Archiwum: Marzec 2016

 

     Polak, który wydał Ulmów i ukrywanych Żydów, dostał od AK kulę w łeb. Niemiec, który dowodził mordem, umarł w RFN jako policyjny emeryt...
wpis z dnia 31/03/2016

 

Zbrodnia dokonana na rodzinie Ulmów jest symbolem martyrologii Polaków mordowanych za niesienie pomocy Żydom w czasie II wojny światowej. Wiktorię i Józefa Ulmów Niemcy zastrzelili na oczach ich dzieci. Wiktora w trakcie egzekucji zaczęła rodzić (była w 9 miesiącu ciąży). Po zamordowaniu rodziców dokonano rzezi ich szóstki dzieci. Najmłodsze miało zaledwie 1,5 roku... Polak, który wydał Ulmów dostał od AK kulę w łeb. Niemiec, który dowodził mordem, umarł w RFN jako policyjny emeryt...

Racje miał Jarosław Kaczyński, kiedy w grudniu ubiegłego roku mówił o istnieniu różnych sortów ludzi. Do "gorszego sortu" z pewnością należał Włodzimierz Leś - w czasie niemieckiej okupacji posterunkowy granatowej policji w Łańcucie. To on doniósł swoim przełożonym o tym, że Ulmowie ukrywają w swoim gospodarstwie Żydów. To w efekcie jego działań 24 marca 1944 roku doszło do masakry, w tracie której zamordowano Wiktorię i Józefa Ulmów, ich siódemkę dzieci (jedno z nich w trakcie egzekucji zaczęło przychodzić na świat) oraz ośmioro ukrywających się u nich Żydów. Akcję "uwieńczyła" zorganizowana przez Niemców na miejscu masakry libacja alkoholowa.

AK nie miała litości dla "gorszego sortu". W kilka miesięcy po masakrze Ulmów Włodzimierz Leś został zastrzelony z wyroku polskiego podziemia. Niestety, podobnego losu nie podzielił porucznik Eilert Dieken - dowódca niemieckiego komando, które dokonało na Ulmach i ukrywających się u nich Żydach, egzekucji. Po wojnie, jakby nigdy nic, został on inspektorem policji w Essen na terenie RFN. W latach 60. niemieckie władze zaczęły węszyć w sprawie zbrodni popełnionych przez niego podczas służby w okupowanej Polsce. Zanim jednak Diekenowi postawiono jakiekolwiek zarzuty zdążył sobie spokojnie umrzeć z przyczyn naturalnych będąc już na policyjnej emeryturze. 

 

Czytaj więcej: Zbrodnia w Markowej (Wikipedia)

Tytuł notki zaczerpnięty z twitter.com

wpis z dnia 31/03/2016

   


   

     Niemcy wprowadzają segregację dla kobiet w pociągach. Przyczyną fala gwałtów i przemocy. Czy tak wygląda dojrzałe, obywatelskie społeczeństwo?
wpis z dnia 30/03/2016

 

Zgodnie z oficjalnymi statystykami aż 35 proc. Niemek doświadczyło w ciągu swojego życia przemocy fizycznej lub molestowania seksualnego. Z roku na rok za naszą zachodnią granicą wzrasta liczba aktów przemocy wobec przedstawicielek płci pięknej. Aby wzmocnić poczucie bezpieczeństwa niemieckie koleje regionalne w swoich pociągach postanowiły wprowadzić przedziały "Tylko dla kobiet", do których mężczyźni nie będą mieli wstępu. Czy tak wygląda dojrzałe, obywatelskie społeczeństwo?

Oficjalne statystyki Agencji Praw Podstawowych UE pokazują, że Niemki nie mogą się czuć bezpieczne we własnym kraju. Zgodnie z raportem tej instytucji, aż 35 proc. niemieckich kobiet doświadczyło w ciągu swojego życia przemocy fizycznej lub molestowania seksualnego. W skali Europy i tak nie jest najgorzej. W postępowej Francji przemocy fizycznej lub seksualnej doświadczyło 44 proc. kobiet, w Holandii - 45 proc., a w Danii aż 52 proc. kobiet! Na tym tle Polska wypada bardzo pozytywnie. W zestawieniu Agencji Praw Podstawowych UE nasz kraj zajął ostatnie miejsce w Europie z rezultatem na poziomie 19 proc. 

Po sylwestrowych atakach na kobiety w różnych częściach Niemiec temat przemocy wobec przedstawicielek płci pięknej przestał być tematem tabu. W dyskursie publicznym zaczęto się zastanawiać w jaki sposób można powstrzymać powtarzające się akty przemocy wobec Niemek i czy ma to związek z polityką multi-kulti. Pomysły były różne. Jednym z nich jest koncepcja tworzenia w pociągach specjalnych przedziałów "Tylko dla kobiet". Kilka dni temu niemieckie koleje regionalne "Mitteldeutsche Regiobahn" poinformowały, że w swoich pociągach na trasie między Lipskiem a Chemnitz stworzą wspomniane przedziały, do których nie będą mieli dostępu mężczyźni. Pomysł z pewnością kontrowersyjny. Tym bardziej zasadnym jest pytanie, czy tak ma wyglądać dojrzałe, obywatelskie społeczeństwo?

 

Źródło: Mitteldeutsche Regiobahn führt in ihren Zügen Frauenabteile ein (Focus.de)
Źródło: German Railway Launches Gender Segregated Carriages In Wake Of Sex Attacks (Breitbart.com)

Źródło: Violence against women: an EU-wide survey (FRA.europa.eu)

 

wpis z dnia 30/03/2016
   


  
     Neokolonializm XXI wieku: Niemiecka firma udzielająca drogich pożyczek pozyskuje od Banku Światowego 11 mln $ na ekspansję w takich krajach jak Polska
wpis z dnia 29/03/2016

 

Niemiecki Kreditech (w Polsce właściciel m.in. Kredito24 - firmy udzielającej wysokokosztowych pożyczek przez internet, gdzie RRSO wynosi ponad 1000%) pozyskał od Banku Światowego 11 milionów USD w celu sfinansowania ekspansji na rynkach wschodzących. Niemcy chcą udzielać drogich pożyczek biedniejszym warstwom społecznym, które nie mają co liczyć na kredyt w normalnym banku. Czy doczekamy czasów kiedy Bank Światowy udzieli wsparcia jakiejś polskiej firmie, która chce dokonać ekspansji na Zachodzie?

Nie mam wątpliwości, że udzielanie wsparcia finansowego przez takie instytucje jak Bank Światowy zachodnim firmom, których celem jest sprzedaż drogich produktów i usług biedocie w krajach rozwijających się, to nic innego jak jedna z form neokolonializmu gospodarczego XXI wieku. Niemiecki Kreditech jest w Polsce właścicielem m.in. marki Kredito24. Firma ta specjalizuje się w udzielaniu wysokokosztowych pożyczek przez internet. RRSO, czyli rzeczywista roczna stopa oprocentowania, w przypadku pożyczek udzielanych przez Kredito24 wynosi ponad 1000%, a może wynieść nawet blisko 4000%. Jak widać bardzo opłacalne umowy można zawrzeć z tą niemiecka firmą wspartą właśnie przez Bank Światowy niskooprocentowaną pożyczką w wysokości 11 mln $ na ekspansję w krajach wschodzących...

W kontekście akcji Banku Światowego warto przypomnieć o jeszcze jednej niskooprocentowanej pożyczce tej instytucji. Brytyjski dziennik "The Guardian" opublikował w ubiegłym roku materiały, z których wynika, że Bank Światowy oraz Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju pożyczyły blisko 1 mld dolarów właścicielowi niemieckich sieci handlowych Lidl i Kaufland, w celu agresywnej ekspansji w krajach Europy środkowo-wschodniej, a w konsekwencji wykoszenia lokalnej konkurencji ze strony małych sklepów m. in. w Polsce. Efekt? - Handel detaliczny w naszym kraju został skutecznie przejęty przez zagraniczny kapitał.

 

Źródło: Obecny w Polsce niemiecki start-up Kreditech pozyskał 11 mln USD na ekspansję (wyborcza.biz)
Źródło: Kolonizacji gospodarczej ciąg dalszy (Twitter.com)

wpis z dnia 29/03/2016
   


  
     Rumunia istotnie obniżyła stawki VAT i inne podatki. Efekt? - Znaczny wzrost wpływów do budżetu kraju. Może by tak u nas zrobić to samo?
wpis z dnia 26/03/2016

 

Warto odnotować, że Rumunia - pomimo sprzeciwu Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Komisji Europejskiej - postanowiła zaryzykować i istotnie obniżyła stawki VAT oraz inne podatki dla małych przedsiębiorców. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Rumuński rząd odnotował znaczny wzrost wpływów budżetowych, co w konsekwencji przyczyniło się do powstania na początku roku nadwyżki budżetowej. Może by tak przeprowadzić taki eksperyment w Polsce?

Przypomnijmy - rumuńskie władze zdecydowały, aby od 1 stycznia w kraju obowiązywały niższe stawki podatku VAT. Podstawowa stawka została zmniejszona z 24 do 20 proc. Wcześniej zmniejszono także stawki na żywność - z 24 do 9 proc. Jakby tego było mało rząd w Bukareszcie zdecydował, że od początku roku stawka podatku dochodowego dla przedsiębiorców prowadzących 1-osobową działalność gospodarczą wyniosła zaledwie 3 proc. Jeśli taki przedsiębiorca zatrudni pracownika, to stawka PIT spada mu do 2 proc. Jeśli zatrudni dwóch pracowników - stawka PIT zostaje zmniejszona tylko do 1 proc.!

Efekt? - Do połowy marca wpływy podatkowe w Rumunii wzrosły aż o 7 proc. w porównaniu do analogicznego okresu sprzed roku. Oczywiście to dopiero początek roku, ale uwzględniając dobre prognozy wzrostu PKB (Rumunia ma odnotować w tym roku wzrost na poziomie +4,1 proc. PKB; dla porównania Polska: +3,6 proc. PKB) jest bardzo prawdopodobne, że świetne wyniki w zakresie wpływów do budżetu utrzymają się przez kolejne miesiące.

