Archiwum: Listopad 2015

 

     FATCA wchodzi w życie. Kto nie złoży oświadczenia temu zablokują rachunek bankowy!
wpis z dnia 30/11/2015

 

Począwszy od 1 grudnia 2015 r. Polska zacznie realizować porozumienie FATCA, dzięki któremu władze USA dowiedzą się kto w naszym kraju ukrywa przed amerykańskim fiskusem swoje dochody. Niejako "przy okazji" setkom tysięcy Polaków grozi zablokowanie dostępu do konta bankowego oraz zgromadzonych na nim środków, jeśli w przypisanym czasie nie złożą wobec swojego banku odpowiedniego oświadczenia! Jednym słowem - banki oraz amerykański rząd robią z nami co chcą!

Przypomnijmy sekwencję wydarzeń: 7 października 2014 r. rząd Ewy Kopacz podpisał z administracją rządu USA umowę w sprawie FATCA (ang. Foreign Account Tax Compliance Act). Zgodnie z postanowieniami tej umowy amerykańska administracja podatkowa miałaby otrzymać w naszym kraju dostęp do informacji o rachunkach bankowych, których właścicielami są obywatele USA lub osoby, które choćby potencjalnie uzyskują dochody z USA i które dzięki temu mogą unikać płacenia podatku PIT wobec amerykańskiego fiskusa. Aby umowa ta została wdrożona w życie 20 marca 2015 roku Sejm przyjął ustawę o jej ratyfikacji, która została podpisana przez prezydenta Bronisława Komorowskiego tuż przed pierwszą turą wyborów prezydenckich. Następnie resort finansów przygotował projekt ustawy regulującej techniczne warunki wdrożenia na gruncie polskiego prawa regulacji FATCA. Projekt ten został przyjęty przez polski Sejm 25 września 2015 r. Co ciekawe - za przyjęciem regulacji w/s FATCA głosowało 369 posłów, przeciw było 44, a 14 wstrzymało się od głosu. Ustawa ta trafiła następnie na biurko prezydenta Andrzeja Dudę, który ją podpisał.

W efekcie powyższych wydarzeń od 1 grudnia wchodzą w życie kontrowersyjne regulacje, zgodnie z którymi każda osoba, która między 1 lipca 2014 r. a 1 grudnia 2015 r. założyła w banku na terytorium Polski rachunek bankowy, lokatę lub konto oszczędnościowe będzie musiała oświadczyć na piśmie wobec swojego banku, czy posiada jakiekolwiek związki lub relacje ze Stanami Zjednoczonymi. W przypadku, gdy się tego nie uczyni trzeba się liczyć z tym, że środki na rachunku zostaną zablokowane i nie będzie można z nich korzystać. Jeśli zaś w oświadczeniu stwierdzi się nieprawdę, to za taki czyn będzie groziła odpowiedzialność karna. Dodam, że po 1 grudnia 2015 r. pytanie o relacje z USA będzie się pojawiało automatycznie w bankowych formularzach dotyczących umów o prowadzenie rachunku bankowego, na zasadzie kolejnej "budki" do odhaczenia przy zawieraniu umowy.

Szacuje się, że problem może dotyczyć nawet 1,0 - 1,5 mln osób, które we wskazanym powyżej okresie zawierały z instytucjami finansowymi w Polsce umowy o prowadzenie rachunków bankowych, lokat czy kont oszczędnościowych. Jeśli choćby tylko 10 proc. z nich zignoruje korespondencję, jaką wyśle do nich bank (formularz stosownego oświadczenia do uzupełnienia i odesłania), to okaże się, że 100 - 150 tys. osób utraci dostęp do swoich środków finansowych. 

Powstaje pytanie - dlaczego pozwalamy na to, aby rząd USA robił na terytorium naszego kraju co chce? Odpowiedź jest bardzo prosta - w przypadku, gdy któryś kraj nie przystąpiłby do umowy FATCA, to organy skarbowe USA (a dokładnie International Revenue Service) nakładałby odgórnie 30 procentową stawkę podatku od wszelkich transferów finansowych dokonywanych z USA do zagranicznej instytucji finansowej (bank) ulokowanej w danym państwie. Chcąc uniknąć takich niedogodności Polska musiała zgodzić się na dyktat USA w/s FATCA.

 

Czytaj więcej: Umowa FATCA może zablokować miliony polskich kont i rachunków (PolskieRadio.pl)
Czytaj także: Banki mogą zablokować oszczędności (PulsInwestora.pb.pl)

wpis z dnia 30/11/2015

  


 

     W Warszawie urzęduje łącznie 469 radnych. Dla porównania w Paryżu jest ich 172, w Berlinie 100, a Nowym Jorku tylko 51!
wpis z dnia 27/11/2015

 

Pod względem liczby radnych trudno na świecie znaleźć miasto, które przebiłoby... Warszawę! Okazuje się, że w naszej stolicy jest ich łącznie aż 469. Dla porównania - w większym od Warszawy Paryżu radnych jest 172. W Berlinie w radzie miasta zasiada dokładnie 100 reprezentantów, a w liczącym 8,3 mln mieszkańców Nowym Jorku jest ich zaledwie 51! Liczba warszawskich radnych do doskonały przykład jak nam jeszcze daleko do spełnienia postulatu taniego państwa.

Dlaczego w Warszawie jest aż tylu radnych? Problem polega na tym, że każda z dzielnic naszej stolicy - a jest ich 18 - posiada własną radę dzielnicy. Gdy zsumujemy liczebność wszystkich rad warszawskich dzielnic wraz z Radą m.st. Warszawy, to wyjdzie nam, że Warszawa liczy łącznie 469 radnych. W kontekście powyższego warto przypomnieć, że diety radnych kosztują podatników setki milionów złotych w skali roku. Zgodnie z obowiązującym w naszym kraju prawem radni z gmin liczących ponad 100 tys. osób i powiatów, których liczba mieszkańców przekracza 120 tys., mogą otrzymywać co miesiąc dietę w wysokości 2649,69 zł. Przyjmując, że kadencja będzie trwała 4 lata łatwo można wyliczyć, że podatnicy na poczet diety jednego tylko radnego będą musieli wyłożyć aż 127.185,12 zł.

Mając na względzie łączną liczbę radnych trudno na świecie znaleźć miasto, które przebiłoby Warszawę. W liczącym 2,2 mln mieszkańców Paryżu radnych jest 172. W Berlinie (3,4 mln mieszkańców) jest dokładnie 100 radnych, a w Nowym Jorku (8,3 mln mieszkańców) zaledwie 51!

 

Źródło informacji: Droga demokracja, czyli ile wydajemy na pensje prezydentow, burmistrzów, wójtów i radnych (GazetaPrawna.pl)
Źródło informacji: Radny (Wikipedia)

wpis z dnia 27/11/2015

   


  

     NIK miażdży PKP! Zakup drogiego Pendolino był błędem. Można było kupić tańsze pociągi w zbliżonym standardzie o prędkości do 200km/h
wpis z dnia 26/11/2015

 

Najwyższa Izba Kontroli opublikowała raport na temat działalności Grupy PKP. Okazało się, że zakup drogich Pendolino był działaniem niegospodarnym. Tory w Polsce nie są bowiem przystosowane do pociągów, której jeżdżą ponad 200 km/h, a włoskie cudo sprzedawane przez francuski koncern rozpędza się standardowo do 250 km/h. Poza tym jego cena była dużo wyższa od cen pociągów jeżdżących z prędkością do 200 km/h, a koszty serwisu o ponad 100 proc. większe.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że tabor polskich przewoźników kolejowych należy modernizować. Pytanie tylko, czy należy to robić, "za wszelką cenę" w rozumieniu dosłownym? Przypomnijmy, że w 2011 roku PKP Intercity (wchodząca w skład Grupy PKP) ogłosiła przetarg na dostarczenie 20 nowoczesnych składów pociągów dalekobieżnych. Okazało się, że specyfikację warunków przetargu spełniła tylko jedna firma - francuski Alstom, który zaoferował drogie włoskie Pendolino. PKP Intercity francuską ofertę przyjęło. Została podpisana umowa na dostarczenie 20 składów za 400 mln euro (~1,65 mld zł). Kolejne 265 mln euro (~1,1 mld zł) ma trafić na konta Alstomu przez następnych 17 lat, w ramach serwisowania zakupionych składów. Aby zakup mógł dojść do skutku PKP Intercity musiało zaciągnąć poważny kredyt w Europejskim Banku Inwestycyjnym. Według szacunków Warsaw Enterprise Institute była to kwota 342 mln euro poręczona przez Skarb Państwa (czytaj: podatnicy).

NIK właśnie opublikował raport dotyczący działalności Grupy PKP za lata 2010 - 2013. Nie zabrakło zatem i kwestii odnoszących się do zakupu Pendolino. Kontrolerzy potwierdzili, że kupno tego pociągu było w zasadzie działaniem niegospodarnym. Tory w Polsce nie są bowiem przystosowane do pociągów, której jeżdżą ponad 200 km/h, a Pendolino w standardzie potrafi się rozpędzić do 250 km/h. Poza tym jego cena była dużo wyższa od cen pociągów jeżdżących z prędkością do 200 km/h, czyli najbardziej adekwatnych do polskiej infrastruktury kolejowej. O kosztach serwisowych nawet nie warto wspominać. Zdaniem kontrolerów utrzymanie pociągów wyprodukowanych w Polsce było by ponad dwukrotnie tańsze niż utrzymanie Pendolino.

