Archiwum: Grudzień 2015

 

     Oto koronny dowód na to, jak upolityczniony Trybunał Konstytucyjny wydawał wyroki korzystne dla rządu PO-PSL!
wpis z dnia 31/12/2015

 

Pod koniec 2011 roku rząd Tuska w trybie "pilnym" zaproponował ustawę o podniesieniu składki rentowej. Rządowa większość w parlamencie w ekspresowym tempie ją klepnęła, a prezydent Komorowski natychmiast podpisał. Problem w tym, że zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem w trybie "pilnym" nie wolno wprowadzać zmian o charakterze podatkowym. PiS zaskarżył ustawę do TK, a ten - po 18 miesiącach (!) od momentu wniesienia skargi - stwierdził, że podniesienie obywatelom składki rentowej w trybie "pilnym" było zgodne z prawem.

Przypomnijmy, że pod koniec grudnia 2011 roku w życie weszła ustawa podwyższająca składkę rentową dla przedsiębiorców aż o 1/3, z poziomu 6 proc. do 8 proc. podstawy wymiaru. Szacunki projektodawców tego rozwiązania mówiły, iż z kieszeni podatników zniknie w ten sposób około 7 miliardów zł w skali roku. Z ustawą był jednak pewien problem - została bowiem ona przyjęta w tzw. trybie pilnym, a zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem ustaw o charakterze podatkowym nie wolno wprowadzać w tym trybie. 

PiS postanowił zaskarżyć przedmiotową ustawę do Trybunału Konstytucyjnego wskazując, iż przeprocesowanie jej przez ekipę PO-PSL w trybie pilnym było sprzeczne z obowiązującym w naszym kraju prawem. Co zrobił zarządzany przez sędziego Rzeplińskiego TK? - Po 18 miesiącach od momentu wniesienia skargi stwierdził łaskawie, że składka rentowa to nie podatek i jej podwyższenie mogło zostać przeprowadzone przez rząd PO-PSL w trybie pilnym. 

Orzeczenie TK było dla rządu Tuska wybawieniem od bardzo poważnych problemów. Jeśli bowiem sędziowie uznaliby, że składki ZUS mają charakter podatkowy, a tym samym ich podniesienie w trybie "pilnym" byłoby nielegalne, to ekipa PO-PSL musiałaby się liczyć z falą pozwów. Szacowane roszczenia za okres od początku 2012 roku do lipca 2013 roku (kiedy TK wydał orzeczenie) mogłyby wynieść nawet 12 miliardów złotych (licząc z odsetkami). Upolityczniony, wybrany przez posłów PO-PSL skład Trybunału postanowił jednak uratować ekipę swoich mocodawców i wydał kuriozalny wyrok o tym, że obowiązkowa danina publiczna podatkiem nie jest. 

Nie mam wątpliwości, że ten sam upolityczniony, wybrany przez posłów PO-PSL skład Trybunału będzie robił wszystko, aby zaszkodzić rządowi Beaty Szydło. Jeśli obecnej ekipie rządowej nie uda się szybko zaorać tej instytucji (np. poprzez zmianę Konstytucji), to musi się liczyć z tym że TK uzna za "niekonstytucyjne" wszystkie sztandarowe ustawy PiS (np. wprowadzające podatek bankowy czy od sklepów wielkopowierzchniowych).

 

Czytaj także: Trybunał Złamany (Interia.pl)
Czytaj także: Składkami można zaskakiwać (NaszDziennik.pl)

wpis z dnia 31/12/2015

   


  

     Po przejęciu władzy przez Orbana protesty na Węgrzech trwały przez 8 miesięcy. Dziś Orban rządzi drugą kadencję
wpis z dnia 30/12/2015

 

Warto zauważyć, że tuż po przejęciu przez Viktora Orbana władzy na Węgrzech, kiedy to w demokratycznych wyborach jego partia zdobyła parlamentarną większość, na ulicach węgierskich miast pojawiły się wielotysięczne protesty niezadowolonych z tego faktu ludzi, a w mediach usłyszeć można było jęk elit podobny do tego, który słyszymy obecnie w polskich telewizjach. Protesty ucichły dopiero po około 8 miesiącach... Dziś Orban rządzi drugą kadencję wyciągając Węgry na prostą.

Orban, po przejęciu władzy na Węgrzech, bardzo szybko zaczął wprowadzać zapowiadany jeszcze przez wyborami program naprawy swojego państwa. Węgierski parlament - w którym większość zdobyła jego partia Fidesz - bardzo szybko (w ciągu kilku miesięcy) uchwalił szereg ustaw drastycznie zmieniających dotychczasowy układ. Zmieniono prawo tak, aby większe podatki do kasy państwa płaciły zagraniczne banki i supermarkety. Wprowadzono 98 procentowy podatek od gigantycznych odpraw wypłacanych w spółkach należących do węgierskiego skarbu państwa. Uchwalono nową ustawę ograniczającą rolę węgierskiego Trybunału Konstytucyjnego oraz nową ustawę medialną. 

Za każdą zmianą na ulice węgierskich miast wychodzili przeciwnicy polityki Viktora Orbana. Demonstracje gromadziły wielotysięczne tłumy, które - w ostrych hasłach - domagały się wstrzymania uchwalanych przez Fidesz zmian. Na czele demonstracji zawsze stawali ludzie kojarzeni z odsuniętą chwile wcześniej od władzy liberalno-lewacką "elitą". W kontrolowanych przez siebie mediach wyli niczym zarzynane świnie (przepraszam za to porównanie, ale nie znam lepiej opisującego tę sytuację), a los Węgier porównywali do losu Niemiec, kiedy władzę przejmował Adolf Hitler...

Po kilku miesiącach histerycznego jęku, judzenia i straszenia wprowadzeniem ustroju totalitarnego, wielotysięczne protesty ustały (następne miały miejsce dopiero w 2012 roku, kiedy wprowadzano nową Konstytucję). Reformy proponowane przez rząd Viktora Orbana spodobały się Węgrom na tyle, że wybrali go na swojego lidera w kolejnych wyborach parlamentarnych w 2014 roku, a kierowana przez niego koalicja uzyskała łącznie 2/3 mandatów w węgierskim Zgromadzeniu Narodowym. 

Histeryczny lęk przed działaniami na rzecz wzmocnienia państwa kosztem zagranicznego kapitału na niewiele się zdał. Orban rządzi dziś drugą kadencję wyprowadzając Węgry na prostą. Tak jak obiecał, tak zrobił.

 

Źródło: Węgry: zmiana konstytucji ograniczająca Trybunał Konstytucyjny (Onet.pl)
Źródło: Kaganiec na węgierskie media (Wyborcza.pl)
Źródło: Węgry nie potrzebują MFW, wysoki podatek od banków przegłosowany (Wyborcza.biz)
Źródło: Węgierski premier walczy o 98-proc. podatek od super odpraw w budżetówce (GazetaPrawna.pl)

wpis z dnia 30/12/2015

   


  

     Niemcy spalają blisko połowę węgla, jaki zużywa cała UE. Ale dzięki propagandzie to Polskę uważa się za największego truciciela w Europie!
wpis z dnia 29/12/2015

 

Niemiecka hipokryzja w sprawie CO2 nie zna granic. Zdaniem naszych zachodnich sąsiadów Polska spala za dużo węgla i emituje przy tym do atmosfery zbyt wiele gazów cieplarnianych. Problem w tym, że to niemiecka gospodarka spala o wiele więcej węgla niż polska (Niemcy: 240 mln ton; Polska: 152 mln ton), a poziom emisji CO2 na osobę jest tam znacznie wyższy niż w naszym kraju (Niemcy: 10,4 tony/1 os.; Polska: 8,6 tony/1 os.).

Niemcy lubią nam wytykać, że emitujemy do atmosfery za dużo gazów cieplarnianych. Sami jednak z miesiąca na miesiąc spalają coraz więcej węgla i planują budowę nowych elektrowni węglowych. Warto zauważyć, że od 2008 r. nasz zachodni sąsiad zbudował pięć nowych elektrowni opalanych węglem o łącznej mocy ok. 4,3 tys. MW. W tym samym czasie nieudolny rząd Tuska dopuścił do likwidacji zaawansowanego projektu budowy elektrowni węglowej w Ostrołęce oraz dał się ograć ekologom w sprawie nowych bloków elektrowni w Opolu. Niemcy jednak nie próżnują, bo do 2018 r. zamierzają wybudować kolejne elektrownie węglowe o łącznej mocy 6,6 tys. MW. 

Zdaniem Niemców spalamy za dużo węgla i emitujemy przy tym zbyt wiele gazów cieplarnianych. Problem w tym, że niemiecka gospodarka spala o wiele więcej węgla niż polska, a poziom emisji CO2 na osobę jest znacznie wyższy niż w naszym kraju. Świadczą o tym statystyki Międzynarodowej Agencji Energii (IEA) oraz Europejskiego Stowarzyszenia Węgla Kamiennego i Brunatnego. W roku 2011 Niemcy emitowały do atmosfery 802,3 mln ton CO2. W roku 2013 emisja CO2 naszego zachodniego sąsiada wyniosła 842,8 mln ton. W ciągu dwóch lat nastąpił zatem wzrost emisji o 5 proc. Jeśli chodzi o Polskę to w 2011 roku emitowaliśmy do atmosfery 337,0 mln ton CO2. Dwa lata później emisje spadły do poziomu 331,1 mln ton CO2. To oznacza procentowy spadek w wysokości -1,8 proc. 

