Archiwum: Czerwiec 2015

 

     Polska podzieli los Grecji? Czy ciągle powiększany dług naszego kraju stał się już trwale niespłacalny?
wpis z dnia 30/06/2015

 

W ciągu ostatnich kilku dni Grecja stała się faktycznym bankrutem. Władze tego kraju wyłączyły zwykłym ludziom możliwość wypłacania z rachunków bankowych własnych oszczędności. Całkowite zadłużenie Grecji przekroczyło 320 mld euro (równowartość ok. 1 bln 330 mld zł) i cały czas się powiększa. Niestety wiele wskazuje na to, że podobny scenariusz w najbliższych latach może czekać także i nasz kraj. Fatalna polityka finansowa Platformy Obywatelskiej, polegająca na ciągłym rolowaniu starych długów i zaciąganiu nowych, nieuchronnie prowadzi do dramatycznego finału w postaci trwałej niespłacalności wymagalnego zadłużenia. 

W kontekście informacji jakie płyną do nas z Grecji warto zadać sobie jedno, acz zasadnicze pytanie - dlaczego kolebka cywilizacji europejskiej musiała zbankrutować? Dlaczego rządowi w Atenach zabrakło pieniędzy na realizację podstawowych zadań jakie oczekuje się od sprawnie działającego państwa? Dlaczego greckie władze zdecydowały się na drastyczny ruch polegający na zablokowaniu kont bankowych własnych obywateli? Odpowiedź jest tylko jedna - doprowadziła do tego polityka nieustannego rolowania długów i ciągłego zaciągania nowych. Warto w tym miejscu wspomnieć, że od czasu uruchomienia przez MFW i UE międzynarodowego programu pomocowego dla Grecji, dług publiczny tego kraju wzrósł z poziomu 142,8 proc. PKB (w 2010 roku) do poziomu 175 proc. PKB. (w 2015 roku). Nie mogło być inaczej, bowiem wspomniany "międzynarodowy program pomocowy" to nic innego jak tylko nowe pożyczki na procent, które miały posłużyć do rolowania (spłaty) starych długów! 

Dokładnie taką samą politykę (rolowanie długów i nieustanne zaciąganie nowych) stosuje od kilku dobrych lat ekipa Platformy Obywatelskiej. Gdyby nie operacja związana z grabieżą pieniędzy Polaków zgromadzonych na rachunkach emerytalnych w OFE, to dziś oficjalne statystyki GUS mówiłyby o całkowitym zadłużeniu naszego kraju przekraczającym 1 bln zł! Zamiast próbować reformować i uzdrawiać finanse publiczne rząd Tuska, a potem także i Kopacz, działał według "greckiego" schematu polegającego na ciągłym wzroście wydatków na administrację publiczną, który był finansowany z pożyczek i kredytów zaciąganych w zagranicznych bankach i instytucjach finansowych. Mimo stosunkowo dobrej koniunktury makroekonomicznej Polski w latach 2007 - 2014 platformiana ekipa za każdym razem przyjmowała mało ambitne budżety zakładające utrzymanie wysokiego deficytu, wysokich obciążeń podatkowych oraz rosnącego zadłużenia. Ubiegły rok był tego doskonałym przykładem: przy stosunkowo przyzwoitym wzroście gospodarczym sięgającym 3,5 proc. PKB, rząd powiększył zadłużenie naszego kraju o kolejne 74,6 mld zł. Niestety ten rok, pod względem wzrostu zadłużenia, zapowiada się jeszcze gorzej. W ciągu tylko trzech pierwszych miesięcy b.r. zadłużenie naszego kraju zostało powiększone o następne 26,5 mld zł... Ekipa Ewy Kopacz robi naprawdę wiele, aby "scenariusz grecki" zrealizował się w Polsce szybciej niż nam się wydaje.

wpis z dnia 30/06/2015

   


  

     Rząd Tuska zgodził się na wpakowanie 26 mld zł (!) w ratowanie Grecji. Pieniądze te mogą w najbliższych tygodniach opuścić nasz kraj
wpis z dnia 29/06/2015

 

W maju 2012 roku ówczesny minister finansów w rządzie Tuska - Jan Vincent Rostowski - potwierdził że Polska jest gotowa pożyczyć na ratowanie Grecji 6,27 mld euro (równowartość ok. 26 mld zł). Co ciekawe - zgodnie z zwartą umową wspomniane pieniądze mogą być wytransferowane z Polski do Grecji za pośrednictwem MFW w ciągu najbliższych tygodni! Dla uświadomienia gigantycznej skali tej pożyczki odnotujmy, że WOŚP podczas tegorocznego finału (podczas którego zaangażowano wszystkie media mainstreamowe oraz tysiące wolontariuszy) zebrała jedynie 0,053 mld zł. Aby uzbierać pieniądze stanowiące równowartość polskiej pożyczki dla Grecji ekipa Jerzego Owsiaka musiałaby zorganizować 489 takich finałów. 

W kontekście spodziewanego na dniach bankructwa Grecji warto odświeżyć stare newsy. W styczniu 2012 roku ówczesny minister finansów w rządzie Tuska - Jan Vincent Rostowski - złożył do zarząd Narodowego Banku Polskiego (NBP) wniosek w sprawie udzielenia Międzynarodowemu Funduszowi Walutowemu (MFW) przez NBP pożyczki w wysokości 6,27 mld euro. Pożyczka ta miała być przeznaczona na ratowanie przez MFW bankrutujących krajów, w tym przede wszystkim pozostającej w głębokim kryzysie finansowym Grecji. Zarząd NBP przychylił się pozytywnie do prośby ministra finansów i upoważnił prezesa NBP do podpisania umowy z MFW, zgodnie z którą NBP miało by pożyczyć pieniądze w celu zwiększeniu zasobów finansowych MFW. 

19 kwietnia 2012 roku na stronie internetowej MFW pojawił się komunikat prasowy, z którego wynikało, że Polska zgodziła się pożyczyć wspomniane 6,27 mld euro na ratowanie upadających krajów. Szefowa MFW - Christine Lagarde - tak wówczas komentowała ten fakt: "Bardzo cieszy mnie dzisiejsze zobowiązanie władz polskich, aby wesprzeć MFW 6,27 mld euro. Jest to część wspólnych działań najważniejszych kredytodawców, mających na celu zapewnienie Funduszowi odpowiednich środków do działania w sytuacjach kryzysowych". Miesiąc później Rostowski w ten sposób tłumaczył z chęci pożyczania gigantycznych - jak na polskie warunki - pieniędzy: "Musimy pożyczyć te pieniądze (przyp. 6,27 mld euro), bo inaczej Europa się rozleci, a Polska poniesie kolosalne straty". Ostatecznie umowa między Polską (NBP), a MFW została podpisana 15 marca 2013 roku. Zgodnie z jej treścią "NBP pozostaje w gotowości do wypłacenia MFW oprocentowanej pożyczki do wysokości stanowiącej równowartość kwoty 6.270.000,0 tys. EUR. Przekazanie przez NBP środków pieniężnych będzie następować na wniosek MFW. Skorzystanie przez MFW z tych środków jest możliwe w przypadku, gdy MFW wyczerpie inne dostępne zasoby finansowe pochodzące z udziałów członkowskich oraz pożyczek w ramach NAB (New Arrangements to Borrow - Nowych Porozumień Pożyczkowych)".

Zgodnie z "Sprawozdaniem finansowym Narodowego Banku Polskiego za 2014 r." oraz powszechnie dostępnymi raportami - MFW jeszcze nie wystąpiło do NBP z wnioskiem o uruchomienie wspomnianej pożyczki. To oznacza, że kwota 6,27 mld euro (stanowiąca równowartość 26.724.621.000,00 zł według kursu średniego NBP na dzień sporządzenia ww. sprawozdania finansowego) może być w każdej chwili wypłacona na rzecz ratowania zadłużonej po uszy Grecji. Nie wykluczone, że nastąpi to w ciągu kilku najbliższych tygodni...

 

Źródła informacji:
- Grecy nie chcą płacić, my będziemy. Polska potwierdza pożyczkę ponad 6 mld euro MFW (RMF24.pl)
- Sprawozdanie finansowe Narodowego Banku Polskiego na dzień 31 grudnia 2014 roku (NBP.pl)
- Odpowiedź na interpelację poselską w sprawie pożyczki ponad 6 mld euro z rezerw walutowych NBP na finansowanie deficytów w zadłużonych krajach euro (Sejm.gov.pl)

wpis z dnia 29/06/2015

    


  

     Polska służba zdrowia w głębokiej zapaści. Po latach platformianej nieudolności spada we wszystkich możliwych rankingach
wpis z dnia 28/06/2015

 

Ranking Europejskiego Konsumenckiego Indeksu Zdrowia za 2014 rok nie pozostawia złudzeń. Polska służba zdrowia spadła na 31. miejsce w Europie. Autorzy rankingu zwracają uwagę na totalną bezradność i nieudolność rządzących nami polityków w zakresie poprawy fatalnej sytucji publicznej służby zdrowia w naszym kraju. Jeszcze gorzej wypadliśmy w rankingu Health Consumer Powerhouse na zlecenie Komisji Europejskiej. Na 36 uwzględnionych w porównaniu państw, polska służba zdrowia zajęła 34. miejsce. Gorzej niż u nas ma być jedynie na Litwie i w Rumunii.

Powód głębokiej zapaści publicznej służby zdrowia w naszym kraju jest właściwie jeden - to dramatycznie niskie wydatki rządu na ochronę zdrowia Polaków. Według raportu OECD wynoszą jedynie 4,8 proc. naszego PKB. To dramatycznie mało jeśli porównamy je z wydatkami innych państw europejskich. Dla porównania - Czesi wydają 6,3 proc. swojego PKB na ochronę zdrowia, Brytyjczycy - 7,8 proc. PKB, Niemcy - 8,7 proc. PKB, a rekordziści - Holendrzy - aż 10,2 proc. PKB. Pokłosiem powyższego jest to, że nasz kraj ma najniższy wskaźnik liczby lekarzy przypadających na 10 tys. mieszkańców w całej Unii Europejskiej. Na jednego lekarza podstawowej opieki zdrowotnej przypada 2,5 tys. pacjentów, a na dwóch lekarzy specjalistów 10 tys. pacjentów. Przeciętny wynik dla państw UE jest pod tym względem blisko dwukrotnie lepszy. 