Oprócz kwestii zakupu Pendolino, PKP oberwało się także w sprawie prywatyzacji spółek wchodzących w skład Grupy, tj. PKP Energetyka, TK Telekom i PKP Informatyka. NIK zauważył, że interesy Skarbu Państwa nie zostały w pełni zabezpieczone w procesie prywatyzacji spółek Grupy PKP. Kontrolerzy wskazali, że Państwo powinno utrzymać decydujący wpływ na zarządzanie infrastrukturą strategiczną (energetyczną, informatyczną i telekomunikacyjną), co w kontekście przeprowadzonych wyprzedaży wcale nie jest takie oczywiste.

 

Źródło: NIK o funkcjonowaniu grupy kapitałowej PKP (Nik.gov.pl)
Czytaj także: Zakup pendolino to poważny błąd. NIK bije w PKP (Dziennik.pl)

wpis z dnia 26/11/2015

   


  

     Szokujący skok zadłużenia na koniec rządów PO-PSL! We wrześniu dług Skarbu Państwa rósł z prędkością 616,3 mln zł DZIENNIE!
wpis z dnia 25/11/2015

 

Rząd Ewy Kopacz w przedostatnim miesiącu swojego funkcjonowania dokonał rzeczy wręcz niebywałej. Okazało się, że we wrześniu powiększył on zadłużenie Skarbu Państwa aż o 18,5 mld zł! To oznacza, że zobowiązania naszego kraju codziennie wzrastały o kolosalną kwotę 616,3 mln zł! Mówiąc obrazowo - tylko w ciągu jednego dnia zadłużenie powiększyło się grubo ponad kwotę stanowiącą sumę wszystkich finałów WOŚP z okresu ostatnich 24 lat!!! 

Ministerstwo Finansów właśnie opublikowało kolejną negatywną informację na temat długu naszego kraju. Okazało się, że we wrześniu br. odchodząca ekipa rządowa pod przewodnictwem Ewy Kopacz powiększyła zadłużenie Polski o kolosalną kwotę 18 mld 489 mln zł. Jak łatwo można wyliczyć - średni dzienny przyrost długu w tym okresie wynosił aż 616,3 mln zł. Aby było ciekawiej wspomniane długi prawdopodobnie mogły być już zaciągane na poczet przyszłorocznego limitu zadłużenia (powyższe możemy wnioskować z komunikatów publikowanych przez przedstawicieli resortu finansów w ubiegłym miesiącu). 

Aby lepiej zobrazować wrześniową skalę wzrostu zadłużenia tradycyjnie już porównam ją do osiągnięć Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W ciągu 24 finałów WOŚP, przy pomocy dziesiątek tysięcy wolontariuszy i wielkiej machiny promocyjnej zebrano łącznie 581,7 mln zł. To oznacza, że 24 lat działalności Jerzego Owsiaka nie udało się nawet zebrać kwoty o jaką ekipa Ewy Kopacz zwiększyła zadłużenie naszego kraju w ciągu tylko jednego wrześniowego dnia!

Licząc od początku tego roku, aż do końca września - zadłużenie Skarbu Państwa wzrosło łącznie o 57 mld 724 mln zł. W styczniu wzrosło o 10 mld 869 mln zł, w lutym aż o 12 mld 6 mln zł, w marcu o kolejne 3 mld 620 mln zł. W kwietniu dług spadł o 4 mld 390 mln zł, by w maju znowu wzrosnąć o 8 mld 197 mln zł. W czerwcu zadłużenie urosło o 7 mld 569 mln zł, by w lipcu spać o 6 mld 361 mln zł. Sierpień zakończył się wzrostem o kolejne 7 mld 723 mln zł, który był kontynuowany także i we wrześniu, kiedy dług urósł o wspominane powyżej, rekordowe 18 mld 489 mln zł. 

Eksperci nie mają wątpliwości: szybko rosnący dług w czasie stosunkowo dobrej koniunktury gospodarczej to bomba z opóźnionym zapłonem. Gdy przyjdzie spowolnienie gospodarcze - a zgodnie z cyklem przyjdzie na pewno już za rok, najdalej za dwa - rząd będzie musiał ponownie ciąć wydatki i podnosić obywatelom podatki, by znaleźć pieniądze na spłatę długów zaciągniętych w czasie prosperity. Nie będzie to już jednak rząd Platformy i stąd - jak zakładam - pojawił się dodatkowy bodziec u poprzedniej ekipy rządowej, aby we wrześniu tak istotnie powiększyć zadłużenie kraju.

 

Informacje źródłowe: Zadłużenie Skarbu Państwa (Mf.gov.pl)
wpis z dnia 25/11/2015

  


  

     ZUS ogłasza gigantyczny przetarg na utrzymanie swojego systemu informatycznego. Szacowany koszt to 700 mln zł!
wpis z dnia 24/11/2015

 

Zakład Ubezpieczeń Społecznych ogłosił przetarg na utrzymanie swojego systemu informatycznego na lata 2017-2020. Szacowany koszt to 700 mln zł. Co ciekawe - poprzedni przetarg (na lata 2013-16) wygrała spółka Asseco Poland będąca jednocześnie współtwórcą systemu. Jako jedyna została wówczas zaproszona przez ZUS do złożenia oferty. Zainkasowała za to prawie 600 mln zł. Raport dotyczący informatyzacji ZUS za wcześniejszy okres (lata 2008-13) został utajniony przez rząd Ewy Kopacz.

ZUS ogłosił przetarg na utrzymanie swojego systemu informatycznego jeszcze we wrześniu. Z uwagi jednak na uwzględnione odwołania firm, które chciały wziąć udział w rywalizacji - termin na złożenie ofert przesunięto aż do 11 stycznia 2016 roku. Szacuje się, że całkowity koszt obsługi i utrzymania systemu informatycznego pochłonie w ciągu 4 lat około 700 mln zł (175 mln zł rocznie). Czy to dużo? Z jednej strony należy podkreślić, że system ten obsługuje kilkadziesiąt milionów kont emerytalnych. Obsługa i przetwarzanie tak wielkiej ilości danych nie jest możliwa za pomocą prostego programu i kilku komputerów połączonych ze sobą siecią.

Z drugiej strony dotychczasowa informatyzacja ZUS budziła gigantyczne wręcz emocje (głównie z powodu kosztów właśnie). Zwracano uwagę na błędy funkcjonowania systemu, brak egzekwowania ich naprawy ze strony zamawiającego (ZUS) oraz zawyżone koszty budowy systemu. Za budowę i funkcjonowanie systemu odpowiadała spółka Prokom Software (kontrolowana przez Ryszarda Krauze), a następnie Asseco Poland S.A. (która wchłonęła Prokom w 2008 roku). Poprzedni przetarg na obsługę systemu informatycznego (za lata 2013 - 2016) wygrała spółka Asseco Poland. Jako jedyna złożyła wówczas wniosek o dopuszczenie do przetargu i została przez ZUS zaproszona do złożenia oferty. Wartość ówczesnego zlecenia wyniosła prawie 600 mln zł.

W kontekście powyższego tematu warto przypomnieć, że Kancelaria Prezesa Rady Ministrów za rządów Donalda Tuska zleciła kontrole w ZUS-ie dotyczącą "wybranych aspektów zarządzania systemami i zasobami IT w latach 2008-2013". Raport z tej kontroli powstał we wrześniu 2014 roku, ale jedną z pierwszych decyzji Ewy Kopacz, jako nowego premiera, było utajnienie jego wyników. Jaki był tego powód? - Możemy jedynie spekulować. Nieoficjalnie mówi się, że kontrola wykazała poważne nieprawidłowości w funkcjonowaniu i kosztach obsługi systemu informatycznego w okresie, kiedy u władzy była ekipa PO-PSL. 

Co ciekawe - do treści raportu miał dostęp szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego - Paweł Wojtunik. Po analizie wyników kontroli podjął on decyzję o przesłaniu zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa do prokuratora generalnego. O szczegółach i powodach nie chciał jednak poinformować opinii publicznej. Niemal w tym samym czasie Zbigniew Derdziuk - prezes ZUS - złożył dymisję. Jako powód swojej decyzji podał "wypełnienie misji". W kontekście złożonego zawiadomienia oraz wyników raportu wydaje się, że rzeczywiste powody dymisji mogły być jednak zupełnie inne.

 

Czytaj także: Przetarg ZUS-u warty 700 mln zł przedłużony do stycznia (Bankier.pl)

wpis z dnia 24/11/2015

  


  

     Znany niemiecki polityk chce zabrać Polsce 40 proc. unijnych funduszy i przeznaczyć je na migrantów w swoim kraju!
wpis z dnia 23/11/2015

 

Daniel Cohn-Bendit - niemiecki polityk i poseł do Europarlamentu - w wywiadzie dla niemieckiej telewizji publicznej ZDF zasugerował, że Polsce powinno się zabrać 40 proc. unijnych funduszy strukturalnych i agrarnych, bowiem Niemcy potrzebują tych pieniędzy na utrzymanie uchodźców i imigrantów z Bliskiego Wschodu. Powstaje pytanie - czy poglądy takie jak Cohn-Bendit'a będą na zachodzie Europy coraz popularniejsze? Czy od słów eurokraci i politycy niemieccy przejdą do czynów?

