jej ukończenia przesunięto na 2025 rok. Obecnie nie wiadomo czy powstanie kiedykolwiek. Władze naszego kraju od 5 lat nie potrafią nawet wybrać jej lokalizacji, a co dopiero wziąć się za budowę. W tym kontekście nie powinny nas dziwić opinie ekspertów, którzy twierdzą że projekt pt. "pierwsza polska elektrownia atomowa" jest wymysłem czysto politycznym, dającym ciepłe posadki i wymierne korzyści dla wielu członków ekipy rządowej, nie mającym jednak z ekonomicznego punktu widzenia najmniejszego sensu. 

Prof. Władysław Mielczarski z Politechniki Łódzkiej powiedział kiedyś rzecz następującą: "Budowa bloku (elektrowni atomowej) to koszt inwestycyjny ok. 40 mld zł. Takiej zdolności kredytowej nie ma cała polska energetyka. (...) Bierzmy przykład z Niemiec, które likwidują elektrownie jądrowe, stawiając głównie na węgiel brunatny, z którego produkcja energii elektrycznej osiąga dziś w Niemczech historyczne rekordy. Nawet Japonia przymierza się do budowy bloków węglowych, mimo że sektor jądrowy odpowiadał za ponad 1/3 tamtejszego wytwarzania". 

 

Opinie ekspertów wydają się jednak nie docierać do rządzących. Ci powołują specjalną spółkę PGE EJ1, której stanowisko prezesa za grube pieniądze przez 1,5 roku piastował były minister skarbu w rządzie Tuska - Aleksander Grad. Ponadto tworzą posadę pełnomocnika ds. energetyki jądrowej wraz z całym administracyjnym zapleczem. Mimo upływu lat i przelanej kasy na ciepłe posadki nadal nie widać jednak efektów i nic nie wskazuje na to, aby budowa pierwszej polskiej elektrowni jądrowej miała rzeczywiście ruszyć. Z perspektywy czasu można nawet zaryzykować stwierdzenie, że temat "atomu" okazał się być jedynie kolorowym wabikiem dla mediów i platformianego elektoratu, pustą narracją, która miała odwrócić uwagę od nieudolności rządu Platformy i PSL-u w sferze bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju. 

wpis z dnia 16/04/2015

   


  

     Polska to kraj, w którym rząd zrobi wiele, abyś umarł tuż przed osiągnięciem wieku emerytalnego
wpis z dnia 15/04/2015

 

Czy ktoś zastanawiał się dlaczego system opieki zdrowotnej w naszym kraju jest w tak fatalnym stanie? Dlaczego chorzy muszą czekać nawet po kilka lat na wizytę u lekarza specjalisty? Dlaczego opieka geriatryczna praktycznie nie istnieje? Czy przypadkiem nie chodzi w tym wszystkim o to, aby jak najmniej ludzi dożyło wieku emerytalnego, a jeśli już go osiągnie, to by na emeryturze nie zdążyło pobrać zbyt wielu świadczeń od ZUS? 

Z roku na rok wydatki ZUS na świadczenia emerytalne będą wzrastać (coraz mocniej obciążając budżet państwa), natomiast wpływy topnieć. Wszystko przez powiększającą się grupę osób uprawnionych do otrzymywania emerytur i rent oraz dramatycznie szybko zmniejszającą się grupę osób czynnych zawodowo. Niestety rząd Platformy oficjalnie nie ma pomysłu co zrobić z tą tykającą bombą demograficzną, która rozwali cały system i przyczyni się do bankructwa państwa. Zamiast realnie wspierać politykę prorodzinną, która mogłaby tę bombę skutecznie rozbroić, zdecydował się na ruch bardzo doraźny w postaci skoku na oszczędności Polaków zgromadzone w OFE. To pozwoliło złapać ZUS-owi oddech na 2-3 lata. Co jednak potem? Jaki plan mają rządzący naszym krajem? Czy rzeczywiście czeka nas demograficzne tsunami, w wyniku którego składki jednego pracującego będą szły na wypłatę trzech emerytur? Nie muszę przypominać jak niskie będą to świadczenia...

Otóż niekoniecznie. Jest bowiem jeden sposób, aby tego uniknąć. Bardzo brutalny sposób. Wystarczy, że jak najwięcej ludzi... nie dożyje wieku emerytalnego. Co istotne - można to osiągnąć w bardzo łatwy sposób. Po pierwsze należy stopniowo podnosić wspomniany wiek emerytalny. Przypomnijmy, że rząd PO-PSL, za zgodą prezydenta Komorowskiego, już raz przesunął granicę wieku, po której nabywa się uprawnienie do emerytury. Cóż jednak stoi na przeszkodzie, aby ten wiek jeszcze podnieść o 2 lata. A potem jeszcze o rok. Efekt będzie taki, że spora grupa ludzi najzwyczajniej w świecie nie dożyje dnia, w którym będzie mogła otrzymać pierwszą emeryturę. Ale to nie koniec. Aby liczba emerytów była jak najmniejsza (czytaj: jak najwięcej osób nie dożyło wieku emerytalnego bądź umarło tuż po jego przekroczeniu) należy z premedytacją utrzymywać niską jakość publicznej służby zdrowia. Obecna ekipa rządowa realizuje ten punkt z nawiązką. Ograniczanie dostępu do lekarzy specjalistów, utrudnienia w procedurze refundacji usług medycznych, niskie wydatki na publiczną służbę zdrowia czy brak systemu opieki geriatrycznej (co właśnie wytknął rządzącym NIK). Efekty są fenomenalne! Co roku z uwagi na niską jakość leczenia w naszym kraju umierają tysiące osób, którym do osiągnięcia wieku emerytalnego jeszcze daleko. Nie wspominam o osobach w podeszłym wieku, których system publicznej służby zdrowia praktycznie nie uwzględnia (polecam lekturę najnowszego raportu NIK).

Mając na uwadze powyższe zasadnym wydaje się być stwierdzenie, że Polska to kraj, w którym rząd zrobi wiele, abyś umarł tuż przed osiągnięciem wieku emerytalnego...

wpis z dnia 15/04/2015

    


   

     Czy wiesz, że w ciągu 5 lat Komorowski podpisał 13 ustaw wprowadzających 21 podwyżek podatków? Wszystko po to, by Polakom żyło się lepiej!
wpis z dnia 14/04/2015

 

Działalność Bronisława Komorowskiego przyczyniła się do tego, że Polacy w ciągu ostatnich 5 lat zapłacili fiskusowi o kilkadziesiąt miliardów złotych więcej! W takcie swojej kadencji podpisał on bowiem 13 ustaw wprowadzających łącznie aż 21 różnego rodzaju podwyżek podatków. To wystarczający powód, dla którego "Bul" powinien pożegnać się z urzędem Prezydenta RP.