Ale to nie koniec - odsetek pacjentów, którzy zachorowawszy na raka przeżywają 5 kolejnych lat od postawienia diagnozy (co często oznacza trwałe wyleczenie) wynosi w Polsce to 46 proc. Okazuje się, że jest to jeden z najgorszych wyników w całej Europie. W państwach gdzie nakłady na publiczną służbę zdrowia są większe odsetek osób, które po zachorowaniu na raka żyją przez 5 kolejnych lat przekracza 60 proc. Jakby tego było mało w fatalnym świetle polską służbę zdrowia stawiał też raport brytyjskiego miesięcznika medycznego "The Lancet" z 2013 roku pt. "Mortality after surgery in Europe", zgodnie z którym ogólna śmiertelność w polskich szpitalach jest na dramatycznie wysokim poziomie i wynosi 17,9 proc. (2. miejsce w Europie), kiedy - dla porównania - średnia dla całej Unii Europejskiej (licząc razem z Norwegią i Szwajcarią) wynosi jedynie 4,69 proc. Dla wyjaśnienia dodam, że współczynnik śmiertelności jest to odsetek procentowy osób hospitalizowanych w szpitalach, które umierają w nich po przeprowadzeniu operacji lub czynności, które miały uratować życie.

 

Źródło: Krajobraz po Arłukowiczu: Polska służba zdrowia spadła we wszelkich możliwych rankingach (GazetaPrawna.pl)
Źródło: Euro Health Consumer Index 2014 (healthpowerhouse.com)
Źródło: Raport pt. "Mortality after surgery in Europe" opublikowany w branżowym miesięczniku "The Lancet" (W. Brytania) 

wpis z dnia 28/06/2015

   


  

     W okresie rządów Tuska i Kopacz zadłużenie kraju zwiększyło się o 100% osiągając pułap biliona zł (tj. tysiąca miliardów!)
wpis z dnia 26/06/2015

 

W ubiegłym roku rząd powiększył zadłużenie Polaków o kolejne 74,6 mld zł. Tylko w pierwszym kwartale tego roku zadłużenie naszego kraju wzrosło o następne 26,5 mld zł, przyrastając w rekordowym tempie o 294 mln zł dziennie. Jeśli nie uwzględnić operacji z rządową grabieżą pieniędzy zgromadzonych na rachunkach emerytalnych w OFE, to całkowity dług sektora instytucji rządowych i samorządowych przekroczył już pułap biliona złotych (tj. tysiąca miliardów) i obecnie wynosi 1.033,7 bln zł!

Uderzający w nas paradoks budżetowy polega na tym, że mimo dobrej sytuacji makroekonomicznej i wysokiego (jak na Europę) wzrostu gospodarczego, rząd Platformy nieustannie zaciąga nowe długi, powiększając tym samym całkowite zadłużenie naszego kraju. Eksperci nie mają wątpliwości: szybko rosnący dług w czasie stosunkowo dobrej koniunktury gospodarczej to bomba z opóźnionym zapłonem. Gdy przyjdzie spowolnienie gospodarcze - a zgodnie z cyklem przyjdzie na pewno już za rok, najdalej za dwa - rząd będzie musiał ponownie ciąć wydatki i podnosić obywatelom podatki. Wszystko po to, aby znaleźć pieniądze na spłatę długów zaciągniętych w czasie prosperity. 

Niestety rząd Ewy Kopacz nie ma koncepcji jak uzdrowić finansową sytuację naszego kraju wykorzystując dosyć dobrą sytuację makroekonomiczną. Na ten rok przyjął mało ambitny budżet. Zakłada on utrzymanie wysokiego deficytu, wysokich obciążeń podatkowych oraz rosnącego zadłużenia. Na potwierdzenie tego ostatniego warto przytoczyć garść oficjalnych statystyk publikowanych przez Ministerstwo Finansów, zgodnie z którymi zadłużenie Skarbu Państwa w styczniu b.r. wzrosło o 10 mld 869 mln zł, w lutym aż o 12 mld 6 mln zł, natomiast w marcu o kolejne 3 mld 620 mln zł. Łącznie daje to nam astronomiczną kwotę 26 mld 495 mln zł, co oznacza, że zadłużenie we wspomnianym pierwszym kwartale 2015 roku przyrastało dziennie o ponad 294 milionów złotych! Podkreślam - DZIENNIE! Nie ważne czy był to piątek, świątek czy niedziela. Każdego dnia dług rósł w zastraszającym tempie. 

By lepiej zobrazować skalę wzrostu zadłużenia w pierwszym kwartale b.r. poniżej prezentuję jeszcze jedno porównanie - Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy podczas tegorocznego finału zebrała łącznie 53,1 mln zł. Aby uzbierać pieniądze, które pokryłyby kwotę o jaką zwiększył się dług naszego kraju od stycznia do marca (26,5 mld zł), ekipa Jerzego Owsiaka musiałaby zorganizować... 499 takich finałów! Nie powinno nas zatem dziwić, że platformiana ekipa dokonała gigantycznego osiągnięcia zwiększając w ciągu 8 lat zadłużenie naszego kraju o 100 proc., przebijając przy tym granicę tysiąca miliardów zł. Jak tak dalej pójdzie podzielimy los Grecji. Niestety... 

wpis z dnia 26/06/2015

   


   

     Fiskalnej paranoi rządu końca nie widać. Platformiane władze chcą dać urzędom skarbowym nowe możliwości prześwietlania obywateli
wpis z dnia 25/06/2015

 

Rząd Platformy nie odpuszcza, jeśli chodzi o kwestię ucisku fiskalnego. Nie dość, że nie zamierza obniżać podatków w ciągu najbliższych kilku lat, to jeszcze daje urzędnikom skarbowym nowe możliwości w zakresie podatkowego prześwietlania zwykłych obywateli. Czy tak ma wyglądać "przyjazne państwo", którego władze realizują przedwyborcze hasło "By żyło się lepiej! Wszystkim"?

Proponowana przez rząd Platformy nowelizacja ordynacji podatkowej wprowadza co najmniej kilka groźnych dla podatnika zmian, które w sposób istotny rozszerzają uprawnienia urzędników skarbowych. Jeśli nowe przepisy wejdą w życie, to urzędy skarbowe nie będą musiały wszczynać oficjalnej kontroli podatkowej, aby sprawdzić dokumenty firmowe podatnika. Ekipa rządowa proponuje, aby takie sprawdzanie odbywało się na podstawie zwykłego wezwania. Co istotne - przy takim rozwiązaniu urzędnicy skarbowi nie będą musieli również przestrzegać ustawowych terminów zakończenia weryfikacji (co obecnie musi mieć miejsce w przypadku wszczęcia oficjalnej kontroli podatkowej). Ale to nie koniec - nowe przepisy wprowadzają również rozszerzone możliwości stosowania kar porządkowych, jakie urzędnicy będą mogli wymierzyć wobec podatnika. Pojawi się także opcja nakładania wyższych odsetek za zwłokę (w wysokości 150 proc. stawki podstawowej) w przypadku zalegania z płatnością podatku VAT. 

W kontekście powyższego przypomnijmy, że nie tak dawno platformerski rząd postanowił po cichu i bez specjalnego zainteresowania mediów, przyjąć "Wieloletni Plan Finansowy Państwa". Z dokumentu tego można wywnioskować, że aż do 2018 roku Polacy mogą zapomnieć o obniżeniu podatków. Do tego czasu bowiem rząd PO-PSL nie planuje waloryzacji kwotowych progów podatkowych, kosztów uzyskania przychodu, ani kwoty kwoty wolnej od podatku. Niestety takie działania idealnie wpisują się w dotychczasową politykę fiskalną uprawianą od blisko 8 lat przez władze naszego kraju. Rządowa ekipa podniosła nam podatek VAT, kilkukrotnie podnosiła akcyzę, podwyższyła składki na ZUS, podwyższyła składkę rentową dla przedsiębiorców, nałożyła na Lasy Państwowe podatkowy haracz w formie 2 proc. podatku od przychodów, zlikwidowała ulgi: budowlaną i internetową, obniżyła o 1/3 zasiłek pogrzebowy, opodatkowała lokaty 1-dniowe, kilkukrotnie podnosiła maksymalne limity na podatki lokalne, zamroził wspomnianą kwotę wolną od podatku oraz progi podatkowe. Teraz dochodzi jeszcze kwestia nowego podatku audiowizualnego, podatku smartfonowego oraz wspomniane powyżej zwiększenie opresji aparatu kontroli skarbowej. W tym ostatnim zakresie warto przytoczyć garść statystyk, którymi na swojej stronie internetowej chwali się Ministerstwo Finansów. Okazuje się że w 2012 roku działania funkcjonariuszy kontroli skarbowej przyczyniły się do nałożenia domiaru podatkowego w łącznej kwocie 3,7 mld zł. Rok później kwota ta urosła do poziomu ok. 6,2 mld zł, by w 2014 roku osiągnąć pułap 10,2 mld zł. Jak pod tym względem będzie w 2015 roku? Jeśli dotychczasowe tempo zostanie zachowane, to przestrzelona może zostać granica 15 mld zł.

 

Czytaj także: Wyciekła tajna notatka ze spotkania dyrektorów izb skarbowych z szefostwem Min. Finansów. Polacy mają płacić więcej podatków! (Niewygodne.info.pl)
Czytaj także: Rząd Kopacz przyjął dokument, z którego wynika, że aż do 2018 roku Polacy mogą zapomnieć o obniżeniu podatków! (Niewygodne.info.pl)
Czytaj także: Przypominamy: Kwota wolna od podatku dla posłów to 27 360 zł! Kwota wolna dla reszty społeczeństwa to jedynie 3 091 zł... (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 25/06/2015

   


   

     Za wjazd samochodem osobowym na drogę krajową trzeba będzie płacić? Rząd ma konkretny plan w sprawie wprowadzenia nowej opłaty
wpis z dnia 24/06/2015

 

Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju zaproponowało, aby system elektronicznego poboru opłat (viaToll) dla samochodów osobowych zaczął obowiązywać od 2018 roku. Charakterystyczne bramki poboru opłat mają wówczas stać na ok. 7 tys. km dróg. W ten sposób spełni się życzenie funkcjonariusza Platformy Obywatelskiej, posła na Sejm Stanisława Żmijana, który w 2013 roku - będąc wiceprzewodniczącym sejmowej komisji infrastruktury - wypowiedział kontrowersyjne wówczas słowa: "Docelowo za jazdę drogami krajowymi powinniśmy płacić wszyscy bez wyjątku, to nie ulega wątpliwości". By żyło się lepiej! - dodajmy.

Zgodnie z planami rządu w tym roku przybędzie 250 km tras objętych systemem viaToll. To oznacza, że łączna długość dróg, na których zainstalowano bramki do elektronicznego poboru opłat wzrośnie do 3170 kilometrów. Póki co, władza wprowadziła obowiązek uiszczania opłat viaToll jedynie dla samochodów powyżej 3,5 tony (ciężarowych i autobusów). Niestety plany rządu wobec kierowców samochodów osobowych są bardzo konkretne. Zdaniem Marii Wasiak - ministra infrastruktury i rozwoju w rządzie Ewy Kopacz - wdrożenie elektronicznego systemu poboru opłat dla wszystkich pojazdów ma nastąpić w 2018 r. Wówczas to bramki do poboru opłat mają być zainstalowane na drogach o łącznej długości ok. 7 tys. kilometrów i będą przynosiły do budżetu państwa wielomiliardowe zyski. W ten sposób spełni się życzenie funkcjonariusza Platformy Obywatelskiej, posła na Sejm Stanisława Żmijana, który w 2013 roku - będąc wiceprzewodniczącym sejmowej komisji infrastruktury - wypowiedział następujące słowa: "Docelowo za jazdę drogami krajowymi powinniśmy płacić wszyscy bez wyjątku, to nie ulega wątpliwości". By żyło się lepiej! To również nie ulega wątpliwości!