Niemieccy politycy o lewicowej proweniencji wyraźnie się radykalizują w stosunku do Polski. Znany europoseł Daniel Cohn-Bendit, pytany przez dziennikarza niemieckiej telewizji publicznej ZDF o Polskę i jej sprzeciw wobec napływu imigrantów i uchodźców w granice Europy, stwierdził rzecz następującą:

 

"Powiedzmy Polsce, że jeżeli nie chce migrantów, to zabierzemy jej 40% funduszy strukturalnych i 40% funduszy agrarnych, bo my potrzebujemy tych pieniędzy na migrantów!"

 

Przypomnijmy, że przyznane Polsce na lata 2014-2020 fundusze strukturalne UE to kwota 82,5 mld euro. Z kolei fundusze agrarne szacowane są na 36,5 mld euro. Jeśli pomysł Cohn-Bendit'a miałby zostać zrealizowany, to Polska - kosztem utraty funduszy strukturalnych i agrarnych - rocznie musiałaby przeznaczać kwotę 6,8 mld euro (ok. 28 mld zł) na migrantów, uchodźców i imigrantów z Bliskiego Wschodu, którzy trafią do Niemiec. 

W kontekście powyższej wypowiedzi powstaje pytanie - czy poglądy, jakie reprezentuje Cohn-Bendit, będą zdobywały wśród politycznych elit na zachodzie Europy coraz większą popularność? Czy od słów eurokraci i politycy niemieccy przejdą w końcu do czynów?

 

Źródło informacji: Pedofil atakuje Polskę (Monsieurb.neon24.pl)

wpis z dnia 23/11/2015

   


  

     Oligarcha z Donbasu korumpował polskich urzędników? Taśmy Kulczyka sugerują kolejną aferę
wpis z dnia 21/11/2015

 

Na ujawnionych kilka tygodni temu "taśmach Kulczyka", nieżyjący już najbogatszy Polak informował byłego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego o korupcji do jakiej miało dojść w Polskich Sieciach Elektroenergetycznych (PSE). Urzędników w tej strategicznej państwowej spółce korumpować miał Rinat Achmetow – ukraiński oligarcha z Donbasu, którego majątek szacowany jest na 12 miliardów dolarów. Chodziło o możliwość zbudowania mostu energetycznego, który transferowałby do Polski tani prąd z Ukrainy.

Warto zwrócić uwagę, że jedna ze spółek należących do Kulczyka (Polenergia), w kwestii rozpoczęcia eksportu taniego prądu do Polski, była już po wstępnych ustaleniach z Energoatomem - operatorem ukraińskich elektrowni jądrowych. Ponadto, 15 czerwca br. rząd w Kijowie przyjął specjalne rozporządzenie w sprawie budowy mostu energetycznego, który łączyłby Polskę (Unię Europejską) z Ukrainą. Plan funkcjonowania tego mostu zakładał import do Polski taniej ukraińskiej energii elektrycznej, produkowanej w elektrowni atomowej "Chmielnicki". W zamian Ukraina miałaby otrzymywać deficytowe dla niej - od czasu rozpoczęcia wojny w Donbasie - surowce, w postaci węgla i gazu ziemnego. Bezpośrednim beneficjentem stworzenia mostu miałaby być kontrowana przez Kulczyka spółka Polenergia, która importowany z Ukrainy prąd mogłaby sprzedawać na terytorium Polski. 

Zgodnie z treścią ujawnionej kilka tygodni temu przez Telewizję Republika rozmowy między Janem Kulczykiem a Radosławem Sikorskim - szczególnie zainteresowany powodzeniem projektu budowy mostu energetycznego był ukraiński oligarcha z Donbasu, Rinat Achmetow (po stronie ukraińskiej miałby on mieć wyłączność na czerpanie zysków z eksport prądu do Polski). Zdaniem Kulczyka Achmetow korumpował przedstawicieli Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE), od których zależy szybkość prac z jaką odtworzono by polską część połączenia energetycznego między elektrownią atomową Chmielnicki na Ukrainie, a Rzeszowem w Polsce.

Pomysł budowy mostu energetycznego między Polską, a Ukrainą z pewnością nie spodobał się działającym na terytorium Polski koncernom energetycznym (PGE, Tauron, Enea, Energa itp.). Wszystko przez fakt, że Polenergia mogłaby sprzedawać na terytorium naszego kraju prąd z Ukrainy, którego cena byłaby wiele niższa niż cena prądu produkowanego przez polskich producentów. Należy pamiętać, że cena energii wytwarzanej przez polskie elektrownie jest w dużej mierze uzależniona od absurdalnie wysokich kosztów związanych z nałożoną odgórnie unijną polityką klimatyczną. Funkcjonujący na terytorium UE pakiet klimatyczny nie dotyczy zaś Ukrainy, stąd produkcja prądu jest tam o wiele tańsza niż w Polsce i innych państwa Wspólnoty. 

PSE oficjalnie zdementowała doniesienia jakie płynął z taśm, jakoby jej przedstawiciele mieli być korumpowani przez ukraińskiego oligarchę. Mimo to wydaje się zupełnie naturalne, że ze względu na to kogo rozmowę ujawniono (były konstytucyjny minister, prominentny działacz partii rządzącej oraz najbogatszy Polak) nowe władze winny sprawę wnikliwie zbadać.

 

Czytaj więcej: Korupcja w PSE? Sprawa przypomina "aferę jamalską" (Defence24.pl)

wpis z dnia 21/11/2015

  


  

     Zastał willę umeblowaną, a zostawił rozszabrowaną... Kancelaria Dudy publikuje szokujący raport nt. działalności ekipy Komorowskiego
wpis z dnia 20/11/2015

 

Kancelaria Prezydenta Andrzeja Dudy opublikowała "Raport Otwarcia", który swoim zakresem obejmuje finansowo-materialne skutki działalności Bronisława Komorowskiego. Jego lektura szokuje. Racje ma Michał Szułdrzyński (publicysta "Rzeczpospolitej"), który stwierdził wczoraj na twitterze: "Myślałem, że już nic nie może bardziej zrujnować wizerunku byłego prezydenta Komorowskiego. Audyt kancelarii Andrzeja Dudy pokazuje, że jednak może".

Jak możemy przeczytać w raporcie pokontrolnym - Bronisław Komorowski, odchodząc z urzędu Prezydenta RP, zostawił swojemu następcy Andrzejowi Dudzie - i tu UWAGA! - 0,4% (słownie cztery dziesiąte procenta) rocznych środków na wynagrodzenia pracownicze! Z uwagi na powyższe, aby znaleźć pieniądze na wypłatę bieżących wynagrodzeń, Kancelaria musiała sięgnąć do pieniędzy przeznaczonych dla Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Wszystko przez zaciągnięte w lipcu 2015 roku zobowiązania związane z wypłatą odpraw dla zwalnianych współpracowników byłego prezydenta. 

Ale to nie koniec - w okresie maj-sierpień 2015 r. (a więc już po wyborach prezydenckich) Bronisław Komorowski przyznał nagrody dla 328 osób pracujących w Kancelarii Prezydenta RP. Łączna suma nagród wyniosła 1.490.150,00 zł (per capita wyszło nieco ponad 4,5 tys. zł). 14 pracowników Kancelarii uzyskało awans, w tym 5 tuż przed rozwiązaniem z nimi stosunku pracy. Łączna kwota wypłaconych odpraw, odszkodowań oraz wypłaconych należnych ekwiwalentów dla pracowników Gabinet Prezydenta wyniosła 587.238,27 zł.

We wnioskach do "Raportu Otwarcia" czytamy m.in.:

 

"Podjęte w ostatnich dniach i tygodniach działania przez ustępujące kierownictwo Kancelarii w zakresie spraw kadrowych i organizacyjnych nie znajduje żadnego uzasadnienia merytorycznego. Nastąpiło istotnie zaangażowanie środków finansowych w głównych grupach wydatków Kancelarii tj. w wynagrodzeniach osobowych, wynagrodzeniach bezosobowych, zakupach materiałów i wyposażenia oraz w zakupie usług pozostałych."

 

Dalej możemy przeczytać o rabunku wyposażenia do jakiego miało dojść w prezydenckich rezydencjach w Promniku i Klarysewie. Okazuje się, że 27 maja 2015 r. (trzy dni po II turze wyborów prezydenckich) uruchomiono procedurę utylizacji majątku ruchomego obejmująca 403 składniki. Co ciekawe - na liście przedmiotów do utylizacji znalazły się drogie przedmioty, wobec których nie upłynęło więcej niż 3 lata od momentu ich zakupu. W ten sposób z wyposażenia prezydenckich willi zniknęły m.in.: Ekspres do kawy Jura Impressa (rok zakupu 2014) o wartości 4.299,99 zł, Ekspres do kawy Saeco Royal Cappuccino (rok zakupu 2013) o wartości 2.650,65 zł, Szafa metalowa Novcan służąca do przechowywania broni długiej (rok zakupu 2014) o wartości 2.105,00 zł czy też Aparat telewizyjny LED LG (rok zakupu 2013) o wartości 1.180,80 zł.