Kto wie, może casus Rumunii jest dobrym sposobem na rozwiązanie sytuacji fiskalnej w jakiej znalazł się obecnie polski rząd? Warto bowiem przypomnieć, że po dobrym styczniu (wpływy budżetowe z tytułu podatków były całkiem przyzwoite) przyszedł dramatycznie słaby luty, kiedy to wpływy podatkowe - a szczególnie wpływy z tytułu obowiązujących w Polsce stawek podatku VAT (podstawowa stawka to 23 proc.) - były najniższe od wielu lat. 

 

Nie wykluczone, że istotne obniżenie stawek VAT i innych podatków spowodowałoby u nas podobne skutki jak w Rumunii. Do tego trzeba jednak odwagi. Pytanie, czy rząd Beaty Szydło ją posiada?

 

Źródło: Rumunia obniżyła VAT i inne podatki. Skutek? Wzrost wpływów do budżetu (Money.pl)

wpis z dnia 26/03/2016

   


  

     Gigantyczne zarobki w otoczeniu H. Gronkiewicz-Waltz. Pensje w stołecznym magistracie pochłaniają aż 588 mln zł rocznie!
wpis z dnia 25/03/2016

 

Skarbnik warszawskiego ratusza pobiera co miesiąc pensje w wysokości 27,5 tys. zł. Czterech zastępców Hanny Gronkiewicz-Waltz może liczyć na wynagrodzenia od 23 do niemal 25 tys. zł. Każdy z 35 dyrektorów biur warszawskiego magistratu otrzymuje średnio po 16 tys. zł. Okazuje się, że co miesiąc na pensje warszawskich urzędników trzeba przeznaczać po 49 mln zł, co w skali roku daje gigantyczną kwotę 588 mln zł!

Jan Kunert z portalu PolitykaWarszawska.pl ujawnił zarobki jakie otrzymują stołeczni urzędnicy. Informacje mogą szokować z dwóch powodów. Pierwszy to kwoty jakie otrzymują osoby z najbliższego otoczenia Hanny Gronkiewicz-Waltz. Obecna prezydent Warszawy ma aż czterech zastępców. Każdy z nich zarabia co najmniej 23 tys. zł miesięcznie (widełki od 23.000 do 24.912 zł). Jeszcze więcej dostaje skarbnik warszawskiego ratusza - przysługuje mu pensja w wysokości 27,5 tys. zł. W urzędzie Miasta Stołecznego pracuje również 35 dyrektorów. Ich średnia miesięczna pensja to 16 tys. zł (choć zdarzają się i tacy, co otrzymują po 20 tys. zł). Drugi powód, dla którego informacje ujawnione przez Kunerta są szokujące, to całkowita kwota jaką co miesiąc trzeba wyłożyć, aby obsłużyć wypłatę pensji dla wszystkich warszawskich urzędników. Okazuje się, że cel ten pochłania aż 49 mln zł miesięcznie, co w skali roku daje gigantyczną kwotę 588 mln zł!

W kontekście powyższego warto również przypomnieć o wypłacanych hojnie w stołecznym ratuszu "premiach finansowych" oraz "dodatkach motywacyjnych" dla urzędników za "prawidłowe wykonywanie powierzonych zadań" lub "znajomość przepisów i procedur, sumienność, dążenie do rezultatów, samodzielność oraz obsługę klienta zewnętrznego i wewnętrznego". W ubiegłym roku ekipa HGW na ten cel chciała przeznaczyć 40 mln 535 tys. zł.

 

Źródło: Tylko u nas! 50 mln zł. na pensje. Ujawniamy zarobki WSZYSTKICH pracowników Ratusza (PolitykaWarszawska.pl)

wpis z dnia 25/03/2016

    


  

     Niemieckie media twierdziły, że Polska i Węgry są groźniejsze dla Europy niż terroryści z ISIS. Czy po wczorajszych zamachach nadal tak uważają?
wpis z dnia 23/03/2016

 

Przypomnijmy - pod koniec listopada ub.r., tuż po powołaniu w Warszawie nowego rządu Beaty Szydło, niemieckie media przełamały kolejną granicę paranoi twierdząc, że ze strony Polski i Węgier Europie grozi większe niebezpieczeństwo niż ze strony Państwa Islamskiego. Powstaje pytanie - czy po wczorajszych wydarzeniach niemieccy dziennikarze nadal podtrzymują swoje słowa z listopada? Czy nadal uważają, że Polska stanowi dla europejskiej wspólnoty większe zagrożenie niż terror ISIS? 

Przypomnijmy, że pod koniec listopada ub.r. niemiecki "Berliner Zeitung" napisał, iż interpretacja praworządności, którą prezentuje na Węgrzech rząd Wiktora Orbana, a w Polsce rząd Beaty Szydło, jest dla europejskiej demokracji "większym niebezpieczeństwem niż terror Państwa Islamskiego". Jakby tego było mało autor tekstu w berlińskiej gazecie stwierdził, że Polska jest obecnie rządzona przez "paranoicznych nacjonalistów, którzy państwo prawa uważają za spisek". 

Powstaje pytanie - czy po wczorajszych zamachach terrorystycznych w Brukseli, do których przyznali się islamiści z Państwa Islamskiego, niemieccy dziennikarze nadal uważają, że rządy Szydło i Orbana są większym zagrożeniem niż terror ISIS? Czy podtrzymują swoje sformułowania, jakoby decyzje rząd Szydło są groźniejsze niż przemoc i bezprawie, jakie reprezentują terroryści? Ile niewinnych osób musi zginąć, aby niemieckie elity polityczne i medialne w końcu pojęły, że prawdziwym problem dla Europy jest islamski fanatyzm, a nie demokratycznie wybrany rząd w Warszawie?

Wiem, że Niemcom ciężko się pogodzić z faktem utraty władzy w Polsce przez ekipę Platformy Obywatelskiej, ale może jednak warto opanować język i w obliczu rzeczywistego zagrożenia skupić się na prawdziwych problemach?

 

Źródło: Berliner Zeitung: Polska i Węgry gorsze od Państwa Islamskiego (DW.com)

wpis z dnia 23/03/2016

   


  

     "Sort kryminalny" murem za Platformą Obywatelską. Wybory w więzieniach zdecydowanie wygrywają kandydaci PO
wpis z dnia 22/03/2016

 

Nawiązując do narracji KOD-u i Gazety Wyborczej na temat różnych (gorszych i lepszych) sortów Polaków, warto odnotować, że "sort" kryminalny w każdych demokratycznych wyborach w Polsce (czy to parlamentarnych, czy to prezydenckich) murem staje za przedstawicielami... Platformy Obywatelskiej. Zgodnie z oficjalnymi statystykami PKW i Centralnego Zarządu Służby Więziennej - przewaga PO nad PiS wśród osadzonych w zakładach karnych potrafiła sięgać od 73 proc. (w wyborach parlamentarnych) do nawet 84 proc. (w wyborach prezydenckich)!

Jeśli prześledzimy oficjalne statystyki na temat preferencji wyborczych osadzonych w zakładach karnych i aresztach z ostatnich 9 lat, to wniosek może być tylko jeden: Platforma Obywatelska (wraz z partiami z nią współpracującymi) miażdży prawicową konkurencje. Przypomnijmy, że w 2007 roku (wybory parlamentarne) aż 76,2 proc. więźniów i aresztantów całym kraju zagłosowało na Platformę Obywatelską, a tylko 2,8 proc. na PiS. Cztery lata później (2011 rok) w więzieniach wygrała PO z wynikiem 35,6 proc. Drugi rezultat osiągnął Ruch Palikota - 32,2 proc. osadzonych. PiS w tych wyborach otrzymał 7,5 proc. W ubiegłym roku PiS osiągał w zakładach karnych i aresztach rekordowy (jak dla siebie) wynik przekraczający 10 proc. Nie mniej konkurencyjna PO i tak zmiażdżyła partię Jarosława Kaczyńskiego osiągając średnio ponad 50 proc. poparcie.

Podobnie rzecz się miała w przypadku wyborów prezydenckich. Oficjalne dane dotyczące ubiegłorocznej elekcji mówią, że Bronisław Komorowski uzyskał wśród więźniów i osadzonych w aresztach aż 82,7 proc. poparcie. Jego konkurent Andrzej Duda jedynie 14,8 proc. Jeszcze większą przewagę Komorowski odnotował podczas wyborów z 2010 roku. Wówczas w II turze wyborów zagłosowało na niego aż 91,9 proc. odbywających kary więzienia lub tymczasowo aresztowanych.

Powyższe dane jednoznacznie wskazują, że kryminalny "sort" Polaków wybiera przedstawicieli Platformy Obywatelskiej.

 

Źródło: Wybory w więzieniach: PO 76,2 proc., PiS 2,8 proc. (Wprost.pl)
Źródło: Tak głosowali więźniowie. Kto wygrał w zakładach karnych? (Wp.pl)
Źródło: Fenomen zakładów karnych (lesna.salon24.pl)
Źródło: Te dane mówią wiele! Wyborcy z zakładów karnych głosowali na Komorowskiego. Reelekcji chciało prawie 83 proc. (wPolityce.pl)

wpis z dnia 22/03/2016

    


   

     Skąd taka płacowa przepaść? Kasjerka w niemieckim Lidlu zarabia równowartość 8 tys. zł brutto. Kasjerka w Biedronce zarabia jedynie 2,3 tys. zł brutto
wpis z dnia 21/03/2016

 

W Niemczech przeciętne płace są 3-4 razy wyższe niż w Polsce. Początkująca kasjerka w jednej z największych sieci handlowych (Lidl) zarobi równowartość ok. 8 tys. zł brutto. Początkująca kasjerka w największej sieci handlowej w Polsce (Biedronka) może liczyć na 2 250 zł brutto wynagrodzenia. Skąd bierze się aż taka przepaść płacowa, skoro życie u naszych zachodnich sąsiadów z pewnością nie jest 3-4 razy droższe niż w naszym kraju? Odpowiedź jest prosta: To efekt trwającego w Polsce od wielu lat drenażu kapitału na masową skalę.