 

Czytaj także: Wasiak: elektroniczny pobór opłat na autostradach w 2018 r. (Wyborcza.biz)
Czytaj także: Furgalski: rozszerzenie systemu viaTOLL na auta osobowe nie wymaga zmiany prawa (BiznesAlert.pl)

Czytaj także: Lody o smaku asfaltowym, czyli miliardowe dopłaty polskich podat ników na konta prywatnych spółek zarządzających autostradami A1 i A2 (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 24/06/2015

  


  

     Polski paradoks: mamy najtańszą żywność w UE, ale musimy na nią przeznaczać znacznie większą część swoich zarobków niż inne nacje
wpis z dnia 23/06/2015

 

Zasada jest bardzo prosta: im bogatsze i zamożniejsze społeczeństwo, tym procentowy udział dochodów, które są przeznaczane na zakup żywności jest mniejszy (więcej wydaje się wówczas na przedmioty zbytku, dobra trwałe i luksusowe). Im społeczeństwo biedniejsze, tym procentowy udział dochodów, które są przeznaczane na zakup żywności jest większy (a tym samym mniejsze są wydatki przedmioty zbytku, dobra trwałe i luksusowe). Niestety wśród członków UE Polska należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii państw. Pod tym względem nieznacznie wyprzedzamy jedynie Rumunię, Litwę, Łotwę i Estonię...

Eurostat opublikował raport, zgodnie z którym najtańszą żywność w Europie można kupić w Bułgarii, na Węgrzech oraz w... Polsce. Mimo to Polacy należą do jednej z najuboższych nacji w Europie. Po czym można to poznać? - Po tym na co i w jakim udziale wydaje się zarobione pieniądze. Okazuje się, że mimo niemal najtańszej żywności w całej Unii Europejskiej Polacy, aby móc się wyżywić, muszą wydać o wiele większą część zarobionych przez siebie pieniędzy, aniżeli obywatele innych państw europejskich. A to jest bardzo poważny symptom biedy.

Okazuje się, że w 2013 roku udział wydatków na wyżywienie i mieszkanie w dochodach przeciętnego Kowalskiego wyniósł aż 46,3 proc. Dla porównania - udział wydatków na żywność i mieszkanie w dochodach przeciętnego obywatela Unii Europejskiej wynosi zaledwie 31 proc. (tj. ponad 15 proc. różnicy). Najgorzej wypadamy jeśli chodzi o udział wydatków na jedzenie - aż 1/4 dochodów przeciętnego Polaka jest przeznaczana na ten cel. Dla porównania - przeciętny Francuz na jedzenie wydaje 16 proc. swoich dochodów, przeciętny Niemiec - 12,1 proc., a Brytyjczyk jedynie 11,8 proc. Co to oznacza w praktyce? Przeciętny obywatel państw zachodnioeuropejskich znacznie więcej swoich dochodów może przeznaczyć na inne wydatki, takie jak odzież, zdrowie, kultura, dobra trwałe czy dobra luksusowe. Po opłaceniu kosztów mieszkania i żywności zostaje mu bowiem w kieszeni znacznie więcej pieniędzy niż przeciętnemu Polakowi. Z kolei przeciętnemu Kowalskiemu - mimo nominalnie najtańszej żywności w całej Europie - po opłaceniu kosztów związanych z jedzeniem i mieszkaniem, zostaje znacznie mniej na przedmioty zbytku, dobra trwałe i luksusowe w porównaniu z tym co zostaje statystycznemu Niemcowi, Francuzowi czy Holendrowi. 

 

wpis z dnia 23/06/2015

   


  

     Władza sporo nas kosztuje. Na premiera, prezydenta, Sejm i Senat wydamy w tym roku aż 851 mln zł!
wpis z dnia 22/06/2015

 

Ten rok będzie rekordowy jeśli chodzi o wydatki na nasze władze. Pensje, nagrody i odprawy m.in. dla Ewy Kopacz, Bronisława Komorowskiego, całej świty podległych im urzędników oraz wszystkich posłów i senatorów będą kosztowały polskiego podatnika aż 851,2 mln zł. To o ponad 57 mln zł więcej niż w roku 2014. By żyło się lepiej... władzy!

Najwięcej zapłacimy za funkcjonowanie Sejmu i Senatu. Na ten cel pójdzie aż 558,5 mln zł. Za wydatki generowane przez kancelarię prezydenta zapłacimy 167,6 mln zł. Utrzymanie kancelarii premier Kopacz będzie z kolei kosztowało 125,1 mln zł. Zdecydowana większość z tych pieniędzy zostanie wydana na wynagrodzenia, premie i odprawy. Nie ma się co dziwić, jeśli sobie uświadomimy że wynagrodzenie przeciętnego posła to ok. 10 tys. zł miesięcznie, przeciętny pracownik kancelarii prezydenta zarabia średnio 9205 zł, zaś przeciętny pracownik kancelarii premiera otrzymuje co miesiąc 7768 zł. Za wszystko płacą Polacy w podatkach i obowiązkowych daninach. By władzy żyło się lepiej...

 

Czytaj także: Rząd się nam rozpasał: Coraz więcej psiapsiółek w roli "pełnomocników". By żyło się lepiej! (Niewygodne.info.pl)
Czytaj także: Gigantyczne nagrody dla pracowników Ministerstwa Finansów. Dostali po 8,6 tys. zł! A emerytom dali po 35 złotych... (Niewygodne.info.pl)
Czytaj także: W 2015 roku znowu przybędzie urzędników. Wydamy na nich o 500 mln zł więcej (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 22/06/2015

  


  

     W ciągu ostatnich ośmiu lat na nagrody w ZUS wydano łącznie ponad 1,6 miliarda zł!
wpis z dnia 21/06/2015

 

W latach 2007 - 2014 na nagrody dla urzędników Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wydaliśmy łącznie astronomiczną kwotę 1 miliarda 638 milionów zł! Przeciętny pracownik etatowy ZUS-u mógł w tym czasie otrzymać nawet 34 tys. zł ponad to, co dostawał co miesiąc jako wynagrodzenie zasadnicze. By żyło się lepiej. Wybranym. 

W latach 2007 - 2012 ZUS wypłacił swoim urzędnikom nagrody w łącznej wysokości 1 mld 278 mln zł. W 2013 roku na nagrody przeznaczono kolejne 150 mln zł. W 2014 roku pula nagród urosła do poziomu 210 mln zł. Łącznie dało nam to ponad 1,6 mld zł w ciągu 8 lat. W tym roku trend może być niestety utrzymany. Oficjalnie dodatkowe bonusy pieniężne przyznawane są w drodze uznania za wyróżniające wyniki pracy, sumienność, jakość i terminowość pracy, realizację dodatkowych zadań oraz szczególne zaangażowanie w wykonywane zadania. W praktyce wygląda to tak, że największe indywidualne nagrody zgarniają dyrektorzy poszczególnych oddziałów ZUS oraz ich zastępcy. 

- "W ZUS wykonuje się wiele niepotrzebnych rzeczy i do ich wykonywania zatrudnia się niestety całą armię urzędników. I później niepotrzebnie daje się im nagrody. Niestety, winny jest temu system emerytalny w Polsce" - ocenił fakt przyznawania urzędnikom ZUS astronomicznych nagród Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha (wypowiedź dla "Super Expresu"). Niestety, trudno się z tą opinią nie zgodzić...

 

Czytaj także: W bankrutującym ZUS-ie znowu wypłacono gigantyczne premie i nagrody. W 2014 roku poszło na ten cel 210 milionów złotych! (Niewygodne.info.pl)
Czytaj także: ZUS nie zbankrutuje. Przyczyni się jednak do bankructwa Polski, które nastąpi w ciągu 3-6 lat (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 21/06/2015

   


  

     Niby spada bezrobocie, rośnie zatrudnienie, ale zdaniem GUS prawie 3 miliony Polaków nadal żyje w skrajnej nędzy!
wpis z dnia 19/06/2015

 

Jakie są skutki utrzymywania kwoty wolnej od podatku na kuriozalnie niskim poziomie, który powoduje, że najbiedniejsi muszą płacić rządowi podatek PIT od dochodów zapewniających im tzw. minimum egzystencji? - Blisko 3 miliony Polaków żyje w skrajnej nędzy, to znaczy, że ich miesięczny dochód na życie jest niższy niż 540 zł!

Szacunki GUS za 2012 rok mówiły, że w skrajnej nędzy, tj. bez odpowiednich środków na biologiczną egzystencję (miesięczny dochód niższy od kwoty 540 zł), żyło w Polsce 2,2 mln osób. Raport GUS za 2014 rok mówi, że Polaków żyjących w skrajnej nędzy w ciągu dwóch lat przybyło aż 600 tys. i obecnie aż 2,8 mln osób nie ma środków na biologiczną egzystencję! Powyższa informacja może zastanawiać w kontekście ogłaszanych cyklicznie przez GUS spadków bezrobocia, wzrostów zatrudnienia i wysokości "przeciętnej" płacy. Ekonomiści i socjolodzy wyjaśniają jednak, że w takich krajach jak Polska (neokolonializm europejski) ze skutków wzrostu gospodarczego oraz poprawy koniunktury najczęściej korzystają ci, którzy już są na szczycie drabiny społecznej, a ich sytuacja materialna jest dobra. Najbiedniejsze warstwy społeczeństwa, stanowiące najczęściej tanią siłę roboczą dla zagranicznych koncernów i fabryk, pozytywne skutki prosperity w gospodarce odczuwają na samym końcu. 

Niestety do wzrostu ilości osób cierpiących z powodu skrajnej biedy istotnie przyczyniła się również ekipa Platformy Obywatelskiej. Przypomnijmy, że w Polsce obowiązuje jedna z najniższych na świecie kwota wolna od podatku (3091 zł), która na domiar złego nie była aktualizowana od 8 lat, czyli czasu kiedy do władzy dostała się wspomniana ekipa Tuska, Kopacz i Komorowskiego. Taka polityka przyczyniła się do kuriozalnej i niespotykanej nigdzie indziej sytuacji, kiedy podatek dochodowy należy płacić nawet od dochodów, które mają nam zapewnić biologiczną egzystencję. Grupa posłów chciała to zmienić i wniosła na początku tego roku do Sejmu projekt ustawy zwiększającej kwotę wolną do poziomu ok. 6500 zł, czyli równowartości rocznego minimum egzystencji. Niestety chorzy na fiskalizm politycy PO-PSL byli innego zdania i projekt ten uwalili już na pierwszym czytaniu. O innych podwyżkach podatków (VAT, akcyza, ZUS, likwidacja ulg), które również uderzyły w najbiedniejszych lepiej nie będę wspominał. 