 

Czytaj więcej: Skok na kasę. Ujawniamy fragmenty audytu w Kancelarii Prezydenta (Niezalezna.pl)
Czytaj więcej: Jak oczyszczono prezydencką rezydencję. CAŁY RAPORT OTWARCIA (Niezalezna.pl)

wpis z dnia 20/11/2015

   


   

     Histeryczny atak Sueddeutsche Zeitung na Polskę to znak, że zmiany idą w dobrym kierunku. Odzyskujemy podmiotowość
wpis z dnia 19/11/2015

 

Kilka dni temu niemiecka gazeta "Sueddeutsche Zeitung" napisała, że Polska zmierza w kierunku ksenofobii i nacjonalizmowi w stylu Viktora Orbana. Jak w praktyce powinniśmy odczytywać te słowa? Czy histeryczny atak niemieckich mediów nie jest przypadkiem sygnałem świadczącym o tym, że odzyskujemy podmiotowość na arenie międzynarodowej? Poza tym, droga redakcjo "Sueddeutsche Zeitung", to raczej Niemcy zmierzają ku ksenofobii. Wszak w ciągu ostatniego roku doszło u was aż do 600 podpaleń i ataków na ośrodki dla cudzoziemców...

Niemiecka gazeta oceniła, że przedstawiciele nowego rządu w Warszawie "bełkoczą". Autor artykułu - Hubert Wetzel - stwierdził w nim, że "irytacja skłania nowe władze w Warszawie do nieprzemyślanych czy wręcz bełkotliwych wypowiedzi", a Polska nieuchronnie zmierza w kierunku ksenofobii i nacjonalizmowi w stylu Viktora Orbana...

Komentując słowa niemieckich mediów warto najpierw odnieść się do sytuacji naszego kraju z ostatnich kilku lat. Ekipa Platformy Obywatelskiej praktycznie zrezygnowała z prowadzenia suwerennej polityki zagranicznej. Staliśmy się de facto politycznym wasalem Republiki Federalnej Niemiec. Najważniejsze decyzje świadczące o podmiotowości naszego państwa musiały być - przynajmniej nieformalnie - akceptowane przez Berlin. Donald Tusk był prawdopodobnie najbardziej uległym wobec niemieckiej kanclerz szefem rządu państwa należącego do UE. Jego następczyni na stanowisku szefa rady ministrów była za mocno ograniczona, aby chociaż spróbować uprawiać politykę zagraniczną uwzględniającą realne interesy naszego państwa. Stąd też za granicą nikt się z nami nie liczył.

Po 25 października sytuacja uległa jednak zmianie. O ile wcześniej wystarczył jeden telefon z Berlina do Warszawy, aby załatwić jakiś "deal", o tyle obecnie Niemcy będą musiały się nieźle nagimnastykować, by cokolwiek osiągnąć. A to bardzo nie w smak niemieckim dygnitarzom oraz mediom. Stąd też histeryczny wręcz atak "Sueddeutsche Zeitung" na Polskę należy odczytywać jako bardzo pozytywny sygnał. Odzyskujemy utracony potencjał i podmiotowość. Idziemy w dobrym kierunku. Wektor zmian został wyraźnie nakreślony. Oby tylko nowej ekipie rządowej nie zabrakło odwagi w jego realizacji. 

wpis z dnia 19/11/2015

   


  

     Na 3 dni przed wyborami rząd Kopacz ogłasza duży przetarg na zorganizowanie 10 specjalnych ośrodków dla uchodźców
wpis z dnia 18/11/2015

 

Odnotujmy jak idzie spełnianie zobowiązań rządu Ewy Kopacz wobec Angeli Merkel i brukselskich urzędników w sprawie uchodźców i imigrantów z Bliskiego Wschodu. Okazuje się, że rzutem na taśmę - bo na 3 dni przez wyborami parlamentarnymi - poprzednia ekipa ogłosiła przetarg na organizację 10 ośrodków, w których zakwaterowanie znajdą cudzoziemcy relokowani z innych części Europy. Wygląda więc na to, że ktoś na uchodźcach zarobi publiczną kasę.

Podlegający rządowi Urząd ds. Cudzoziemców w dniu 22.10.2015 r., a więc na 3 dni przed wyborami parlamentarnymi, ogłosił na swojej stronie internetowej przetarg na "Zakwaterowanie i wyżywienie cudzoziemców ubiegających się o nadanie statusu uchodźcy w Rzeczypospolitej Polskiej" (znak: 68/BL/OŚRODKI 2/PN/15). Zgodnie ze specyfikacją istotnych warunków zamówienia samo postępowanie prowadzone jest w trybie przetargu nieograniczonego, a przedmiotem zamówienia jest świadczenie usług na zlecenie rządu w zakresie zakwaterowania i wyżywienia cudzoziemców, którzy będą się ubiegać o nadanie statusu uchodźcy. 

Szczegółowe warunki zamówienia przewidują świadczenie usług zakwaterowania i wyżywienia cudzoziemców w 10 ośrodkach usytuowanych na terytorium Polski, z których każdy będzie liczył minimum 120 miejsc. Obiekty będą musiały posiadać ochronę oraz mieć możliwość zamontowania monitoringu audio-wizualnego. Oferty przetargowe można zgłaszać do 25.11.2015 r.

Przypomnijmy, że premier Ewa Kopacz, pod naciskiem kanclerz Niemiec Angeli Merkel, zgodziła się przyjąć do Polski ok. 7 tys. islamskich imigrantów i uchodźców, mimo że nasz kraj nie ma obecnie warunków na ugoszczenie tak licznej grupy obcokrajowców (szacunki mówią, że jesteśmy w stanie ulokować maksymalnie do 2 tys. uchodźców). Nie wykluczone zatem, że ogłoszenie przetargu na zakwaterowanie cudzoziemców w 10 specjalnych ośrodkach miało związek z poszerzeniem bazy logistycznej w związku z planowaną relokacją uchodźców z innych państw Europy.

 

Źródło: Ogłoszenie o przetargu nr 68/BL/OŚRODKI 2/PN/15 (Bip.UDSC.gov.pl)


wpis z dnia 18/11/2015

    


   

     Belgijski rząd przyznaje: Straciliśmy kontrolę nad zdominowaną przez muzułmanów dzielnicą Molenbeek w Brukseli
wpis z dnia 17/11/2015

 

Minister spraw wewnętrznych Belgii przyznał oficjalnie, że władze jego kraju utraciły kontrolę nad zdominowaną przez Muzułmanów dzielnicą Molenbeek w Brukseli. Lokalne służby oraz policja nie są w stanie zaprowadzić tam porządku i zinfiltrować radykalnych grup islamskich. Warto zauważyć, że z Molenbeek wywodzi się Abdelhamid Abaaoud - Belg marokańskiego pochodzenia, który przez francuskie służby jest podejrzewany o zorganizowanie ostatnich zamachów w Paryżu. Nie bez powodu dzielnica ta jest określana jako... "wylęgarnia dżihadystów".

Molenbeek to dawna dzielnica przemysłowa w Brukseli. Stanowi jedną z 19 gmin wchodzących w skład Regionu Stołecznego Brukseli. To co ją odróżnia od innych dzielnic stolicy Belgii, to dominujący udział ludności muzułmańskiej w ogólnej liczbie mieszkańców oraz mnogość meczetów. 

Niestety w ślad za Muzułmanami przyszedł także islamski radykalizm. Dzielnica stała się prawdziwym magnesem dla islamskich ekstremistów czy zwolenników ISIS (niektórzy określają ją jako "wylęgarnie dżihadystów"). Drastycznie wzrosła także przestępczość (gangi, wymuszenia, handel narkotykami, wandalizm), której niewątpliwie sprzyja najwyższa w Belgii stopa bezrobocia (przekraczająca 30 proc.). Lokalna policja uznała Molenbeek za dzielnicę typu "NO GO ZONE". Potwierdził to w ostatnią niedzielę minister spraw wewnętrznych Belgii Jan Jambon. Stwierdził on publicznie, że belgijskie władze utraciły kontrolę nad tym co dzieje się w tej dzielnicy.

W kontekście powyższego warto zauważyć, że z Molenbeek pochodzi Abdelhamid Abaaoud - Belg marokańskiego pochodzenia, który przez francuskie służby jest podejrzewany o zorganizowanie ostatnich zamachów w Paryżu. Ponadto dwóch z trzech zidentyfikowanych sprawców tych zamachów, mimo że miało obywatelstwa francuskie, mieszkało właśnie w Molenbeek.

 

Źródło: Belgian Minister Says Government Lacks Control Over Neighborhood Linked to Terror Plots (NyTimes.com)

Źródło: Paris terror attacks: Visiting Molenbeek, the police no-go zone that was home to two of the gunmen (Independent.co.uk)

wpis z dnia 17/11/2015

   


  

     Fiasko szczytu UE-Afryka. Państwa afrykańskie nie chcą przyjmować z powrotem swoich obywateli, którzy nie dostaną w UE azylu. Dlaczego media o tym milczą?
wpis z dnia 16/11/2015

 

W kontekście dyskusji na temat fali imigrantów zalewającej Europę warto odnotować, że totalną klapą zakończyły się obrady niedawnego szczytu UE-Afryka. Po wielogodzinnych negocjacjach państwa afrykańskie odrzuciły proponowany przez unijnych liderów mechanizm automatycznego odsyłania z powrotem do Afryki nielegalnych imigrantów, którzy nie otrzymają w UE azylu. Co ciekawe - polskojęzyczne media głównego nurtu niemal całkowicie pominęły ten wątek w swoich serwisach.

11 listopada doszło do szczytu państw UE i Afryki. Omawiane miały być na nim regulacje dotyczące nielegalnych imigrantów z Afryki, których tysiące docierają codziennie do granic Europy. Liderzy UE forsowali przyjęcie mechanizmu automatycznego odsyłania z powrotem do Afryki nielegalnych imigrantów, którzy nie otrzymają w UE azylu. W zamian państwa afrykańskie mogłyby liczyć na finansowe wsparcie UE w wysokości ok. 1,8 mld euro na rzecz ograniczenia dalszego przypływu nielegalnych imigrantów do Europy. 