Jednym z naczelnych punktów polityki uprawianej przez ekipę Platformy Obywatelskiej jest ciągłe podnoszenie podatków i innych danin publicznych. Gdyby prezydentem był człowiek przeciwny polityce nieustannego zaciskania fiskalnej pętli na szyi Polaków z pewnością spora część ustaw, które podnosiły podatki, zostałaby zawetowana. Niestety od 5 lat urząd Prezydenta RP zajmuje Bronisław Komorowski, który do 2010 roku był wysokim przedstawicielem Platformy Obywatelskiej. Co ciekawe - jeszcze w trakcie kampanii wyborczej z 2010 roku Bronisław Komorowski publicznie powiedział, że "podnoszenie podatków to najgorsze rozwiązanie". Gdy tylko został prezydentem jego nazwisko często wieńczyło platformiane dzieło wzrostu fiskalnego ucisku. Lekką ręką podpisał on bowiem 13 ustaw wprowadzających łącznie 21 podwyżek podatków. Prawda, że racjonalnie i logicznie? Bo zgoda buduje. Zgoda co do podnoszenia podatków... 

Przypomnijmy, że to składany świadomie pod konkretnymi ustawami podpis "Bula" zadecydował o podwyżce podstawowych stawek VAT (z 22 na 23 proc. i 7 na 8 proc.), kilkukrotnych podwyżkach akcyzy na paliwo, tytoń i alkohol, podwyżce VAT na ubranka dziecięce z 8 do 23 proc., podwyżce składki rentowej dla przedsiębiorców o 33 proc., likwidacji ulgi internetowej, objęciu lokat 1-dniowych tzw. podatkiem Belki czy wprowadzeniu podatku śmieciowego. Sama tylko zgoda Komorowskiego na podwyżkę VAT oraz podwyżkę składki rentowej dla przedsiębiorców przyczyniła się do tego, że Polacy w latach 2011 - 2015 zapłacili w podatkach o około 40 miliardów złotych więcej. Dla uzmysłowienia jak gigantyczna to kwota powiem, że słynna Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Jerzego Owsiaka, aby uzbierać taką wielką sumę pieniędzy potrzebowałaby co najmniej 800 finałów takich jak w tym roku. Na szczęście okazję do szczerego podziękowania panu prezydentowi za jego wkład w proces zaciskania fiskalnej pętli na naszych szyjach będziemy mieli już 10 maja. Warto ją wykorzystać.

wpis z dnia 14/04/2015

   


  

     Kwota wolna od podatku dla posłów to 27 360 zł! Kwota wolna dla reszty społeczeństwa to 3 091 zł...
wpis z dnia 13/04/2015

 

Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że diety polskich posłów są wolne od podatku dochodowego do wysokości 27 360 zł w skali roku! Reszta społeczeństwa musi się zadowolić kwotą wolną od PIT, która jest blisko 9-razy niższa i wynosi zaledwie 3 091 zł. Niestety także i ta sytuacja jest zasługą Platformy Obywatelskiej i PSL-u, które posiadając od niemal 8 lat parlamentarną większość, cały czas blokują inicjatywy zmierzające do podwyższenia Polakom kuriozalnie niskiej kwoty wolnej. By żyło się lepiej...?

Polska kwota wolna od podatku PIT jest jedną z najniższych na świecie i wynosi obecnie 3091 zł. Stan ten trwa nieprzerwanie od czasu przejęcia władzy przez ekipę Platformy i PSL-u. W efekcie Polacy muszą płacić podatek od dochodów, które w teorii mają im zapewnić biologiczną egzystencję. Wyjątkiem są... polscy parlamentarzyści. Okazuje się bowiem, że zgodnie z ustawą o wykonywaniu mandatu posła i senatora, tzw. dieta parlamentarna (która wraz z parlamentarnym uposażeniem jest wypłacana posłom i senatorom co miesiąc i aktualnie wynosi 2 473,08 zł brutto) jest zwolniona z podatku PIT do wysokości 2 280,00 zł miesięcznie, co w skali roku daje nam kwotę w wysokości 27 360 zł! 

W kontekście powyższego watro przypomnieć utrzymywanie przez ekipę Platformy i PSL tak niskiej kwoty wolnej od PIT nie podoba się Rzecznikowi Praw Obywatelskich, który pod koniec ubiegłego roku skierował sprawę do Trybunału Konstytucyjnego twierdząc, że działania władzy są niekonstytucyjne i antyobywatelskie. Jego zdaniem norma, która nakazuje osobom uzyskującym dochód niepozwalający na zaspokojenie niezbędnych potrzeb życiowych, dzielić się tym dochodem z resztą społeczeństwa poprzez płacenie podatku, jest niekonstytucyjna. W piśmie kierowanym do Trybunału słusznie zauważył, że roczny dochód odpowiadający takiemu zwolnieniu (3091 zł) nie pozwala na zapewnienie elementarnych potrzeb życiowych. Zdaniem Rzecznika kwota wolna od podatku powinna odpowiadać progowi ubóstwa, to jest kwocie 542 zł miesięcznie, co w skali roku przekłada się na limit w wysokości 6504 zł.

Co ciekawe - nie tak dawno posłowie opozycji sami wnieśli do Sejmu projekt ustawy zwiększającej kwotę wolną od podatku do wysokości postulowanej przez Rzecznika Praw Obywatelskich. Niestety chorzy na fiskalizm politycy PO-PSL byli innego zdania i na początku lutego bieżącego roku projekt ten uwalili już na pierwszym czytaniu (za podniesieniem kwoty wolnej od podatku głosowało 200 posłów PiS, SLD, KPSP i TR. Przeciwko temu pomysłowi było 232 posłów Platformy z PSL-em). Należy podkreślić, że odrzucenie przez ekipę Kopacz i Komorowskiego pomysłu podniesienia kwoty wolnej od podatku najmocniej uderza w grupę około 3 milionów najbiedniejszych, którzy na co dzień zmagają się z ubóstwem i nędzą. Dla nich niezwykle istotne jest to czy kwota od której nie muszą płacić podatku wyniesie 3091 zł czy 6500 zł. Niestety, tak jak syty głodnego nie zrozumie, tak i chorzy na fiskalizm politycy PO-PSL także nie są w stanie pojąć, że utrzymując podatki dla najbiedniejszych na tak wysokim poziomie mogą doprowadzić do wielu życiowych dramatów.

 

Źródło informacji: Uposażenie poselskie i dieta parlamentarna (Sejm.gov.pl)
Czytaj także: Kwota wolna od podatku: Tanzania - 4236 zł, Mauretania - 3204 zł, Polska - 3091 zł. Dlaczego PO skazuje nas na bycie krajem "trzeciego świata"? (Niewygodne.info.pl)
wpis z dnia 13/04/2015

    


  

     Komorowski przez 5 lat nie zawetował ani jednej ustawy podnoszącej Polakom podatki! To wystarczający powód, aby wybrać innego kandydata
wpis z dnia 12/04/2015

 

Podczas swojej 5-letniej kadencji Bronisław Komorowski nie zawetował ani jednej ustawy, która podnosiła podatki lub nakładała na Polaków nowe fiskalne obowiązki. Tym samym bezpośrednio przyczynił się do ogromnego wzrostu obciążeń podatkowych i zaciśnięcia fiskalnej pętli na szyi każdego z nas. Warto o tym pamiętać 10 maja.