Bardziej miarodajną statystyką jest poziom emisji CO2 na głowę jednego mieszkańca. W przypadku Niemiec wynosił on w 2013 roku 10,4 tony. W tym samym czasie statystyczny Polak emitował do atmosfery jedynie 8,6 tony CO2. Jeśli chodzi o węgiel brunatny to z danych Europejskiego Stowarzyszenia Węgla Kamiennego i Brunatnego wynika, że w 2012 roku Niemcy wyprodukowały 185,4 mln ton. W tym czasie Polska wydobyła 64,2 mln ton. Jeśli chodzi o węgiel kamienny to tutaj proporcje są odmienne: to Polska w 2012 roku wydobyła go więcej - 78,1 mln ton, podczas, gdy Niemcy jedynie 11,6 mln ton. Problem jednak w tym, że nasi zachodni sąsiedzi masowo importują ten węgiel z zagranicy. W 2012 roku zaimportowano do Niemiec 43 mln ton węgla kamiennego, podczas gdy w Polsce import węgla kamiennego wynosił jedynie 10,1 mln ton. Ogólny bilans kształtuje się następująco: 240 mln ton węgla w Niemczech - 152,4 mln ton w Polsce. 

Widząc powyższe statystyki jasnym się staje, że to niemiecka gospodarka spala o wiele więcej węgla niż polska, a statystyczny poziom emisji CO2 na osobę jest znacznie wyższy niż w Polsce. Dlaczego zatem nasi zachodni sąsiedzi uprawiają hipokryzję, twierdząc że jesteśmy "największym trucicielem" w Europie? Czy chodzi im o jeszcze wyraźniejsze osłabienie polskiej gospodarki i likwidacje resztek naszego przemysłu, który jest nadal groźny dla przemysłu niemieckiego?

 

Czytaj także: Niemcy stawiają na węgiel (Bankier.pl)
Czytaj także: Prof. Jędrysek: Niemcy spalają blisko połowę węgla, jaki spala się w całej UE. Ale dzięki propagandzie to nas uważa się za ekologicznego "brudasa" (wPolityce.pl)
Czytaj także: Niemcy spalają coraz więcej węgla, głównie z USA (Wnp.pl)

wpis z dnia 29/12/2015

    


  

     Dlaczego Niemcy atakują polski rząd? Bo panicznie boją się powrotu tematu reparacji wojennych! Chodzi o kwotę 845 mld USD
wpis z dnia 28/12/2015

 

Warto się zastanowić dlaczego po wygranych przez PiS wyborach za naszą zachodnią granicą zapanowała istna histeria? Czy tylko dlatego, że rząd Beaty Szydło planuje wprowadzić podatki bankowe i od sieci handlowych, które najmocniej uderzą w niemieckie supermarkety i banki? A może władze w Berlinie (a w ślad za nimi media kontrolowane przez niemiecki kapitał) najmocniej obawiają się powrotu tematu... reparacji wojennych? Wszak w grę wchodzą roszczenia w wysokości ok. 845 mld USD!

Zdecydowana większość polskich rządów, jakie formowano po 1989 roku, była dla Berlina bardzo wygodna. Najlepszym tego przykładem było ośmiolecie rządów PO-PSL. Doprowadzono wówczas do stanu, w którym nasz kraj stał się - de facto - politycznym satelitą Niemiec. Wszelkie kluczowe decyzje, dotyczące strategicznych dziedzin funkcjonowania naszego państwa, musiały być najpierw akceptowane przez ekipę Angeli Merkel. Nie było mowy o tym, aby polski rząd mógł wprowadzić regulacje, które choćby tylko pośrednio uderzały w żywotne interesy gospodarcze naszego zachodniego sąsiada. 

Sytuacja zmieniła się po 25 października, kiedy to wybory parlamentarne wygrało PiS. Nowy rząd Beaty Szydło zapowiedział szybkie wprowadzenie podatków, które istotnie odczują niemieckie firmy i banki działające na terytorium Polski. To oczywiście nie mogło się podobać politykom z Berlina. Ale czy tego w istocie boją się najmocniej...?

Przypomnijmy, że w 2004 roku, kiedy Niemcy zaczęły przebąkiwać coś o odszkodowaniach za utracone w wyniku podziałów politycznych po II wojnie światowej terytoria należące do III Rzeszy (dzisiejsze Pomorze Zachodnie, Mazury oraz Dolny Śląsk), urzędnicy Lecha Kaczyńskiego (ówczesnego prezydenta Warszawy) przygotowali wyliczenia, z których wynikało, że za samo tylko zniszczenie Warszawy Niemcy są winne Polsce równowartość dzisiejszych 45,3 mld USD. Temat roszczeń niemieckich za utracone ziemie III Rzeszy natychmiast przygasł...

Kwestia reparacji wojenny powróciła niespodziewanie na początku 2015 roku, kiedy grecki wiceminister finansów Dimitris Mardas stwierdził publicznie, iż Niemcy są winne Grecji blisko 279 mld euro w ramach reparacji za szkody wyrządzone przez hitlerowskie władze III Rzeszy w czasie II wojnie światowej. Powrót tematu niewypłaconych reparacji odbił się także szerokim echem w Polsce. Zgodnie z szacunkami dziennikarza i politologa dr. Grzegorza Kostrzewy-Zorbasa - w ślad za Grecją, także i Polska mogłaby się ubiegać od rządu w Berlinie potężnych reparacji za straty wywołane przez Niemców podczas II wojny światowej. Zdaniem Kostrzewy-Zorbasa w grę miałaby wchodzić nawet równowartość 845 mld USD! 

Wiadomym było, że rząd Donalda Tuska czy Ewy Kopacz nigdy nie użyje przeciwko Niemcom argumentu niewypłaconych odszkodowań za straty spowodowane agresją i okupacją z czasów II wojny światowej. Sytuacja jednak uległa zmianie, i o ile wcześniej było to nie możliwe, o tyle w przypadku rządu PiS staje się całkiem realne. Wydaje mi się, że właśnie tego najbardziej obawiają się niemieccy politycy. Nie podatku bankowego (mBank, Deutsche Bank), nie podatku od sklepów wielkopowierzchniowych (Lidl, Kaufland, Rossmann) lecz właśnie powrotu tematu odszkodowań i reparacji za straty wywołane II wojną światową. Stąd obecnie taka histeria, jazgot i nieustanne ataki na rząd PiS ze strony niemieckich polityków oraz mediów kontrolowanych przez niemiecki kapitał.

 

Czytaj także: Polska ma jeszcze szanse na odszkodowanie za II wojnę światową? (TelewizjaRepublika.pl)
  
wpis z dnia 28/12/2015

   


  

     Rząd Orbana idzie na wojnę z Deutsche Telekom. Zrywane są wszelkie umowy. O tym raczej nie dowiesz się z "salonowych" telewizji
wpis z dnia 23/12/2015

 

Węgierski rząd podjął decyzję o wypowiedzeniu wszelkich umów na dostawy usług telefonicznych i internetowych z Magyar Telekom - firmy telekomunikacyjnej należącej do koncernu Deutsche Telekom (w Polsce są właścicielami sieci T-Mobile). Powód? - Należący do Niemców Magyar Telekom zerwał wcześniej współpracę ze znanym na Węgrzech piosenkarzem z uwagi na jego konserwatywne poglądy. O tym polskojęzyczne telewizje salonowe raczej nie powiedzą.

Rzecznik rządu Viktora Orbana Zoltan Kovacs poinformował, że wszystkie ministerstwa zostały zobowiązane do zerwania umów o świadczeniu usług z Magyar Telekom - firmy telekomunikacyjnej należącej do niemieckiego koncernu Deutsche Telekom. Wszystko przez wcześniejszą decyzję operatora, zgodnie z którą zerwał on współpracę ze znanym na Węgrzech piosenkarzem Akosem Kovacsem z powodu jego konserwatywnych poglądów, z którymi się nie ukrywał. 

Politycy rządzącej na Węgrzech partii Fidesz otwartym tekstem wyjaśniali, że decyzja rządu miała bezpośredni związek z postępowaniem należącego do Niemców telekomu, który - ich zdaniem - jawnie dyskryminował Akosa z powodu jego poglądów, co jest niezgodne z węgierską konstytucją. Co ciekawe - decyzja węgierskich władz została pozytywnie odebrana przez tamtejszą opinię publiczną. Wpłynęła ona również na rynki finansowe. Akcje Magyar Telekom na giełdzie w Budapeszcie spadły o 3 proc.

Przypomnijmy - właścicielem Magyar Telekom jest Deutsche Telekom, który w Polsce kontroluje siec T-Mobile.

 

Źródło: Deutsche Telekom na Węgrzech ma kłopoty. Rząd Orbana zrywa umowy (Money.pl)

wpis z dnia 23/12/2015

   


   

     W 2013 roku rząd Tuska ukrył aż 31 mld zł deficytu! Gdzie wówczas były salonowe media i obrońcy demokracji??!
wpis z dnia 22/12/2015

 

Raport NIK na temat wykonania budżetu państwa nie pozostawia wątpliwości - w 2013 roku rządowi Donalda Tuska, poprzez stosowanie sztuczek księgowych, udało się ukryć aż 31 mld zł długu i deficytu budżetowego, co stanowiło 1,9 proc. PKB! Powstaje pytanie - gdzie były wówczas salonowe media, obrońcy praworządności i demokracji? Dlaczego nikt nie protestował, nie podnosił larum, że oto Tusk nam państwo niszczy od środka? Z jakiego powodu ten ważny temat nie zaistniał w dyskursie publicznym?