Wielogodzinne negocjacje zakończyły się jednak fiaskiem. Przedstawiciele państw afrykańskich nie zgodzili się na propozycje liderów UE dotyczące mechanizmu automatycznego powrotu nielegalnego imigranta do kraju ojczystego w przypadku nie uzyskania azylu na terytorium UE. Zgodzili się jedynie na otrzymanie od państw UE finansowego wsparcia w wysokości 1,8 mld euro, które przeznaczone ma być na rzecz ograniczenia przypływu nielegalnych imigrantów.

Warto odnotować, że polskojęzyczne media głównego nurtu w swoich serwisach niemal całkowicie pominęły informację o fiasku szczytu UE-Afryka. Poza kilkoma jałowymi komunikatami o obietnicy lepszej współpracy Europy i Afryki oraz zintensyfikowaniu stosunków między przedstawicielami instytucji reprezentujących państwa obu kontynentów, totalnie wyciszono sprawę sprzeciwu krajów afrykańskich w kwestii przyjmowania z powrotem swoich obywateli, którzy nie otrzymali azylu na terytorium UE. Czyżby w ten sposób nie chciano ukazać w złym świetle Donalda Tuska i reszty brukselskiej ferajny? Wszak wyszłoby na jaw, że są słabymi negocjatorami, którzy nie potrafią zadbać na arenie międzynarodowej o interesy wspólnotowe...

 

Źródło: Migrant summit in chaos as African countries REFUSE to take back Europe's failed asylum seekers (dailymail.co.uk)
wpis z dnia 16/11/2015

  


 

     Terroryści zaatakowali Francję! Kilka godzin wcześniej Merkel zaapelowała o dalsze przyjmowanie islamskich imigrantów bez limitów...
wpis z dnia 14/11/2015

 

Paryż zalany krwią, a to dopiero skromny początek piekła. Warto odnotować, że raptem kilka godzin wcześniej Angela Merkel ogłosiła, że nie chce żadnych limitów i ograniczeń w sprawie przyjmowania islamskich imigrantów w granice Europy...

Niemiecka kanclerz Angela Merkel podtrzymała wczoraj swój wyraźny sprzeciw wobec ustalenia jakiejkolwiek konkretnej górnej granicy liczby przybywających do Europy uchodźców: - "Górnych granic nie mogę jednostronnie zdefiniować. To, czego nie możemy w Niemczech zrobić, to jednostronne ustalenie: kto jeszcze przyjedzie, kto nie przyjedzie". Na pytanie, czy jej mocno krytykowane zdanie "Podołamy temu" nadal obowiązuje, odpowiedziała: - "Uważam, że musimy mimo to pracować nad tym, byśmy temu podołali, i nie ma wątpliwości, że temu podołamy".

Kilka godzin później Paryż zostaje zalany krwią. Brawo frau Merkel! Brawo brukselscy politycy! Brawo dla wszystkich, którzy żyli złudzeniami! To dopiero skromny początek prawdziwego piekła! 

 

Czytaj także: "Podołamy temu". Angela Merkel nie chce ograniczeń ws. uchodźców (PolskieRadio.pl)
 
wpis z dnia 14/11/2015

   


  

     Ekranowe marnotrawstwo, czyli jak bezpowrotnie utopiono miliard złotych zabranych nam w podatkach
wpis z dnia 13/11/2015

 

W 2007 roku Ministerstwo Środowiska postanowiło wydać kontrowersyjne rozporządzenie zaostrzające dopuszczalne normy hałasu przy drogach. Efekt? - Budowa nowych tras w kolejnych latach kosztowała nas około miliard złotych więcej, bowiem setki kilometrów trzeba było dodatkowo obstawić ultradrogimi ekranami akustycznymi. Autorem rozporządzenia był prof. Jan Szyszko - obecnie kandydat na ministra środowiska w rządzie Beaty Szydło.

Przypomnijmy - w 14 czerwca 2007 roku z Ministerstwa Środowiska w rządzie PiS wyszło rozporządzenie obniżające dopuszczalne limity hałasu przy nowobudowanych drogach i liniach kolejowych. Zgodnie z jego treścią hałas towarzyszący jeżdżącym samochodom i pociągom nie powinien być większy niż 61-68dB w dzień i 56-60dB w nocy (wcześniej obowiązywały mniej restrykcyjne normy dopuszczające wyższe natężenie hałasu zarówno w dzień jak i w nocy). W przypadku, gdyby natężenie hałasu było wyższe niż przewidziane rozporządzeniem, możliwości były dwie: albo wprowadzenie ograniczenia prędkości na danym odcinku, albo budowa ekranu akustycznego. Najczęściej decydowano się na to drugie rozwiązanie.

Problem pewnie by nie istniał, gdyby nie kuriozalnie wysokie koszty budowy wspomnianych ekranów. Szacuje się, że montaż tylko jednego metra takiej konstrukcji to koszt 2,0 - 2,5 tys. zł (1 km ekranów to koszt 2 - 2,5 mln zł). Rozporządzenie ministra Szyszki spowodowało, że otoczyć ekranami akustycznymi trzeba było dodatkowo kilkaset (!) kilometrów nowowybudowanych dróg, co znacznie podniosło ich całkowity koszt. Między innymi dlatego polskie autostrady i trasy ekspresowe wybudowane w latach 2009 - 2012 okazały się droższe w budowie niż greckie, a nawet niemieckie – co skrzętnie odnotował Europejski Trybunał Obrachunkowy w raporcie na temat wykorzystania unijnych funduszy na drogi. 

Co ciekawe - rząd Donalda Tuska nie kwapił się do zmiany przepisów, mimo że GDDKiA wielokrotnie informowała platformianą ekipę o konieczności modyfikacji rozporządzenia wydanego przez ministra Szyszkę. Zmiana przepisów nastąpiła dopiero w 2012 roku, kiedy największy boom na budowę nowych dróg i autostrad minął. Przez 5 lat firmy tworzące i montujące ekrany akustyczne mogły się zatem nieźle obłowić. Szacuje się, że około 1 miliard złotych utopiony został w ekrany, które zdaniem ekspertów oraz GDDKiA wcale nie musiały powstać.

 

Czytaj także: Ekranami stawianymi przy drogach powinna się zająć prokuratura – uważają eksperci (Rp.pl)
Czytaj także: Jak Kopacz wyciszyła autostrady (DoRzeczy.pl)

wpis z dnia 13/11/2015

   


  

     Akcje Grupy Azoty, które dwa lata temu Tusk nakazał wyprzedać za 630 mln zł, są dziś warte ponad 1,25 mld zł!
wpis z dnia 12/11/2015

 

Warto przypomnieć o "złotej" transakcji resortu Skarbu Państwa, do jakiej doszło w 2013 roku. Ekipa Donalda Tuska zdecydowała wówczas wyprzedać pakiet 12,1 proc. akcji Azotów Tarnów, czego konsekwencją było obniżenie udziału Skarbu Państwa w tej spółce z 45 do 33 proc. Jakby tego było mało - rząd sprzedawał Azoty po 52 zł za akcję, mimo że na giełdzie w Warszawie ich cena stała wówczas po 65 zł. Dzisiaj jedna akcja Azotów wyceniana jest na 103,65 zł, a wartość sprzedanego przez Tuska pakietu urosła do 1,25 mld zł...

Kupujący w 2013 roku akcje Azotów od rządu za 52 zł zrobili złoty interes. Dzisiaj jedna akcja tej spółki wyceniana jest na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie na 103,65 zł (kurs zamknięcia z wtorkowej sesji). Decydując się na sprzedaż walorów zakupionych po zaniżonej cenie od Tuska (przypomnijmy, że w dniu sprzedaży pakietu 12,1 proc. akcji Azotów, tj. 18.04.2013 r., ich kurs rynkowy na GPW wynosił ok. 65 zł) można obecnie pomnożyć swój stan posiadania o niemal 100 proc. 

Kto był szczęśliwcem i w 2013 roku kupił akcje chemicznego championa od rządu? Zgodnie z oficjalnym komunikatem - aż 7,75 proc. sprzedanych wówczas akcji trafiło do Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju (EBOiR). Licząc po cenie 52 zł za akcję, wspomniany pakiet 7,75 proc. europejscy bankierzy z Londynu nabyli od rządu Tuska za ok. 400 mln zł. Dzisiaj EBOiR jest w posiadaniu 5,75 proc. akcji Azotów (po drodze musieli upłynnić z zyskiem 2 proc. akcji), które wg kursu rynkowego są warte niemal 600 mln zł (wartość całego pakietu akcji sprzedanego w kwietniu 2013 roku urosła z 630 mln zł do ponad 1,25 mld zł). Zatem - jakby nie spojrzeć - złoty interes.

Na marginesie warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną ciekawostkę - EBOiR stał się niedawno wierzycielem Azotów. W maju 2015 roku władze spółki poinformowały o zawarciu umowy kredytowej z EBOiR. Azoty pożyczyły od bankierów z Londynu kwotę o równowartości 150 mln zł. Zgodnie z oficjalnymi komunikatami, ma to być jedna z kilku pożyczek, które mają pomóc Azotom finansować inwestycje do 2020 roku.