Należąca do Portugalczyków spółka Jeronimo Martins Polska ogłosiła, że pracownicy Biedronek mogą się spodziewać podwyżek. W ich efekcie nowo zatrudniani pracownicy mają dostawać po 2 250 zł brutto miesięcznie (ok. 1 600 zł na rękę). To o prawie 1/5 więcej niż wynosi płaca minimalna w naszym kraju. 

Super? No to popatrzmy na to co oferuje niemiecki Lidl dla nowo zatrudnianych pracowników w sklepach ulokowanych na terytorium Niemiec. Okazuje się, że godzinowa stawka minimalna dla szeregowego pracownika wynosi tam aż 11,5 euro brutto (równowartość ok. 50 zł). Tym samym pracująca na pełen etat osoba (160 godzin w miesiącu) jest tam w stanie wyciągnąć 1 840 euro, co stanowi równowartość... ok. 8,0 tys. zł.

Skąd bierze się aż tak wielka przepaść płacowa? Przecież życie u naszych zachodnich sąsiadów nie jest 3-4 razy droższe niż w naszym kraju. Odpowiedź jest prosta - Polska była dotąd traktowana niczym dojna krowa. Potencjał gospodarczy naszego kraju był wykorzystywany przede wszystkim przez zagraniczne firmy i korporacje, które drenowały poza granice Polski miliardy złotych zarobionych tutaj pieniędzy. Według oficjalnych statystyk bilansu płatniczego (tworzonego przez NBP) w latach 2005-2014 z naszego kraju wyprowadzono równowartość około 540 mld zł! I to jest główny powód, dla którego kasjerka w Polsce zarabia 2,3 tys. zł brutto, a wykonująca dokładnie taką samą pracę kasjerka w Niemczech otrzymuje 3,5 razy więcej.

 

Źródło: Będą podwyżki w Biedronce. Ile zarabiają pracownicy? (Bankier.pl)
Źródło: Lidl podnosi płacę minimalną do 47 zł za godzinę (Se.pl)

wpis z dnia 21/03/2016
   


  
     Platforma chce rezolucji Parlamentu Europejskiego przeciwko Polsce. Jak można nazwać takie zachowanie??
wpis z dnia 20/03/2016

 

Ostatni wyjazd lidera Platformy Obywatelskiej do Brukseli na swój sposób można nazwać "pracowitym". Grzegorzowi Schetynie, przy współudziale innych członków i europosłów PO, udało się przekonać liderów Europejskiej Partii Ludowej (do której w Parlamencie Europejskim należy PO), aby ta przygotowała tekst rezolucji przeciwko Polsce. - "Bruksela to też nasz dom i tam będziemy informować, co się dzieje w Polsce" - powiedział przewodniczący PO. Jak można nazwać takie zachowanie? 

Wiele wskazuje na to, że liderzy Platformy Obywatelskiej powrócili do koncepcji donoszenia na Polskę i polski rząd. Jeszcze przed wyjazdem do Brukseli Grzegorz Schetyna oficjalnie potwierdził, że PO będzie dążyła do przyjęcia przez Parlament Europejski rezolucji potępiającej nasz kraj. - "Będziemy chcieli, żeby PE przyjął rezolucję. Jesteśmy po konsultacjach z naszymi partnerami z Europejskiej Partii Ludowej. Będę w Brukseli o tym rozmawiał. To projekt, który powinien się pojawić i który powinien być przyjęty przez PE" - mówił przewodniczący PO tuż przed wylotem do Brukseli.

Okazało się, że cel Schetyny został osiągnięty. Europejska Partia Ludowa (w skład której wchodzi także PO) zdecydowała w ostatni czwartek, że przygotuje projekt rezolucji dla Parlamentu Europejskiego przeciwko Polsce. Projekt ten ma być głosowany na sesji europarlamentu, która odbędzie się 27-28 kwietnia. Na ten temat lider PO rozmawiał w Brukseli m.in. z szefem frakcji chadeków w europarlamencie Manfredem Weberem, a także z kanclerz Niemiec Angelą Merkel.

Powstaje pytanie - dlaczego PO, z Grzegorzem Schetyną na czele, uważa że donoszenie na swój kraj do UE i pisanie antypolskich rezolucji jest okej? Jak można nazwać takie zachowanie? Czy oni myślą, że w ten sposób podbiją swoje notowania?

 

Źródło: Schetyna: Będziemy chcieli, żeby PE przyjął rezolucję nt. Polski. Jesteśmy po konsultacjach z partnerami z EPL (300polityka.pl)
Źródło: PO nie rezygnuje. Przygotowuje rezolucję dla PE na temat sytuacji w Polsce (tvp.info)
Źródło: PO przygotuje projekt rezolucji PE dot. Polski (TelewizjaRepublika.pl)

wpis z dnia 20/03/2016
     


  
     Żona Ziobry dyrektorem w spółce z Grupy PZU, radny PiS do zarządu Azotów. I pomyśleć, że minister Skarbu chciał zrobić porządek z "księstwami" w spółkach...
wpis z dnia 19/03/2016

 

Link4, spółka będąca własnością należącej do Skarbu Państwa Grupy PZU, zatrudniła żonę ministra Zbigniewa Ziobry na stanowisku dyrektora pionu marketingu. Kilka dni wcześniej radny PiS ze Szczecina został powołany do zarządu Grupy Azoty, czyli największej polskiej firmy chemicznej kontrolowanej przez Skarb Państwa. Powyższe informacje ciekawie zestawia się ze słowami obecnego ministra Skarbu Państwa Dawida Jackiewicza, który porównał spółki kontrolowane przez resort poprzedniej ekipy do "prywatnych księstw". Tak, że tego...

Jeśli spojrzeć na CV Patrycji Koteckiej, żony obecnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry, to można powiedzieć, że ma bogate doświadczenie w zakresie marketingu. Przez kilka ładnych lat pracowała w branży i z pewnością zna się na rzeczy. Nie mniej, zatrudnienie jej w Link4 - czyli spółce będącej własnością należącej do Skarbu Państwa Grupy PZU - na wysokim i dobrze płatnym stanowisku to wizerunkowy strzał w kolano. I nawet nie chodzi o to, czy doszło tutaj do jakiś nieprawidłowości, czy też została tam zatrudniona całkowicie legalnie, przechodząc wszystkie stopnie rekrutacji. Cała misternie kuta narracja, zgodnie z którą PiS zrobi "porządek w spółkach Skarbu Państwa" i zniszczy "prywatne księstwa" po prostu się rozbija o kant faktu, że oto dobrze płatną robotę dostaje teraz "żona ministra", "radny z PiS" czy inny bliski znajomy członka rządu...

Każdej partii będącej u steru władzy prędzej czy później zaszkodzi chamski nepotyzm i kumoterstwo. PiS-owi - z racji tej, że do wyborów szedł z hasłem "sanacji" i walki z patologiami poprzedniej władzy - zaszkodzi już samo podejrzenie o choćby tylko drobne nieprawidłowości. Nie pojmuję zatem dlaczego najważniejsze i decyzyjne osoby w tej partii nie uwzględniają tej prostej zasady przy obsadzaniu miejsc w spółkach kontrolowanych przez Skarb Państwa...

 

Źródło: Żona Zbigniewa Ziobry nowym dyrektorem marketingu w Link4, spółce zależnej Grupy PZU (Bankier.pl)
Źródło: Nowi członkowie zarządu Grupy Azoty (Wnp.pl)
Źródło: Jackiewicz o audycie w spółkach Skarbu Państwa: „Wnioski są bardzo nieciekawe. Spółki były jak księstwa, których prezesom przysługiwały niewspółmierne korzyści” (wPolityce.pl)

wpis z dnia 19/03/2016

   


  

     Kwota wolna od podatku dla zwykłego Polaka jest 9-krotnie niższa od kwoty wolnej dla posła i 20-krotnie niższa od kwoty obowiązującej na Wyspach!
wpis z dnia 18/03/2016

 

Począwszy od roku 2017 kwota wolna od podatku wzrośnie w Wlk. Brytanii do wysokości 11,5 tys. funtów (ok. 62 tys. zł). To już kolejna podwyżka tej kwoty na Wyspach w ciągu ostatnich kilku lat. Dzięki forsowanym przez rząd D. Camerona zmianom podatkowym, PIT-u w ogóle nie zapłaci ok. 600 tys. małych firm i miliony zwykłych Brytyjczyków! Tymczasem w Polsce kwota wolna od 9 lat jest stała i wynosi 3 091 zł. Jest tym samym 9-krotnie niższa od kwoty wolnej dla posłów i 20-krotnie niższa od kwoty obowiązującej na Wyspach!

Rząd Wielkiej Brytanii znowu postanowił podnieść kwotę wolną od podatku. Począwszy od 2017 roku kwota ta urośnie do 11,5 tys. funtów. Stanowić to będzie równowartość obecnych ok. 62 tys. zł. To, wraz z innymi ulgami dla przedsiębiorców, spowoduje, że ok. 600 tys. małych firm oraz kilka milionów Brytyjczyków w ogóle nie zapłaci podatku dochodowego! 

Tymczasem w Polsce od 9 lat to jedynie 3 091 zł (20-krotnie mniej od wspomnianych 11,5 tys. funtów w Wlk. Brytanii)! Szokujące w przypadku naszego kraju jest również to, że bardzo wąska grupa społeczna (posłowie i senatorowie) w odróżnieniu od reszty społeczeństwa cieszy się 9-krotnie wyższą kwotą wolną. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że wypłacane z naszych podatków poselskie diety są wolne od podatku dochodowego do wysokości 27 360 zł w skali roku. Zgodnie z ustawą o wykonywaniu mandatu posła i senatora, tzw. dieta parlamentarna (która wraz z parlamentarnym uposażeniem jest wypłacana posłom i senatorom co miesiąc i aktualnie wynosi 2 473,08 zł brutto) jest zwolniona z podatku PIT do wysokości 2 280,00 zł miesięcznie, co w skali roku daje nam kwotę w wysokości 27 360 zł!