Żadna inna ekipa rządząca w historii III RP nie zafundowała Polakom tak wielkiego wzrostu obciążeń podatkowych, co Platforma Obywatelska. Naczelną zasadą polityki finansowej tej partii miało być stopniowe obniżanie podatków i danin publicznych. Tak przynajmniej twierdził Donald Tusk kiedy przejmował władzę. Rzeczywistość okazała się być jednak zupełnie inna. Podniesiono podatek VAT, kilkukrotnie podniesiono akcyzę, podwyższono składki na ZUS, podwyższono składkę rentową dla przedsiębiorców, zlikwidowano ulgi: budowlaną i internetową, obniżono o 1/3 zasiłek pogrzebowy, opodatkowano lokaty 1-dniowe, kilkukrotnie podnoszono maksymalne limity na podatki lokalne, zamrożono kwotę wolną od podatku oraz progi podatkowe (coraz biedniejsi płacą coraz wyższe podatki). Jakby tego było mało zwiększono również opresję aparatu skarbowego wobec obywateli. Większość z wymienionych powyżej niekorzystnych dla polskiego podatnika zmian nie byłaby możliwa, gdyby nie zgoda Bronisława Komorowskiego, który - jako prezydent RP - akceptował wejście w życie przegłosowanych przez sejm głosami Platformy i PSL inicjatyw legislacyjnych. 

Zgoda Komorowskiego dla zwiększenia fiskalnego ucisku przyczyniła się do tego, iż Polacy w latach 2010 - 2015 musieli zapłacić w podatkach i różnego rodzaju obciążeniach publiczno-prawnych o kilkadziesiąt miliardów złotych więcej. Przypomnijmy tylko najbardziej dotkliwe podpisy "Bula" złożone pod ustawami przyjętymi przez Platformę Obywatelską: 4 grudnia 2010 roku Komorowski zatwierdził ustawę podnoszącą wysokość płaconego przez Polaków podatku VAT. Wyższe stawki tego podatku miały obowiązywać od 2011 do 2013 roku. Okazało się jednak, że pod koniec 2013 roku prezydent podpisał się pod ustawą utrzymującą wyższe stawki VAT na lata 2014 - 2016. Szacuje się, że z tego tytuł Polacy płacą co roku od 4 do 5 miliardów zł więcej podatku VAT. To oznacza, że w latach 2011 - 2015 (do teraz) dzięki decyzji "Bula" przelali do kasy państwa dodatkowe 17 - 22 mld zł. Ale to nie koniec. Pod koniec grudnia 2011 roku obecny prezydent podpisał ustawę podwyższającą składkę rentową dla przedsiębiorców o 2 proc., co przełożyło się na zwiększenie wpływów do budżetu ZUS o około 7 miliardów zł w skali roku. Dzięki tej decyzji Komorowskiego portfele polskich przedsiębiorców skurczyły się w latach 2012 - 2015 o minimum 23 miliardów złotych. Tylko te dwie decyzje (wyższy VAT oraz wyższa składka rentowa) przyczyniły się do wydrenowania z kieszeni polskich podatników i przedsiębiorców o co najmniej 40 miliardów złotych! Warto o tym pamiętać, szczególnie 10 maja, kiedy będziemy decydowali o tym, czy Komorowski zostanie w Belwederze na kolejne 5 lat.

 

Czytaj także: Przypominamy cztery decyzje prezydenta Komorowskiego, które kosztowały podatników dziesiątki miliardów złotych (Niewygodne.info.pl)
  
wpis z dnia 12/04/2015

   


  

     Komorowski przez 5 lat nie zawetował ani jednej ustawy podnoszącej Polakom podatki! To wystarcza jący powód, aby wybrać innego kandydata
wpis z dnia 12/04/2015

 

Podczas swojej 5-letniej kadencji Bronisław Komorowski nie zawetował ani jednej ustawy, która podnosiła podatki lub nakładała na Polaków nowe fiskalne obowiązki. Tym samym bezpośrednio przyczynił się do ogromnego wzrostu obciążeń podatkowych i zaciśnięcia fiskalnej pętli na szyi każdego z nas. Warto o tym pamiętać 10 maja.

Żadna inna ekipa rządząca w historii III RP nie zafundowała Polakom tak wielkiego wzrostu obciążeń podatkowych, co Platforma Obywatelska. Naczelną zasadą polityki finansowej tej partii miało być stopniowe obniżanie podatków i danin publicznych. Tak przynajmniej twierdził Donald Tusk kiedy przejmował władzę. Rzeczywistość okazała się być jednak zupełnie inna. Podniesiono podatek VAT, kilkukrotnie podniesiono akcyzę, podwyższono składki na ZUS, podwyższono składkę rentową dla przedsiębiorców, zlikwidowano ulgi: budowlaną i internetową, obniżono o 1/3 zasiłek pogrzebowy, opodatkowano lokaty 1-dniowe, kilkukrotnie podnoszono maksymalne limity na podatki lokalne, zamrożono kwotę wolną od podatku oraz progi podatkowe (coraz biedniejsi płacą coraz wyższe podatki). Jakby tego było mało zwiększono również opresję aparatu skarbowego wobec obywateli. Większość z wymienionych powyżej niekorzystnych dla polskiego podatnika zmian nie byłaby możliwa, gdyby nie zgoda Bronisława Komorowskiego, który - jako prezydent RP - akceptował wejście w życie przegłosowanych przez sejm głosami Platformy i PSL inicjatyw legislacyjnych. 

Zgoda Komorowskiego dla zwiększenia fiskalnego ucisku przyczyniła się do tego, iż Polacy w latach 2010 - 2015 musieli zapłacić w podatkach i różnego rodzaju obciążeniach publiczno-prawnych o kilkadziesiąt miliardów złotych więcej. Przypomnijmy tylko najbardziej dotkliwe podpisy "Bula" złożone pod ustawami przyjętymi przez Platformę Obywatelską: 4 grudnia 2010 roku Komorowski zatwierdził ustawę podnoszącą wysokość płaconego przez Polaków podatku VAT. Wyższe stawki tego podatku miały obowiązywać od 2011 do 2013 roku. Okazało się jednak, że pod koniec 2013 roku prezydent podpisał się pod ustawą utrzymującą wyższe stawki VAT na lata 2014 - 2016. Szacuje się, że z tego tytuł Polacy płacą co roku od 4 do 5 miliardów zł więcej podatku VAT. To oznacza, że w latach 2011 - 2015 (do teraz) dzięki decyzji "Bula" przelali do kasy państwa dodatkowe 17 - 22 mld zł. Ale to nie koniec. Pod koniec grudnia 2011 roku obecny prezydent podpisał ustawę podwyższającą składkę rentową dla przedsiębiorców o 2 proc., co przełożyło się na zwiększenie wpływów do budżetu ZUS o około 7 miliardów zł w skali roku. Dzięki tej decyzji Komorowskiego portfele polskich przedsiębiorców skurczyły się w latach 2012 - 2015 o minimum 23 miliardów złotych. Tylko te dwie decyzje (wyższy VAT oraz wyższa składka rentowa) przyczyniły się do wydrenowania z kieszeni polskich podatników i przedsiębiorców o co najmniej 40 miliardów złotych! Warto o tym pamiętać, szczególnie 10 maja, kiedy będziemy decydowali o tym, czy Komorowski zostanie w Belwederze na kolejne 5 lat.