Podsumujmy: 2,8 mln osób żyje w skrajnej nędzy, czyli ich miesięczny dochód na życie jest mniejszy niż 540 zł. A ile milionów ludzi żyje - może nie w skrajnej - ale jednak nędzy i biedzie? Dla ilu osób miesięczny rozporządzalny dochód na życie jest co prawda wyższy niż wspomniane 540 zł, ale nie przekracza np. 1000 zł? Podejrzewam, że problem ten może dotyczyć co najmniej 40 proc. społeczeństwa. Niestety wielka w tym zasługa obecnej ekipy rządowej i jej fatalnej w skutkach polityki fiskalnej, która nakazuje najbiedniejszym płacić z roku na rok coraz wyższe podatki. By żyło się lepiej!

wpis z dnia 19/06/2015

 


 

     Kolacja Sikorskiego z Rostowskim kosztowała 1352 zł. To więcej niż wynosi całomie- sięczny dochód na jedną osobę w przeciętnym polskim domu!
wpis z dnia 18/06/2015

 

Zdaniem GUS w 2014 roku przeciętny miesięczny dochód rozporządzalny na jedną osobę w gospodarstwie domowym wyniósł 1340 zł. Okazuje się, że więcej na jedną tylko kolację wydali Sikorski z Rostowskim (1352 zł) czy Belka z Sienkiewiczem (1435 zł). Jedząc słynne ośmiorniczki i popijając drogie wina za publiczne pieniądze platformianej władzy na pewno żyje się lepiej. Co jednak mają z tego zwykli ludzie?

Zbliżająca się kampania wyborcza do parlamentu nie powinna być zbyt skomplikowana. Wystarczy, że na ulicach polskich miast pojawią się banery o następującej treści:

 

1435 zł – kolacja Belki z Sienkiewiczem 
1352 zł - kolacja Sikorskiego z Rostowskim
1340 zł - miesięczny dochód rozporządzalny na jedną osobę w przeciętnym gospodarstwie domowym

Platforma? - Nie, dziękuję.

 

Słynna z afery taśmowej kolacja czołowych platformerski polityków, czyli Radosława Sikorskiego i Jana Vincenta Rostowskiego, opłacana z pieniędzy podatników kosztowała 1352 zł, czyli więcej niż wynosi miesięczny dochód rozporządzalny na jedną osobę w przeciętnym polskim domu (w 2014 roku było to 1340 zł). To samo dotyczy kolacji prezesa NBP Marka Belki z byłym ministrem spraw wewnętrznych w rządzie Tuska - Bartłomiejem Sienkiewiczem, podczas której spiskowano jak zrealizować plan finansowego wsparcia rządu przez bank centralny w obliczu sondażowych spadków i ryzyka przejęcia steru rządów przez opozycję. W obu przypadkach mamy do czynienia z klasycznym rozpasaniem władzy, która bez umiaru zaczęła czerpać benefity z samego faktu bycia "władzą". Racje ma publicysta Łukasz Warzecha, który kilka dni temu w jednym ze swoich tekstów napisał: "Władza, która rozumie, że ma służyć ludziom, nie urządzałaby sobie intymnych spotkań w VIP-roomie w knajpie dla dobrze sytuowanych, żeby pogadać przy winie za 800 złotych o usunięciu ministra finansów, bo przeszkadza w realizacji planu wsparcia władzy przez bank centralny. Władza służąca ludziom, jeśli jej przedstawiciele potrzebowaliby omawiać sprawy państwa, spotykałaby się w swoich urzędach i gabinetach, a o rozmowach informowałaby opinię publiczną." 

Nie sposób nie zgodzić się ze słowami publicysty. Gdyby Platformie rzeczywiście zależało na Polsce i polskiej racji stanu, to wszelkie swoje działania podejmowałaby w sposób transparentny i przejrzysty. Ostatnie 8 lat pokazało jednak coś zupełnie innego. Tej ekipie zależy przede wszystkim na własnych interesach i korzyściach. Stąd spotkania, na których zapadały ważne dla kraju decyzje, organizowano w restauracyjnych VIP-roomach, myśląc że sposób i okoliczności w jakich podejmowano ustalenia nigdy nie wypłyną do opinii publicznej... 

Na koniec jeszcze jeden, niezwykle celny cytat z Łukasza Warzechy:

"Partia, która trzęsła Polską przez osiem lat, kończy swoje rządy nawet nie skomleniem, ale jakimiś spazmatycznymi, żałosnymi stęknięciami, które, przynajmniej we mnie, nie budzą litości. Chyba że to ten rodzaj współczucia, który każe dobić cierpiącego."

 

Czytaj także: Łukasz Warzecha: Jak kończy Platforma (Wp.pl)
wpis z dnia 18/06/2015

   


  

     Zestawienie "osiągnięć" platformianej ekipy. Zobacz 42 konkretne powody, aby nie głosować na partię Ewy Kopacz
wpis z dnia 17/06/2015

 

Afery, nepotyzm czy kolesiostwo z jednej strony. Z drugiej zaś rozrost biurokracji, obciążeń fiskalnych czy zadłużenia kraju. Po blisko 8 latach rządów platformianej ekipy wyłania się obraz Polski osłabionej, targanej korupcją czy kryminalnymi układami, zredukowanej do roli dostarczyciela taniej siły roboczej i łatwego kapitału dla innych gospodarek. Poniżej prezentuje 42 powody, aby w najbliższych wyborach parlamentarnych nie głosować na partię Ewy Kopacz.

 

Niebawem minie osiem lat od czasu przejęcia władzy przez ekipę Platformy Obywatelskiej. Myślę, że warto w jakiś sposób podsumować ten okres. Zastanowić się co udało się tym ludziom "osiągnąć"? Do czego doprowadzili? Co uchwalili? Czy hasło wyborcze z 2007 roku – "By żyło się lepiej" – zostało wcielone w życie? Jeśli tak, to wobec kogo?

Czy beneficjentami rządów ekipy Tuska nie jest jedynie wąska grupa osób, tak zwana platformerska "sitwa", obstawiająca swoimi osobami zarządy spółek Skarbu Państwa i ustawiająca pod siebie intratne przetargi? Co z resztą społeczeństwa? Czy jego rolą ma być jedynie śledzenie w rządowych telewizjach historyjek o mamie Madzi oraz bezrefleksyjne płacenie coraz większych podatków?

 

42 powody, aby w najbliższych wyborach parlamentarnych nie głosować na Platformę Obywatelską:

 

1) Afera taśmowa
2) Afera hazardowa
3) Afera wyciągowa
4) Afera stadionowa
5) Afera autostradowa
6) Afera stoczniowa 
7) Afera AmberGold
8) Afera Elewarru
9) Afera z informatyzacją MSW
10) Afera z budową gazoportu w Świnoujściu oraz dostawami gazu z Kataru
11) Afera z budową elektrowni atomowej (od 5 lat trwa "wybieranie" jej lokalizacji, a kasa dla zarządów specjalnych spółek leci)
12) Afera z opóźnieniem publikacji przez Rządowe Centrum Legislacji ustawy o rajach podatkowych
13) Grabież Polakom połowy oszczędności emerytalnych zgromadzonych w OFE (153 mld zł)
14) Wydłużenie obowiązku pracy (wieku emerytalnego) o 7 lat u kobiet i 2 lata u mężczyzn 
15) Rozrost biurokracji (sto tysięcy nowych etatów)
16) Drastyczny wzrost zadłużenia kraju (z 530 mld zł do blisko 1 bln zł)
17) Podniesienie VAT-u na wszystko
18) Podwyższenie o 1/3 składki rentowej (ZUS) dla przedsiębiorców
19) Zamrożenie na 8 lat kwoty wolnej od podatku, kwot uzyskania przychodu oraz progów podatkowych
20) Podniesienie akcyzy na paliwo
21) Likwidacja ulg podatkowych (budowlana, internetowa)
22) Zmniejszenie o 1/3 zasiłku pogrzebowego
23) Wprowadzenie nowego podatku paliwowego - tzw. opłaty zapasowej
24) Nałożenie na Lasy Państwowe haraczu w postaci podatku od przychodu (a nie dochodu!)
25) Prace nad wprowadzeniem podatku smartfonowego i tabletowego
26) Prace nad wprowadzeniem podatku audiowizualnego
27) Przyjęcie zabójczego dla polskiej gospodarki pakietu klimatycznego
28) Zgoda na wprowadzenie do Polski GMO
29) Przyjęcie ustawy o ograniczeniu dostępu obywateli do informacji publicznej
30) Przyjęcie ustawy o ograniczeniu wolności zgromadzeń
31) Przyjęcie ustawy o "bratniej pomocy" (tzw. ustawa 1066)
32) Spuszczenie w sejmowym klozecie kilku milionów podpisów złożonych pod obywatelskimi inicjatywami referendalno-ustawodawczymi
33) Utajnienie raportu o nieprawidłowościach w ZUS do jakich doszło w latach 2008 - 2013
34) Próba nocnej zmiany Konstytucji RP, która umożliwiłaby sprzedaż Lasów Państwowych
35) Doprowadzenie do tragicznego stanu publicznej służby zdrowia (czekanie po kilka lat na wizytę u lekarza specjalisty)
36) Podpisanie z Rosją niekorzystnej umowy gazowej (najdroższy gaz w Europie)
37) Blisko 3-letni paraliż legislacyjny w sprawie wydobywania gazu łupkowego
38) Drenaż Funduszu Rezerwy Demograficznej
39) Wyprzedaż majątku narodowego za ponad 65 mld zł (w tym spółek strategicznych takich jak Azoty Tarnów); 
40) Ograniczenie potencjału militarnego 
41) Brak przemyślanej i suwerennej polityki zagranicznej 
42) Wszechobecny nepotyzm i kolesiostwo (tysiące stanowisk opłacanych z publicznej kasy dla platformianych kolesi)

wpis z dnia 17/06/2015

  


  

     Przedawniły się zarzuty dotyczące prywatyzacji Polskich Hut Stali. Wg NIK nasz kraj stracił na tej sprzedaży blisko 2 mld zł!
wpis z dnia 16/06/2015

 

Rząd SLD sprzedał w 2003 roku Polskie Huty Stali (PHS) - w skład których wchodziły cztery wielkie huty w Krakowie, Dąbrowie Górniczej, Świętochłowicach i Sosnowcu - za symboliczną kwotę... 6 mln zł. Późniejsza kontrola NIK wykazała, że warunki finansowe prywatyzacji były niekorzystne dla Skarbu Państwa. Wycenę spółki zaniżono bowiem aż o 1,87 mld zł. Dodatkowo prywatyzacja była przeprowadzona w atmosferze podejrzeń o korupcję. Prokuratorskie zarzuty usłyszał w tej sprawie m.in. Andrzej Szarawarski - były działacz PZPR, a później wiceminister Skarbu Państwa w rządzie SLD. Problem w tym, że po 10 latach sąd umorzył sprawę z uwagi na... przedawnienie karalności zarzucanych czynów! Oto cała III RP w pigułce...