Lektura "Analizy wykonania budżetu państwa i założeń polityki pieniężnej w 2013 roku" przygotowana przez Najwyższą Izbę Kontroli nie pozostawia złudzeń. Kontrolerzy NIK stwierdzili, że ekipa Tuska, dążąc do wykazania jak najniższego deficytu budżetowego, sztucznie zaniżała wielkość wydatków budżetu państwa. Było to możliwe dzięki transferowaniu pieniędzy podatników do jednostek publicznych, które z przyczyn formalno-prawnych nie są zaliczane do sektora publicznego. W ten sposób istotna część środków publicznych była przekazywana z budżetu państwa do innych jednostek sektora finansów z pominięciem wydatków budżetu państwa.

Ponadto poważnym problemem było również przekazywanie zadań publicznych finansowanych wcześniej z budżetu państwa do innych jednostek sektora finansów publicznych lub nawet poza ten sektor, bez zapewnienia odpowiedniego finansowania. To powodowało konieczność zadłużania się przez te jednostki. Tak było na przykład z Krajowym Funduszem Drogowym, który odpowiada za finansowanie budowy dróg w Polsce. Okazuje się, że długi tej jednostki nie są wykazywane w oficjalnym długu publicznym.

W całym 2013 r. NIK zidentyfikował następujące działania, które miały wpływ na wykazywanie odpowiednio niższego deficytu budżetu państwa:


− Przekazanie do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych przekazano, w formie rozchodów budżetu państwa, środków na refundację utraconych przez FUS wpływów ze składki stanowiącej dochody otwartych funduszy emerytalnych (10,7 mld zł),
− Pożyczka z budżetu państwa na sfinansowanie niedoborów Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (12,0 mld zł),
− Przekazanie do wybranych jednostek – w formie rozchodów z budżetu państwa - środków uzyskanych w wyniku prywatyzacji Skarbu Państwa (2,7 mld zł),
− Otrzymanie przez Bank Gospodarstwa Krajowego (niezaliczany do sektora finansów publicznych) od Ministra Finansów obligacji Skarbu Państwa w celu podwyższenia funduszy własnych (2,0 mld zł),
− Pozyskanie przez Krajowy Fundusz Drogowy w formie kredytów i obligacji środków na sfinansowanie inwestycji i remontów krajowych dróg publicznych, zarządzanych przez Generalną Dyrekcję Dróg Krajowych i Autostrad (państwową jednostkę budżetową); obligacje i kredyty emitowane lub zaciągane na rzecz KFD były objęte gwarancjami Skarbu Państwa (2,6 mld zł),
− Zmniejszenie kwoty dotacji z budżetu państwa dla spółki PKP Polskie Linie Kolejowe na finansowanie inwestycji kolejowych określonych w Wieloletnim Programie Inwestycji Kolejowych do roku 2013 z perspektywą do roku 2015. Brakujące środki na  sfinansowanie programu miała pozyskać spółka PKP PLK w drodze emisji obligacji; zdaniem NIK spółka ta nie posiadała wystarczającej zdolności kredytowej, żeby z przychodów z działalności spłacać dodatkowe zobowiązania zaciągane w celu sfinansowania inwestycji kolejowych. Co istotne - wzrost zadłużenia PKP PLK nie wpłynął na zwiększenie państwowego długu publicznego oraz długu sektora instytucji rządowych i samorządowych, liczonego zgodnie z metodologią unijną, gdyż spółka ta nie jest zaliczana ani do sektora finansów publicznych, ani do sektora instytucji rządowych i samorządowych (1,0 mld zł).

Łączne skutki finansowe wyżej wymienionych działań wyniosły 31,0 mld zł, co stanowiło 1,9% PKB.

Kontrolerzy NIK zauważyli przytomnie, że sztuczne zaniżanie deficytu budżetu państwa, deficytu sektora finansów publicznych oraz długu publicznego przez ekipę Donalda Tuska było niepokojącym zjawiskiem, gdyż wielkości te stanowią podstawę do dokonania przez społeczeństwo oceny sytuacji finansowej państwa. Jeżeli poprzedniej ekipie w ciągu tylko jednego roku udało się ukryć aż 31 mld zł długu, to percepcja wspomnianej sytuacji musiała by zostać zaburzona. Czy właśnie dlatego salonowe media, obrońcy praworządności i demokracji milczeli na ten temat?

 

Źródło informacji: Analiza wykonania budżetu państwa i założeń polityki pieniężnej w 2013 roku (NIK.gov.pl)

wpis z dnia 22/12/2015

 


 

     Niemcy olewają polskie roszczenia w/s Nord Stream! Pozew polskich portów dot. przebiegu gazociągu odrzucony!
wpis z dnia 21/12/2015 

 

W czerwcu 2011 roku, kiedy Nord Stream był jeszcze w budowie, kanclerz Niemiec Angela Merkel obiecała Donaldowi Tuskowi, że w razie potrzeby Niemcy pogłębią przebieg gazociągu na dnie Bałtyku, tak aby do portów w Świnoujściu i Szczecinie mogły wpływać większe statki. Cztery i pół roku później, kiedy w interesie naszego kraju pojawiła się wspomniana potrzeba, sąd w Hamburgu odrzucił polski pozew w/s pogłębienia przebiegu Nord Streamu! Wygląda więc na to, że Tusk dał się oszukać, ale to Polska gospodarka straci na tym najwięcej.

Przypomnijmy - 21 czerwca 2011 roku doszło do ustaleń między Angelą Merkel, a Donaldem Tuskiem w sprawie położenia gazociągu Nord Stream. Tusk de facto zgodził się wówczas na to, aby budowany gazociąg częściowo blokował dostęp do portów w Świnoujściu i Szczecinie. Merkel obiecała jednak, że gdy tylko pojawi się taka potrzeba i wspomniane porty będą chciały przyjmować większe statki handlowe, to Niemcy "uregulują kwestie prawne" dotyczące pogłębienia położenia rur po swojej stronie, tak aby odblokować drogę morską do Świnoujścia i Szczecina dla dużych statków handlowych.

W efekcie powyższych ustaleń Rosjanie z Niemcami tak ułożyli na dnie Bałtyku dwie pierwsze rury gazociągu Nord Stream, że obecnie do portu w Świnoujściu i w Szczecinie nie są w stanie wpłynąć statki o zanurzeniu większym niż 13,5 metra (duże kontenerowce osiągają zanurzenie około 14-15 metrów, a więc wpływając do Świnoujścia mogłyby zniszczyć infrastrukturę gazociągu Nord Stream). Być może nie miałoby to większego znaczenia, gdyby nie fakt, iż Zarząd Morskich Portów Szczecin i Świnoujście (ZMPSiŚ) planuje w najbliższym czasie budowę w Świnoujściu terminala kontenerowego i terminala ładunków masowych, które mają pozwolić na przyjmowanie statków o zanurzeniu większym niż 13,5 metra.

Z uwagi na powyższe ZMPSiŚ złożył w tej sprawie do sądu w Hamburgu pozew przeciwko niemieckiemu Federalnemu Urzędowi ds. Żeglugi Morskiej i Hydrografii. Chodzi o to, że niemiecki urząd wyraził zgodę na przebudowę dwóch pierwszych nitek gazociągu Nord Stream I ułożonych w poprzek toru wodnego zapewniającego ruch statków z i do Świnoujścia. Strona polska domagała się w pozwie, aby na skrzyżowaniu gazociągu ze szlakiem żeglugowym do Świnoujścia rury gazowe zostały położone głębiej, co umożliwiłoby poruszanie się statków o większym zanurzeniu. 

17 grudnia 2015 r. sąd w Hamburgu odrzucił jednak w/w pozew. Tym samym obietnice Angeli Merkel złożone w 2011 roku Donaldowi Tuskowi, o tym, że w razie potrzeby Niemcy "uregulują kwestie prawne" dotyczące pogłębienia położenia rur po swojej stronie, okazały się być - za przeproszeniem - gówno warte.

 

Czytaj więcej: Niemcy nie dotrzymały słowa. Polska przegrała sprawę przeciwko Nord Stream (BiznesAlert.pl)

wpis z dnia 21/12/2015

   


  

     TK we własnej sprawie wydał wyrok po 19 dniach. W sprawie dot. milionów obywateli (BTE) potrzebował na to aż 902 dni!
wpis z dnia 20/12/2015

 

Gdy zagrożone były interesy członków Trybunału Konstytucyjnego, to potrafili oni się zebrać i wydać korzystny dla siebie wyrok w ciągu zaledwie 19 dni. Gdy chodziło o interesy zwykłych ludzi, które zagrażały interesom banków (zgodność bankowego tytułu egzekucyjnego z Konstytucją), to sędziowie Trybunału potrzebowali aż 902 dni na wydanie odpowiedniego wyroku potwierdzającego niekonstytucyjność kwestionowanych przepisów.

19 listopada Sejm uchwalił przedstawioną przez PiS nowelizację ustawy o TK. Dzień później Senat nie wprowadził do niej poprawek, co pozwoliło prezydentowi Andrzejowi Dudzie złożyć pod nią swój podpis. Ustawa została opublikowana w dzienniku ustaw. Dokładnie 19 dni później Trybunał Konstytucyjny orzekł, iż zmiany proponowane przez PiS, które - co należy odnotować, - uderzały w interesy poszczególnych sędziów z obecnego składu TK, są sprzeczne z Konstytucją.

W kontekście wspomnianych 19 dni warto zauważyć, że 24 października 2012 roku Sąd Rejonowy w Koninie postanowił zadać Trybunałowi Konstytucyjnemu pytanie o zgodność z Konstytucja zapisów Prawa Bankowego regulujących kwestie bankowego tytułu egzekucyjnego, które w uprzywilejowanej pozycji stawiały działające na terytorium naszego kraju banki. Co ciekawe - Trybunał uznał zapisy Prawa Bankowego dotyczące BTE za niekonstytucyjne. Problem w tym, że zrobił to dopiero wyrokiem z dnia 14 kwietnia 2015 roku, czyli po upływie 902 dni od chwili zadania pytania przez Sąd Rejonowy. 