 

Źródło: Skarb Państwa podciął kurs Azotów Tarnów sprzedażą akcji po 52 zł (Stockwatch.pl) 
Źródło: 700 mln zł z EBI i EBOiR dla Grupy Azoty (Rp.pl)
Czytaj także: ABW ostrzegała, aby nie pozbywać się Azotów. Co robi rząd Tuska? - Sprzedaje je po zaniżonej cenie! (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 12/11/2015

   


  

     DohaInstitute: Działania ISIS popiera aż 13 proc. syryjskich uchodźców, którzy w tym roku przybyli do Europy
wpis z dnia 10/11/2015

 

Z badań opinii przeprowadzonych przez katarską organizację DohaInstitute wynika, że aż 13 proc. syryjskich uchodźców, którzy uciekli ze swojej ojczyzny, sympatyzuje z ISIS i popiera działania terrorystów. W praktyce oznacza to, że tylko w tym roku na terytorium Unii Europejskiej przedostało się co najmniej 26 tys. osób, których "sympatie" powinny budzić największy niepokój wśród służb specjalnych walczących z islamską siatką terrorystyczną w Europie.

Organizacja DohaInstitute (Arab Center for Research and Policy Studies) z siedzibą w Katarze przeprowadziła kompleksowe badania opinii m.in. na grupie 900 uchodźców z Syrii, którzy zmuszeni zostali do opuszczenia swojej ojczyzny i ucieczki do Europy. Uzyskane dane powinny postawić w stan najwyższej gotowości wszystkie służby specjalne, które na co dzień zajmują się rozpracowywaniem islamskiej siatki terrorystycznej w Europie. Okazuje się, że aż 13 proc. uchodźców wyraża pozytywną opinię na temat Państwa Islamskiego (ISIS) i jego działań!

Przekładając to na liczby bezwzględne z uwzględnieniem oficjalnych danych ONZ i unijnych agencji ds. uchodźców - tylko w tym roku do Europy przybyło około 800 tys. imigrantów i uchodźców. Co czwarty z nich był Syryjczykiem. To oznacza, że do Europy dostało się ok. 200 tys. uchodźców z tego ogarniętego wojną kraju. Jeśli wierzyć powyższym statystykom to okazuje się, że wśród wspomnianych 200 tys. osób, aż 26 tys. stanowili ludzie wyrażający się pozytywnie o działalności ISIS. Należy przy tym pamiętać, że mówimy tylko o Syryjczykach. Badania nie odnosiły się do innych nacji z Bliskiego Wschodu i Afryki, które w tym roku przekroczyły granice UE. 

Aby była jasność - powyższe dane wcale nie oznaczają, że do Europy trafiło z automatu 26 tys. terrorystów, którzy będą zabijać i organizować zamachy. Pozostaje jednak pytanie - jak służby państw europejskich mają przefiltrować wspomnianych "sympatyków" ISIS? W jaki sposób zinfiltrować ich środowisko i wyłowić jednostki, które mogą być autentycznie groźne dla porządku publicznego?

 

Źródło: Survey: Alarming Portion of Syrian Immigrants in Europe Are Islamic State Sympathizers (theblaze.com) (EN)
Źródło: The Military Campaign against the Islamic State in Iraq and the Levant: Arab Public Opinion (DohaInstitute.org) (EN)

wpis z dnia 10/11/2015

   


  

     Agora będzie miała ogólnopolską telewizję! Obsadzona przez ludzi PO i Komorowskiego KRRiTV rzutem na taśmę daje im koncesję
wpis z dnia 9/11/2015

 

Obsadzona przez ludzi Platformy Obywatelskiej i byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, tuż przed zmianą władzy postanowiła przyznać koncesję na nadawanie ogólnopolskiego kanału telewizyjnego spółce Agora S.A.! Już za kilka miesięcy spełni się zatem sen Lwa Rywina z 2002 roku i michnikowa "Gazeta Wyborcza" będzie miała swoją upragnioną telewizje o zasięgu ogólnokrajowym! 

Wniosek o przyznanie koncesji na nadawanie kanału telewizyjnego w ramach ogólnopolskiej naziemnej telewizji cyfrowej Agora (poprzez jedną ze swoich spółek zależnych) złożyła do KRRiTV we wrześniu b.r. W ubiegłym tygodniu Rada zdecydowała, że koncesję na nadawanie kanału na multipleksie otrzyma właśnie Agora (mimo sporej konkurencji ze strony innych podmiotów, m.in. Polsatu czy Discivery Communications). Telewizja wydawcy "Gazety Wyborczej" ma się nazywać KiwiTV. Ma być to kanał o charakterze uniwersalnym, który - zgodnie z rozpiską przygotowaną przez wnioskodawców - ukierunkowany ma być dla ludzi szukających rozrywki oraz informacji z kraju i ze świata, wiadomości kulturalnych oraz publicystyki. 

W kontekście powyższego warto pamiętać, że w czerwcu 2010 roku pełniący obowiązki prezydenta RP Bronisław Komorowski oraz zdominowany przez Platformę Sejm i Senat zgodnie odrzucili roczne sprawozdanie KRRiTV, co pozwoliło na odwołanie wszystkich ówczesnych członków Rady. Na ich miejsce platformiana ekipa z udziałem p.o. prezydenta powołała na 6-letnie kadencje swoich ludzi. Po upływie 5 lat, członkowie KRRiTV - którzy po zmianie władzy lada chwila mogą podzielić los swoich poprzedników - postanowili przyznać Agorze (wydawca Gazety Wyborczej) koncesję na nadawanie ogólnopolskiej telewizji. Czy widzę zależność? Formalnie, nie. Choć nie daje mi to spokoju, że Agora - poprzez swoje media - tak mocno wspierała Platformę Obywatelską i Bronisława Komorowskiego, którzy decydowali o tym kto do KRRiTV się dostanie. Czy nowa telewizja w swoich programach publicystyczno-informacyjnych również będzie tak jawnie udzielać poparcia ekipie, która 5 lat temu konstruowała skład KRRiTV? Raczej nie mam co do tego wątpliwości...

 

Źródło: Spółka Agory otrzyma koncesję na nadawanie Kiwi TV na MUX-8 (wyborcza.biz)

wpis z dnia 9/11/2015

   


  

     Plaga gwałtów w Szwecji? W ciągu 40 lat ludność tego kraju wzrosła o 18 proc., a liczba ujawnionych gwałtów aż o 1472 proc.!
wpis z dnia 7/11/2015

 

Zgodnie z policyjnymi statystykami w 2014 roku dokonano w Szwecji ponad 6,6 tys. gwałtów i przestępstw na tle seksualnym. Od czasu podjęcia przez szwedzkie władze decyzji o budowie społeczeństwa multi-kulti, liczba tego typu występków wzrosła niemal 16-krotnie. Okazuje się, że pod względem ilości ujawnionych przestępstw seksualnych na 100 tys. mieszkańców Szwecja ustępowała w ostatnim czasie jedynie Republice Lesoto w południowej Afryce.

Otwarcie szwedzkich władz na multi-kulti i napływ setek tysięcy imigrantów przyczyniły się do tego, że populacja Szwecji wzrosła o 18 proc., z poziomu 8,2 mln osób (1975 roku) do poziomu 9,7 mln osób (2014 rok). Wraz z napływem imigrantów zmieniły się również policyjne statystyki. Mimo że całkowita liczba ludności wzrosła jedynie o wspomniane 18 proc., to równocześnie aż o 300 proc. wzrosła liczba przestępstw dokonywanych przy użyciu siły. Wśród nich największy wzrost odnotowano w przypadku liczby dokonanych gwałtów. W 1975 roku w całej Szwecji ujawniono 421 gwałtów. W 2014 roku statystyki policyjne mówiły już o 6620 gwałtach, co oznacza wzrost aż o 1472 proc.!

Niektóre opisane przez media przypadki były niezwykle brutalne. Szczególnie wstrząsająca jest historia związana z czynem 34-letniego somalijskiego imigranta. 27 września 2013 roku zgwałcił on kobietę w podziemnym parkingu w sztokholmskiej dzielnicy Vasagatan. Zdaniem śledczych kobieta zmarła... w trakcie gwałtu.

 

Źródło: Sweden: Rape Capital of the West (EN)
Źródło: Somali muslim who raped dead swedish woman won't be deported (EN) 
Źródło: Sweden shocked after woman raped to death by somali parasite (EN)
Czytaj także: Sweden: 5% Muslim pop. commit nearly 77.6% of all rape crimes in Sweden (EN)

wpis z dnia 7/11/2015

  


  

     Platforma zmieniła prawo i wywołała plagę kradzieży. Nikt nie wie jak z tym walczyć!
wpis z dnia 6/11/2015

 

Złodzieje muszą być wdzięczni ekipie Platformy! Przypomnijmy, że w 2013 r. partia Tuska przeforsowała w Sejmie nowelizację Kodeksu Wykroczeń, zgodnie z którą przestępstwem staje się dopiero rabunek mienia o wartości co najmniej 1/4 wysokości wynagrodzenia minimalnego (obecnie = 437 zł). Kradzież mienia o niższej wartości jest tylko wykroczeniem. Efekt? - Złodzieje poczuli się bezkarni. Zaczęli kraść z kalkulatorem w ręku, tak by nie przekroczyć kwoty granicznej, a liczba drobnych kradzieży wzrosła aż o 56 tys.!

