Archiwum: Maj 2016

 

     We Francji szkoła likwiduje "Dzień matki", bo nie wszystkie dzieci mają matkę. Czy niebawem zlikwidują Francję, bo nie wszyscy są tam Francuzami?
wpis z dnia 31/05/2016

 

Uwielbiam śledzić przesuwanie granic postępowego myślenia w zachodnio- europejskich społeczeństwach. Wczoraj zaskoczyła mnie informacja z Francji, gdzie jedna ze szkół postanowiła przemianować "Dzień matki" na "Dzień ludzi, których kochamy". Powód? - Podobno "Dzień matki" może dyskryminować dzieci, które matki nie mają lub posiadają dwóch ojców. Idąc tym tropem zasadne wydaje się być pytanie, czy niebawem ktoś rzuci hasło, aby zlikwidować "Francję"? Wszak nie wszyscy są tam Francuzami, a przez to mogą czuć się dyskryminowani...

Francuski centroprawicowy dziennik "Le Figaro" donosi, że w jednej ze szkół podstawowych we francuskim departamencie Gironde postanowiono, aby zamiast obchodzonego kilka dni temu "Dnia matki", świętować "Dzień ludzi, których kochamy". Powód? - Okazuje się, że zdaniem pomysłodawców "Dzień matki" może dyskryminować dzieci, które matki nie mają lub które posiadają rodziców tej samej płci... 

Idąc za ciosem można zaproponować przemianowanie zawodów sportowych w bieganiu, na zawody w "poruszaniu się". Wszak bieganie może dyskryminować osoby, które z jakiś powodów biegać nie mogą. W skrajnym przypadku można sobie wyobrazić sytuację, w której ktoś wyskakuje z pomysłem likwidacji... Francji. Jako uzasadnienie dla takiego postulatu można byłoby stwierdzić, że nie wszyscy mieszkańcy tego kraju są Francuzami, przez co mogą czuć się dyskryminowani.

Pisałem już o tym jakiś czas temu, ale nie zaszkodzi powtórzyć: To niebywałe jak bardzo musi się zmieniać Zachód, aby spełnić oczekiwania niewielkiej grupy postępowców, dla których idee skrajnej poprawności politycznej czy walki z abstrakcyjnymi problemami całkowicie przesłaniają zdrowy rozsądek. Wyścig o przesuwanie granic postępowego myślenia rozlał się już na niemal całą "starą" Europę. Nie mam wątpliwości, że stał się on jedną z głównych przyczyn obecnego kryzysu tożsamości zachodnich społeczeństw. Warto o tym pamiętać zanim bezwiednie dołączymy do wyścigu o postęp...

 

Źródło: „Le Figaro”: Francuska szkoła likwiduje "Dzień Matki". Bo nie wszystkie dzieci mają matkę, a niektóre nawet dwóch ojców (wPolityce.pl)

wpis z dnia 31/05/2016

   


  

     Niemcy i Rosjanie zatopili w Bałtyku 50 tys. ton broni chemicznej, która dziś zaczyna zagrażać Polsce! Gdzie jest Greenpeace i Zieloni?
wpis z dnia 30/05/2016

 

Okazuje się, że tuż przy polskim wybrzeżu znajduje się gigantyczna bomba chemiczna, która właśnie zaczęła "tykać". W latach 40-tych XX wieku Niemcy i Rosjanie zatopili w Bałtyku ok. 50 tys. ton różnego rodzaju broni chemicznej. Beczki z fosforem białym, sarinem czy iperytem, zamiast być topione na głębokości 500-1000 metrów, nieraz trafiały do bałtyckiego szelfu na głębokość 10-12 metrów. Niestety, po ponad 70 latach zaczęły one rdzewieć, a groźne substancje wydostawać się na zewnątrz.

W latach 40-tych ubiegłego wieku, tuż po zakończeniu II wojny światowej, Niemcy i Rosjanie zaczęli topić na dnie Morza Bałtyckiego gigantyczne ładunki broni chemicznej. Szacuje się, że w ten sposób "pozbyto się" od 50 do 60 tys. ton groźnych dla zdrowia i życia substancji (np. fosfor biały, sarin czy iperyt). Niestety, po upływie kilkudziesięciu lat większość z tych trucizn nie straciła swoich właściwości toksycznych. Swoje właściwości zaczęły za to tracić kontenery, beczki i stalowe obudowy pocisków, w których chemikalia zostały zatopione. Woda morska oraz czas zaczęły robić swoje. Korozja powoduje, że groźne substancje zaczęły wydostawać się na zewnątrz. 

Co można zrobić w takich okolicznościach? Wiele wskazuje na to, że z biegiem lat problem będzie się nasilał, a śmiertelne niebezpieczne wycieki zaczną coraz częściej docierać do bałtyckich plaż. Najprościej zażądać od odpowiedzialnych za ten stan rzeczy Niemców i Rosjan stosownej reakcji polegającej na pokryciu kosztów utylizacji całej broni chemicznej, która dziś stanowi dla nas realne zagrożenie. Warto też tym tematem zainteresować Greenpeace oraz inne organizacje ekologiczne. Ciekawe czy podejmą sprawę i przyłączą się do ewentualnych żądań wobec Berlina i Moskwy dotyczących uregulowania tej toksycznej kwestii z przeszłości?