 

Czytaj także: Przypominamy cztery decyzje prezydenta Komorowskiego, które kosztowały podatników dziesiątki miliardów złotych (Niewygodne.info.pl)
  
wpis z dnia 12/04/2015

   


  

     Finansowe konsekwencje katastrofy smoleńskiej, czyli jak wytransferowano miliard złotych na konta MFW?
wpis z dnia 10/04/2015

 

Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że katastrofa smoleńska - oprócz konsekwencji polityczno-społecznych - miała również bardzo poważne skutki finansowe. Śmierć ówczesnego prezesa NBP Sławomira Skrzypka spowodowała, że w ciągu kilku kolejnych lat wytransferowano z Polski na konta Międzynarodowego Funduszu Walutowego równowartość miliarda złotych.

Wczesną wiosną 2010 roku, ówczesny prezes NBP Sławomir Skrzypek uznał, że nasz kraj nie potrzebuje już potencjalnego wsparcia Międzynarodowego Funduszu Walutowego w postaci możliwości korzystania z elastycznej linii kredytowej. Tym bardziej, że za sam dostęp do tej linii Polska musiała płacić grube pieniądze i nigdy z niej nie korzystała. Odmiennego zdania byli premier Donald Tusk oraz minister finansów Jan Vincent Rostowski, ale to do prezesa NBP należała ostateczna decyzja. 10 kwietnia 2010 roku Skrzypek ginie w katastrofie pod Smoleńskiem. Platforma do spółki z pełniącym obowiązki prezydenta Komorowskim w pośpiechu powołują na stanowisko szefa NBP Marka Belkę. Jego pierwszą decyzją było... przedłużenie linii kredytowej w MFW.

MFW i jej Flexible Credit Line

Jednym z narzędzi finansowej stabilności według bankierów z Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) miała być tzw. elastyczna linia kredytowa (ang. Flexible Credit Line), która daje dostęp do tajemniczych jednostek rozliczeniowych o nazwie "SDR" (rzekomo wymienialnych na dolary). Co ciekawe - umowy o dostęp do tego typu linii podpisały jedynie trzy państwa na świecie. Były to Kolumbia, Meksyk, a od 2009 roku także i Polska. Problem w tym, że podpisanie takiej umowy wiązało się również z przelaniem na konta MFW realnych pieniędzy. Za roczny dostęp do linii (2009-2010) Polska musiała przelać na konta MFW równowartość ok. 182 mln zł. 

Skrzypek nie chce linii. Tusk z Rostowskim chcą

W marcu 2010 roku, ówczesny prezes NBP Sławomir Skrzypek uznał, że sytuacja polskiej gospodarki i systemu finansowego jest na tyle dobra, że nasz kraj nie potrzebuje już potencjalnego wsparcia MFW w postaci możliwości korzystania z elastycznej linii kredytowej. Oficjalne dane NBP mówiły, że na koniec lutego 2010 stan polskich aktywów rezerwowych liczonych wyniósł ponad 62,6 mld euro. Z kolei w komunikacie opublikowanym 5 marca NBP potwierdził, że "Polska ma wysoki poziom rezerw walutowych. Rezerwy te są gwarantem bezpieczeństwa finansowego naszego kraju w relacjach zewnętrznych". 

Zupełnie odmiennego zdania byli premier Donald Tusk oraz minister finansów Jacek Rostowski, którzy bardzo mocno naciskali na to, aby Polska przedłużyła umowę z MFW dotyczącą linii kredytowej. Na początku kwietnia premier na jednej z konferencji powiedział: 

"Podtrzymanie elastycznej linii kredytowej byłoby zabezpieczeniem dla Polski na wszelki wypadek. Rację mają ci, którzy mówią, że dziś nam już tego nie potrzeba, ale widząc, co się dzieje w niektórych państwach Unii Europejskiej, być może takie zabezpieczenie lepiej byłoby mieć."

Smoleńska zmiana

10 kwietnia 2010 Sławomir Skrzypek ginie w katastrofie rządowego Tu-154M pod Smoleńskiem. Pełniącym obowiązki prezesa NBP został jego dotychczasowy pierwszy wiceprezes - Piotr Wesołek. Mimo śmierci Skrzypka, zarówno Wesołek jak i cały zarząd NBP podtrzymują stanowisko, zgodnie z którym elastyczna linia kredytowa z MFW jest nam niepotrzebna. W oficjalnym komunikacie NBP możemy przeczytać, iż "nie jest zasadne ponowne ubieganie się przez Polskę o udostępnienie przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy Elastycznej Linii Kredytowej". 

W miesiąc po katastrofie smoleńskiej, pełniący obowiązki prezydenta RP - Bronisław Komorowski obwieszcza, iż chciałby aby nowy prezes NBP został wybrany jeszcze przed przyspieszonymi wyborami prezydenckimi zaplanowanymi na czerwiec (prezes NBP zgodnie z konstytucją jest powoływany bezwzględną większością głosów przez Sejm na wniosek prezydenta). Ówczesny marszałek Sejmu stwierdził, że "przeprowadzi konsultacje, by wyłonić odpowiednią kandydaturę na nowego prezesa NBP". Kilka dni później p.o. prezydenta RP ogłosił, że jego kandydatem jest Marek Belka. Głosowanie nad jego kandydaturą miało miejsce 10 czerwca 2010. Głosami PO oraz SLD Marek Belka został wybrany na prezesa NBP jako kandydat marszałka Sejmu, który wówczas pełnił obowiązki głowy państwa. 