Przypomnijmy - umowa prywatyzacyjna Polskich Hut Stali (PHS) została podpisana w 2003 roku pomiędzy reprezentującym Skarb Państwa rządem SLD, a brytyjsko-hinduskim konglomeratem LNM Holdings N.V. (dzisiaj ArcelorMittal). Nowy inwestor przejął pakiet kontrolny nad PHS, w skład których wchodziły: Huta Sendzimira w Krakowie, Huta Katowice w Dąbrowie Górniczej, Huta Cedler w Sosnowcu oraz Huta Florian w Świętochłowicach. W zamian na konta Skarbu Państwa wpłynęła kwota... 6 mln zł. Cenę sprzedaży ustalono na tak niskim poziomie, bowiem nowy inwestor zobowiązał się dodatkowo wykupić ponad 1,6 mld zł długów spółki oraz zagwarantował inwestycje modernizujące PHS na ponad 2 mld zł. Mimo to, przeprowadzona kontrola NIK wykazała, że warunki finansowe prywatyzacji PHS były niekorzystne dla Skarbu Państwa, a wycenę spółki zaniżono aż o 1,87 mld zł! Na marginesie powyższego warto odnotować, że w kolejnych latach należące już do nowego właściciela PHS osiągały gigantyczne zyski. W 2004 roku zysk netto wyniósł 1,7 mld zł, w 2005 roku było to 1,8 mld zł, a w latach 2007 i 2008 kolejne 2,36 mld zł.

Jakby tego było mało proces prywatyzacyjny PHS prowadzony był w atmosferze podejrzeń o korupcję. US Steel - największy konkurent LNM Holdings N.V. w przejęciu PHS - złożył zawiadomienie do prokuratury w sprawie domniemanej korupcji przy prywatyzacji. Śledczy ustalili, że przedstawiciele firmy konsultingowej Invex powoływali się na wpływy u nadzorującego prywatyzację PHS wiceministra Skarbu Państwa Andrzeja Szarawarskiego. W zamian za korzystne rozstrzygnięcie mieli żądać od Amerykanów "prowizji" w wysokości 30 mln zł. W konsekwencji powyższego prokuratura przedstawiła Szarawarskiemu zarzuty przekroczenia uprawnień w ramach nadzoru sprawowanego nad prywatyzacją PHS. Akt oskarżenia trafił w 2005 roku do sądu w Warszawie, ale dwa lata później Sąd Najwyższy nakazał przenieść proces do Poznania. W 2008 roku sprawa została ponownie przeniesiona Warszawy. Właściwy do jej prowadzenia miał być Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia, jednak przez trzy kolejne lata proces stał w miejscu. W 2012 roku, kolejnym postanowieniem Sądu Najwyższego, sprawa została przeniesiona do Sądu Rejonowego Katowice-Zachód. Ten w 2013 roku wydał w sprawie postanowienie o umorzeniu postępowania z uwagi na przedawnienie karalności zarzucanych czynów... Oto cała III RP w pigułce!

 

Wykorzystane informacje:
- NIK ocenia prywatyzację Polskich Hut Stali (Metale24.pl)
- Huty umorzone cichaczem (DziennikPolski24.pl)
- ArcelorMittal Poland wypłacił ponad 1,7 mld zł dywidendy (Wyborcza.pl)
- Historia (poland.arcelormittal.com)

Polecam szczególnie: DRAMATYCZNA WYPRZEDAŻ POLSKICH HUT STALI (riad.usk.pk.edu.pl)

wpis z dnia 16/06/2015

   


  

     Platforma kontynuuje swój skok na Trybunał Konstytucyjny. Kontrowersyjna nowelizacja ekspresowo przyjęta przez Senat
wpis z dnia 15/06/2015

 

Nieco ponad dwa tygodnie temu posłowie Platformy w pośpiechu przyjęli w Sejmie projekt nowelizacji ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, który umożliwi im - jeszcze przed jesiennymi wyborami - obsadzenie w TK większości stanowisk sędziowskich wybranymi przez siebie ludźmi. Teraz ustawa w ekspresowym tempie przeszła przez Senat, w którym zdecydowaną większość również ma Platforma. Tym samym obecna ekipa rządowa kontynuuje swój skok na Trybunał. Brakuje jeszcze podpisu Komorowskiego, ale to wydaje się już tylko formalnością...

Przypomnijmy jak wygląda w praktyce bananowa demokracja w wykonaniu tonącej Platformy Obywatelskiej: W kilka dni po przegranych przez Bronisława Komorowskiego wyborach prezydenckich posłowie PO przeforsowali w Sejmie nowelizację ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Zgodnie z jej treścią obecny Sejm do końca swojej kadencji będzie mógł wybrać 5, a nie 3, sędziów Trybunału. Gdyby nowelizacja nie została przyjęta to obecny Sejm mógłby wybrać jeszcze co najwyżej 3 sędziów Trybunału, których kadencja upływa na jesieni, a kolejnych 2, których kadencja kończy się w grudniu, powinien wybrać następny Sejm. Jakby tego było mało Platforma obniżyła również wymagania wobec kandydatów na sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Zgodnie z zapisami nowelizacji wystarczy, że kandydat na sędziego przez 10 lat zajmował stanowiska w instytucjach publicznych związanych z tworzeniem lub stosowaniem prawa (do tej pory kandydat na sędziego Trybunału musiał mieć kwalifikacje jak przy ubieganiu się o stanowisko sędziego Sądu Najwyższego czy Naczelnego Sądu Administracyjnego).

W ostatni piątek zdominowany przez Platformę Senat w ekspresowym tempie przyjął nowelizację ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Odrzucona została poprawka opozycji, której celem było zblokowanie niekorzystnej zmiany dotyczącej wyboru 5 (a nie 3) sędziów TK jeszcze przez Sejm obecnej kadencji. Senat nie zgodził się jedynie na obniżenie kwalifikacji kandydatów na stanowisko sędziego TK. Tak jak do tej pory będą oni musieli spełniać wymagania jak dla kandydata na sędziego Sądu Najwyższego. 

Do tego, aby skok Platformy na Trybunał Konstytucyjny został sfinalizowany, brakuje jeszcze podpisu Bronisława Komorowskiego. Wydaje się to jednak być tylko formalnością. Wszak odchodzący prezydent nie miał w zwyczaju wetować przyjętych przez PO ustaw, nawet gdy rażąco godziły one w interesy całego społeczeństwa... 

wpis z dnia 15/06/2015

   


  

     Minął prawie rok od ujawnienia afery taśmowej. I co? I nic! Bananowa republika platformianych kolesi ma się nadal dobrze!
wpis z dnia 10/06/2015

 

Donald Tusk, tuż po wybuchu afery taśmowej, obiecał Polakom rzetelne wyjaśnienie sprawy. W rzeczywistości udało mu się uciec na brukselską, dobrze płatną synekurę. Niedługo później prokuratura umorzyła śledztwo ws. przekroczenia uprawnień przez Marka Belkę i Bartłomieja Sienkiewicza, potwierdzając tym samym, że "państwo nie istnieje". Innymi słowy nikt do dziś nie poniósł jakichkolwiek konsekwencji... Tak właśnie wygląda bananowa republika platformianych kolesi!

Przypomnijmy, że istotą afery był spisek mający na celu realne uchylenie kluczowych zapisów Konstytucji Rzeczypospolitej. Marek Belka podczas słynnej rozmowy z szefem MSW Bartłomiejem Sienkiewiczem był gotowy złamać obowiązujące w Polsce prawo, byleby tylko sfinansować nadmierne wydatki rządu Tuska i w ten sposób umożliwić zwycięstwo wyborcze PO nad PiS-em. Belka z Sienkiewiczem (na zlecenie Tuska) knuli spisek przeciwko obywatelom. Chodziło im jedynie o interes rządu i Platformy Obywatelskiej. Innego zdania była Prokuratura Okręgowa w Warszawie, która umorzyła śledztwo ws. przekroczenia uprawnień przez Marka Belkę i Bartłomieja Sienkiewicza. Sam Tusk zaś zwiał przy pierwszej, lepszej okazji do Brukseli.

Zdaniem prokuratury, która umorzyła w tej sprawie śledztwo, materiał dowodowy nie potwierdził podejrzenia popełnienia przestępstwa nadużycia władzy przez Belkę i Sienkiewicza, ani tego by którykolwiek z nich przekroczył uprawnienia lub nie dopełnił obowiązku działając jednocześnie na szkodę interesu publicznego. Moim zdaniem jednak to, że Sienkiewicz wyraził pogląd, że państwo nie istnieje, nie oznacza, że powinniśmy się z tym zgodzić, a już na pewno nie powinny się z tym zgodzić organy ścigania. Przekręt ustalony miedzy rządem a szefem NBP nie może pozostać bez konsekwencji! Niestety, póki rządzi ekipa bananowej republiki kolesi z PO, standardy państwa prawa są zagrożone, czego przykładem może być umorzenie wspomnianego śledztwa i zmiecenie całej afery pod dywan.

wpis z dnia 10/06/2015

   


  

     Raport na temat ZUS nadal tajny. Dlaczego platformiane władze boją się go ujawnić? Czyżby chodziło o mega przekręt przy informatyzacji za 3 mld zł? 
wpis z dnia 9/06/2015

 

Kancelaria premier Ewy Kopacz nadal odmawia ujawnienia opinii publicznej raportu z kontroli w ZUS. Oficjalnie nie wiadomo jaki był szczegółowy zakres kontroli i co podczas niej wykryto. Nieoficjalnie mówi się, że kontrola wykazała poważne nieprawidłowości w funkcjonowaniu i kosztach obsługi systemu informatycznego ZUS w okresie rządów PO-PSL, tj. w latach 2008-2013 (wydano na niego łącznie 3 miliardy złotych). Czy sama myśl, że przekręty i nieprawidłowości mogłyby zostać oficjalnie ujawnione, jest przyczyną rządowego paraliżu informacyjnego w tej sprawie? 