Okazuje się, że dzięki nowelizacji Kodeksu Wykroczeń przeforsowanemu przez Platformę Obywatelską w 2013 roku, winni kradzieży mienia do wysokości 437 zł (czytaj - winni wykroczenia) podlegają jedynie finansowej karze grzywny (kara za taką kradzież jest porównywalna z mandatem za np. nieprawidłowe parkowanie) i nie zostają wpisani do Krajowego Rejestru Karnego. Jeśli skradzione mienie przekracza wartość 437 zł, to kradzież staje się automatycznie przestępstwem. Zamiast grzywny grozi wówczas więzienie oraz obligatoryjny wpis do Krajowego Rejestru Karnego (osobie skazanej trudniej znaleźć pracę). 

Przed nowelizacją Kodeksu Wykroczeń kradzieżą traktowaną jako przestępstwo była kradzież mienia o wartości wyższej niż 250 zł. Poniżej tej kwoty było to tylko wykroczenie. Po zmianie przepisów wartość mienia, kwalifikującą kradzież jako przestępstwo została powiązana z wysokością 1/4 wynagrodzenia minimalnego, co w praktyce rozochociło drobnych złodziei. Markowe trunki, kosmetyki czy drobny sprzęt RTV - te towary najczęściej padają łupem złodziei, którzy pilnują, by wartość skradzionego towaru nie przekroczyła 437 zł (wspomniana 1/4 wynagrodzenia minimalnego). Drobni sklepikarze i detaliści są załamani. Coraz częściej są bowiem okradani przez złodziei z kalkulatorem w ręku, którzy wiedzą, że gdy wyniosą towar do określonej wartości i zostaną złapani, to praktycznie są bezkarni, bo co najwyżej grozi im grzywna (której i tak nikt nie wyegzekwuje). Co gorsze - w przyszłym roku, z uwagi na wzrost płacy minimalnej, limit wartości skradzionego mienia, po przekroczeniu którego kradzież z wykroczenia staje się przestępstwem, urośnie jeszcze bardziej - do poziomu 462 zł (tj. 1/4 płacy minimalnej, która od 1 stycznia 2016 roku wyniesie 1850 zł). 

Problem by nie istniał, gdyby ekipa PO nie przeprowadziła nowelizacji Kodeksu Wykroczeń. Niestety ich niekompetencja sprawiła, że nawet w takich kwestiach jak ustalanie sankcji za drobne kradzieże, potrafili jedynie partolić.

wpis z dnia 6/11/2015

  


  

     Przeciętny rodzic w Polsce dostaje od państwa 13-krotnie niższą pomoc finansową, niż przecięty rodzic we Francji!
wpis z dnia 5/11/2015

 

W rankingu wysokości ulg podatkowych i świadczeń finansowych, których celem jest zwrot części wydatków związanych z wychowywaniem dzieci, Polska plasuje się na szarym końcu wśród państw UE. Przeciętny rodzic w Europie może liczyć w ciągu roku na blisko 4,5-krotnie większą pomoc finansową ze strony swojego państwa, aniżeli przeciętny rodzic w naszym kraju. Są też państwa, gdzie pomoc finansowa dla rodziców jest aż 13-krotnie wyższa niż w Polsce...

Firma doradcza PwC przeprowadziła badania na temat wysokości bezpośredniej pomocy finansowej (ulgi podatkowe oraz świadczenia) dla rodzin wychowujących dzieci w poszczególnych państwach Unii Europejskiej. W symulacji przyjęto model rodziny 4-osobowej, składająca się z aktywnych zawodowo rodziców, z których każdy zarabia średnią krajową oraz dwójki zdrowych dzieci w wieku 4 i 8 lat uczęszczających do publicznych placówek szkolnych. Okazało się, że pomoc finansowa (a właściwie - zwrot części wydatków związanych z wychowywaniem dzieci) jaką gwarantuje państwo polskie jest na żenująco niskim poziomie i wynosi równowartość zaledwie 530 euro w skali roku (ok. 2,2 tys. zł). Dla porównania - statystyczny rodzic w UE może liczyć na pomoc swojego państwa w wysokości 2 347 euro w ciągu roku (ok. 9,8 tys. zł). Statystyczny rodzic we Francji może z kolei liczyć na pomoc w wysokości aż 6 772 euro (ok. 28,7 tys. zł)! 

W rankingu stworzonym przez PwC Polska zajęła odległe, bo 24. miejsce wśród państw należących do Unii Europejskiej. Niższa niż w naszym kraju pomoc finansowa państwa dla rodziców wychowujących dzieci obowiązuje jedynie w pogrążonej w głębokim kryzysie finansowym Grecji, na Litwie, w Rumunii i Bułgarii. Pierwsze miejsce w zestawieniu zajął Luksemburg z roczną kwotą finansowego wsparcia na poziomie 9 264 euro (równowartość ok. 39,2 tys. zł). Autorzy raportu sprawdzili również zależność pomiędzy wysokością ulg podatkowych i świadczeń rodzinnych a dzietnością w poszczególnych krajach. Niespodzianki nie było. Okazało się, że w większości przypadków stosowanie przez państwo odpowiednich zachęt i ulg dla rodzin sprzyja dzietności.

 

Czytaj więcej: Polska na szarym końcu UE jeśli chodzi o ulgi prorodzinne (Bankier.pl)
Czytaj więcej: 500 zł na dziecko? Sprawdź, jak jest w innych krajach Unii (Tvn24bis.pl)

wpis z dnia 5/11/2015

    


  

     Afera hazardowa II? Ekipa Kopacz właśnie zapewniła branży nielegalnych automatów do gier spokojne zyski na długie miesiące!
wpis z dnia 4/11/2015

 

Resort finansów w rządzie Ewy Kopacz tak długo poprawiał własne legislacyjne błędy w ustawie hazardowej, że ostatecznie - poprzez nieuwagę, niefrasobliwość, a może przekupstwo (?) - popełnił kolejny błąd i dał właścicielom nielegalnie funkcjonujących automatów do gier aż 10 miesięcy na ich zalegalizowanie (mimo, że pierwotna intencja ustawodawcy była zupełnie inna). Wypadek przy pracy? Nie sądzę... Pamiętacie aferę hazardową z 2009 roku? Oni wówczas doskonale wiedzieli jakie przepisy mają być zmodyfikowane, by wąskiej grupie kolesi żyło się lepiej...

Problem dotyczy jednego z przepisów nowelizacji ustawy hazardowej, która weszła w życie 3 września 2015 r. Zgodnie z jego treścią właściciele automatów do gier mają czas do 1 lipca 2016 r. na dostosowanie się do noweli. Ministerstwo Finansów usilnie twierdzi, że przepis ten odnosi się jedynie do podmiotów działających legalnie (tj. posiadających odpowiednie pozwolenia i koncesje). Eksperci z zakresu prawa hazardowego oraz sądy powszechne stoją jednak na odmiennym stanowisku. Ich zdaniem zastosowana w nowelizacji Ministerstwa Finansów konstrukcja przepisu przejściowego daje możliwość przedstawicielom branży nielegalnych automatów do gier na legalizowanie swoich biznesów do wspomnianego 1 lipca 2016 roku. Do tego czasu mogą oni działać na dotychczasowych warunkach (formalnie nielegalnie) powołując się na ogólną zasadę wolności gospodarczej.

Nie byłoby problemu, gdyby konstrukcja przepisu przejściowego był precyzyjna, tj. odnosiłaby się zarówno do zakresu przedmiotowego (działalność polegająca na świadczeniu usług hazardowych w postaci gry na automatach), jak i do przesłanki prowadzenia działalności zgodnej z ustawą (dotyczyłoby to wówczas podmiotów posiadających stosowne koncesje i zezwolenia). Niestety w przepisie mowa jest tylko o zakresie przedmiotowym (ustawodawca określił, że nowelizacja dotyczy podmiotów, których działalność polega na świadczeniu usług hazardowych w postaci gry na automatach; nie dodał, że działalność ta musi być formalnie zalegalizowana). A stąd już prosta droga do uznania, że nowelizacja daje branży nielegalnych usług hazardowych aż 10 miesięcy na zalegalizowanie swojej działalności i dostosowanie się do warunków nowelizacji ustawy hazardowej. 

Ktoś powie - niedopatrzenie, swego rodzaju "wypadek" przy legislacyjnej pracy. Ja mu wówczas przytoczę meandry afery hazardowej z 2009 roku. Przedstawiciele Platformy Obywatelskiej, którzy pracowali nad tekstem ustawy, doskonale wiedzieli jakie przepisy trzeba zmodyfikować lub usunąć, aby wybranym kolesiom żyło się lepiej. Stąd zasadne wydaje się być pytanie, czy obecnie nie mamy przypadkiem do czynienia z drugą aferą hazardową...?

 

Czytaj więcej: Jednoręcy bandyci trafili jackpota (Bankier.pl)
Czytaj więcej: Hazardowe "lub czasopisma" (PulsBiznesu.pl)

 

wpis z dnia 4/11/2015

   


  

     Żelazna logika rządu PO-PSL: 2 tys. zł na islamskiego imigranta? - Nie ma problemu. 500 zł na dziecko w polskiej rodzinie? - Skandal!
wpis z dnia 3/11/2015

 

Funkcjonariuszka Platformy Obywatelskiej Julia Pitera zapowiedziała, że jej partia nie poprze projektu ustawy wspierającej polskie rodziny kwotą 500 zł dodatkowego zasiłku na dziecko (czyli socjalem, który nadal jest sporo niższy od dodatków przyznawanych przez inne państwa w Europie Zachodniej). Wygląda więc na to, że odchodząca ekipa rządowa wolałaby łożyć na utrzymanie islamskich imigrantów (decyzje o ich przyjęciu wszak klepnęli), aniżeli wspierać finansowo polskie rodziny, od których zależy przyszłość nas wszystkich.