Nowy prezes. Nowa linia. Nowe koszty

Wyraźny pośpiech w sprawie obsadzenia stanowiska prezesa NBP jeszcze przed wyborem nowego prezydenta RP wyjaśnił się kilka dni później. 15 czerwca 2010 roku (na 5 dni przed I turą wyborów prezydenckich) jedną z pierwszych decyzji Marka Belki było podpisanie wniosku o przedłużenie linii kredytowej w MFW. Już dzień później MFW oficjalnie przyjął wniosek Polski i jednocześnie zasygnalizował, że rozpatrzy go pozytywnie. Formalności stało się zadość 2 lipca 2010, kiedy to umowa o dostępie do elastycznej linii kredytowej została podpisana. Tym samym Tusk z Rostowskim (a może ktoś jeszcze) ostatecznie osiągnęli swój cel. Kilka miesięcy później - w styczniu 2011 r. - Polska złożyła wniosek o wydłużenie o dwa lata okresu obowiązywania elastycznej linii kredytowej. MFW wyraził na to zgodę i wziął za to równowartość ok. 340 mln zł (107 mln USD). To samo miało miejsce w 2012, kiedy umowa została przedłużona o kolejne 2 lata (w zamian na konta MFW poleciało 110 mln USD, czy ok. 350 mln zł). Nie tak dawno rządzący naszym krajem po raz kolejny zawnioskowali o dostęp do linii kredytowej MFW. Koszt do końca 2015 roku ma wynieść ok. 69 mln USD (czyli po dzisiejszym kursie równowartość ok. 255 mln zł). Dotychczasowe łączne koszty funkcjonowania dostępu do "Flexible Credit Line" za lata 2010 - 2015 to równowartość około miliarda zł! 

 

Mimo tak wysokich kosztów nasz kraj nie skorzystał z elastycznej linii kredytowej ani razu. Powstaje zatem pytanie o zasadność podejmowanych w ciągu ostatnich 5 lat decyzji. Czy chodziło o bezpieczeństwo finansowe Polski czy też międzynarodowych bankierów z MFW?

 

wpis z dnia 10/04/2015 

   


  

     Czy wprowadzony przez rząd Ewy Kopacz system "Źródło" ma poważną lukę, dzięki której można sfałszować wybory na prezydenta RP?!
wpis z dnia 9/04/2015

 

Po tym jak władze naszego kraju zaczęły kombinować w jaki sposób utrudnić Polakom mieszkającym zagranicą udział w wyborach 10 maja (a tym samym maksymalnie ograniczyć liczbę osób, które mogłyby oddać swój głos na któregoś z kontrkandydatów "Bula"), media obiegła informacja jakoby wdrożony kilka tygodni temu przez MSW w rządzie Kopacz nowy system ewidencji ludności w Polsce (tzw. system "Źródło") posiadał poważne luki umożliwiające m. in. nadawanie tego samego numeru pesel wielu różnym osobom. Sama PKW wydała w tej sprawie komunikat, w którym możemy przeczytać, że gminy mogą mieć poważne problemy ze stworzeniem prawidłowej listy wyborców na swoim terenie. Czy to się dzieje naprawdę?

Przypomnijmy - ekipa rządowa wpadła na pomysł, aby w największych ośrodkach polonijnych zagranicą (m. in.: Chicago, Detroit w USA, Zagłębie Ruhry w Niemczech) drastycznie ograniczyć liczbę lokali wyborczych, a przez to utrudnić mieszkającym tam Polakom udział w zbliżających się wyborach prezydenckich. Dzięki temu skutecznie zostanie ograniczona liczba polonijnych głosów, które mogłyby wesprzeć któregoś z kontrkandydatów Bronisława "Bula" Komorowskiego. W ten sposób na przykład zamiast 200 tys. oddanych za granicą głosów na Dudę, Kukiza czy Brauna, będzie jedynie 100 tys., co dla ostatecznego wyniku wyborów w II turze może to niebagatelne znaczenie. To jednak nie koniec problemów jakie szykuje nam władza. Okazało się, że wprowadzony 1 marca b.r. przez rząd Ewy Kopacz nowy system ewidencji ludności (system "Źródło") posiada bardzo poważne luki umożliwiające dokonanie wyborczych fałszerstw. Możliwe jest bowiem nadawanie tego samego numeru pesel dwóm, lub większej ilości osób, a w tworzonych przez gminy (na podstawie baz danych czerpanych ze "Źródła") spisach wyborców mogą figurować osoby zmarłe, wymeldowane oraz te z nieaktualnymi nazwiskami.

W tej sprawie specjalny komunikat wydała nawet Państwowa Komisja Wyborcza. Możemy w nim przeczytać, że "istnieje poważne ryzyko dla prawidłowego prowadzenia przez gminy rejestrów wyborców, na podstawie których sporządzane są spisy wyborców. Stanowi to zagrożenie dla prawidłowej realizacji zagwarantowanego przez Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej prawa do głosowania w wyborach na Prezydenta RP w dniu 10 maja 2015 r. (...) Powodem tego jest wadliwość funkcjonowania wdrażanej przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych aplikacji ŹRÓDŁO, z której pobierane są dane niezbędne do prowadzenia i aktualizacji rejestrów wyborców oraz sporządzenia spisów wyborców (...) Państwowa Komisja Wyborcza z całą mocą podkreśla, że zarówno Państwowa Komisja Wyborcza, jak i Krajowe Biuro Wyborcze, nie odpowiadają za funkcjonowanie aplikacji ŹRÓDŁO i systemów informatycznych służących do sporządzania spisów wyborców".

Niestety po tej władzy można się spodziewać dosłownie wszystkiego, także i tego, że będzie ona usiłowała zmienić wynik wyborów poprzez ograniczenie liczby polonijnych głosów czy machlojki z systemem ewidencji wyborców.

wpis z dnia 9/04/2015

   


  

     Zobacz jak ekipa Platformy z rozmysłem i premedytacją ograniczała wydatki na obronność Polski!
wpis z dnia 8/04/2015

 

Jeszcze w 2007 roku rzeczywiste wydatki MON na obronność i bezpieczeństwo Polski były o 430 mln zł wyższe, niż wynosiło 1,95 proc. ówczesnego PKB. Dramatyczne odwrócenie tendencji nastąpiło tuż po przejęciu władzy przez ekipę Platformy Obywatelskiej. Skumulowane cięcia wydatków na obronność w latach 2008 - 2013 (tj. wydatki poniżej 1,95 proc. PKB w danym roku) wyniosły aż 11 miliardów złotych! Dlaczego ekipa Tuska i Komorowskiego celowo i z premedytacją osłabiała potencjał naszej armii?