Jak widać, kiedy zagrożone były interesy poszczególnych sędziów, Trybunał potrafił w ekspresowym tempie wydać wyrok. Kiedy jednak chodziło o interesy zwykłych ludzi, które zagrażały interesom banków, to Trybunał potrzebował aż 902 dni na wydanie wyroku potwierdzającego niekonstytucyjność kwestionowanych przepisów.

 

Źródło informacji: Jak działa Trybunał Konstytucyjny (10murzynków)

wpis z dnia 20/12/2015

   


  

     Silny cios w Gazetę Wyborczą: Koniec z publikowaniem w prasie ogłoszeń i komunikatów spółek Skarbu Państwa!
wpis z dnia 18/12/2015

 

Ministerstwo Skarbu Państwa właśnie poinformowało, że spółki z udziałem Skarbu Państwa oraz inne resorty ministerialne nie będą publikować komunikatów i ogłoszeń w prasie ogólnopolskiej. W praktyce oznacza to silny cios w Agorę, której flagowy okręt, czyli Gazeta Wyborcza, była do tej pory istnym biuletynem rządowych komunikatów oraz ogłoszeń wykupywanych przez spółki Skarbu Państwa. Podejrzewam, że ta decyzja może tylko pogłębić histerię środowiska dziennikarskiego związanego z okrągłostołowym układem.

Ministerstwo Skarbu Państwa przygotowało przepisy, które znoszą obowiązek publikowania komunikatów i ogłoszeń państwowych spółek w tzw. prasie ogólnopolskiej (w praktyce sporą ich część publikowano w "Gazecie Wyborczej"). Zamiast tego komunikaty i ogłoszenia mają być umieszczane w Biuletynie Informacji Publicznej na stronie resortu Skarbu Państwa i na stronach internetowych spółek. Szacowane oszczędności w skali roku to ok. 6 do 8 milionów złotych. 

W kontekście powyższego warto przypomnieć, że w latach 2010-2014 ministerstwa w rządzie Tuska wydały na reklamę, ogłoszenia i komunikaty w prasie ponad 23 mln zł. Najwięcej, bo prawie 5 mln zł, zgarnęła Agora, czyli wydawca "Gazety Wyborczej". Na drugim miejscu w tym zestawieniu znalazła się spółka Gremi Bussines Communication, wydawca m.in. "Rzeczpospolitej", która zainkasowała 3,5 mln zł. Trzecie miejsce zajął Axel Springer, który wydaje m.in. dziennik "Fakt" oraz tygodnik "Newsweek". Niemiecko-szwajcarski koncern medialny zainkasował z tego tytułu 3,2 mln zł.

 

Czytaj także: Spółki Skarbu Państwa nie będą publikować komunikatów w prasie (TelewizjaRepublika.pl)
Czytaj także: Media na państwowym garnuszku. Analiza wydatków instytuchu publicznych na reklamy (Jagiellonski24.pl)

wpis z dnia 18/12/2015

  


  

     GUS ujawnia dramatyczne dane na temat wynagrodzeń: Najczęściej spotykana wypłata w Polsce to 1786 zł netto!
wpis z dnia 17/12/2015

 

GUS właśnie ujawnił publikowany raz na 2 lata szczegółowy raport na temat wypłacanych w Polsce wynagrodzeń. Jego wnioski nie są optymistyczne. Okazuje się, że mediana wynagrodzenia (50% ludzi zarabia więcej i 50% ludzi mniej) w naszym kraju wynosi 2359 zł netto/m-c, natomiast najczęściej wypłacanym wynagrodzeniem jest kwota 1786 zł netto. Aby lepiej zobrazować skalę dramatu warto zauważyć, że wspomniane powyżej kwoty to obecnie równowartość jedynie 550 i 415 euro!

Główny Urząd Statystyczny co miesiąc publikuje dane o tzw. średniej wysokości wynagrodzenia w przedsiębiorstwach, czyli firmach zatrudniających ponad 9 osób. Zgodnie z październikowym odczytem średnia wypłata w naszym kraju była równa kwocie 4111 zł brutto, co po odliczeniu podatków i składek ZUS daje około 3000 zł netto. Znacznie rzadziej, bo tylko raz na dwa lata, GUS publikuje o wiele bardziej miarodajne i bliższe rzeczywistości dane w zakresie polskich wynagrodzeń. Raport ten uwzględnia bowiem medianę i dominantę wynagrodzenia. Mediana to statystyczna wartość, która dzieli zbiór badanych rezultatów - w tym przypadku wynagrodzeń - dokładnie na pół. 50% wyników jest od tej wartości niższa, a drugie 50% - wyższa. Dominanta to z kolei najczęściej występująca w danym zbiorze wartość, czyli w tym przypadku - najczęściej wypłacane wynagrodzenie. 

Okazało się, że w 2014 roku mediana wynagrodzenia w naszym kraju wynosiła 2359 zł netto miesięcznie. To oznacza, że aż 50% zatrudnionych ludzi zarabiało mniej niż wspomniana kwota, stanowiąca obecnie równowartość zaledwie ok. 550 euro. Z kolei najczęściej wypłacanym wynagrodzeniem (dominantą) w 2014 roku była kwota 1786 zł netto (415 euro). Jakby tego było mało aż 1,36 mln zatrudnionych osób otrzymywało wynagrodzenie nie wyższe od minimalnego, czyli 1237 zł netto miesięcznie (ok. 290 euro)!

 

Źródło: Struktura wynagrodzeń według zawodów (stat.gov.pl)

wpis z dnia 17/12/2015

   


  

     Poprzednią ekipę najbardziej przeraża... DEMOKRACJA! I to, że w wyniku demokratycznych wyborów tracą władzę, wpływy i pieniądze!
wpis z dnia 16/12/2015

 

W Polsce, wbrew temu co głoszą niemieckie media do spółki z Gazetą Wyborczą, wcale nie jest zagrożona demokracja. W Polsce zagrożone są za to wpływy ludzi, grup czy całych korporacji, które do tej pory żyły kosztem naszego państwa lub reprezentowały interesy zagranicznych instytucji drenujących kieszenie zwykłych Polaków. Stąd przerażający lament, krzyk i histeria jaką możemy obserwować w polskojęzycznych telewizjach.

W ostatnią sobotę mogliśmy dziś obserwować pochód odrzuconych przez wyborców, często skompromitowanych polityków, którzy oddzieleni od koryta próbują wcisnąć kit, że demokracja w Polsce jest zagrożona. Nie, proszę Państwa. Demokracja w Polsce nie jest zagrożona. Demokracja w Polsce goreje, a najlepszym tego dowodem jest właśnie ostatni weekend, kiedy mogliśmy obserwować niczym nie skrępowane manifestacje zarówno z jednej, jak i z drugiej strony politycznej barykady. Nie dajmy się zatem zwariować - obrona interesów okrągłostołowego układu, zagranicznych banków, wpływów byłych członków PZPR oraz Platformy Obywatelskiej nie jest żadną obroną demokracji! To, że poprzednia ekipa, która rządziła III RP przez blisko 24 lata gra teraz nutą "zagrożenia demokracji" świadczy tylko o tym, że są autentycznie zdesperowani. Przeraża ich to, że tracą władzę, wpływy i pieniądze, że kończy się dla nich życie na koszt naszego państwa, że nie będą już mogli skutecznie działać na rzecz zagranicznych instytucji drenujących kieszenie zwykłych Polaków. Taka perspektywa ich po prostu przeraża. Stąd lament, krzyk i histeria jaką możemy obserwować w polskojęzycznych telewizjach i mediach elektronicznych

Jeśli już musimy mówić o zagrożeniach dla demokracji i swobód obywatelskich zwykłych Polaków, to warto przypomnieć dokonania polityków, którzy stali na czele sobotniego "marszu w obronie demokracji". To właśnie oni, że kiedy rządzili krajem, przyjęli ustawy ograniczające dostęp obywateli do informacji publicznej oraz ograniczające wolność zgromadzeń. To oni przyjęli ustawę 10-66 umożliwiającą interwencję obcych sił w naszym kraju. To oni mielili w sejmowej niszczarce miliony podpisów złożonych pod obywatelskimi inicjatywami i głęboko w d...pie mieli głos zwykłych ludzi. To oni przez bite osiem lat regularnie podnosili nam podatki i obciążenia fiskalne. To oni nie działali wg polskiej racji stanu, a na telefon spełniali zachcianki Berlina i Brukseli. To oni na 11 listopada szykowali prowokacje (np. spalenie budki pod rosyjską ambasadą). To oni próbowali zmieniać Konstytucję RP pod osłoną nocą, a proponowane przez ówczesną opozycję pakiety demokratyczne odrzucali bez zastanowienia. 

Tak, drodzy zwolennicy Ryszara Petru, Sławka Neumanna, Ryszarda Kalisza, Tomasza Siemoniaka i innych "walczących" o demokrację. Warto czasem zastanowić się nad znaczeniem wypowiadanych przez siebie słów, aby nie wyjść później na bezmyślną pacynkę, sterowalną jedynie emocjami i pierwotnymi instynktami.

wpis z dnia 16/12/2015

   


  

     Paranoja sięga zenitu! Martin Schulz twierdzi, że PiS - w konsekwencji wygranych wyborów - dokonał "zamachu stanu" (sic!)

wpis z dnia 15/12/2015

 

W związku z utratą kontroli nad Warszawą niemieccy politycy są coraz bardziej zdesperowani, a paranoja niektórych z nich sięga zenitu! Martin Schulz palnął wczoraj, że PiS - w konsekwencji zwycięstwa w demokratycznych wyborach z 25 października - dokonał "zamachu stanu"... Panie Schulz - zamach to dopiero nastąpi, ale na niemieckie interesy w Polsce w formie podatku bankowego (mBank, Deutsche Bank, Volkswagen Bank) oraz podatku od sklepów wielkopowierzchniowych (Lidl, Kaufland, Rossmann)!