 

Źródło: Budget 2016 summary and highlights: Everything you need to know from George Osborne's speech (telegraph.co.uk)

wpis z dnia 18/03/2016

  


  
     Niemcy olewają Polskę i dogadują się z Rosjanami ws. Nord Stream 2. O Polsce mówią zaś, że potrzeba tu... "interwencji"! Co dalej? Może " mała okupacja"??!
wpis z dnia 17/03/2016

 

Właśnie zakończył się zorganizowany przez Rosjan przetarg o wartości 2,6 mld euro na dostawę rur do gazociągu Nord Stream 2. Oczywiście wygrały go... firmy z Niemiec. Rząd Angeli Merkel udaje, że nie ma problemu i nie widzi żadnego zagrożenia geopolitycznego dla innych państw Europy Środkowej. W tym samym czasie niemieckie media podgrzewają temat wokół Polski i nawołują do zewnętrznej interwencji w Warszawie. Co dalej? Może jakaś mała okupacja, by zainstalować marionetkowy rząd? 

Przypomnijmy - we wrześniu ubiegłego roku rosyjski Gazprom, niemieckie BASF i E.ON, austriacki OMV, francuski Engie i brytyjsko-holenderski Shell podpisali umowę o powołaniu specjalnego konsorcjum do budowy gazociągu Nord Stream 2. Konsorcjum to ogłosiło przetarg o wartości 2,6 mld euro na dostawę rur do budowy gazociągu. Wygrały go - jakby inaczej - firmy z Rosji oraz Niemiec. Dostawy pierwszych rur mają się rozpocząć już we wrześniu 2016 r.

Realizacja projektu Nord Stream 2 będzie równoznaczna z tym, że całość gazu z Rosji do Europy Zachodniej będzie docierać przez Niemcy (a nie, jak do tej pory przez Białoruś/Ukrainę, Polskę i Niemcy), co zapewni niemieckim firmom przesyłowym stabilne wpływy pieniężne na dziesięciolecia, a Rosji umożliwi stosowanie szantażu energetycznego wobec Polski. Obecnie było to niemożliwe, bowiem wstrzymanie dostaw gazu do Polski (jako kraju tranzytowego) było równoznaczne ze wstrzymaniem dostaw do państw Europy Zachodniej. Po wybudowaniu Nord Stream 2 Rosja będzie mogła dostarczać całość gazu potrzebnego Europie z pominięciem Polski.

Zagrożenia dotyczące budowy kolejnych nitek Nord Streamu widzą także niektórzy członkowie Komisji Europejskiej. Komisarz UE ds. klimatu i energii Miguel Arias Canete powiedział kilka tygodni temu: "Jeśli ten rurociąg zostanie zbudowany, to 80 proc. rosyjskiego gazu będzie nim transportowane do UE. To jest z punktu widzenia bezpieczeństwa ryzykowne". Pomimo tego Angela Merkel uznała, że wspólna inicjatywa Gazpromu oraz niemieckich firm jest "czysto komercyjna" i nie spowoduje żadnych zagrożeń geopolitycznych zarówno dla całej UE jak i dla poszczególnych państw członkowskich. De facto była to nieformalna zgoda Niemiec na budowy kolejnej rury gazowej omijającej nasz kraj i jawnie uderzającej w nasze bezpieczeństwo energetyczne. 

Co w tym samym czasie robią niemieckie media? Grzeją temat wokół Polski i nawołują do sankcji, czy wręcz zewnętrznej interwencji w Warszawie. Nie wierzycie? To poczytajcie sobie ostatnie teksty "Frankfurter Allgemeine Zeitung", "Sueddeutsche Zeitung" czy "Der Tagesspiegel". Ich arogancja nie zna granic. Niewykluczone, że jak tak dalej pójdzie, to niemieccy publicyści zaproponują jakąś małą okupację Polski, by móc zainstalować marionetkowy rząd...

 

Źródło: Gazprom, Nord Stream 2 i polityka faktów dokonanych (Wyborcza.biz)
Źródło: Rutteln am Rechtsstaat (Tagesspiegel.de)
Źródło: Niemiecka prasa o sporze o TK w Polsce: poważny kryzys państwa (Bankier.pl)

wpis z dnia 17/03/2016

 


 

     Obrońcy wydawców z TVP Info - gdzieście byli, kiedy wprowadzano embargo informacyjne w/s plączącego się w zeznaniach Komorowskiego?
wpis z dnia 16/03/2016

 

KOD dostał wczoraj swoich męczenników: Dwoje wydawców z TVP Info, którzy decydowali co w danej chwili leci na antenie, została zwolniona. Zdaniem dyrekcji Telewizyjnej Agencji Informacyjnej błędnie uznali oni sobotni protest KOD za jedyne ważne wydarzenie dnia, które powinno być maksymalnie grzane w serwisach informacyjnych. W kontekście powyższego warto przypomnieć "złote czasy" platformianej demokracji, kiedy TVP odmówiło nagrania plączącego się w zeznaniach przed sądem Komorowskiego? Gdzieście wówczas byli dzisiejsi obrońcy zwalnianych wydawców!? 

Dyrekcja Telewizyjnej Agencji Informacyjnej (TAI) uznała, że dwójka wydawców TVP Info (Izabela Leśkiewicz oraz Magdalena Siemiątkowska) błędnie uznały sobotni protest KOD za jedyne ważne wydarzenie dnia, które powinno być maksymalnie grzane w serwisach informacyjnych. Z wydanego przez TAI oświadczenia ponadto wynika, że wspomniana dwójka odmówiła wykonania powierzonych zadań programowych, odmówiła zaproponowania alternatywnych pomysłów programowych oraz dopuściła się porzucenia miejsca pracy, co bezpośrednio zagroziło ciągłości emisji TVP Info. Mając na uwadze powyższe dyrekcja TAI postanowiła o natychmiastowym zakończeniu współpracy z ww. wydawcami. TAI poinformowała, że współpraca została również zerwana z innym wydawcą TVP Info - Małgorzatą Serafin - która w sobotę protestów KOD odmówiła emisji na antenie TVP Info dwóch materiałów reporterskich, powstałych dzień wcześniej. 

Po pierwsze - uważam, że ruch ze zwolnieniem w trybie natychmiastowym wspomnianej trójki wydawców z TVP Info jest jednak błędem. Okrągłostołowy establishment oraz KOD dostali w ten sposób szeregu potężnych argumentów, które przez kolejne tygodnie będą mogli wykorzystywać w antyrządowej retoryce i narracji. W mojej opinii lepiej jest dokładnie relacjonować i pokazywać manifestacje KOD, bo częstokroć ich uczestnicy - czy to przez głoszone hasła, poglądy, swoje zachowanie czy dotychczasową biografię - w pełni kompromitują ideę KOD-owskich protestów. Poza tym zwolnienie Małgorzaty Serafin, to chyba jednak jakaś pomyłka. No ale to moje skromne zdanie i - jak rozumiem - dyrekcja TAI ma zupełnie inny pogląd na sprawę. 

Po drugie - słysząc za co wyleciała z TVP Info przynajmniej pierwsza dwójka ze wspomniana powyżej trójki wydawców, automatycznie przypomniała mi się historia wprowadzonego również przez TVP embarga informacyjnego na widok plączącego się przed sądem w zeznaniach w/s WSI Bronisława Komorowskiego. Przypomnijmy - 19.12.2014 r. ówczesny prezydent zeznawał jako świadek w głośnym procesie dot. m.in. ujawnienia tajnego aneksu w sprawie likwidacji WSI. Zeznający pod przysięgą w sądzie prezydent byłby sensacją dnia w każdym normalnym państwie. Wszystkie telewizje transmitowałyby "na żywo" jego zeznania, tym bardziej, że była taka możliwość (prowadzący sprawę sędzia pozwolił na nagrywanie i publikowanie przebiegu rozprawy). Niestety żadna telewizja (poza niszową Republiką) nie zdecydowała się na bezpośrednią relację z procesu. Ani TVN, ani Polsat, ani TVP czy TVP Info nie nagrywała tego jak ówczesny prezydent plątał się w swoich zeznaniach i prosił sąd o uchylanie kłopotliwych pytań.

Te "złote czasy" platformianej demokracji warto przypominać wszystkim tym, którzy dziś krytykują podejmowane przez nowe władze decyzje. Gdzieście byli, kiedy kontrolowana przez ekipę PO Telewizja Publiczna odmówiła nagrania plączącego się w zeznaniach przed sądem Komorowskiego? Gdzieście byli, kiedy TVP tuż po wybuchu afery NIK udawała, że nie ma tematu? Pamiętam jak dziś, kiedy w dniu wybuchu afery w głównym wydaniu Wiadomości TVP1 oraz Panoramy na TVP2 tematowi poświęcono okrągłe ZERO minut czasu antenowego. Mowę wam wówczas odjęło, czy jak? Czy tak miały wyglądać "wolne media"?! Warto o tym pamiętać, szczególnie teraz, kiedy w dyskursie publicznym spór o telewizję publiczną w Polsce będzie przybierał na sile.

wpis z dnia 16/03/2016
    


  
     Banki będą mogły przejąć oszczędności swoich klientów! UE naciska na Polskę, aby wprowadziła kontrowersyjny mechanizm "skoku na kasę"!
wpis z dnia 15/03/2016

 

Komisja Europejska przyjęła w 2014 roku nową dyrektywę bankową przewidującą mechanizm przejmowania przez banki zagrożone bankructwem oszczędności swoich klientów. Dyrektywa o "skoku na kasie" miała być wdrożona do lokalnych porządków prawnych państw UE do końca 2015 roku. Polska, jako jedno z nielicznych państw w Europie, do dziś tego nie uczyniła. Obecnie Bruksela naciska, aby wspomniany mechanizm w trybie pilnym zaczął funkcjonować także i w naszym kraju. Jeśli tego nie zrobimy, grożą nam wielomilionowe kary za każdy dzień zwłoki.

Przypomnijmy: po kryzysie finansowym z lat 2008 - 2013 Komisja Europejska zaproponowała, aby banki zagrożone bankructwem mogły w razie konieczności zabierać swoim klientom część oszczędności zgromadzonych na rachunkach (póki co, limit do "grabieży w majestacie prawa" ustanowiono na kwotę powyżej 100 tys. euro). W tym celu Komisja przygotowała dyrektywę pt. "Bank Recovery and Resolution Directive" (BRRD), która miała być wdrożona przez wszystkie kraje należące do UE do końca 2015 roku. Polska do dziś tego nie uczyniła przez co naraziła się na gniew eurokratów z Brukseli, którzy coraz intensywniej krzyczą o Trybunale Sprawiedliwości dla naszego kraju i wielomilionowych karach za każdy dzień zwłoki w publikacji tej dyrektywy w polskim porządku prawnym.