W 2007 roku wydatki MON na armię, uwzględniając parytet 1,95 proc. PKB, miały wynieść 20,67 mld zł. Rzeczywiste wydatki wyniosły 21,1 mld zł (różnica: +0,43 mld zł). Niestety już od kolejnego roku tendencja się odwróciła. W 2008 roku wydatki na armię wg parytetu 1,95 proc. PKB miały wynieść 22,95 mld zł, w rzeczywistości zaś wyniosły 19,76 mld zł (różnica: -3,19 mld zł). W 2009 roku 1,95 proc. PKB to 24,87 mld zł, tymczasem rzeczywiste wydatki MON na armię wyniosły 23,02 mld zł (różnica: -1,85 mld zł). W 2010 roku było podobnie - 1,95 proc. PKB to 26,19 mld zł. Rzeczywiste wydatki na obronność wyniosły 25,27 mld zł (różnica: -0,92 mld zł). W 2011 roku 1,95 proc. PKB to 27,6 mld zł. Rzeczywiste wydatki na obronność wyniosły 26,72 mld zł (różnica: -0,88 mld zł). W 2012 roku 1,95 proc. PKB to 29,8 mld zł. W rzeczywistości MON wydał na armię 28,11 mld zł (różnica: -1,69 mld zł). W 2013 roku 1,95 proc. PKB to 30,6 mld zł. W rzeczywistości wydatki na obronność pochłonęły jedynie 28,12 mld zł (różnica: -2,48 mld zł).

Wspomniana skumulowana różnica w wysokości 11 miliardów złotych, to naprawdę olbrzymie pieniądze, które wystarczyłyby na zakup dla polskiej armii kilkudziesięciu nowych śmigłowców bojowych lub kilkunastu zestawów antyrakietowych "Patriot" (mających np. zdolność niszczenia rosyjskich rakiet strategicznych Iskander, które Rosja rozmieściła wzdłuż granicy z Polską w Obwodzie Kaliningradzkim). Niestety zamiast modernizować polskie wojsko i zwiększać jego potencjał odstraszania ekipa Platformy Obywatelskiej postanowiła ograniczać wydatki na obronność, wycofać się z koncepcji budowy armii obrony terytorialnej czy podjąć decyzję o zwolnieniu ze służby wojskowej w ciągu najbliższych kilku lat większości doświadczonych żołnierzy frontowych. Jakby tego było mało szkoleni w latach 80-tych w Moskwie doradcy Komorowskiego wymyślili strategię zgodnie z którą to Rosja - a nie NATO - powinna być gwarantem bezpieczeństwa naszego kraju.

Efekty polityki osłabiania i stopniowej likwidacja potencjału polskich sił zbrojnych przez polityków Platformy są fatalne. Według wyliczeń specjalistów Polska ma obecnie jedną z najniższych w Europie zdolności mobilizacyjnych na wypadek konieczności obrony własnego terytorium. Rządowi politycy uspokajają twierdząc, że jesteśmy bezpieczni jako członek Paktu Północnoatlantyckiego. Problem w tym, że w razie zewnętrznej agresji NATO może nas jednak nie obronić. Traktat północnoatlantycki, który oprócz słynnego art. 5 ("Atak na którekolwiek z państw członkowskich będzie uznany za atak na wszystkie"), precyzuje również w kolejnych artykułach, że: "każda ze Stron udzieli pomocy Stronie lub Stronom napadniętym, podejmując niezwłocznie, samodzielnie jak i w porozumieniu z innymi Stronami, działania, jakie uzna za konieczne, łącznie z użyciem siły zbrojnej, w celu przywrócenia i utrzymania bezpieczeństwa obszaru północnoatlantyckiego". W skład działań "uznanych za konieczne" mogą wchodzić np. wyrażenie zaniepokojenia, głębokiego zaniepokojenia, albo wysłanie opatrunków i kocy w transporcie humanitarnym. Nie bądźmy zatem naiwni: Berlin, Paryż czy Rzym mogą nie specjalnie chcieć wysyłać swoich żołnierzy, aby umierali za wolną Rygę, Tallin czy Gdańsk. Szczególnie jeśli będą powiązani mocnymi relacjami gospodarczymi z Kremlem. Prawda jest taka, że skutecznie jesteśmy w stanie odstraszyć każdego (nawet najsilniejszego przeciwnika) budując własną, nowoczesną i suwerenną armię zawodową, którą w razie potrzeby mogła by wesprzeć dobrze zorganizowana armia obrony terytorialnej. Niestety ekipa Platformy Obywatelskiej przez ostatnie lata realizowała zupełnie inny scenariusz...

 

Źródło wykorzystanych informacji: WYDATKI OBRONNE POLSKI – MITY, FAKTY I... BEZMYŚLNOŚĆ POLITYKÓW? (mPolska24.pl)
  

wpis z dnia 8/04/2015 

   


  

     Biurokracja się rozrasta, a rządowi urzędnicy żyją coraz dostatniej... Czyli: jak zrealizowano postulat "taniego i przyjaznego państwa"?
wpis z dnia 7/04/2015

 

Ekipa Platformy Obywatelskiej przejmując władzę ponad 7 lat temu obiecała ograniczyć biurokrację i urzędniczą samowolę. Niestety były to tylko puste obietnice. Od pierwszego expose Donalda Tuska liczba urzędników zwiększyła się o kilkadziesiąt tysięcy, ich średnie wynagrodzenia urosły o blisko 40 proc., a biurokracja, skomplikowane prawo i proceduralne utrudnienia nie zmniejszyły się nawet o trochę. Czy tak miało wyglądać "tanie i przyjazne państwo"?

Oficjalne statystyki mówią, że na koniec 2008 roku (czyli po pierwszych 13-tu miesiącach rządzenia krajem przez ekipę Platformy Obywatelskiej) liczba pracujących w administracji centralnej, samorządowej, bezpieczeństwie publicznym oraz ubezpieczeniach społecznych urzędników wyniosła 600,6 tys. osób. Na koniec 2014 roku liczba ta urosła do poziomu 643,9 tys. osób. Średnie zarobki urzędników również wzrosły z poziomu 3527 zł (w 2008 roku) do 4798 zł (2014 rok). Oczywiście najwięcej zarabiają urzędnicy ministerialni i rządowi - tam średnia pensja miesięczna wynosi około 7,3 tys. zł. Jakby tego było mało obecna władza tworzy coraz to nowe instytucje, agencje i fundusze, w których zatrudnienie mogą znaleźć nowe rzesze urzędników. Dzięki takim działaniom na urzędnicze wypłaty wydamy w tym roku o 500 mln zł więcej, niż w roku ubiegłym. Łącznie podatnicy będą musieli wyłożyć na ten cel około 37,6 mld zł.

Pół biedy, gdyby rosnące koszty utrzymania armii urzędników miały przełożenie na przyjazne prawo, niewielką biurokrację, jasne i czytelne procedury oraz transparentność działań władzy. Niestety tutaj również rządy Platformy i PSL-u przyczyniły się jedynie do pogłębienia kryzysu. Odwołajmy się do Globalnego Rankingu Konkurencyjności za 2014 rok tworzonego przez World Economic Forum. W kategorii "Czas potrzebny do założenia własnej działalności gospodarczej" zajęliśmy odległe 111. miejsce na świecie, natomiast w rankingu mierzącym przejrzystość i transparentność działań rządu zajęliśmy 110. miejsce na świecie. Bardziej transparentne i przejrzyste władze funkcjonują w takich krajach jak Gabon, Uganda, Mongolia, Albania, Ukraina czy Rosja. Ten fatalny wynik jest niestety prostą konsekwencją przejęcia całości sterów władzy przez ekipę Platformy i PSL. To oni doprowadzili do wspomnianego rozrostu biurokracji, przyzwolili na szerzenie się nepotyzmu, wygenerowali mnóstwo afer gospodarczych z udziałem najważniejszych osób w państwie oraz jeszcze bardziej skomplikowali obowiązujący w naszym kraju system podatkowy. 