 

Źródło: Chemsea - Chemical Munitions Search & Assessmnt (Chemsea.eu)
Źródło: Parzące bursztyny. Niebezpieczne znaleziska na plażach Bałtyku i Morza Północnego (DW.com)
Źródło: Nad Bałtykiem można znaleźć grudkę wyglądającą jak bursztyn. Wzięta w dłoń wypali dziurę w skórze (Gazeta.pl)

wpis z dnia 30/05/2016

   


  

     W epoce Tuska horoskopy dla psów były elementem "innowacyjnej gospodarki". Nie ma się co dziwić, że dziś w rankingach wyprzedzamy jedynie Rumunię...
wpis z dnia 27/05/2016

 

Oficjalne statystyki dotyczące innowacyjności nie pozostawiają złudzeń - Polska zajmuje w UE dopiero 26. miejsce (na 27. możliwych). Zamiast finansować badania i rozwój oraz wspierać rodzime firmy z branży high-tech, platformiane władze wydawały grube miliardy na aquaparki, orliki, centra konferencyjne czy... strony internetowe z horoskopami dla psów. Staliśmy się innowacyjną pustynią w środku Europy, która odstaje nawet od takich państw jak Czechy czy Węgry.

Okazuje się, że w latach 2012 - 2014, w ramach "Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka", państwo polskie wraz z Unią Europejską wspierały z pieniędzy podatników stworzenie platformy internetowej, której celem było dostarczanie użytkownikom internetu prognozy życia ich zwierząt domowych. Łączne dofinansowanie na ten cel wyniosło 467,5 tys. zł! Strona z horoskopami dla psów istniała przez kilka miesięcy, po czym została zlikwidowana...

Efektem takiego bezsensownego wydatkowania publicznych pieniędzy, jak opisane powyżej, było zajęcie przez nasz kraj dalekiego 24. miejsca (na 27. możliwych) w ubiegłorocznym raporcie "Innovation Union Scoreboard 2015", który badał współczynnik innowacyjności w państwach Unii Europejskiej. Nie lepiej wypadliśmy w raporcie "The Global Innovation Index 2015" gdzie wśród państw należących do UE zajęliśmy przedostatnie miejsce (wyprzedzając tylko Rumunię).

Powyższe nie powinno nas jednak dziwić. 12 lat spędzonych w Unii Europejskiej z pewnością poprawiło naszą infrastrukturę, ale nie polepszyło innowacyjności. Zamiast finansować badania i rozwój oraz wspierać rodzime firmy z branży high-tech, władze wydawały grube miliardy na aquaparki, orliki, centra konferencyjne czy też wspomniane strony internetowe z horoskopami dla psów. Wyglądało to trochę tak, jakby zapomniano, że tylko silna i innowacyjna gospodarka, w której państwo wspiera rozwój zakładów wysokiej technologii, wyższych uczelni technicznych oraz przedsiębiorców tworzących nowe patenty, jest w stanie zagwarantować dobrobyt na lata. Mimo gigantycznego potoku pieniędzy z Brukseli staliśmy się innowacyjną pustynią w środku Europy. Czy ekipa PiS to zmieni? Czy zamiast tworzyć atrapę rozwoju poprzez inwestycję w chodniki i aquaparki, państwo w końcu zacznie wspierać innowacyjnych przedsiębiorców?

 

Źródło: Innovation Union Scoreboard 2015 (ec.europa.eu)
Źródło: Co wymyśli chodnik, czyli polska atrapa rozwoju (Wyborcza.pl)
Źródło: Polska słabo w rankingu innowacyjności - przed nami 26 państw UE (Biznes.pl)

 

wpis z dnia 27/05/2016

   


  

     Nord Stream 2 to niemiecko- rosyjska broń przeciwko Polsce. Trzeba zrobić wszystko, aby rozbić ten układ
wpis z dnia 26/05/2016

 

Coraz więcej wskazuje na to, że budowa drugiej nitki niemiecko-rosyjskiego gazociągu Nord Stream może być bardzo groźna dla państw z Europy środkowo-wschodniej. Realizacja tej umowy zachwieje równowagą w regionie i doprowadzi do sytuacji, w której nasz kraj przestanie odgrywać rolę strategicznego państwa tranzytowego potrzebnego zarówno Rosji jak i Europie zachodniej. Dlatego właśnie polski rząd powinien stanowczo domagać się od Komisji Europejskiej zajęcia oficjalnego stanowiska, które ostatecznie zablokuje realizację tego projektu.