Niemiecki przewodniczący Europarlamentu powiedział wczoraj w radiowym wywiadzie, że "to, co rozgrywa się w Polsce, ma charakter zamachu stanu i jest dramatyczne", po czym dodał, że o sytuacji w Polsce zamierza "obszernie dyskutować" w Parlamencie Europejskim obszernie dyskutować". Warto podkreślić, że to nie pierwsza kontrowersyjna wypowiedź Martina Schulza w stosunku do Polski. Kilka tygodni temu ten polityk SPD sugerował, że nie powinniśmy mieć odmiennego zdania w kwestii islamskich imigrantów, bo możemy nie doznać łaski eurokratów przy podziale europejskich funduszy. We wrześniu zaś straszył "użyciem siły", jeśli wpadniemy na pomysł zablokowania relokacji uchodźców do Polski z innych państw Europy. 

Pisałem to już wcześniej, ale nie zaszkodzi powtórzyć. Rząd Beaty Szydło zapowiedział istotne zmiany w relacjach między Warszawą i Berlinem. Z politycznego wasala Niemiec nasz kraj ma się przeobrazić w niezależnego gracza na arenie europejskiej, który w kluczowych dla polityki międzynarodowej kwestiach ma mieć swoje zdanie, uwzględniające przede wszystkim własne interesy. Między innymi dlatego niemieckie władze, a w ślad za nimi niemieckie media, wpadły w histerię i rozpoczęły bezprecedensowe ataki na nowe władze w Warszawie. 

Paranoja jakiej doznał Martin Schulz pokazuje, że oni na prawdę się boją. Boją się o swoje interesy w Polsce. Boją się, że niemieckie podmioty funkcjonujące na terytorium naszego kraju przestaną przynosić gigantyczne zyski, że zapowiadany przez rząd PiS podatek bankowy oraz podatek od sklepów wielkopowierzchniowych istotnie ograniczy dotychczasowy transfer kapitału za Odrę. Boją się tego histerycznie, ale nie mają bladego pojęcia jak przywrócić utraconą kontrolę nad Warszawą. Stąd teksty o "zamachu stanu", grożenie "użyciem siły" lub odebraniem europejskich funduszy.

 

Czytaj więcej: Schulz: Sytuacja w Polsce będzie przedmiotem dyskusji w PE (Bankier.pl)
Czytaj także: Niemieckie media o demonstracjach w Polsce: "polowanie na demony" (Bankier.pl)

wpis z dnia 15/12/2015

  


  

     Polska już w przyszłym roku może wpłacić do kasy UE więcej niż z niej dostać! Widmo "płatnika netto" jest bardzo realne!
wpis z dnia 14/12/2015

 

Z powodu kiepskiego gospodarowania funduszami unijnymi oraz poważnych zaniedbań rządu PO-PSL już w przyszłym roku Polska może stać się "płatnikiem netto" Unii Europejskiej. To oznaczałoby, że więcej pieniędzy wpłacimy na konta w Brukseli (poprzez składki członkowskie oraz przepadek niespożytkowanych środków), aniżeli otrzymamy w ramach funduszy europejskich!

Okazuje się, że nasz kraj nie wydał jeszcze 28 miliardów złotych przyznanych Polsce z budżetu Unii Europejskiej na lata 2007 - 2013. Jeśli nie zrobimy tego do 31 grudnia 2015 r., to środki te bezpowrotnie przepadną! Niestety wiele wskazuje na to, że tak właśnie się stanie. Dla przykładu - tzw. fundusze spójności są wykorzystane na poziomie 91 procent. Łatwo zatem policzyć, że do tej pory wydatkowaliśmy je w średnim tempie 0,85 proc. miesięcznie (uwzględniając okres 2007 - 2015). Jest bardzo wątpliwe, aby do końca grudnia nagle udało się je spożytkować w tempie ponad 10-krotnie szybszym.

Jeżeli spełni się czarny scenariusz i wspomniane fundusze nie zostaną wykorzystane na czas, to wliczając je do przyszłorocznego bilansu płatniczego UE-Polska może się okazać, że staniemy się de facto "płatnikiem netto". Należy pamiętać, że w 2016 roku do unijnego budżetu odprowadzimy największą w historii składkę członkowską, która wyniesie aż 9,24 mld zł. Jeśli doliczymy do tego pieniądze, które przepadną, bo do końca tego roku nie uda się ich spożytkować, to widmo Polski jako "płatnika netto" UE staje się nagle bardzo prawdopodobne.

Źródło: Jak uratować miliardy (NaszDziennik.pl)

wpis z dnia 14/12/2015

  


 

     Prawdziwym dramatem, zagrożeniem dla demokracji i swobód obywatelskich byłby powrót poprzedniej ekipy do władzy
wpis z dnia 12/12/2015

 

Mogliśmy dziś obserwować pochód odrzuconych przez wyborców, skompromitowanych polityków, którzy oddzieleni od koryta próbują wcisnąć kit, że demokracja w Polsce jest zagrożona. Nie dajmy się zwariować - obrona interesów okrągłostołowego układu, zagranicznych banków, wpływów b. członków PZPR oraz Platformy Obywatelskiej nie jest żadną obroną demokracji! Prawdziwym dramatem, zagrożeniem dla demokracji i swobód obywatelskich zwykłych Polaków byłby natomiast powrót tej ekipy do władzy.

Dlaczego uważam, że powrót poprzedniej ekipy rządowej byłby prawdziwym zagrożeniem dla demokracji? Ano dlatego, że kiedy rządzili przyjęli ustawy ograniczające dostęp obywateli do informacji publicznej oraz ograniczające wolność zgromadzeń. Dlatego, że przyjęli ustawę 10-66 umożliwiającą w Polsce interwencję obcych sił. Dlatego, że mielili w sejmowej niszczarce miliony podpisów złożonych pod obywatelskimi inicjatywami i głęboko w d...pie mieli głos zwykłych ludzi. Dlatego, że przez osiem lat regularnie podnosili nam podatki i obciążenia fiskalne. Dlatego, że nie działali wg polskiej racji stanu, a na telefon spełniali zachcianki Berlina i Brukseli. Dlatego, że co roku na 11 listopada szykowali prowokacje (np. spalenie budki pod rosyjską ambasadą). Dlatego, że Konstytucję RP próbowali zmieniać pod osłoną nocą, a proponowane przez ówczesną opozycję pakiety demokratyczne odrzucali bez zastanowienia. 

Właśnie dlatego boje się ich powrotu i wiem, że byłby to prawdziwy dramat, zagrożenie dla demokracji i swobód obywatelskich zwykłych ludzi.

wpis z dnia 12/12/2015

   


  

     Nowe podatki dla zwykłych ludzi to "konieczne reformy". Nowe podatki dla banków i hipermarketów to "zamach na wolność gospodarczą"
wpis z dnia 11/12/2015

 

Szacuje się, że z tytułu podwyżek podatków, do jakich doszło w latach 2008-2015, polscy podatnicy musieli zapłacić fiskusowi aż o 64 mld zł więcej. Te gigantyczne koszty "trudnych, acz koniecznych reform" musieli ponieść zwykli Polacy, bo taka była wola rządzących z PO-PSL. Nikt nie litował się wówczas nad ofiarami tego podatkowego amoku. Co innego dzisiaj, kiedy propozycje nowych podatków mają dotknąć banki i hipermarkety. Nagle niemieckie media, PO i Nowoczesna podnoszą larum, że to "zamach na wolność gospodarczą".

Z ogólnopolskich mediów mainstreamowych coraz częściej dobiega lament o tym jaki to rząd PiS jest zły, bo chce podnosić podatki bankom i sklepom wielkopowierzchniowym. Przypomnijmy, że proponowane przez ekipę Beaty Szydło zmiany mają przynieść do budżetu państwa dodatkowe 6-8 mld zł w skali roku (kasa wróci do rodzin w postaci programu "500+"). W kontekście powyższego (i dla porównania) warto przypomnieć najdonioślejsze dokonania poprzedniej ekipy rządowej. Szybki rachunek pokazuje, że niekorzystne decyzje platformianej władzy przyczyniły się do opróżnienia portfeli Polaków na gigantyczną kwotę minimum 64 mld zł! Oto szczegółowe wyliczenia: 

1) Pod koniec 2010 roku platformiana ekipa zatwierdziła ustawę podnoszącą wysokość płaconego przez Polaków podatku VAT z poziomu 7 do 8 proc. oraz z 22 do 23 proc. Wyższe stawki tego podatku miały obowiązywać od 2011 do 2013 roku. Okazało się jednak, że pod koniec 2013 roku Platforma podjęła decyzję o utrzymaniu wyższych stawek VAT na lata 2014 - 2016. Szacuje się, że skumulowany obywatelski koszt podwyższenia stawek podatku VAT wyniósł za lata 2011-2015 co najmniej 20 mld zł (roczny koszt to około 4 mld zł). 

2) Począwszy od 2008 roku ekipa Tuska i Kopacz utrzymywała kwotę wolną od PIT, kwoty kosztów uzyskania przychodu oraz progi podatkowe na tym samym, dziś już kuriozalnie niskim, poziomie. Nawet Trybunał Konstytucyjny uznał, że zachowanie to było sprzeczne z prawami zapewnionymi przez Konstytucję. Szacuje się, że skumulowany koszt tej operacji dla Polaków za lata 2008-2015 to około 15 mld zł

3) Pod koniec 2011 roku Platforma przyjęła ustawę podwyższającą składkę rentową dla przedsiębiorców o 2 proc. Na skutek podwyżki składka ta wzrosła z 6 proc. do 8 proc., co przełożyło się na zwiększenie wpływów do budżetu ZUS o około 6-7 miliardów zł w skali roku. Łatwo można więc wyliczyć, że podwyżka o 1/3 płaconej przez przedsiębiorców składki rentowej to koszty szacowane na około 24 mld zł (za lata 2012 - 2015).