Jedyną szansą na zmianę tych negatywnych tendencji jest odsunięcie wspomnianej ekipy od władzy. Czy uda się to uczynić już w tym roku? Okazja ku temu doskonała: wybory prezydenckie wiosną, wybory parlamentarne jesienią. Pytanie tylko czy ktoś nie postanowi "wydrukować" ich wyniku? Wszak w III RP zarządzanej przez Kopacz i Komorowskiego wszystko jest możliwe...

wpis z dnia 7/04/2015

  


  

     Gigantyczna afera z udziałem wszystkich największych banków w Polsce. Poszkodowanymi miliony Polaków! A wszystko z... chęci zysku
wpis z dnia 4/04/2015

 

20 największych banków działających na terytorium Polski spiskowało między sobą w celu zapewnienia sobie stabilnego źródła przychodów z tytułu opłat interchange za transakcje dokonywane kartami VISA i MasterCard. W ten sposób poszkodowanych zostało miliony klientów! O tej gigantycznej aferze bankowej warto przypominać szczególnie teraz, kiedy skandal z powiązanym z WSI jednym SKOK-iem Wołomin media pro-rządowe nazywają "aferą (wszystkich) SKOK-ów". 

Przypomnijmy, że pod koniec 2013 roku Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów potwierdził decyzję prezesa UOKiK z 2006 roku: 20 banków działających na terytorium Polski, w celu zapewnienia sobie stabilnego źródła przychodów, weszło między sobą w spisek w celu ustalenia wysokości opłat interchange z tytułu transakcji dokonywanymi kartami VISA i MasterCard. W opinii Urzędu zmowa banków co do opłat interchange mogła skutkować wyższymi cenami towarów i usług dla konsumentów, także tych płacących gotówką, ponieważ placówki handlowe nie różnicują cen ze względu na to, czy płaci się kartą czy gotówką. Banki, które uczestniczyły w zmowie to: PKO BP SA, Pekao SA, Bank BPH, Bank Zachodni WBK, ING Bank Śląski, Kredyt Bank, Bank Millenium, Bank Handlowy, BGŻ, BRE Bank (obecnie mBank), Lukas Bank, Nordea Bank Polska, Invest Bank, Getin Bank, Bank Pocztowy, Bank Inicjatyw Społeczno-Gospodarczych, Bank Ochrony Środowiska (BOŚ), Fortis Bank Polska, Deutsche Bank oraz HSBC Bank Polska. Prezes UOKiK-u pierwotnie nałożył na banki największą w historii karę w wysokości 164 mln zł. W 2013 roku Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zmniejszył ją jednak do poziomu 44,3 mln zł (dla kontrastu: zyski sektora bankowego w 2014 roku były ponad 360 razy większe i przekroczyły 16 miliardów złotych).

O sprawie warto przypomnieć szczególnie teraz, kiedy skandal związany z działalnością grupy przestępczej w SKOK Wołomin media prorządowe nazywają "Aferą SKOK-ów". Nieprawidłowości dotyczyły jednego tylko SKOK-u. Dlaczego zatem wszędzie słyszymy o "aferze SKOK-ów"? Jak dla mnie sprawa jest jasna. Polskie SKOK-i to przede wszystkim śmiertelne zagrożenie dla banków, a platformiane władze oraz ich medialni sojusznicy są w stanie zrobić naprawdę wiele, aby zagraniczne banki nie miały jakiejkolwiek konkurencji ze strony lokalnych przedsiębiorstw finansowych (jakimi są SKOK-i). W tym kontekście warto podkreślić, że w aferze, którą opisywałem powyżej, nie uczestniczył jeden bank (tak jak w aferze SKOK Wołomin był to jeden SKOK), lecz dwadzieścia! Mimo to, sektorowi bankowemu w Polsce nic złego się nie stało i prawie nikt nie mówił publicznie o jakiejkolwiek "aferze bankowej". Ciekawe dlaczego?

wpis z dnia 4/04/2015

   


    

     Rząd Platformy znowu przeciwko obywatelom: Rozstrzyganie wątpliwości podatkowych na korzyść podatnika jest nie do przyjęcia!
wpis z dnia 3/04/2015

 

Wygląda na to, że zapowiedzi Bronisława Komorowskiego o wprowadzeniu zasady rozstrzygania wątpliwości w postępowaniach prowadzonych przez urzędy skarbowe na korzyść podatnika były jedynie przedwyborczą ściemą. "Ta zasada jest dla nas nie do przyjęcia" - powiedział "Rzeczpospolitej" przedstawiciel rządu Ewy Kopacz. W sumie nie powinno nas to dziwić. Wszak naczelnym kierunkiem działania tej ekipy jest maksymalne łupienie Polaków połączone z ciągłym podnoszenie podatków i innych danin publicznych. Rozstrzyganie wątpliwości podatkowych na korzyść podatnika stało by w jawnej sprzeczności z przyjętą przez rząd PO-PSL filozofią podatkowego ucisku.

Rząd nie kryje, że wprowadzenie zasady rozstrzyganie wątpliwości podatkowych na korzyść podatnika mogłoby się przyczynić do zmniejszenia wpływów podatkowych ściąganych z kieszeni Polaków. A na to ekipa Platformy pozwolić nie może. Od końca 2007 roku, kiedy przejęli władzę w naszym kraju, obciążenia fiskalne nieustannie wzrastają. Obecnie przeciętny Polak oddaje w podatkach około 41,6 proc. swoich dochodów. Pod tym względem nasz kraj zajmuje odległe, bo 87. miejsce na świecie (ranking World Economic Forum). W głównej mierze przyczyniły się do tego decyzję rządów Tuska i Kopacz, zatwierdzone przez posłów Platformy i PSL-u oraz prezydenta Komorowskiego. Przypomnijmy tylko podwyżki VAT-u, akcyzy na paliwa, składki ZUS, likwidację wielu ulg podatkowych czy zamrożenie kwoty wolnej od podatku. W tej ostatniej kwestii jesteśmy obecnie na poziomie zacofanych i biednych państw Afryki. Pod względem wysokości kwoty wolnej od PIT możemy się porównywać z takimi krajami jak Kongo, Mauretania czy Tanzania.