Udało mi się sprawdzić na stronie Rządowego Centrum Legislacji, że projekt "Ustawy o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, systemie gwarantowania depozytów oraz przymusowej restrukturyzacji", którego celem jest m.in. wdrożenie do polskiego porządku prawnego dyrektywy BRRD, jest już rozpatrywany przez posłów. W dniu 27 stycznia 2016 r. wpłynął on do Sejmu jako druk nr 215. Na posiedzeniu Sejmu 10 lutego odbyło się pierwsze czytanie tego projektu, w trakcie którego podjęta została decyzja o skierowaniu tekstu tej ustawy do konsultacji w sejmowej Komisji Finansów Publicznych.

 

Wiele wskazuje na to, że unijne instytucje nałożą wysokie kary finansowe na Polskę za niewdrożenie tej fatalnej dla klientów banków dyrektywy w przewidzianym przez eurokratów terminie. 

 

Źródło: Projekt ustawy o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, systemie gwarantowania depozytów oraz przymusowej restrukturyzacji (legislacja.rcl.gov.pl)
Źródło: Rządowy projekt ustawy o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym, systemie gwarantowania depozytów oraz przymusowej restrukturyzacji (Sejm.gov.pl)

wpis z dnia 15/03/2016

   


  

     Blisko dwa miliony złotych odprawy dla kumpla Tuska! - "Donald po to go tam wsadził na chwilę, żeby wziął odprawę"
wpis z dnia 14/03/2016

 

Potwierdziły się informacje o gigantycznej odprawie dla Krzysztofa Kiliana, byłego prezesa PGE i bliskiego znajomego Donalda Tuska. Odchodząc ze stanowiska po dwudziestu miesiącach szefowania PGE, Kilian dostał odprawę w wysokości 1,8 mln zł. Nagrany przez kelnerów Paweł Graś nie miał wątpliwości, po co Tusk umieścił swojego kumpla na tym stanowisku: - "Donald po to wsadził tam [do PGE] na chwilę Kiliana, żeby tam wziął odprawę". By żyło się lepiej. Swoim...

Przypomnijmy - Krzysztof Kilian, jako bliski znajomy Donalda Tuska (tak jak Tusk, należał do Kongresu Liberalno-Demokratycznego i Unii Wolności) w marcu 2012 został powołany na stanowisko prezesa zarządu największej spółki energetycznej działającej na terytorium naszego kraju, czyli Polskiej Grupy Energetycznej (odnotujmy, że spółka ta jest kontrolowana przez Skarb Państwa, zatem decydującą rolę w obsadzaniu stanowisk w zarządzie ma rząd). Funkcję tą pełnił przez dwadzieścia miesięcy - do listopada 2013 roku, kiedy podał się do dymisji.

Tuż po podaniu się do dymisji wiadomym było, że Kilian otrzyma gigantyczną odprawę. Opinia publiczna musiała jednak czekać kolejne 2,5 roku, aby dowiedzieć się ile dokładnie pieniędzy wpłynęło na konto kumpla Tuska, za to że zrezygnował z szefowania PGE. Po ujawnieniu przez spółkę raportów rocznych i wynagrodzenia poprzedniego zarządu okazało się, że rozstanie Kiliana z PGE kosztowało łącznie aż 1,8 miliona złotych! Taką odprawę otrzymał on jako rekompensatę za niemożność dalszego szefowania tą spółką oraz odszkodowanie z tytułu zakazu konkurencji.

 

W sumie za 20 miesięcy pracy w PGE wraz z odprawą i wspomnianym odszkodowaniem na konto kolegi Tuska wpadło ok. 4,5 mln zł.  

W kontekście powyższego warto wspomnieć o nagranej przez kelnerów (afera taśmowa) rozmowie byłego rzecznika rządu Pawła Grasia z byłym prezesem Orlenu - Jackiem Krawcem. Graś mówi Krawcowi, że Tusk dał pracę Kilianowi, po to aby ten otrzymał odprawę:

 

J. Krawiec: On [Kilian], mając Donalda jako kolegę od dwudziestu paru lat, po prostu miał wszystkich w dupie. 
P. Graś: Donald po to wsadził tam [do PGE] na chwilę Kiliana, żeby tam wziął odprawę.

 

Czyżby Donald Tusk właśnie w taki sposób realizował swój przedwyborczy slogan: "By żyło się lepiej"? Jeśli tak to szkoda, że lepsze życie fundował jedynie swoim najbliższym kumplom...

 

Źródło: Przyjaciel Donalda Tuska dostał 1,8 mln złotych odprawy! (Se.pl)
Czytaj także: 'Kto ma akcje, ten ma rację', czyli dlaczego musiał odejść prezes PGE (Wyborcza.biz)

wpis z dnia 14/03/2016

   


  

     Jątrzenia ciąg dalszy! Schetyna straszy majdanem, a Stępień mówi o "rozlewie krwi"! Czy oni totalnie zgłupieli? Czy naprawdę chcą, aby Polak Polakowi był wilkiem?!
wpis z dnia 12/03/2016

 

Totalnie nie rozumiem liderów okrągłostołowego establishmentu. Oderwani w wyniku demokratycznych wyborów od steru władzy, tracący wpływy i kontrolę nad tym, co jest uchwalane przez Sejm (podatek bankowy, 500+, TK, dekomunizacja, media) zaczęli straszyć Polaków majdanem i rozlewem krwi. Czy oni naprawdę chcą śmierci i totalnej destabilizacji? W imię czego? Utraconych wpływów? Władzy? Przywilejów? Kiedy to się w końcu skończy?!

- "Jeżeli nie znajdziemy rozwiązania tego konfliktu, to wszystko będzie nas prowadzić na ulice. A jeśli przeniesiemy wszystkie aktywności na ulicę, to będziemy mogli powiedzieć o Majdanie w Warszawie, ale to ostatni etap. Może to prowadzić do tego, czego jeszcze w Polsce nie widzieliśmy" - powiedział wczoraj na antenie radia RMF FM Grzegorz Schetyna - lider Platformy Obywatelskiej. Majdan w Warszawie, którego konsekwencje doprowadzą do tego, czego jeszcze w Polsce nie widzieliśmy? Czyli czego? Krwawych zamieszek, w których sympatycy KOD będą walczyć ze zwolennikami sanacji? No bo jak inaczej interpretować słowa byłego szefa MSZ?

Inny przedstawiciel establishmentu III RP - Jerzy Stępień - podczas przemowy do sympatyków Platformy Obywatelskiej również postanowił ostro podjudzić. Stwierdził, że "oni" - czyli ci, którzy w wyniku demokratycznych wyborów odebrali okrągłostołowej ekipie władzę nad Polską - że "oni" chcą dzisiaj "rozlewu krwi". "Oni", zdaniem Stępnia, nie są zadowoleni "zgniłym kompromisem okrągłego stołu" (tak, tak - sam Stępnień przyznał, że był zgniły) i z tego właśnie powodu chcą teraz krwi... Jak dla mnie jest to jątrzenie level HARD. Podburzanie Polaków przeciwko Polakom, wywoływanie lęku, którego celem jest totalna destabilizacja. Czy o tym myśli Jerzy Stępień mówiąc, że "oni" chcą rozlewu krwi? Dlaczego w ten sposób straszy sympatyków PO? Jaki jest cel takich wypowiedzi!? 

 

Ludzie, opanujcie się!

 

Źródło: Schetyna: Majdan w Warszawie. Brak rozwiązania sporu o TK wyprowadzi nas na ulice (Rmf24.pl)
Źródło: Wypowiedz Jerzego Stępnia (Twitter.com)

wpis z dnia 12/03/2016
   


  
     Kryzys konstytucyjny w USA: Senat blokuje powołanie człowieka Obamy do Sądu Najwyższego. I co? I nic! KOD, UE i Komisja Wenecka milczą...
wpis z dnia 11/03/2016

Nawiązując do sytuacji z TK w Polsce warto wspomnieć o paraliżu, jaki ma miejsce za oceanem. Mający większość w amerykańskim senacie Republikanie właśnie zapowiedzieli, że przez kolejnych 10 miesięcy będą blokowali powołanie do Sądu Najwyższego wskazanego przez Baracka Obamę sędziego. Nie odpuszczą dopóki wywodzącemu się z Partii Demokratów prezydentowi nie upłynie kadencja i kandydata na sędziego SN nie wskaże jego następca (prawdopodobnie Republikanin). Dlaczego Komisja Wenecka, UE i ONZ milczą? Dlaczego KOD nie nawołuje do sankcji?

Amerykanie mają swój "Supreme Court Crisis". Kilka tygodni temu zmarł Antonin Scalia - konserwatywny sędzia amerykańskiego Sądu Najwyższego. Zgodnie z tamtejszą konstytucją prezydent ma prawo nominować następcę zmarłego sędziego. Aby jednak nominacja stała się ważna musi być zatwierdzona przez senat. Tymczasem posiadający tam większość Republikanie już zapowiedzieli, że w ogóle nie przystąpią do głosowania nad kandydatem zgłoszonym przez Obamę. Jesienią tego roku w USA odbędą się wybory prezydenckie, a to zdaniem Republikanów oznacza, że następcę zmarłego Scalii winien wyznaczyć zwycięzca jesiennej elekcji (którym może być Republikanin), a nie odchodzący Obama z Partii Demokratów. 

Kryzys konstytucyjny jak w pysk strzelił. Parafrazując nagłówki niemieckich gazet piszących o Polsce można powiedzieć, że amerykańska demokracja właśnie chyli się ku upadkowi, a dążący do autorytarnych rządów Republikanie nie chcą ustąpić nawet na krok. W tym miejscu powstaje pytanie - dlaczego Komisja Wenecka wciąż milczy? Dlaczego UE nie wyraża głębokiego zaniepokojenia sytuacją w Waszyngtonie? Dlaczego niemiecka prasa nie bije na alarm? Dlaczego KOD nie nawołuje do wprowadzenia sankcji przeciwko USA?!