4) Podwyżki akcyzy, wzrost wysokości podatków lokalnych czy likwidacja ulgi budowlanej i internetowej to kolejne 5 mld zł zabranych Polakom licząc od początku 2011 roku do dziś. 

W kontekście powyższego warto jeszcze przypomnieć słowa Donalda Tuska z 2007 roku wygłoszone podczas pierwszego expose: "Przysięgam Polakom, że każdy, kto w moim rządzie zaproponuje podwyżkę podatków, zostanie osobiście przeze mnie wyrzucony". PO zafundowała zwykłym Polakom mnóstwo podwyżek podatków, a mimo to nikt z rządu nie został przez Tuska wyrzucony. Taryfą ulgową były za to traktowane banki i sklepy wielkopowierzchniowe. Teraz, gdy w końcu ma się to zmienić, Platforma krzyczy o "zamachu na wolność gospodarczą". To bardzo dobitnie pokazuje, jak poprzednia ekipa rządowa traktowała zwykłych ludzi, a jak zagraniczne (w większości) banki i sieci handlowe. 

wpis z dnia 11/12/2015
     


  
     Dlaczego PO tak zaciekle walczy o kontrolę nad składem Trybunału? Może dlatego, że właściciele hipermarketów chcą zaskarżyć do TK podatek od sieci handlowych!
wpis z dnia 10/12/2015

 

Zagraniczni właściciele sklepów wielkopowierzchniowych uważają, że planowany przez rząd Beaty Szydło podatek od sieci handlowych będzie niekonstytucyjny. Dlatego rozważana jest opcja zaskarżenia ustawy wprowadzającej taki podatek do Trybunału Konstytucyjnego, aby zbadał jej zgodność z Ustawą Zasadniczą. W grę może wchodzić nawet kilka miliardów złotych w skali roku. W tym kontekście jaśniejsze stają się motywy, dla których ekipa PO tak intensywnie walczy o zachowanie jak najszerszego wypływu na obecny skład Trybunału.

Przypomnijmy - kiedy ekipa Ewy Kopacz zorientowała się, że prawdopodobnie przegra październikowe wybory parlamentarne, w trybie ekspresowym przyjęła - niekonstytucyjną, jak się potem okazało - ustawę, która umożliwiała jej obsadzenie dodatkowych dwóch stanowisk sędziowskich w Trybunale Konstytucyjnym (mimo, iż zgodnie z kalendarzem miejsca te winny być obsadzone przez Sejm kolejnej kadencji). Możemy przypuszczać, że chodziło o to, aby większość składu TK przez jak najdłuższy okres czasu była nieprzychylna działaniom ustawodawczym PiS. Według pierwotnego planu na 15 sędziów TK - 15 miało być wybranych przez ekipę Platformy-PSL-SLD. 

Tak jak się spodziewano wybory z 25 października wygrał PiS. Nie spodziewano się jednak, że zdobędzie samodzielną większość, która pozwoli mu uchylić niekonstytucyjną ustawę PO i ponownie wybrać piątkę sędziów, którzy wcześniej zostali wybrani przez ekipę Platformy z tzw. "wadą prawną" (używając języka prezydenta Dudy). W tym momencie zaczęła się jedna z najcięższych walk medialno-politycznych w historii III RP. Dla wielu niezrozumiała była postawa PO, która do samego końca broniła niekonstytucyjnego wyboru swoich sędziów. Dlaczego tak bardzo zależało im na zachowaniu jak najszerszej kontroli nad składem TK? 

Odpowiedź na to pytanie może być ukryta "między wierszami" stanowiska wyrażanego przez przedstawicieli branży wielkich (głównie zagranicznych) sieci handlowych działających na terytorium naszego kraju. Ich zdaniem opodatkowanie przychodów ze sprzedaży detalicznej osiąganych przez sklepy wielkopowierzchniowe może być... niekonstytucyjne. Proponowana przez rząd Szydło ustawa miałaby być sprzeczna z art. 32 Konstytucji mówiącym o zasadzie równego traktowania przez organy państwowe. Dodajmy, że w grę wchodzą miliardy złotych w skali roku, jakie budżet państwa miałby pozyskać z tytułu tego podatku, a jakie straciłyby wspomniane sieci (głównie zagraniczne).

Aby ustawa nakładająca dodatkowy podatek na wielkopowierzchniowe sieci handlowe mogła być przez TK uchylona jako sprzeczna z Konstytucją, skład Trybunału musi być jednoznacznie przeciwny działaniom PiS. Nie wykluczone, że właśnie dlatego Platformie tak zależy na zachowaniu jak najszerszego wpływu na skład TK, który w istocie może zadecydować o powodzeniu wszelkich reform proponowanych przez nową ekipę rządową.

 

Czytaj więcej: Branża: podatek od sieci handlowych jest niekonstytucyjny (Forbes.pl)

 

wpis z dnia 10/12/2015

    


  

     Szczyt hipokryzji ekipy PO-PSL: w latach 2008 - 2015 nie wykonali aż 48 wydanych w tym okresie orzeczeń Trybunału!
wpis z dnia 9/12/2015

 

Ekipa Platformy Obywatelskiej bez wątpienia osiąga właśnie szczyty hipokryzji! Nawołują do natychmiastowego wykonania ostatniego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego, a sami zapominają, że w czasie trwania dwóch poprzednich kadencji swoich rządów nie wykonali aż 48 wyroków TK wydanych w latach 2008 - 2015! Powyższych informacji nie da się ukryć. Bez problemu można je odszukać na stronach Rządowego Centrum Legislacji. 

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - poprzednia ekipa rządowa nawołując do natychmiastowego wykonania ostatniego orzeczenia TK wspina się na szczyty hipokryzji. Okazuje się bowiem, że posłowie Platformy i PSL-u przez ostatnie 8 lat byli anty-wzorem tego jak należy wykonywać orzeczenia Trybunału. Zgodnie z oficjalnymi informacjami dostępnymi na stronach Rządowego Centrum Legislacji - posiadająca odpowiednią większość parlamentarną do przeforsowania każdej zmiany w prawie koalicja PO-PSL nie wykonała aż 48 orzeczeń TK wydanych między 29 kwietnia 2008 r. a 28 października 2015 r. 

Jaki jest faktyczny powód takiego stanu rzeczy? Okazuje się, że w polskim porządku prawnym nie została uregulowana sankcja za niewykonanie orzeczenia TK. Innymi słowy - orzeczenie te de facto nie wymagają bezwzględnego wykonania, nie mają charakteru konstytutywnego. To powoduje, że tylko od dobrej woli rządzących nami polityków zależy czy dane orzeczenie TK będzie miało szanse być wykonane, czy też nie.

Sam Trybunał Konstytucyjny na swojej stronie internetowej przyznaje, że kwestia nie jest rozstrzygnięta w sposób decydujący:

 

Regulacje konstytucyjne w tym zakresie są niejasne, nieprecyzyjne, a przede wszystkim stwarzają możliwość rozbieżnych interpretacji. Odnosi się wrażenie, że twórcom Konstytucji zabrakło wyobraźni, chociaż problem skutków w ujęciu czasowym jest dobrze znany praktyce innych europejskich sądów konstytucyjnych (zwłaszcza w Austrii i w Niemczech), co mogło zachęcać do skorzystania z tych doświadczeń.

 

- czytamy na stronie Trybunału Konstytucyjnego.

 

Źródło informacji: Orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego (PPIOP.RCL.gov.pl)
Źródło informacji: Strona internetowa Trybunału Konstytucyjnego (trybunal.gov.pl)

 

wpis z dnia 9/12/2015

   


  

     Nord Stream już teraz blokuje port w Świnoujściu. Kolejne rury na dnie Bałtyku mogą tylko pogorszyć sytuację!
wpis z dnia 8/12/2015

 

Okazuje się, że Rosjanie w porozumieniu z Niemcami tak ułożyli dwie pierwsze rury gazociągu Nord Stream, że do portu w Świnoujściu obecnie nie mogą wpływać statki o zanurzeniu większym niż 13,5 metra. Budowa dwóch kolejnych nitek związanych z projektem Nord Stream II może tylko pogorszyć sytuację portu w Świnoujściu (o sytuacji geopolitycznej Polski nie wspominając). Właśnie dlatego należy robić wszystko, aby zablokować realizację tego rosyjsko-niemieckiego porozumienia.

Bierna postawa rządu Donalda Tuska spowodowała, że Rosjanie w porozumieniu z Niemcami tak ułożyli na dnie Bałtyku dwie pierwsze rury gazociągu Nord Stream, iż obecnie do portu w Świnoujściu i w Szczecinie nie są w stanie wpłynąć statki o zanurzeniu większym niż 13,5 metra. Ma to olbrzymie znaczenie w przypadku kontenerowego transportu dalekomorskiego oraz transportu ładunków masowych (duże kontenerowce osiągają zanurzenie około 14-15 metrów, a więc wpływając do Świnoujścia mogłyby zniszczyć infrastrukturę gazociągu Nord Stream).