Nie powinno nas zatem dziwić podejście rządu do propozycji wprowadzenia zasady rozstrzygania przez organy kontroli skarbowej wszelkich wątpliwości podatkowych na korzyść podatnika. Przecież ta zasada stoi w jawnej sprzeczności z naczelną doktryną podatkową ekipy Platformy, która mówi o coraz mocniejszym zaciskaniu fiskalnej pętli na szyi Polaków, szczególnie tych najbiedniejszych i prowadzących 1-osobowe działalności gospodarcze. Przeczytajmy z resztą to, co powiedział dziennikarzowi "Rzeczpospolitej" rządowy funkcjonariusz: "Wprowadzenie zasady rozstrzygania wątpliwych sytuacji na korzyść podatnika byłoby kompletną zmianą filozofii, która kłóci się z obecnym systemem podatkowym". Wspomniany "obecny system podatkowy" jest nastawiony na bezwzględne łupienie podatników z ich ciężko zarobionych pieniędzy. Stąd stwierdzenie, że proponowana zasada byłaby "kompletną zmianą, która kłóci się z obecnym systemem" jest w 100 procentach prawdziwe! Rząd Platformy nie może sobie na to pozwolić, bowiem przeczyłoby to jego fiskalnym dokonaniom z okresu ostatnich 7 lat. Podatkowy ucisk musi trwać dopóki, dopóty przy władzy będzie Kopacz z Komorowski. Co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości. 

Źródło cytatu: Podatki bez rewolucji (Rzeczpospolita)

wpis z dnia 3/04/2015

  


  

     Skąd u Komorowskiego tak wielka miłość do WSI - działającej na terytorium naszego kraju przybudówki sowieckiej GRU?
wpis z dnia 2/04/2015

 

Jedna z ujawnionych przez WikiLeaks notatek na temat Bronisława Komorowskiego sugerowała jakoby w latach 80-tych zabił kogoś na polowaniu i posiadał nieślubne dzieci. To rzekomo miało się przyczynić do "hakowania" jego osoby przez Wojskowe Służby Informacyjne, które już od początku przemian ustrojowych (w 1990 roku zaczął pracować w MON) miały go szantażować ujawnieniem kompromitujących informacji. Oczywiście nie twierdzę, że tak było. Taka hipoteza jednak tłumaczyłaby skąd u byłego opozycjonisty tak duża estyma do działającej na terytorium naszego kraju przybudówki sowieckiej GRU. 

Ujawnione przez WikiLeaks notatki pracowników agencji wywiadowczej Stratfor sugerują, że Komorowski - będąc na początku lat 90-tych wysokim urzędnikiem MON (w latach 1990 - 1993 pełnił funkcję wiceministra) - pozwolił komunistycznym specsłużbom wojskowym (działającym na zlecenie sowieckiej GRU) łagodnie przejść z rzeczywistości PRL do III RP. Pozwolił, bowiem mógł być przez wojskowych szantażowany ujawnieniem kompromitujących informacji na swój temat (materiały Stratformu mówią o plotkach na temat zabicia w latach 80-tych kogoś na polowaniu i nieślubnych dzieciach). 

Powyższa teza może tłumaczyć dlaczego Bronisław Komorowski - jako były opozycjonista z czasów PRL - obdarzył w III RP Wojskowe Służby Informacyjne tak wielką miłością. Jej bezgraniczność doprowadziła do sytuacji, w której jako jedyny poseł Platformy Obywatelskiej głosował w 2006 roku przeciwko rozwiązaniu tej organizacji. W kontekście powyższego warto podkreślić, że wojskowe służby PRL bardzo często posługiwały się szantażem przy pozyskiwaniu nowych agentów. Oczywiście informacje ujawnione przez WikiLeaks są, nazwijmy to, trudno weryfikowalne. Nie sposób zwykłemu śmiertelnikowi sprawdzić czy "wojskowi" mieli na obecnego prezydenta jakieś haki, a jeżeli tak, to jak bardzo wpłynęły one na jego polityczną karierę. Fakty są jednak takie, że zachowania Komorowskiego wobec WSI, specyficzna estyma wobec członków tej organizacji czy wspomniane głosowanie przeciw jej rozwiązaniu (nawet wbrew PO) jest niesamowicie dziwne i rzuca na jego biografie dostrzegalny przez każdego cień... 

 

Źródło: The Global Intelligence Files (Wikileaks.org)
Czytaj także: Antoni Dudek: WSI było organizacją przestępczą (SE.pl)

wpis z dnia 2/04/2015 

   


  

     Czy władze szykują kolejny wyborczy przekręt?! Chcą utrudnić Polakom mieszkającym zagranicą możliwość głosowania na kontrkandydatów Komorowskiego?
wpis z dnia 1/04/2015

 

Ekipa rządowa coraz bardziej boi się porażki Bronisława Komorowskiego w zbliżających się wyborach prezydenckich. Prawdopodobnie dlatego zaczęto kombinować w jaki sposób maksymalnie ograniczyć liczbę osób, które mogłyby oddać swój głos na któregoś z kontrkandydatów "Bula". Nastroje anty-rządowe wśród Polaków mieszkających zagranicą są silne (szczególnie w USA i Irlandii), stąd pomysł aby drastycznie ograniczyć tam liczbę lokali wyborczych, a przez to utrudnić Polonii oddanie głosu na któregoś z przeciwników Komorowskiego. 

Niepokojące informacje napływają z ośrodków, w których mieszka spora grupa Polaków (Chicago i Detroit w USA, Dortmund i Zagłębie Ruhry w Niemczech, Limerick w Irlandii). Kontrolowane przez rząd Platformy władze konsularne ograniczają tam liczbę miejsc, w których będzie można głosować podczas wyborów prezydenckich. Najgorzej pod tym względem jest w Chicago, gdzie liczba punktów wyborczych została drastycznie ograniczona i będzie najmniejsza w historii.

Jaki jest tego powód? Dlaczego władze utrudniają Polakom mieszkającym zagranicą uczestnictwo w zbliżających się wyborach prezydenckich? W mojej opinii odpowiedź jest prosta: platformiana ekipa nie chce, aby Polonia oddawała swoje głosy na któregoś z kontrkandydatów Bronisława Komorowskiego. A to, że większość głosów w np. Chicago zostanie oddana na Dudę, Brauna czy Kukiza jest pewne jak to, że po nocy jest dzień. Chodzi zatem o to, aby głosów oddanych na kontrkandydatów "Bula" nie było tam 200 tys., lecz przykładowo jedynie 100 tys. Dla ostatecznego wyniku wyborów w II turze może to mieć oczywiście olbrzymie znaczenie. Dlatego nakazano placówkom konsularnym ograniczyć liczbę lokali wyborczych, w których będzie można głosować. 

 

Niestety po tej władzy można się spodziewać wszystkiego, także i tego, że będzie ona ustawiała wynik wyborów poprzez ograniczenie liczby polonijnych głosów.

 

Czytaj także: Wyborczy knebel dla Polonii? (wPolityce.pl)
Czytaj także: Czy służby dyplomatyczne sabotują udział Polonii w wyborach? (WarszawskaGazeta.pl)
wpis z dnia 1/04/2015