Rozwiązanie tej zagadki jest proste - kryzys konstytucyjny w USA, związany ze spodziewaną zmianą władzy w Waszyngtonie, nikogo w Europie nie obchodzi, bo interesy gospodarcze żadnego europejskiego państwa nie są z tego powodu zagrożone. Kryzys konstytucyjny w Polsce, związany ze zmianą władzy w Warszawie, jest szeroko komentowany przez Niemców, eurokratów i cały okrągłostołowy establishment, bo w istocie zagraża gospodarczym interesom wielu zachodnioeuropejskich krajów. Zlikwidowanie Trybunału Konstytucyjnego, jako ostatniego przyczółka Platformianej władzy, będzie skutkowało niemożnością uchylenia skutków ustaw uderzających w interesy zachodnich banków i korporacji, które mogą czuć się zagrożone pod rządami PiS. Stąd też, w mojej opinii, krzyk i histeria w przypadku kryzysu konstytucyjnego w Polsce i całkowity olew na obecną sytuację w Waszyngtonie.

 

Czytaj więcej: "Powinni zdecydować Amerykanie, a nie prezydent kulawa kaczka" (tvn24.pl)
Czytaj więcej: How to Recognize a Constitutional Crisis (NewYorker.com)

wpis z dnia 11/03/2016

 


 

     Absurd! TK twierdzi, że ma nieistniejące przed porażką B. Komorowskiego uprawnienie do usunięcia A. Dudy ze stanowiska!
wpis z dnia 10/03/2016

 

Przez 18 lat funkcjonowania ustawy o Trybunale Konstytucyjnym nie było w niej rozdziału o możliwości usunięcia z urzędu Prezydenta RP. Tego rodzaju przepisy zostały wprowadzone dopiero przez ekipę Platformy Obywatelskiej, tuż po przegranej B. Komorowskiego w wyścigu o fotel prezydenta. Po przejęciu władzy PiS usunął z ustawy taką możliwość. Wczoraj TK uznał jednak, że przywrócenie stanu jaki istniał przed niekorzystnymi dla PO wyborami prezydenckimi było... niekonstytucyjne! Tym samym przyznał sobie prawo do usunięcia Dudy ze stanowiska!

Przypomnijmy, że w ubiegłym roku koalicja PO-PSL przeforsowała - tuż po przegranej ich kandydata w wyborach prezydenckich - zmianę w ustawie o Trybunale Konstytucyjnym, która przyznawała TK możliwość "stwierdzenia przeszkody w sprawowaniu urzędu przez Prezydenta RP". Wprowadzony wówczas z art. 3 ust. 6 ustawy o TK przewidywał:

 

"Trybunał rozstrzyga o stwierdzeniu przeszkody w sprawowaniu urzędu przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. W razie uznania przejściowej niemożności sprawowania urzędu przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Trybunał powierza Marszałkowi Sejmu tymczasowe wykonywanie obowiązków Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej".

 

Warto odnotować, że po przejęciu władzy PiS usunął z ustawy o TK taką możliwość. Przywrócił tym samym stan jaki funkcjonował przez 18 poprzednich lat, od momentu wejścia w życie Konstytucji z 1997 roku. 

Wczoraj sędziowie TK stwierdzili jednak, że przywrócenie przez PiS stanu jaki istniał przed niekorzystnymi dla PO wyborami prezydenckimi było... niekonstytucyjne! Tym samym przyznał sobie prawo do stwierdzaniu o przeszkodzie w sprawowaniu urzędu przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. W praktyce oznacza to, że TK w każdej chwili może orzec o "przeszkodzie" i de facto usunąć Andrzeja Dudę ze stanowiska Prezydenta RP. Z racji tej, że wspomniana przeszkoda nie została określona, należy domniemywać, że potencjalnie może nią być cokolwiek, co wymyślą wybrani przez PO-PSL sędziowie TK. 

wpis z dnia 10/03/2016
     


  
     Czy się stoi, czy się leży "trzynastka" się należy! Podatnicy za ub. rok zapłacili urzędnikom ponad 5 mld złotych z tytułu 13-tych pensji!
wpis z dnia 9/03/2016

 

Otrzymywana przez urzędników i pracowników sektora budżetowego trzynasta pensja w roku jest niewątpliwie reliktem z czasów PRL. Wypłata tego dodatkowego wynagrodzenia nie spełnia obecnie żadnej funkcji motywacyjnej, a w skali roku kosztuje podatników około 5,2 mld zł. Mimo to żaden rząd po 1989 roku nie potrafił jej zlikwidować i wprowadzić dla urzędników systemu premii uzależnionego od ich wydajności i jakości świadczonej pracy.

Eksperci z rynku pracy i HR nie mają wątpliwości - wypłacana urzędnikom i pracownikom sektora budżetowego trzynasta pensja w roku nie spełnia obecnie żadnej funkcji motywacyjnej i jako taka jest klasycznym reliktem z czasów PRL. Przypomnijmy, że tzw. "trzynastka" przysługuje każdemu pracownikowi administracji publicznej za to, że jest. Ta wypłacana z pieniędzy podatników dodatkowa pensja przysługuje niezależnie od tego, czy dany urzędnik otrzymał w ciągu roku słabą ocenę pracowniczą, czy też błyszczał pracowitością i kreatywnością. Parafrazując nieco przysłowie z czasów PRL - czy się stoi, czy się leży "trzynastka" i tak się należy. Co gorsze - z roku na rok wydajemy na ten cel coraz więcej pieniędzy. O ile w 2013 roku było to 4,97 mld zł, to dwa lata później (2015) kwota ta urosła do blisko 5,2 mld zł. Dla zobrazowania skali - kwota wypłacona w ubiegłym roku w "trzynastkach" stanowi równowartość ponad 70-krotności sumy zebranej podczas tegorocznego finału WOŚP!

Oczywiście o wiele lepszym rozwiązaniem byłoby spożytkować pieniądze wypłacane w "trzynastkach" na podwyżki i nagrody dla najlepszych i najbardziej pracowitych urzędników oraz pracowników administracji publicznej, którzy poprzez swoją wydajną pracę i zaangażowanie zasługują na dodatkową gratyfikację finansową (taka premia mogłaby być nawet wielokrotnością pensji w przypadku najcenniejszych i najbardziej wartościowych pracowników). Niestety żaden z rządów, jakie funkcjonowały po 1989 roku, nie zdecydował się na zmiany w tym zakresie. Nie zrobił tego nawet rząd PO-PSL, który w 2007 roku wygrywał wybory pod hasłem wprowadzenia "taniego państwa". Czy na taki ruch odważy się rząd Beaty Szydło? Czy też, tak jak swoi poprzednicy, będzie utrzymywał zupełnie dziś niepraktyczny wytwór socjalistycznego ustroju, zgodnie z którym "czy się stoi, czy się leży dodatkowa pensja się należy"?

wpis z dnia 9/03/2016

   


  

     Klątwa FOZZ: Szef NIK ginie w tajemniczym wypadku. Następnie umiera jego kierowca i 2 policjantów, którzy jako pierwsi badali miejsce wypadku
wpis z dnia 8/03/2016

 

W kontekście dziwnych wypadków drogowych warto przypomnieć o sprawie śmierci prof. Waleriana Pańki - prezesa NIK, za którego kadencji powstał raport na temat gigantycznej kradzieży pieniędzy z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ) przez wojskowe służby. Jego samochód eksplodował na prostej drodze. Kierowca BOR przeżył, ale wkrótce popełnił samobójstwo. W tajemniczych okolicznościach zginęli również dwaj policjanci, którzy jako pierwsi badali miejsce wypadku Pańki. Klątwa FOZZ? Czy może seryjny samobójca?

Afera FOZZ, której skutkiem było powstanie wielomiliardowych strat Skarbu Państwa oraz gigantycznych fortun komunistycznych aparatczyków, do dzisiaj budzi wielkie emocje. Prof. Walerian Pańko, który jako prezes NIK nadzorował kontrolę w FOZZ, zginął 7 października 1991 roku w dziwnym wypadku drogowym na cztery dni przed przedstawieniem Sejmowi wyników kontroli. Jego służbowa Lancia eksplodowała na prostej drodze i zbiła na lewy pas jezdni, wprost pod nadjeżdżający z drugiej strony samochód. Wypadek przeżyła żona Pańki oraz oficer BOR, będący kierowcą służbowego samochodu. 

Oficjalne śledztwo nie potwierdziło wersji eksplozji, która miała się przyczynić do tragedii (wybuch słyszeli żona Pańki oraz kierowca). Na podstawie opinii biegłych śledczy ustalili, że przyczyną wypadku było "nieprawidłowe wykonanie przez kierowcę wiozącego prezesa NIK manewru skrętu w lewo przy nadmiernej prędkości". Kierowca rządowej lancii został prawomocnie skazany na karę pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania, a następnie ułaskawiony decyzją prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Wkrótce później w niewyjaśnionych do końca okolicznościach postanowił zakończyć swoje życie. 

Ale to nie koniec tajemniczych zgonów. W 1993 roku dwóch policjantów, którzy jako pierwsi przybyli na miejsce zdarzenia, utonęło na rybach w miejscu, gdzie woda sięgała do kolan. Warto też odnotować, że na trzy miesiące przed tragiczną śmiercią Pańki, nagle na zawał zmarł Michał Falzmann - 38-letni inspektor NIK, który jako pierwszy odkrył mafijny mechanizm działania FOZZ.

 

Źródło: Afera założycielska III RP (UwazamRze.pl)

wpis z dnia 8/03/2016

   


  

     Byli rozbiorcy Polski zacieśniają współpracę. Powstaje energetyczny sojusz Rosji, Niemiec i Austrii!
wpis z dnia 7/03/2016

 

Zacieśnia się współpraca pomiędzy Rosją, Niemcami i Austrią w zakresie energetyki i surowców. Kontrolowany przez Kreml Gazprom właśnie stał się współwłaścicielem strategicznej infrastruktury przesyłowej i magazynowej zlokalizowanej na terytorium Austrii. Wcześniej przejął udziały w kilku niemieckich firmach zajmujących się sprzedażą oraz magazynowaniem gazu. Wszystko związane jest nową rosyjsko-niemiecko-austriacką inicjatywą budowy kolejnej rury gazowej omijającej Polskę, czyli Nord Stream 2.