Zarząd Morskich Portów Szczecin i Świnoujście (ZMPSiŚ) złożył w tej sprawie pozew przeciwko niemieckiemu Federalnemu Urzędowi ds. Żeglugi Morskiej i Hydrografii. Chodzi o to, że niemiecki urząd wyraził zgodę na ułożenie dwóch pierwszych nitek gazociągu Nord Stream I w poprzek toru wodnego zapewniającego ruch statków z i do Świnoujścia, przez co zablokowano drogę morską kontenerowcom i masowcom o zanurzeniu większym niż 13,5 metra. Polski ZMPSiŚ domaga się w pozwie, aby na skrzyżowaniu gazociągu ze szlakiem żeglugowym do Świnoujścia rury gazowe zostały położone głębiej, co umożliwiłoby poruszanie się statków o większym zanurzeniu. W tym miejscu warto podkreślić, że port w Świnoujściu planuje inwestycje w terminal kontenerowy i terminal ładunków masowych, który ma pozwolić na przyjmowanie statków o zanurzeniu powyżej 13,5 metra.

W kontekście powyższego budowa trzeciej i czwartej nitki gazociągu w ramach projektu Nord Stream II, bez uprzedniej modyfikacji w postaci pogłębienia dotychczas położonych rur gazowych, może tylko pogorszyć sytuację portu w Świnoujściu i Szczecinie (o sytuacji geopolitycznej Polski nie wspominając). 

Pierwsza rozprawa z pozwu ZMPSiŚ przeciwko niemieckiemu Federalnemu Urzędowi ds. Żeglugi Morskiej i Hydrografii odbędzie się w Hamburgu 17 grudnia.

 

Czytaj więcej: Polska idzie do sądu ws. Nord Stream (BiznesAlert.pl)
Czytaj więcej: Jakóbik: Ostatnia szarża na Nord Stream, czyli ile warte jest słowo Merkel? (BiznesAlert.pl)

wpis z dnia 8/12/2015

    


 

     To już paranoja! Kolejny niemiecki polityk chce, aby Polska poniosła kary finansowe za odmienne stanowisko w/s uchodźców! Co dalej? Sankcje?!
wpis z dnia 7/12/2015

 

Niemieccy politycy oraz publicyści popadli chyba w jakąś paranoję. Od kilku tygodni nieustannie bowiem grożą i atakują polski rząd. Najpierw było straszenie izolacją na arenie międzynarodowej, później porównanie do ISIS i groźba usunięcia ze strefy Schengen, a teraz nawoływania do obcięcia funduszy europejskich. Była pełnomocnik kanclerz Niemiec ds. relacji z Polską właśnie przyznała, że wobec Warszawy "należy wyciągnąć konsekwencje finansowe" w związku z odmiennym stanowiskiem w/s uchodźców... Czy oni jednak ostro nie przeginają?!

Rząd Beaty Szydło zapowiedział istotne zmiany w relacjach między Warszawą i Berlinem. Z politycznego wasala Niemiec nasz kraj ma się przeobrazić w niezależnego gracza na arenie europejskiej, który w kluczowych dla polityki międzynarodowej kwestiach ma mieć swoje zdanie, uwzględniające przede wszystkim własne interesy. Między innymi dlatego niemieckie władze, a w ślad za nimi niemieckie media, wpadły w histerię i rozpoczęły bezprecedensowe ataki na nowe władze w Warszawie. 

Zaczęło się od straszenia ksenofobią i nacjonalizmem, usunięciem ze strefy Schengen oraz izolacją na arenie międzynarodowej. Potem było porównanie do ISIS i stwierdzenie, że Europie grozi większe niebezpieczeństwo ze strony Polaków i Węgrów niż ze strony Państwa Islamskiego. Wydawałoby się, że histeria Niemców osiągnęła wówczas apogeum, ale to tylko złudzenie. Daniel Cohn-Bendit - znany niemiecki polityk i poseł do Europarlamentu - w wywiadzie dla niemieckiej telewizji publicznej ZDF zasugerował, że Polsce powinno się zabrać 40 proc. unijnych funduszy strukturalnych i agrarnych, bowiem Niemcy potrzebują tych pieniędzy na utrzymanie uchodźców i imigrantów z Bliskiego Wschodu. Jakby tego było mało - Gesine Schwan, była pełnomocnik rządu RFN ds. relacji z Polską oraz była kandydatka socjaldemokratów na urząd prezydenta Niemiec - podczas wywiadu udzielonego kilku niemieckim gazetom powiedziała wprost, że wobec Polski i innych państw UE, które mają inne zdanie na temat relokowania uchodźców, należy wyciągnąć konsekwencje finansowe w postaci ograniczenia dopływu środków unijnych...

Powstaje pytanie - czy straszenie i pogróżki jakie niemieccy politycy i publicyści stosują wobec Polski można już nazwać formą paranoi? Czy to, że przestajemy być politycznym wasalem Republiki Federalnej Niemiec usprawiedliwia bezprecedensowy atak na nasz kraj? Czy to powód, aby twierdzić, że Polacy są większym zagrożeniem dla europejskiej demokracji niż terroryści z Państwa Islamskiego i żądać wyciągania przeciwko nam konsekwencji finansowych?

 

Czytaj więcej: Niemiecka polityk: „Polsce trzeba ograniczyć środki pomocowe" (Dw.com)
Czytaj także: Znany niemiecki polityk chce zabrać Polsce 40 proc. unijnych funduszy i przeznaczyć je na migrantów w swoim kraju! (Niewygodne.info.pl)
Czytaj także: Niemcy przegięli i to ostro! Twierdzą, że Polska i Węgry są gorsze od Państwa Islamskiego (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 7/12/2015

   


  

     Szef Eurogrupy chce nas usunąć ze strefy Schengen! "Musimy współpracować w mniejszej grupie"
wpis z dnia 5/12/2015

 

Jeroen Dijsselbloem - aktualny przewodniczący Eurogrupy, czyli instytucji skupiającej państwa strefy euro - potwierdził, iż Bruksela rozważa wariant z wykluczeniem kilku krajów UE ze strefy Schengen. W szczególności chodziłoby o państwa, które uważają, że "kryzys z uchodźcami nie jest ich problemem". Co te słowa oznaczają w praktyce? Ano to, że za chwile Bruksela z Berlinem, a za nimi także i polskojęzyczne media należące do Niemców, zaczną szantażować rząd Beaty Szydło. 

Dijsselbloem - w wywiadzie dla holenderskiego "Financieele Dagblad", belgijskiej "De Tijd" i niemieckiej "Handelsblatt" - wyraził się stosunkowo jasno odnośnie kryzysu wywołanego falą uchodźców oraz przyszłością strefy Schengen: - "Musimy ściślej współpracować w ramach 28 krajów UE, ale jeśli to się nie uda, będziemy musieli współpracować w mniejszej grupie". Po czym dodał, że mniejszą grupę miałyby stanowić państwa "starej UE", a odłączenie ze strefy Schengen dotknęłoby przede wszystkim krajów, których rządy nie traktują kryzysu z uchodźcami jako ich problemu i nie chcą przyjmować relokowanych z Niemiec tysięcy obywateli Syrii, Erytrei, Somalii czy Afganistanu.

W praktyce powyższe słowa mogą oznaczać jedno - w ciągu najbliższych kilku tygodni zacznie się bezprecedensowa krytyka unijnych liderów nakierowana na rządy w Budapeszcie, Pradze i w Warszawie. W ślad za presją wywieraną przez Brukselę i Berlin, płyta z szantażem usunięcia ze strefy Schengen będzie również intensywnie grana ze strony polskojęzycznych mediów, których właścicielami są Niemcy. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. 

Co powinni zrobić przywódcy Grupy Wyszehradzkiej? W mojej opinii - twardo stać na swoich stanowiskach. Ewentualne ustępstwa wobec Brukseli winny być możliwe tylko i wyłącznie za zgodą i w porozumieniu ze wszystkimi krajami Grupy. Tylko taka postawa sprawi, że UE zacznie się liczyć z państwami naszego regionu.

 

Źródło: Dijsselbloem: Refugee crisis could trigger 'mini-Schengen' (Reuters.com)

wpis z dnia 5/12/2015
    


  
     Viktor Orban ujawnia tajne porozumienie władz UE z Turcją. Europa ma przyjąć jeszcze 500 tys. migrantów!
wpis z dnia 3/12/2015

 

Zgodnie z informacjami ujawnionymi przez premiera Węgier Viktora Orbana, na ostatnim szczycie UE na Malcie doszło do nieformalnych ustaleń, zgodnie z którymi Europa w najbliższym czasie będzie musiała przyjąć dodatkowo około 400-500 tys. migrantów, jacy obecnie znajdują się w obozach przejściowych na terytorium Turcji. Polska Staż Graniczna już teraz alarmuje: wiosną przyszłego roku na nasz kraj spadnie największy ciężar obrony Europy przed napływem nielegalnych imigrantów!

Orban potwierdził nieoficjalne - jak do tej pory - informacje, jakoby na ostatnim szczycie UE na Malcie doszło do zawarcia porozumienia z Ankarą. Zgodnie z jego treścią z obozów przejściowych ulokowanych na terytorium Turcji do Europy miałoby trafić od 400 do 500 tys. osób, które uciekły przed wojną z Syrii. W zamian Turcja miałaby otrzymać kilka miliardów euro oraz zobowiązać się do uszczelnienia swoich granic i ograniczenia niekontrolowanego napływu migrantów do Europy. 

W tym celu kanclerz Niemiec Angela Merkel oraz szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker zwołali w niedzielę Brukseli spotkanie przedstawicieli krajów deklarujących gotowość do bezwarunkowego uczestnictwa w tej inicjatywie (Niemcy, Holandia, Belgia, Austria, Szwecja oraz Finlandia). Zdaniem Orbana na resztę państw władze UE w najbliższym czasie mają zacząć wywierać bezpośrednie naciski polityczne, aby zgodziły się przystąpić do tej inicjatywy i przyjąć bezpośrednio w swoje granice dodatkowo od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy uchodźców.