Katastrofa demograficzna staje się faktem. W Polsce rodzi się coraz mniej dzieci. Przyrost naturalny w 2015 roku prawdopodobnie będzie ujemny po raz drugi od czasu zakończenia II wojny światowej (pierwszy raz miało to miejsce w 2013 roku). Przyczynia się do tego masowa emigracja ludzi w wieku 18-34 lata, niskie zarobki, brak stabilizacji, ale również brak wsparcia instytucji państwowych dla młodych rodziców. Jak walczyć z tym problemem? Rozwiązanie jest proste - to przemyślana i skuteczna polityka prorodzinna skonstruowana na fundamencie finansowego wsparcia rodzin przez organy państwa.

Najlepszym przykładem na to, że taka polityka działa, jest... Rosja. Jeszcze w 2002 roku nasz wschodni sąsiad zmagał się z potężnym kryzysem demograficznym. Współczynnik dzietności wynosił tam zaledwie 1,3 (czyli tyle, ile obecnie wynosi on w Polsce). Aby zmienić niekorzystne tendencje w 2006 roku rosyjski parlament przyjął ustawę federalną nr 256-FZ "o działaniach dodatkowych skierowanych na wsparcie rodzin mających dzieci". Ustawa ta wprowadziła tzw. kapitał macierzyński, tj. świadczenie pieniężne dla matki, wypłacane gdy jej dziecko osiągnie wiek 3 lat. Stanowi ono równowartość 8,5 tys. euro (ok. 35 tys. zł) i może być przeznaczone na poprawę warunków mieszkaniowych, edukację dziecka lub zwiększenie oszczędności emerytalnych matki. Jaki był efekt ww. ustawy? Wskaźnik dzietności wzrósł do poziomu 1,75 (2014 rok). 

Niestety odchodząca ekipa rządowa nie rozumiała jak istotny dla naszego kraju jest wzrost współczynnika dzietności i wyrwanie się z demograficznej zapaści w jakiej się znaleźliśmy. Dla nich najważniejszą kwestią była szybka i bezdyskusyjna realizacja dyspozycji płynących z Berlina i Brukseli. Nawet jeśli stały one w jawnej sprzeczności z polską racją stanu.

Źródło wykorzystanych informacji: Felieton Bartosza Marczuka pt. "Demografia. Najważniejsze zadanie dla nowego rzadu" opublikowany w tygodniku "Wprost" (wydanie z 26.10.2015 r.)

wpis z dnia 3/11/2015

   


  

     Dlaczego ekipa PO skróciła okresy przedawnień dla niektórych przestępstw? Czy chodziło o umorzenie afery Art-B i sprawy mafii paliwowej?
wpis z dnia 2/11/2015

 

Przypomnijmy, że 1 lipca weszła w życie przyjęta przez ekipę PO nowelizacja kodeksu karnego, która skróciła aż o pięć lat okresy przedawnień dla niektórych przestępstw. Skorzystał na tym Andrzej Gąsiorowski - współzałożyciel spółki Art-B. Stawiane mu przez prokuraturę zarzuty przywłaszczenia 71,7 mln zł uległy przyspieszonemu przedawnieniu. Co gorsze - za chwile, dzięki decyzji posłów PO, przedawnieniu ulegną także zarzuty wobec członków mafii paliwowej! Czy taki był rzeczywisty cel tej nowelizacji?!

Koalicja rządowa PO-PSL w lutym b.r. postanowiła znowelizować przepisy kodeksu karnego dotyczące okresu przedawnień. Mimo krytyki ze strony ekspertów z dziedziny prawa karnego, zmienione zostało brzmienie art. 102 K.K. Zgodnie z jego znowelizowaną treścią skróceniu do pięciu lat uległ dodatkowy okres przedawnienia, który doliczany jest do podstawowego po tym, jak sprawca usłyszy prokuratorskie zarzuty. Na zmianie kodeksu karnego skorzystał m.in. Andrzej Gąsiorowski - współzałożyciel spółki Art-B, która na początku lat 90-tych dokonała przewału na 4,2 bln ówczesnych zł (420 mln dzisiejszych zł). Stawiane mu przez prokuraturę zarzuty przywłaszczenie ze szkodą spółki ponad 71,7 mln zł musiały ulec przyspieszonemu przedawnieniu.

Ale to nie koniec listy beneficjentów zmiany przeforsowanej przez Platformę Obywatelską i zatwierdzonej podpisem przez byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego. Okazuje się, że już niebawem przedawnieniu ulec mogą zarzuty stawiane przez organy ścigania wobec członków mafii paliwowej! Pierwotnie miały one ulec przedawnieniu dopiero w 2022 roku. Wejście w życie znowelizowanej wersji kodeksu karnego spowodowało jednak skrócenie do 2017 roku okresów przedawnienia dla przestępstwa popełnionych przez członków mafii paliwowej. Z uwagi na fakt, że większość spraw toczy się jeszcze przed sądami pierwszej instancji, jest mało prawdopodobne aby można było je prawomocnie zakończyć przed 2017 r. Piotr Kosmaty, rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie, w wywiadzie udzielonym "Gazecie Prawnej", potwierdza: - "Niewątpliwie może dojść do przedawnienia kilku spraw mafii paliwowej, które toczą się przed sądami. Dotyczy to głównie przypadków, gdy stawiano zarzuty działania w zorganizowanej grupie przestępczej. Miały one ulec przedawnieniu w 2022 r., ale stanie się to 5 lat wcześniej, czyli w 2017 r."

Czyżby zatem głównym powodem nowelizacji kodeksu karnego, dokonanej przez ekipę Platformy Obywatelskiej, była chęć pomocy mafiosom i aferzystom?

 

Czytaj więcej: Mafia paliwowa bez kary. Umorzono już ponad sto spraw (GazetaPrawna.pl)

wpis z dnia 2/11/2015

   


   

     Na naszych oczach powstaje nowy sojusz niemiecko-rosyjski. Do tej pory kończyły się one dla nas tragicznie. Czy tym razem będzie podobnie?
wpis z dnia 1/11/2015

 

Niemcy wznowiły swój polityczno-gospodarczy taniec z Moskwą. To niestety upiorny taniec dla Polski i całego regionu. Historia uczy, że podobne alianse z przeszłości kończyły się dla nas tragicznie. Miliony Polaków musiało zginąć, dostać się do niewoli czy zostać wysiedlona, gdy Berlin z Moskwą odnajdywały wspólny język. Czy tym razem będzie podobnie?

W ubiegłym tygodniu niemiecki wicekanclerz i minister gospodarki Sigmar Gabriel pojechał do Moskwy rozmawiać z Władimirem Putinem rozmawiać o wspólnych interesach Niemiec i Rosji związanych z gazociągiem Nord Stream 2. Pomimo deklaracji Komisji Europejskiej o sprzeczności projektu Nord Stream 2 z unijną polityką energetyczną Gabriel zapewnił Putina, iż władze w Berlinie zrobią wszystko, aby nikt nie mieszał się się sprawy związane z realizacją tej inwestycji: - "Staramy się, aby wszystko związane z tym projektem pozostało w kompetencjach niemieckich władz, jeśli to tylko możliwe. Jeśli to się uda, szanse na mieszanie z zewnątrz będą ograniczone. I jesteśmy w tej sprawie w dobrej pozycji negocjacyjnej".

Deklaracja niemieckiego wicekanclerza jest o tyle niepokojąca, że projekt Nord Stream 2 to jawnie anty-polska inicjatywa, która dla naszego kraju może się okazać gospodarczą wersją paktu Ribbentrop-Mołotow. Przypomnijmy, że plan przewiduję budowę kolejnej, dwunitkowej magistrali gazowej o przepustowości 55 mld metrów sześciennych surowca rocznie z Rosji do Niemiec przez Morze Bałtyckie z ominięciem Polski. W praktyce będzie to oznaczać, że całość gazu z Rosji będzie docierać do Europy Zachodniej przez Niemcy (a nie, jak do tej pory przez Białoruś, Polskę i Niemcy), co zapewni niemieckim firmom przesyłowym stabilne wpływy pieniężne na dziesięciolecia, a Rosji umożliwi stosowanie szantażu energetycznego wobec Polski. Obecnie było to niemożliwe, bowiem wstrzymanie dostaw gazu do Polski (jako kraju tranzytowego) było równoznaczne ze wstrzymaniem dostaw do państw Europy Zachodniej. Po wybudowaniu Nord Stream 2 Rosja będzie mogła dostarczać całość gazu potrzebnego Europie z pominięciem Polski. 

Historia pokazuje, że gdy Niemcy z Rosją zbliżały się do siebie na kanwie wspólnych interesów polityczno-gospodarczych, to za każdym razem najmocniej cierpiała z tego powodu Polska. Czy tym razem będzie podobnie?

 

Czytaj więcej: Zniesienie sankcji, wspólna agencja ds. energii. Berlin dogaduje się z Moskwą (Tvn24bis.pl)
Czytaj więcej: Berlin zapewnia Moskwę, że nie pozwoli Brukseli mieszać się do Nord Stream 2 (BiznesAlert.pl)

wpis z dnia 1/11/2015