Warto odnotować, że rosyjski Gazprom oraz austriacki OMV zawarły porozumienie w sprawie tzw. wymiany aktywów. Na mocy tej umowy Austriacy zostaną dopuszczeni przez Rosjan do eksploatacji złóż gazu na Syberii, a Rosjanie uzyskają kontrolę nad infrastrukturą przesyłową oraz magazynową, która jest zlokalizowana na terytorium Austrii. W tym kontekście należy przypomnieć, że wcześniej Rosjanie otrzymali udziały w niemieckich firmach zajmujących się sprzedażą oraz magazynowaniem gazu - Wingas, WIEH oraz WIEE. Dostali również 50 proc. akcji spółki Wintershall Noordzee BV, zaangażowanej w poszukiwanie i wydobycie gazu oraz ropy na Morzu Północnym.

Po co to wszystko? Ano po to, by przygotować dobry grunt pod realizację projektu Nord Stram 2. Przypomnijmy, że firmy z Rosji, Niemiec, Holandii, Francji oraz Austrii planują budowę kolejnej, dwunitkowej magistrali gazowej o przepustowości 55 mld metrów sześciennych surowca rocznie z Rosji do Niemiec przez Morze Bałtyckie z ominięciem Polski. W praktyce będzie to oznaczać, że całość gazu z Rosji będzie docierać do Europy Zachodniej przez Niemcy (a nie, jak do tej pory przez Białoruś, Polskę i Niemcy), co zapewni niemieckim firmom przesyłowym stabilne wpływy pieniężne na dziesięciolecia, a Rosji umożliwi stosowanie szantażu energetycznego wobec Polski. Obecnie było to niemożliwe, bowiem wstrzymanie dostaw gazu do Polski (jako kraju tranzytowego) było równoznaczne ze wstrzymaniem dostaw do państw Europy Zachodniej. Po wybudowaniu Nord Stream 2 Rosja będzie mogła dostarczać całość gazu potrzebnego Europie z pominięciem Polski.

Powstaje pytanie o to co wydarzy się w ciągu kilku najbliższych lat? W jakim kierunku pójdą sprawy współpracy trzech niegdysiejszych rozbiorców Polski? W mojej opinii nie można wykluczyć, że w przypadku całkowitego rozpadu struktur Unii Europejskiej i dewaluacji spisanych na papierze wartości sojuszu północnoatlantyckiego, dojdzie do jeszcze większego zbliżenia Rosji, Niemiec i Austrii. Nie można też odrzucić a priori tezy, jakoby sojusz gospodarczy tych trzech państw przerodzi się w końcu w sojusz militarny. Skoro kiedyś było to możliwe, to dlaczego mielibyśmy twierdzić, że już nigdy się nie powtórzy?

 

Źródło: Energetyczny sojusz "państw centralnych" - Niemcy, Austria i Rosja intensyfikują współpracę (Defence24.pl)
Czytaj także: Po Berlinie i Paryżu także i Wiedeń udziela politycznego wsparcia dla Nord Stream 2 (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 7/03/2016

    


 

     KOD KODem a Bolek Bolkiem, tymczasem Ministerstwo Finansów zorganizowało kolejną wielomiliardową aukcję polskiego długu!
wpis z dnia 6/03/2016

 

Zgodnie z komunikatem opublikowanym przez Ministerstwo Finansów, w ostatni czwartek (3.03) rząd po raz kolejny w tym roku sprzedał na aukcji długu obligacje Skarbu Państwa. Tym razem za kwotę 8 miliardów 387 milionów złotych. Była to już piąta aukcja polskiego długu licząc od początku tego roku. We wcześniejszych sprzedano papierów dłużnych za łączną kwotę 20,13 mld zł. 

Czwartkowa aukcja długu już piątą organizowaną przez Ministerstwo Finansów w tym roku. Wcześniejsze aukcje odbyły się 7 stycznia (sprzedano wówczas obligacji za 4,56 mld zł), 28 stycznia (sprzedano obligacji za 8,07 mld zł), 4 lutego (sprzedano obligacji za 1,5 mld zł) oraz 18 lutego (sprzedano obligacji za 6 mld zł). Licząc razem z ostatnią aukcją z 3 marca - od początku roku Ministerstwo Finansów sprzedało papierów dłużnych za łączną kwotę 28 mld 517 mln zł!

Warto zauważyć, że zadłużenie Polski po pierwszym miesiącu rządów PiS (grudzień 2015 r.) spadło o 2,27 mld złotych. Niestety wszystko wskazuje na to, że grudniowy spadek wysokości długu był raczej jednorazowy, a w oficjalnych danych za styczeń widoczne będzie istotne odbicie w zakresie wysokości zadłużenia Skarbu Państwa. Szczególnie, jeśli uwzględnimy skalę wyprzedaży polskich papierów dłużnych jaka odbywa się od początku bieżącego roku. 

Oczywiście wcale nie musi być tak, że cała ta kwota pozyskana ze sprzedaży obligacji przyczyni się do bezpośredniego wzrostu długu. Może być tak, że część z tych 28,5 mld zł będzie przeznaczona na zrolowanie starych długów, zaciągniętych jeszcze przez ekipę PO-PSL, co w przypadku salda zadłużenia Skarbu Państwa nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Niemniej lepiej dmuchać na zimne i informować, że - póki co - rząd PiS zaczął od ostrego zaciągania długów. Niestety, pokusa na dalsze zadłużenie będzie wysoka, bowiem ilość podmiotów, które chciały zostać wierzycielami Polski była w toku ostatnich aukcji całkiem spora. Dla przykładu: jeśli chodzi o ostatnią aukcję (z 3 marca) - kiedy ostatecznie sprzedano papierów dłużnych za 8,4 mld zł - popyt na polski dług wyniósł niemal 15 mld zł! Aż tyle pieniędzy inwestorzy byli chętni przeznaczyć na zakup obligacji emitowanych przez rząd. I nic nie wskazuje na to, aby chęć kupowania polskich obligacji w najbliższym czasie miała się jakoś osłabić.

 

Źródło: MF sprzedało na przetargu obligacje za 7,19 mld zł, popyt sięgnął 13,09 mld zł (Pb.pl)
Źródło: MF sprzedało na przetargu uzupełniającym obligacje o wartości 1201 mln zł (Pb.pl)

wpis z dnia 6/03/2016

   


  

     Opona, która powinna wytrzymać serię z kałasza, nagle eksploduje na prostej drodze? Andrzej Duda cudem uniknął śmierci na A4
wpis z dnia 5/03/2016

 

Wykorzystywane przez BOR limuzyny BMW posiadają system "Run-flat tyres". Zapobiega on całkowitemu zniszczeniu opony w przypadku nagłej utraty ciśnienia. Innymi słowy - uszkodzenie opony podczas jazdy nie powinno powodować żadnego zagrożenia dla podróżujących. Co więcej - zdaniem BMW na uszkodzonej oponie można jeszcze przejechać nawet do 150 km! Tymczasem w jadącym wczoraj na autostradzie A4 prezydenckim BMW Andrzeja Dudy opona... eksplodowała! Auto cudem uniknęło zderzenia z barierkami i innymi samochodami, by ostatecznie wylądować w rowie.

- "Tu muszą być przeprowadzone rutynowe czynności, opona musi być zbadana, bo to rzeczywiście specjalne auto. Teoretycznie taka sytuacja nie powinna się zdarzyć" - komentował sprawę prezydent Duda.

Poniżej dostępne w serwisie Youtube.com materiały filmowe ze zdarzenia. Powiem krótko - olbrzymie szczęście prezydenta, że żyje:

 

 

 

Źródło: https://youtu.be/AVM7W6oJCSY (Youtube.com)
Źródło: https://youtu.be/x8HLkvmUkTM (Youtube.com)
Źródło: Run-flat tyres (BMW.com)

wpis z dnia 5/03/2016

   


  

     W 27 lat po przegranej wojnie Niemcy znowu stały się światową potęgą gospodarczą. W 27 lat po okrągłym stole Polska wypadła z G20...
wpis z dnia 4/03/2016

 

Dlaczego Niemcom w 27 lat po przegranej II wojnie światowej, która zdemolowała ich wewnętrznie i finansowo, udało się ponownie zostać światową potęgą gospodarczą, a Polsce - w 27 lat po okrągłym stole i rzekomym "upadku" komunizmu - udało się wypaść z grona 20 największych gospodarek świata? Czy dlatego, że nikomu w Niemczech nie przyszło do głowy, aby środki z Planu Marshalla trwonić na parki wodne i ścieżki rowerowe? A może dlatego, że mieli swojego Adenauera, a my byliśmy skazani na Bolka i Jaruzelskiego?

Przyznam, że idea porównania osiągnięć Niemiec i Polski po 27 latach od momentu kluczowych dla historii tych państw dat, jest konceptem dość kontrowersyjnym. Ktoś może przytomnie zauważyć - że zniszczone i zdemolowane Niemcy z roku 1945, to zupełnie inny kraj niż Polska roku 1989, która z rozwiniętym, bądź co bądź, przemysłem i największym w swej historii kapitałem ludzkim wchodziła w epokę gospodarki wolnorynkowej. Zmuszone do odbudowy swojej gospodarki powojenne Niemcy istotnie były w gorszej sytuacji niż zrywająca z ustrojem socjalistycznym Polska. Na szczęście dla ówczesnych Niemiec, był taki ktoś jak Konrad Adenauer i inni wizjonerzy, którym do głowy by nie przyszło, aby środki pozyskane z Planu Marshalla wydawać na budowę odpowiedników dzisiejszych aqua parków, stadionów i ścieżek rowerowych w środku lasu. 

Polska po 1989 roku miała mniej szczęścia niż Niemcy po roku 1945. My nie mieliśmy swojego Adenaurea. My mieliśmy Bolka, Jaruzelskiego i innych PRL-owskich aparatczyków, których percepcja pojmowania "dobra wspólnego" często kończyła się na zapewnieniu odpowiedniej ilości pieniędzy sobie i swoim najbliższym. Być może dlatego bilans 27 lat po upływie kluczowych dla historii obu państw dat, wypada korzystniej dla Niemiec, które nie dość, że podniosły się po wojennej pożodze, to jeszcze ponownie stały się gospodarką o znaczeniu światowym. Polsce, po upływie 27 lat od okrągłego stołu i rzekomym "upadku" komunizmu, udało się wypaść z grona G20...