Tymczasem polska Straż Graniczna alarmuje - na wiosnę przyszłego roku na nasz kraj spadnie największy ciężar obrony Europy przed napływem nielegalnych imigrantów! Okazuje się bowiem, że formowany jest nowy szlak przerzutu migrantów do Niemiec poprzez Turcję, Morze Czarne do Odessy, a dalej - Ukrainę, Białoruś i Polskę. Ma on zastąpić szlaki bałkańskie, które obecnie są coraz lepiej strzeżone i coraz trudniej dostać się za ich pośrednictwem do "raju" (Niemiec).

 

Czytaj więcej: Viktor Orban: 500 tys. Syryjczyków być może zostanie przesiedlonych do UE (Wp.pl)
Czytaj więcej: Straż Graniczna ostrzega przed nawałnicą imigrantów (Wprost.pl)

wpis z dnia 3/12/2015

   


  

     Teoretyczna służba zdrowia w teoretycznym państwie? Kolejny miażdżący raport NIK za lata 2012-2014
wpis z dnia 3/12/2015

 

Najwyższa Izba Kontroli przygotowała kolejny raport, który krytykuje dokonania ekipy PO-PSL. Tym razem chodzi o kwestie podstawowej i specjalistycznej opieki zdrowotnej w Polsce za lata 2012-2014. Zdaniem kontrolerów z NIK-u brakowało przede wszystkim kompleksowej, przemyślanej i konsekwentnie prowadzonej profilaktyki w zakresie podstawowej opieki medycznej. Z tego powodu większość lekarzy nie decydowała się przeprowadzać badań profilaktycznych, pozwalających rozpoznać u pacjentów choroby cywilizacyjne.

Zdaniem NIK podstawowa opieka zdrowotna, która powinna być filarem systemu ochrony zdrowia, w ponad połowie skontrolowanych podmiotów finansowanych z budżetu NFZ nie była wystarczająco skuteczna w zakresie zachowania zdrowia, zapobiegania chorobom i ich wczesnego wykrywania. Pomimo upływu 15 lat od wprowadzenia systemu medycyny rodzinnej, najsłabszą stroną podstawowej opieki zdrowotnej nadal jest profilaktyka, zwłaszcza w odniesieniu do chorób cywilizacyjnych. Liczba przypadków chorób cywilizacyjnych wśród Polaków, takich jak nadwaga, otyłość, cukrzyca, choroby układu krążenia czy choroby nowotworowe rośnie w zawrotnym tempie. Kontrolerzy NIK nie mają wątpliwości, że bezpośredni wpływ na taki stan rzeczy ma brak kompleksowej, przemyślanej i konsekwentnie prowadzonej profilaktyki.

Raport NIK ujawnił, że w latach 2012-2014 liczba świadczeń na rzecz profilaktyki chorób układu krążenia, które są najczęstszą przyczyną zgonów w Polsce, spadła o ponad 26 proc. Średnio rocznie bada się pod tym kątem zaledwie ok. 3 proc. populacji kwalifikującej się do takich badań (czyli z ok. 2,7 mln Polaków). W latach objętych kontrolą udzielano też mniej porad w zakresie profilaktyki gruźlicy (o blisko 15 proc.) oraz chorób związanych z paleniem tytoniu, w tym nowotworów (o 23 proc.). 

Lekarze podstawowej opieki zdrowotnej pytanie dlaczego nie przeprowadzali badań profilaktycznych, odpowiadali najczęściej, że są one zbyt czasochłonne, a przede wszystkim nie są obowiązkowe w świetle prawa. W tym kontekście NIK zauważył, że regulujące tę kwestię rozporządzenie Ministra Zdrowia w sprawie zakresu świadczeń opieki zdrowotnej w tym badań przesiewowych oraz okresów, w których te badania są przeprowadzane zostało w 2009 roku... uchylone. 

 

Źródło: NIK o podstawowej i specjalistycznej opiece medycznej (NIK.gov.pl) 
wpis z dnia 3/12/2015

   


  

     "Washington Post" krytykuje rząd Szydło? Okazuje się, że tekst napisał koleś nagrodzony w 2014 r. przez PO orderem zasługi
wpis z dnia 2/12/2015

 

Amerykański "Washington Post" przyłączył się do niemieckich mediów i zaatakował rząd Beaty Szydło za to, że ma ambicje przywrócić Polsce podmiotowość. Nie byłoby w tym może nic zaskakującego, wszak nie jest to pierwszy atak zagranicznych mediów na polski rząd, gdyby nie fakt, iż autorem tekstu jest Jackson Diehl - bliski znajomy Anne Applebaum (żona Radka Sikorskiego), któremu platformiana ekipa w 2014 roku wręczyła Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi (sic!).

Jackson Diehl w tekście zatytułowanym "Polska niepokojąco przechyla się w prawo", oprócz standardowej krytyki rządu Beaty Szydło za sam fakt posiadania ambicji odmiennych od prezentowanych przez Ewę Kopacz, napisał też m.in., że PiS przejął kontrolę nad Trybunałem Konstytucyjnym. Widać wyraźnie, że ten publicysta "Washington Post" jest albo poważnie niedoinformowany, albo pisze po złości. Wszak nawet jeśli PiS obstawi 5 sędziów, którzy wejdą na miejsce wybranych w wyniku majowo/czerwcowego skoku ekipy PO na Trybunał, to nadal w składzie TK będzie zasiadało aż 10 sędziów wybranych przez Platformę i PSL. Nie wiem zatem, gdzie to wspominane "przejęcie kontroli"? Bo jakby nie spojrzeć 10 jest większe o 5 o całe 100 proc.

Lęk o "wolność i demokrację" w Polsce tego amerykańskiego publicysty może mieć jednak nieco inne podłoże. Okazuje się bowiem, że Jackson Diehl jest bliskim znajomym Anne Applebaum, czyli żony Radka Sikorskiego. Co więcej - w 2014 roku otrzymał on od rządu Platformy Obywatelskiej Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi za "wybitne zasługi na rzecz wspierania przemian demokratycznych w Polsce". Pojawia się zatem pytanie - czy przypadkiem Diehl nie odwdzięcza się okrągłostołowej ekipie pisaniem w amerykańskiej prasie krytycznych wobec rządu Szydło artykułów, które następnie są wielokrotnie cytowane i wałkowane przez polskojęzyczne media w kraju jako rozważania zagranicznego mędrca i autorytetu? Czy poprzez wręczanie honorów i odznaczeń ekipa broniąca układu III RP nie kupowała sobie przychylnych głosów, jako zabezpieczenia i medialnej maczugi na ewentualne rządy PiS?

 

Czytaj także: "Washington Post" krytykuje nowy polski rząd i Jarosława Kaczyńskiego (Wp.pl)

wpis z dnia 2/12/2015

   


  

     W 2014 r. Niemcy kontrolowali w Polsce 133 tytuły prasowe mając 75 proc. udziału w rynku. Nie dziwmy się zatem, że obecnie panicznie histeryzują
wpis z dnia 1/12/2015

 

Oto jak wygląda neo-kolonializm w wersji stosowanej: Zgodnie z informacjami Instytutu Jagiellońskiego jedynie 24 proc. udziału w rynku prasowym w Polsce należało do wydawców z polskim kapitałem. Gigantyczną przewagę, bo aż 76 proc. udziału w rynku przy 138 tytułach prasowych, posiadał kapitał zagraniczny, w tym przede wszystkim niemiecki. Nie powinna nas zatem dziwić histeria niemieckich mediów po zmianie władzy w Polsce. Oni najzwyczajniej w świecie boją się utraty kasy i wpływów.

Zgodnie z informacjami opublikowanymi przez Instytut Jagielloński - zagraniczny kapitał w 2014 roku był właścicielem 138 czasopism i gazet, które ukazały się w łącznym nakładzie 567 milionów egzemplarzy, natomiast polski kapitał był właścicielem jedynie 47 tytułów, które w ubiegłym roku ukazały się w łącznym nakładzie 178 milionów egzemplarzy. Łatwo zatem można wyliczyć, że podmioty o kapitale zagranicznym kontrolują w naszym kraju aż 76 proc. udziału w rynku prasy, z czego zdecydowana większość - bo aż 75 proc. - należy do wydawców o kapitale niemieckim.

Warto odnotować, że żaden z niemieckich wydawców nie pozwoli na to, aby w kontrolowanej przez siebie prasie wydawanej w Polsce pojawiały się teksty niezgodne z polityką Niemiec, czy też istotnie krytykujące aktualne decyzje Berlina. Niemiecka prasa w Polsce prezentuje głównie niemiecki punkt widzenia. Dba przede wszystkim o niemieckie interesy. Próżno w niej szukać tekstów krytycznych wobec Angeli Merkel. Mnóstwo jest za to tekstów nieprzychylnych tym, którzy są nieprzychylni niemieckiej władzy. Stąd w ostatnich tygodniach histeryczny wręcz atak na PiS i rząd Beaty Szydło, który zapowiedział istotne zmiany w relacjach między Warszawą i Berlinem. Wydawcy zza Odry najzwyczajniej w świecie boją się utraty kasy i wpływów na bieżącą politykę w Polsce. 

Warto o tym pamiętać szczególnie teraz, kiedy kontrolowane przez niemiecki kapitał media wciskają nam narrację o "traconej demokracji", a w rzeczywistości to tylko kwik dożynanej w przyspieszonym tempie IIIRP/PRL-bis...

 
Czytaj także: Czy musimy repolonizować media? Analiza zagranicznego kapitału w Polsce (Jagiellonski24.pl)

wpis z dnia 1/12/2015