Przypomnijmy, że kilkanaście miesięcy temu Kancelaria Prezesa Rady Ministrów zleciła kontrole w ZUS-ie dotyczącą "wybranych aspektów zarządzania systemami i zasobami IT w latach 2008-2013". Raport z tej kontroli powstał we wrześniu, ale jedną z pierwszych decyzji Ewy Kopacz, jako nowego premiera, było utajnienie jego wyników. Jaki był tego powód? - Możemy jedynie spekulować. Nieoficjalnie mówi się, że kontrola wykazała poważne nieprawidłowości w funkcjonowaniu i kosztach obsługi systemu informatycznego w okresie, kiedy u władzy była ekipa PO-PSL. Nie wykluczone zatem, że rząd panicznie boi się reakcji opinii publicznej na temat przekrętów i nieprawidłowości przy informatyzacji ZUS, na którą do dziś wydano już astronomiczne 3 miliardy złotych. To tłumaczyłoby decyzję władzy o utajnieniu wyników kontroli w ZUS. Przedstawiciele kancelarii premiera twierdzą jedynie, że "informacje zawarte w wynikach kontroli spełniają przesłanki określone w art. 5 ust. 4 ustawy z dnia 5 sierpnia 2010 r. o ochronie informacji niejawnych i w związku z tym zostały oznaczone klauzulą zastrzeżone". 

Udostępnienia wyników kontroli domaga się Sieć Obywatelska "Watchdog Polska", która postanowiła pozwać rząd do sądu administracyjnego za to, że ukrywa przed obywatelami informacje które powinny być jawne dla wszystkich. Celnie sprawę komentuje Krzysztof Kolany z portalu Bankier.pl: "Jeśli władza coś utajnia, to można być pewnym, że mamy do czynienia z oszustwem, korupcją lub zwykłą nieudolnością. Skandal jest tym większy, że przecież ZUS operuje pieniędzmi podatników, którzy mają prawo wiedzieć, co dzieje się z ich „składkami”. To fundament demokratycznego państwa prawa".

Co ciekawe - do treści raportu miał dostęp szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego - Paweł Wojtunik. Po analizie wyników kontroli podjął on decyzję o przesłaniu zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa do prokuratora generalnego. O szczegółach i powodach nie chciał jednak poinformować opinii publicznej. Niemal w tym samym czasie Zbigniew Derdziuk - prezes ZUS - złożył dymisję. Jako powód swojej decyzji podał "wypełnienie misji". W kontekście złożonego zawiadomienia oraz wyników raportu wydaje się, że rzeczywiste powody dymisji były jednak zupełnie inne. Jednego możemy być w tej sprawie pewni - rząd panicznie boi się reakcji opinii publicznej na temat przekrętów i nieprawidłowości przy informatyzacji ZUS, na którą do dziś wydano już astronomiczne 3 miliardy złotych. Kroi się zatem potężna afera ZUS-Gate. Czy władze spróbują ukręcić jej łeb? To może być już trudne z uwagi na fakt, że do prokuratury wpłynęło zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Ale poczekajmy. Zmietli pod dywan kosztującą nas miliardy złotych aferę hazardową, czy taśmową, gdzie spiskowali przeciwko Konstytucji. Nie wykluczone zatem, że uda im się jeszcze uwalić w zarodku ZUS-Gate. 

 

wpis z dnia 9/06/2015

  


 

     Ekipa Platformy blokuje opodatkowanie banków i wielkich sieci handlowych, a zwykłych ludzi łupi coraz mocniej
wpis z dnia 8/06/2015

 

W III RP zarządzanej przez ekipę Platformy Obywatelskiej uprzywilejowane podatkowo są przede wszystkim banki oraz wielkie sieci handlowe. To one generują gigantyczne zyski, które następnie są transferowane poza granice naszego kraju. Zwykłych ludzi władza traktuje jak śmieci karząc im z roku na rok płacić coraz wyższe podatki i ZUS-y. Powstaje pytanie - dlaczego ekipa Ewy Kopacz dba o interesy zagranicznych banków i sieci handlowych, a na szyi zwykłego Kowalskiego zaciąga coraz mocniejszą fiskalną pętle? Czy nie powinno być odwrotnie?

Przypomnijmy, że w 2012 roku posłowie Platformy i PSL-u odrzucili w Sejmie projekt ustawy wprowadzającej tzw. podatek bankowy. Zgodnie z założeniami tej ustawy podatek bankowy miałby dotyczyć banków działających w Polsce, towarzystw ubezpieczeniowych oraz funduszy inwestycyjnych. Stawka tego podatku miałaby wynosić 0,39% kwoty posiadanych przez daną instytucję aktywów w skali roku, co przyniosłoby budżetowi państwa w wpływy rzędu ok. 5 mld zł (szacunki na 2012 rok). Zgodnie z opiniami autorów projektu podatek bankowy byłby alternatywą dla wprowadzonej przez platformiane władze w 2011 roku podwyżki VAT do 23%, która najmocniej uderzyła w grupę najuboższych Polaków. 

Ekipa Platformy jest również przeciwko wprowadzeniu dodatkowego podatku "obrotowego", który miałyby płacić największe zagraniczne sieci handlowe i sklepy wielkopowierzchniowe takie jak Biedronka, Lidl, Tesco czy Carrefour. Chęć wprowadzenia takiego podatku zapowiedział podczas kampanii wyborczej Andrzej Duda, który w tym przypadku chciałby się wzorować na sprawdzonych rozwiązaniach wprowadzonych przez Victora Orbana na Węgrzech (Czytaj także: A jednak warto opodatkować zagraniczne banki, hipermarkety i wspierać rodzimy kapitał! MFW ostatecznie przyznało rację Orbanowi!). Niestety - zamiast opodatkować banki czy supermarkety platformiana władza postanowiła przywalić polskim Lasom i to od razu z grubej rury - 2 procentowym podatkiem od osiąganych przychodów. Nie dość, że tak wysoka danina spowoduje, że Lasy mogą zacząć przynosić straty, to jeszcze może wpłynąć na racjonalna i zrównoważoną gospodarka leśną naszego kraju. (Czytaj także: Dlaczego 2% podatek od PRZYCHODU rządzący nałożyli na Lasy Państwowe, a nie na zagraniczne koncerny drenujące Polskę z kapitału?)

W kontekście powyższego powstaje pytanie - dlaczego ekipa Ewy Kopacz dba o interesy zagranicznych banków i sieci handlowych, a na szyi zwykłego Kowalskiego zaciąga coraz mocniejszą fiskalną pętle? Pisałem o tym wielokrotnie, ale nie zaszkodzi powtórzyć: żadna inna ekipa rządząca w historii III RP nie zafundowała Polakom tak wielkiego wzrostu obciążeń podatkowych, co ekipa Platformy Obywatelskiej. Podnieśli podatek VAT, kilkukrotnie podnosili akcyzę, podwyższyli składki na ZUS, podwyższyli składkę rentową dla przedsiębiorców, zlikwidowali ulgi: budowlaną i internetową, obniżyli o 1/3 zasiłek pogrzebowy, opodatkowali lokaty 1-dniowe, kilkukrotnie podnosili maksymalne limity na podatki lokalne oraz zamrozili na 8 lat kwotę wolną od podatku, progi podatkowe oraz kwoty uzyskania przychodu. W tym samym czasie zagranicznym bankom czy wielkim sieciom handlowym włos z głowy nie spadł, co pozwoliło im osiągać gigantyczne, wielomiliardowe zyski i spokojnie drenować kapitał poza granice naszego kraju. By żyło się lepiej...

wpis z dnia 8/06/2015

  


  

     Dwa miliardy złotych na podwyżki dla urzędników, trzy miliardy na nowe etaty w korporacjach. Rząd kupuje głosy jak świnie na targu!
wpis z dnia 7/06/2015

 

Zamiast zwiększyć kwotę wolną od PIT dla całego społeczeństwa rząd woli dotować zagraniczne koncerny i podnosić pensje urzędnikom. Z oficjalnych informacji wynika, że na podwyżki w sferze budżetowej w 2016 roku ma trafić dodatkowe 2 miliardy złotych. Z kolei 3 miliardy złotych ma trafić na konta firm i korporacji, które od przyszłego roku zdecydują się dotrudnić osoby do 30. roku życia. Beneficjentami tych wydatków będzie zatem ograniczona grupa społeczna składająca się najczęściej z urzędników oraz reprezentantów zagranicznych właścicieli korporacji i przedsiębiorstw. Czy to ma przekonać "twardy elektorat" do pozostania przy Platformie?

Przypomnijmy, że Komitet Stały Rady Ministrów przyjął w ubiegłym tygodniu założenia do budżetu na 2016 rok. Zakładają one zwiększenie funduszu płac o około 2 mld zł. To oznacza ewentualne podwyżki płac w sferze budżetowej (składającej się w dużej części z pracowników administracji rządowej). Po drugie - koalicja PO–PSL złożyła w Sejmie projekt ustawy, zapowiadany jeszcze w czasie kampanii wyborczej przez Bronisława Komorowskiego, o gigantycznych dofinansowaniach dla firm i korporacji, które zdecydują się od przyszłego roku zatrudnić osoby poniżej 30. roku życia. Mówi się, że na ten cel państwo będzie musiało wyłożyć nawet do 3 mld zł. Łącznie z kosztami zwiększonego funduszu płac w budżetówce daje to nam 5 mld zł pieniędzy zabranych uprzednio podatnikom. 5 mld zł na to, aby zadowolona był stosunkowo ograniczona, lecz dotychczas decydująca o wyniku wyborów, grupa społeczna składająca się najczęściej z urzędników oraz reprezentantów zagranicznych właścicieli korporacji i przedsiębiorstw. 

W tym kontekście warto podkreślić, że ekipa Platformy Obywatelskiej od 8 lat blokuje postulaty podniesienia kwoty wolnej od podatku.
Tymczasem koszty dla budżetu państwa związane z podniesieniem tej kwoty do poziomu postulowanego przez Rzecznika Praw Obywatelskiej (tj. 6,5 tys. zł na rok) wyniosłyby około 5-6 mld zł, czyli tyle, ile PO zamierza przeznaczyć na wspomniane podwyżki dla urzędników oraz dotacje dla firm i koncernów. 

 

Gdyby podnieść kwotę wolną od PIT, to zyskaliby wszyscy, a nie tylko ograniczona grupa ludzi uchodząca za tzw. twardy elektorat Platformy. Na tym przykładzie widać, że Ewa Kopacz woli nagradzać za wierność, niż myśleć o dobru całego społeczeństwa. By żyło się lepiej... wybranym!

wpis z dnia 7/06/2015

   


 

     Czy Tusk wstawił swojego kumpla do zarządu państwowej spółki, aby ten po kilkunastu miesiącach mógł zgarnąć gigantyczną odprawę?
wpis z dnia 6/06/2015

 

Zdaniem byłego rzecznika rządu Pawła Grasia, bliski znajomy Tuska - Krzysztof Kilian - po to został wstawiony do zarządu kontrolowanej przez Skarb Państwa Polskiej Grupy Energetycznej (PGE), aby po kilkunastu miesiącach pracy zgarnąć gigantyczną odprawę. By żyło się lepiej? Tak! Swoim.