 

Inspiracja: Twitter.com/czekacz

 

wpis z dnia 4/03/2016

   


  

     Miliardy za "dostępność". Szokująco wielkie dopłaty podatników lądują na kontach prywatnych spółek zarządza- jących autostradami A1 i A2!
wpis z dnia 3/03/2016

 

Umowy jakie zawarły rządy SLD oraz PO-PSL z prywatnymi spółkami "GTC" i "AWSA II", na budowę i utrzymanie ok. 250 km odcinków autostrad A1 oraz A2, mogą budzić wielkie kontrowersje. Zgodnie z ich treścią, państwo polskie - czytaj: podatnicy - muszą płacić wspomnianym spółkom tzw. opłatę za dostępność. W 2013 roku wyniosła ona nieco ponad 1,2 mld zł. W 2014 roku było to 1,271 mld zł. Taka sytuacja będzie trwała aż do 2039 roku...

Rządy SLD oraz PO-PSL podpisały z prywatnymi spółkami "GTC" i "AWSA II" umowy koncesyjne, na podstawie których firmy te zobowiązały się zbudować i eksploatować odcinki płatnych autostrad: A1 na trasie Gdańsk - Toruń (GTC) oraz A2 na trasie Świecko - Nowy Tomyśl (AWSA II). Zgodnie z umowami, opłaty pobierane na bramkach są przekazywane do budżetu państwa, a dokładnie do Krajowego Funduszu Drogowego (KFD). W zamian Fundusz ten płaci spółkom tzw. opłatę za dostępność. Problem w tym, że opłata ta jest kilkukrotnie większa niż kwoty, jakie spółki "GTC" i "AWSA II" przekazują do KFD za opłaty pobierane od kierowców na bramkach. W 2013 roku skumulowana kwota opłat jakie KFD zapłacił za dostępność wspomnianych odcinków wyniosła nieco ponad 1,2 mld zł. W 2014 roku było to już 1,271 mld zł! Tymczasem, według informacji podanych przez "Gazetę Wyborczą", spółki "GTC" i "AWSA II" przekazały we wspomnianym 2014 roku na konta Funduszu jedynie 132 mln zł z tytułu opłat pobranych od kierowców na bramkach...

Ale to nie koniec. Spółce GTC udało się sfinalizować umowę z rządem Marka Belki (SLD), która przewidywała, że Polska poręczy kredyty jakie GTC zaciągnie w Europejskim Banku Inwestycyjnym, Nordic Investment Bank oraz AB Svensk Exportkredit w łącznej wysokości 768 mln euro (ok. 3,5 mld zł) na budowę północnego odcinka autostrady A1 (innymi słowy - gdyby GTC stało się niewypłacalne, to Polska będzie zobowiązana do zapłaty całego długu). Spłata tych kredytów miała się rozpocząć dopiero teraz (do tego czasu nieustannie przyrastały odsetki, dzięki czemu zadłużenie z poziomu 3,5 mld zł wzrosło do około 6 mld zł) i ma potrwać aż do 2040 roku. Jakby tego było mało, platformiany rząd Donalda Tuska przyznał GTC kolejne gwarancje spłaty kredytów pod budowę dalszych odcinków A1 do kwoty 1,1 mld euro... 

Czy tak właśnie wygląda partnerstwo publiczno-prywatne przy budowie autostrad w państwie post-kolonialnym?

 

Źródło informacji: Ponad miliard złotych dopłat do prywatnych dróg w Polsce (Wyborcza.biz)
Czytaj także: Gdzie trafiają zyski z autostrady A1. I co wspólnego ma z tym Johannesburg (Gazeta.pl)

wpis z dnia 3/03/2016

  


  

     Za przejazd "autostradą Kulczyka" zapłacimy jeszcze więcej! W życie weszły kolejne podwyżki opłat dla kierowców
wpis z dnia 2/03/2016

 

Po raz kolejny wzrosły stawki za przejazd autostradą A2 należącą do spółki kontrolowanej przez rodzinę Jana Kulczyka. Od wczoraj za jednorazowy przejazd na odcinku Nowym Tomyśl - Konin (149 km) kierowcy aut osobowych płacą po 54 zł (o 3 zł więcej). Jeśli doliczyć do tego opłatę 18 zł za odcinek Świecko - Nowy Tomyśl, to wyjdzie, że jednorazowy koszt przejazdu autostradą A2 od granicy z Niemcami do Warszawy to... 72 zł! W Austrii za taką cenę otrzymamy 2 x 10-dniowe winiety na nielimitowane przejazdy wszystkimi autostradami i drogami szybkiego ruchu!

Oficjalny powód podwyżek? - Rzeczniczka spółki Autostrada Wielkopolska, która zarządza płatnymi odcinkami autostrady A2, twierdzi, że podwyżki cen za przejazd spowodowane są m.in. koniecznością spłaty zadłużenia zaciągniętego na budowę autostrady, planowanymi inwestycjami oraz kosztami utrzymania autostrady. W ten sposób od wczoraj kierowca samochodu osobowego, który jednorazowo wjedzie na A2 w Świecku, a wyjedzie w Koninie - będzie musiał zapłacić aż 72 zł (kierowca TIR-a będzie musiał zapłacić za taką przyjemność aż 244 zł)! 

Nie bez powodu polskie autostrady są nazywane jednymi z najdroższych w całej Europie. Dla porównania - w Austrii za równowartość kwoty 72 zł kierowca auta osobowego może sobie sprawić 2 x 10-dniową winietę na wszystkie autostrady i drogi szybkiego ruchu (winieta całoroczna kosztuje równowartość 375 zł). W Niemczech, gdy planowano wprowadzenie opłat za autostrady (pomysł ten pojawił się w 2014 roku, ale ostatecznie upadł pod naciskiem Komisji Europejskiej) to szacowano, iż koszt zakupu 10-dniowej winiety umożliwiającej kierowcy samochodu osobowego jazdę po wszystkich (!) niemieckich autostradach wyniesie ok. 10 euro (tj. równowartość 44 zł). Winieta dwumiesięczna miała kosztować 22 euro, czyli ok. 86 zł, a roczna miała być uzależniona od pojemności silnika, ale całkowity koszt nie mógł przekroczyć 130 euro, tj. ok. 560 zł. 

Te wspomniane 560 zł opłaty, które miały dawać ważną cały rok frajdę jeżdżenia po niemieckich autostradach, w przypadku Autostrady A2 są równe niespełna 4 (słownie: czterem!) przejazdom auta osobowego na trasie Świecko - Warszawa - Świecko, oraz 2 (słownie: dwóm!) przejazdom TIR-a na trasie Świecko - Warszawa...

Tak, macie rację. Polskie autostrady są bardzo drogie.

 

Źródło: We wtorek drożeje autostrada A2 Nowy Tomyśl - Konin (Bankier.pl)
Źródło: Opłaty na A2 (Autostrada-a2.pl)

wpis z dnia 2/03/2016

   


  

     Dlaczego kwota wolna od PIT dla posłów wynosi 27 360 zł, a dla zwykłych ludzi to wciąż tylko 3 091 zł ??
wpis z dnia 1/03/2016

 

Kilka dni temu sejm głosami PiS odrzucił projekt ustawy o podwyższeniu kwoty wolnej do 8 tys. zł. Uzasadnieniem dla uwalenia tego projektu już w pierwszym czytaniu miała być troska o budżet kraju, który takiej jednorazowej podwyżki miałby nie udźwignąć. Okej. Skoro jednak zwykli Polacy mają się wciąż zadowalać kwotą wolną 3 091 zł, to dlaczego posłowie mają być w takich warunkach szczególnie uprzywilejowani, korzystając z kwoty wolnej na poziomie 27 360 zł ??!

Polska kwota wolna od podatku PIT jest jedną z najniższych na świecie i wynosi obecnie 3091 zł (od 9 lat bez zmian). W efekcie Polacy muszą płacić podatek od dochodów, które w teorii mają im zapewnić biologiczną egzystencję. Pod względem wysokości kwoty wolnej od podatku nasz kraj może się porównywać jedynie z biednymi i zacofanymi państwami Afryki. W Mauretanii kwota wolna od PIT to równowartość ok. 3,2 tys. zł, a w blisko 30 razy biedniejszej od Polski Tanzanii, kwota wolna od podatku to równowartość ponad 4 tys. zł...

Nie wszyscy zdają sobie jednak sprawę z tego, że jest pewna wąska grupa społeczna w Polsce, której zarobki nie są objęte reżimem kuriozalnie niskiej kwoty od PIT. Tą grupą są czynni posłowie i senatorowie! Okazuje się bowiem, że wypłacane z naszych podatków poselskie diety są wolne od podatku dochodowego do wysokości 27 360 zł w skali roku! Zgodnie z ustawą o wykonywaniu mandatu posła i senatora, tzw. dieta parlamentarna (która wraz z parlamentarnym uposażeniem jest wypłacana posłom i senatorom co miesiąc i aktualnie wynosi 2 473,08 zł brutto) jest zwolniona z podatku PIT do wysokości 2 280,00 zł miesięcznie, co w skali roku daje nam kwotę w wysokości 27 360 zł!

Jeżeli PiS uwala już w pierwszym czytaniu projekt ustawy o jednorazowym podwyższeniu kwoty wolnej od podatku do wysokości 8000 zł tłumacząc to troską o stan finansów publicznych, to okej - w jakiś sposób można to zrozumieć. Nie jestem jednak w stanie pojąć dlaczego wąska grupa posłów i senatorów w odróżnieniu od reszty społeczeństwa korzysta z przywileju wysokiej kwoty wolnej od podatku? Jeśli rządowi parlamentarzyści decydują o utrzymaniu kuriozalnie niskiej kwoty wolnej od PIT dla społeczeństwa, to niech nie zapominają o sobie i również ukrócą swój przywilej!

wpis z dnia 1/03/2016