Przypomnijmy - Krzysztof Kilian jest bliskim znajomym Donalda Tuska. Należał do Kongresu Liberalno-Demokratycznego i Unii Wolności. W 2001 poparł powstanie Platformy Obywatelskiej. W marcu 2012 został powołany na stanowisko prezesa zarządu największej spółki energetycznej działającej na terytorium naszego kraju, czyli Polskiej Grupy Energetycznej (odnotujmy, że spółka ta jest kontrolowana przez Skarb Państwa, zatem decydującą rolę w obsadzaniu stanowisk w zarządzie ma rząd). Funkcję tą pełnił przez kilkanaście miesięcy - do listopada 2013 roku, kiedy podał się do dymisji. Na pożegnanie Kilian i jego współpracownicy otrzymali gigantyczną odprawę - 6,9 mln zł. 

Nowe światło na tę historię rzuciła ujawniona w ubiegłym roku rozmowa byłego rzecznika rządu Pawła Grasia z prezesem Orlenu - Jackiem Krawcem. Graś mówi Krawcowi, że Tusk dał pracę Kilianowi, po to aby ten otrzymał odprawę:

J. Krawiec: On [Kilian], mając Donalda jako kolegę od dwudziestu paru lat, po prostu miał wszystkich w dupie. 
P. Graś: Donald po to wsadził tam [do PGE] na chwilę Kiliana, żeby tam wziął odprawę.

Czyżby Donald Tusk właśnie w taki sposób realizował swój przedwyborczy slogan: "By żyło się lepiej"? Jeśli tak to szkoda, że lepsze życie ufundował jedynie swoim najbliższym kumplom.

 

Czytaj także: Gigantyczne odprawy dla prezesów spółek Skarbu Państwa. Właśnie szykuje się kolejna... By żyło się lepiej! (Niewygodne.info.pl)
Czytaj także: 'Kto ma akcje, ten ma rację', czyli dlaczego musiał odejść prezes PGE (Wyborcza.biz)

 

wpis z dnia 6/06/2015

  


  

     Nawet w Bangladeszu kwota wolna od podatku jest ponad 3-krotnie większa niż w Polsce. Czy w naszym kraju rządzą fiskalni ekstremiści?
wpis z dnia 5/06/2015

 

Często można spotkać się z porównaniem, że Polska to taki europejski odpowiednik Bangladeszu. Powód? - W naszym kraju bowiem, w odróżnieniu od innych państw należących do UE, ludzie bardzo często muszą pracować za niewiarygodnie niskie pensje. Wszystko to niestety prawda. Problem w tym, że w Bangladeszu kwota wolna od PIT jest ponad 3-krotnie wyższa, niż w Polsce. Czy naszym krajem od 8 lat zarządzają fiskalni ekstremiści?

W kwestii kwoty wolnej od podatku nasz kraj może się porównywać jedynie z biednymi i zacofanymi państwami Afryki. Przypomnijmy, że w Polsce kwota wolna jest od 2007 roku na niezmienionym i niezwykle dziś już niskim poziomie - 3091 zł w skali roku. W Mauretanii kwota wolna od PIT to równowartość ok. 3,2 tys. zł. W blisko 30 razy biedniejszej od Polski Tanzanii, kwota wolna od podatku to równowartość ok. 4,2 tys. zł. W równie biednym Bangladeszu kwota wolna od PIT jest już ponad 3-krotnie większa i w przeliczeniu na złotówki wynosi ok. 10,5 tys. zł. 

Donald Tusk wraz ze swoimi ludźmi bardzo szybko dał się poznać jako ekstremista podatkowy. Warto zauważyć, że żadna inna ekipa rządząca w historii III RP nie zafundowała Polakom tak wielkiego wzrostu obciążeń podatkowych, co ekipa Platformy Obywatelskiej. Naczelną zasadą polityki finansowej tej partii miało być stopniowe obniżanie podatków i danin publicznych. Tak przynajmniej twierdził Donald Tusk w listopadzie 2007 roku podczas wygłaszania swojego pierwszego expose. Tymczasem po wypowiedzeniu tych słów premier lekką ręką - przy wsparciu posłów swojej partii - podniósł podatek VAT, kilkukrotnie podnosił akcyzę, podwyższył składki na ZUS, podwyższył składkę rentową dla przedsiębiorców, zlikwidował ulgi: budowlaną i internetową, obniżył o 1/3 zasiłek pogrzebowy, opodatkował lokaty 1-dniowe, kilkukrotnie podnosił maksymalne limity na podatki lokalne oraz zamroził kwotę wolną od podatku. W tej ostatniej kwestii mamy do czynienia z istną fiskalną paranoją! 

Obecna premier polskiego rządu - Ewa Kopacz - pytana pod koniec ubiegłego roku o możliwość obniżenia podatków, stwierdziła, że to "melodia przyszłości" i w tej chwili nie mamy na to liczyć. Potwierdza to przyjęty przez rząd po cichu i bez medialnego zainteresowania dokument pt. "Wieloletni plan finansowy państwa. 2015–2018". Wynika z niego jednoznacznie, że najbiedniejsi z nas z roku na rok będą płacili coraz wyższe podatki, a wszyscy - na najbliższe kilka lat - możemy zapomnieć o poluźnieniu fiskalnego sznura. Aż do 2018 roku rząd nie planuje bowiem waloryzacji kwotowych progów podatkowych, kosztów uzyskania przychodu, ani kwoty kwoty wolnej od podatku. Wygląda więc na to, że jeśli ekipa Platformy Obywatelskiej miała by się nadal utrzymywać przy władzy po jesiennych wyborach do parlamentu, to kwota wolna od PIT na kuriozalnie niskim poziomie 3091 zł utrzymałaby się aż do 2018 roku. By żyło się lepiej!

 

Źródło informacji: MKJohnston (Wykop.pl)
wpis z dnia 5/06/2015

   


  

     Tusk z Pawlakiem już w 1992 roku jasno opowiedzieli się po której stronie stoją. Dziś rocznica wydarzenia, które zadecydowało o obecnym kształcie naszego państwa
wpis z dnia 4/06/2015

 

Dzisiaj przypada 23. rocznica "nocnej zmiany", czyli spisku Bolka, postkomunistów oraz części "liberałów", przeciwko pierwszemu w pełni niepodległemu rządowi Jana Olszewskiego. Przypomnijmy, że w nocy z 3 na 4 czerwca 1992 roku, kiedy w śmiertelnym zagrożeniu znalazły się interesy ludzi aparatu władzy PRL, chronionych do tej pory okrągłostołowym "dealem", zaprzęgnięci do działania zostali ówcześni marionetkowi politykierzy. Skutek tego był taki, że PRL-bis - w kształcie zaproponowanym przez Kiszczaka i Michnika - przetrwał. Młodzi Tusk i Pawlak ze swoich ról wywiązali się wzorowo, za co w kolejnych latach istnienia patologicznej III RP zostali hojnie wynagrodzeni.

Wydarzenia nocy z 3 na 4 czerwca 1992 roku miały gigantyczne znaczenia dla dalszych życiorysów Donalda Tuska oraz Waldemara Pawlaka. Szybko okazało się, że magister historii, który czyścił kominy na wysokościach oraz strażak OSP zostali namaszczeni przez służby na głównych sterników polskiej polityki. Stali się gwarantami trwania układu nakreślonego przez Kiszczaka i Michnika w zaciszach magdalenkowych gabinetów. Poręczyli własnymi nazwiskami PRL-bis, nazwany dla niepoznaki "Trzecią Rzeczpospolitą". 

W kontekście powyższego warto przypomnieć, że wspomniana III RP została stworzona przede wszystkim dla ludzi aparatu władzy PRL. To oni, po 1989 roku, przejęli kontrolę nad biznesem i mediami. To oni zasiadali w zarządach spółek wydzielanych z majątku upadającego PRL. To oni kierowali nowopowstałymi bankami komercyjnymi, które zostały wyodrębnione z NBP. To ludzie powiązani z PZPR i ustrojem "demokracji ludowej" decydowali o kształcie i kierunkach rozwoju III RP. Pod tym względem porozumienie zawarte najpierw w Magdalence, a później przy okrągłym stole nie przyniosło dla zwykłych Polaków żadnego pożytku. Donald Tusk i Waldemar Pawlak doskonale o tym wiedzieli. Mimo to zdecydowali się uczestniczyć w spisku post-komunistów z Bolkiem na czele, którego celem było obalenie pierwszego prawdziwie niepodległego i niezależnego od okrągłostołowych ustaleń rządu, jaki istniał po 1989 roku. Gdyby tego nie dokonali, to nie wykluczone, że dziś III RP wyglądałaby zupełnie inaczej. Nie wykluczone, że okrągłostołowy układ mógłby się rozsypać, co pozwoliłoby uniknąć wielu patologii trawiących dzisiaj nasz kraj. Niestety - Tusk z Pawlakiem w 1992 roku jasno opowiedzieli się po której stronie stoją. Wyboru tego nie zmienili przez kolejne 23 lata, co bardzo im się opłaciło (szczególnie finansowo). Dla większości społeczeństwa jednak bilans tej decyzji jest diametralnie odmienny...

 

Polecam obejrzenie filmu "Nocna Zmiana" (Youtube.com)

 

wpis z dnia 4/06/2015

   


  

     Lody o smaku asfaltowym, czyli miliardowe dopłaty polskich podatników na konta prywatnych spółek zarządza- jących autostradami A1 i A2
wpis z dnia 3/06/2015

 

Umowy jakie zawarły rządy SLD oraz PO-PSL z prywatnymi spółkami "GTC" i "AWSA II", na budowę i utrzymanie ok. 250 km odcinków autostrad A1 oraz A2, mogą budzić wielkie kontrowersje. Zgodnie z ich treścią, państwo polskie (czytaj: polscy podatnicy) musi płacić wspomnianym spółkom tzw. opłatę za dostępność. W 2013 roku wyniosła ona nieco ponad 1,2 mld zł. W ubiegłym roku było to 1,271 mld zł. Taka sytuacja będzie trwała aż do 2039 roku...

Rządy SLD oraz PO-PSL podpisały z prywatnymi spółkami "GTC" i "AWSA II" umowy koncesyjne, na podstawie których firmy te zobowiązały się zbudować i eksploatować odcinki płatnych autostrad: A1 na trasie Gdańsk - Toruń (GTC) oraz A2 na trasie Świecko - Nowy Tomyśl (AWSA II). Zgodnie z umowami, opłaty pobierane na bramkach są przekazywane do budżetu państwa, a dokładnie do Krajowego Funduszu Drogowego (KFD). W zamian Fundusz ten płaci spółkom tzw. opłatę za dostępność. Problem w tym, że opłata ta jest kilkukrotnie większa niż kwoty, jakie spółki "GTC" i "AWSA II" przekazują do KFD za opłaty pobierane od kierowców na bramkach. W 2013 roku skumulowana kwota opłat jakie KFD zapłacił za dostępność wspomnianych odcinków wyniosła nieco ponad 1,2 mld zł. W ubiegłym roku było to już 1,271 mld zł! Tymczasem, według informacji podanych przez "Gazetę Wyborczą", spółki "GTC" i "AWSA II" przekazały w 2014 roku na konta Funduszu jedynie 132 mln zł z tytułu opłat pobranych od kierowców na bramkach.

Ale to nie koniec. Spółce GTC udało się sfinalizować umowę z rządem Marka Belki (SLD), która przewidywała, że Polska poręczy kredyty jakie GTC zaciągnie w Europejskim Banku Inwestycyjnym, Nordic Investment Bank oraz AB Svensk Exportkredit w łącznej wysokości 768 mln euro (ok. 3,5 mld zł) na budowę północnego odcinka autostrady A1 (innymi słowy - gdyby GTC stało się niewypłacalne, to Polska będzie zobowiązana do zapłaty całego długu). Spłata tych kredytów ma się rozpocząć dopiero w 2015/2016 roku (do tego czasu nieustannie przyrastały odsetki, dzięki czemu zadłużenie z poziomu 3,5 mld zł wzrosło do około 6 mld zł) i ma potrwać aż do 2040 roku. Jakby tego było mało, platformiany rząd Donalda Tuska przyznał GTC kolejne gwarancje spłaty kredytów pod budowę dalszych odcinków A1 do kwoty 1,1 mld euro... 

Czy tak właśnie wygląda partnerstwo publiczno-prywatne przy budowie autostrad w państwie post-kolonialnym?

 

Źródło informacji: Ponad miliard złotych dopłat do prywatnych dróg w Polsce (Wyborcza.biz)
Czytaj także: Gdzie trafiają zyski z autostrady A1. I co wspólnego ma z tym Johannesburg (Gazeta.pl)

wpis z dnia 3/06/2015

  


  

     Platformersi obsadzili zarząd nieistniejącej elektrowni jądrowej i przyznali sobie atomowe pensje po 100 tys. zł. A ty, szaraku, zdychaj za 1,5 tys. zł...
wpis z dnia 2/06/2015

 

Platformiane władze naszego kraju od 6 lat (!) nie potrafią nawet wybrać lokalizacji dla planowanej elektrowni atomowej, a co dopiero wziąć się na poważnie za jej budowę. Ostatni raport NIK nie pozostawia złudzeń - pierwsza polska siłownia jądrowa prawdopodobnie nie będzie ukończona do 2025 roku i nastąpi kolejne opóźnienie (pierwotnie miała powstać już 2020 roku). Mimo to, ekipa rządowa zdecydowała o utworzeniu specjalnych spółek Skarbu Państwa, które mają zarządzać budową elektrowni. W zarządach tych spółek zasiadali ludzie powiązani z Platformą, którzy co miesiąc pobierali "atomowe" pensje sięgające nawet 100 tys. zł. By żyło się lepiej... swoim! 

Dziennikarze "Gazety Wyborczej" ustalili, że płace w zarządzie spółek należących do państwowego koncernu Polska Grupa Energetyczna (PGE), które miały się zajmować budową polskiej elektrowni atomowej, wynosiły prawie 100 tys. zł miesięcznie. Gazeta dotarła do oświadczenia majątkowego Zdzisława Gawlika - byłego wiceprezesa w atomowych spółkach należących do państwowego PGE (tj. PGE Energia Jądrowa i PGE EJ 1). W pierwszej połowie 2013 r. uzyskał dochód w wysokości 599 340 zł, czyli niemal 100 tys. zł miesięcznie. Co ciekawe i warte podkreślenia - Gawlik w latach 2007 - 2012 był podsekretarzem stanu w Ministerstwie Skarbu Państwa, zaś w wyborach parlamentarnych w 2011 roku kandydował z ramienia Platformy Obywatelskiej do Senatu. 

Podobnie było z innym człowiekiem Platformy - Aleksandrem Gradem. Najpierw piastował stanowisko ministra skarbu w rządzie Donalda Tuska (to on bezpośrednio odpowiada za likwidację polskiego przemysłu stoczniowego). Po odejściu z polityki w czerwcu 2012 roku - natychmiast trafił na stołek prezesa wspomnianych powyżej spółek PGE Energia Jądrowa i PGE EJ1. Początkowo nie chciał ujawnić ile zarabia. Zrobił to dopiero pod naciskiem mediów i opinii publicznej. Okazało się, że miesięcznie otrzymywał po 55 tys. zł. Szacuje się, że przez 1,5 roku piastowania funkcji prezesa Grad mógł zarobić blisko milion złotych. Co ciekawe - po odejściu z PGE trafił do zarządu innej spółki Skarbu Państwa - Tauronu. Według doniesień medialnych zarabia tam miesięcznie do 120 tys. złotych. 

W kontekście powyższego nie powinny nas dziwić coraz częstsze opinie ekspertów, którzy twierdzą że projekt pt. "pierwsza polska elektrownia atomowa" jest wymysłem czysto politycznym, dającym ciepłe posadki i wymierne korzyści dla wąskiej grupy członków ekipy rządowej, nie mającym jednak z ekonomicznego punktu widzenia najmniejszego sensu. Fakty są takie, że mimo upływu wielu lat (już sześciu) i gigantycznych pieniędzy przelanych na ciepłe posadki, nadal nie widać efektów i nic nie wskazuje na to, aby budowa pierwszej polskiej elektrowni jądrowej miała rzeczywiście ruszyć. Z perspektywy czasu można nawet zaryzykować stwierdzenie, że temat "atomu" okazał się być jedynie kolorowym wabikiem dla mediów i platformianego elektoratu, pustą narracją, która miała odwrócić uwagę od nieudolności rządu Platformy i PSL-u w sferze bezpieczeństwa energetycznego naszego kraju. Przy okazji zaś pozwolono napchać kieszenie kolesiom poustawianym we władzach i radach nadzorczych spółek zarządzających nieistniejącą elektrownią. By żyło się lepiej!

 

Czytaj więcej: Sowite zarobki przy szykowaniu elektrowni atomowej (Wyborcza.biz)
Czytaj także: Miliardy na elektrownię, która nigdy nie powstanie? Czy rząd topi gigantyczne pieniądze podatników? (Niewygodne.info.pl)

 

wpis z dnia 2/06/2015

  


  

     Przypominamy: Kwota wolna od podatku dla posłów to 27 360 zł! Kwota wolna dla reszty społeczeństwa to jedynie 3 091 zł...
wpis z dnia 1/06/2015

 

Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że diety polskich posłów są wolne od podatku dochodowego do wysokości 27 360 zł w skali roku! Reszta społeczeństwa musi się zadowolić kwotą wolną od PIT, która jest blisko 9-razy niższa i wynosi zaledwie 3 091 zł. Niestety także i ta sytuacja jest zasługą Platformy Obywatelskiej i PSL-u, które posiadając od niemal 8 lat parlamentarną większość, cały czas blokują inicjatywy zmierzające do podwyższenia Polakom kuriozalnie niskiej kwoty wolnej. By żyło się lepiej...?

Polska kwota wolna od podatku PIT jest jedną z najniższych na świecie i wynosi obecnie 3091 zł. Stan ten jest wynikiem zaprzestania aktualizacji wysokości tej kwoty od czasu przejęcia władzy przez ekipę Platformy i PSL-u. W efekcie Polacy muszą płacić podatek od dochodów, które w teorii mają im zapewnić biologiczną egzystencję. Pod względem wysokości kwoty wolnej od podatku nasz kraj może się porównywać jedynie z biednymi i zacofanymi państwami Afryki. W Mauretanii kwota wolna od PIT to równowartość 3204 zł. W blisko 30 razy biedniejszej od Polski Tanzanii, kwota wolna od podatku to równowartość 4236 zł.

Powyższe nie dotyczy jednak... polskich parlamentarzystów! Okazuje się bowiem, że zgodnie z ustawą o wykonywaniu mandatu posła i senatora, tzw. dieta parlamentarna (która wraz z parlamentarnym uposażeniem jest wypłacana posłom i senatorom co miesiąc i aktualnie wynosi 2 473,08 zł brutto) jest zwolniona z podatku PIT do wysokości 2 280,00 zł miesięcznie, co w skali roku daje nam kwotę w wysokości 27 360 zł! W tym kontekście warto przypomnieć słowa premier polskiego rządu Ewy Kopacz, która pytana w ubiegłym roku o możliwość obniżenia podatków zwykłym ludziom, stwierdziła, że to "melodia przyszłości" i w obecnie nie mamy na to liczyć. 

Formalne potwierdzenie tych słów przyszło kilka tygodni temu. Platformerski rząd postanowił wykorzystać fakt trwającej kampanii wyborczej i po cichu, bez specjalnego zainteresowania mediów, przyjął "Wieloletni Plan Finansowy Państwa". Z dokumentu tego wynika, że aż do 2018 roku Polacy mogą zapomnieć o obniżeniu podatków. Do tego czasu bowiem rząd PO-PSL nie planuje waloryzacji kwotowych progów podatkowych, kosztów uzyskania przychodu, ani kwoty kwoty wolnej od podatku. To oznacza, że jeszcze przez kolejne 3 lata, w zakresie kwoty wolnej od PIT, nasz kraj miałby stać w jednym szeregu z takimi państwami Afryki jak wspomniane powyżej Mauretania czy Tanzania.

Jakby tego było mało platformerska ekipa próbuje nam wmówić, że dalsze utrzymywanie kwoty wolnej od PIT na kuriozalnie niskim poziomie jest korzystne dla społeczeństwa! Rządowa funkcjonariuszka, wiceminister finansów - Izabela Leszczyna (absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim oraz studiów podyplomowych w zakresie filozofii i etyki) pod koniec ubiegłego roku przekonywała na łamach "Rzeczpospolitej", że lepiej aby rząd nie zmieniał kwoty wolnej od podatku bowiem alternatywą dla jej wzrostu do poziomu postulowanego przez Rzecznika Praw Obywatelskich (6503 zł) miałoby być zlikwidowanie ulg podatkowych, jakie w okresie rządów PO-PSL jeszcze nie zostały skasowane (sic!). W ten karkołomny sposób "autorytet" rządowy w zakresie podatków próbował nas przekonać, że wysokie obciążenia fiskalne są dobre i spełniają postulat wyborczy "by żyło się lepiej". W podobnym tonie wypowiadała się kilka dni temu inna funkcjonariusza rządowa - Małgorzata Kidawa-Błońska, która w wywiadzie dla TVP Info powiedziała, że podwyższenie kwoty wolnej od PIT do wysokości postulowanej przez prezydenta elekta Andrzeja Dudę (8000 zł) to "populizm" i Platforma Obywatelska nie będzie jemu ulegała... Jak widać buta ekipy rządowej nie zna granic.

 

Czytaj także: Rząd Kopacz przyjął dokument, z którego wynika, że aż do 2018 roku Polacy mogą zapomnieć o obniżeniu podatków!

wpis z dnia 1/06/2015