Wyobraźmy sobie taką oto sytuację: Rok 2019. W regionie państw Bałtyckich dochodzi do poważnego kryzysu o podłożu geopolitycznym. Polska, pod względem politycznym, staje w obronie np. Łotwy, gdzie "zielone ludziki" wszczynają zamieszki mające na celu obalenie rządu. Nagle okazuje się, że ciśnienie w biegnącym przez nasz kraj gazociągu Jamał zaczyna spadać. Rosjanie twierdzą, że doszło do "awarii". Po kilku tygodniach okazuje się, że "awaria" jest trwała i nie wiadomo kiedy będzie możliwe przywrócenie dostaw gazu na normalnym poziomie. Władze w Warszawie mają poważny problem i... nikogo w Europie to nie obchodzi! Wszystko przez wybudowaną kilka miesięcy wcześniej drugą nitkę gazociągu Nord Stream 2, który - omijając nasz kraj - dostarcza odpowiednią ilość błękitnego paliwa do Europy Zachodniej. Z tego powodu problem braku dostaw gazu do Polski staje się problemem o charakterze lokalnym. 

Gdyby Nord Stream 2 nie powstał, to niskie ciśnienie w Jamale żywo interesowałoby zarówno Niemcy, jak i inne państwa Europy Zachodniej. Polska byłaby bowiem nadal krajem tranzytowym o strategicznym znaczeniu. W takich okolicznościach jestem pewien, że zarówno Berlin jak i inne europejskie stolice robiłyby wszystko, aby wymóc na Rosji podjęcie zawieszonych dostaw za pośrednictwem biegnącego przez terytorium Polski gazociągu. A tak, pozostaniemy z tym problemem sami i nikogo specjalnie nie będzie to obchodziło. Dlatego właśnie polski rząd powinien stanowczo domagać się od Komisji Europejskiej zajęcia oficjalnego stanowiska, które ostatecznie zablokuje realizację tego projektu.

 

Czytaj także: Nord Stream jako broń energetyczna. "Wstrzymanie dostaw tylko dla Międzymorza" (Defence24.pl)

wpis z dnia 26/05/2016

 


 

     Cuda nad urną w Austrii: Kandydat prawicy przegrywa tam różnicą 31 tys. głosów. Jednocześnie przybyło aż 72,5 tys. głosów nieważnych (wzrost o 78 proc.)!
wpis z dnia 25/05/2016

 

Niewykluczone, że Austria również ma problem z odpowiednikiem aktywu ZSL-u w lokalnych komisjach wyborczych, a tamtejsze PKW było na szkoleniach w Moskwie. Z oficjalnych rezultatów wyborów prezydenckich, jakie odbyły się w tym alpejskim kraju wynika, że znienawidzony przez Brukselę przedstawiciel krytycznej wobec UE prawicy przegrał z przedstawicielem Zielonych różnicą zaledwie 31 tys. głosów. Problem w tym, że w II turze oddano o ponad 72 tys. głosów nieważnych więcej niż w I turze (wzrost o +78 proc.).

Odbywające się w ostatnią niedzielę wybory prezydenckie w Austrii wygrał wspierany przez eurokratów, Zielonych i całą lewicę Alexander Van der Bellen uzyskując 50,35 procentowe poparcie ( 2 254 484 głosów). Jego kontrkandydat - przeciwnik multikulti, oficjalnie znienawidzony przez Brukselę przedstawiciel austriackiej prawicy - Norbert Hofer uzyskał 49,65 procentowe poparcie (2 223 458 głosów). Różnica między kandydatami wyniosła zatem jedynie 31 026 głosów!

Pierwsze sondaże po zakończeniu wyborów wskazywały na zwycięstwo kandydata prawicy. Po uwzględnieniu jednak głosów nadesłanych korespondencyjnie ostateczne zwycięstwo przypadło kandydatowi lewicy. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Okazuje się, że w drugiej turze aż o 78 proc. wzrosła liczba głosów nieważnych (np. skreślenie dwóch kandydatów). O ile w pierwszej turze takich głosów oddano 92 655, o tyle w drugiej było ich już 165 212. 

Czy wzrost liczby głosów nieważnych (+72,5 tys.) mógł wpłynąć na to, kto ostatecznie został prezydentem Austrii (różnica 31 tys. głosów)?

Nie wiem jak państwu, ale mi to przypomina wybory samorządowe w Polsce z 2014 roku, kiedy w tajemniczych okolicznościach do urn wrzucono kilka milionów nieważnych głosów, a PSL otrzymał 23 procentowe poparcie w skali kraju...

 

Źródło informacji: Tomala_W (twitter.com)

wpis z dnia 25/05/2016

   


  

     Duński rząd wycofuje się z budowy elektrowni wiatrowych. Powód? - Zbyt wysokie koszty produkcji "zielonej energii"
wpis z dnia 24/05/2016

 

Wygląda na to, że Duńczycy idą po rozum do głowy. Powoli zaczęło do nich docierać, że koszty "zielonej energii" są zbyt wysokie, a jej produkcja jest najzwyczajniej w świecie nieopłacalna. Rząd w Kopenhadze właśnie podjął decyzję o rezygnacji z budowy pięciu nowych farm wiatrowych o łącznej mocy 350 MW (około 180-200 wiatraków) uznając ten projekt za generujący zbyt wysokie koszty dla zwykłych odbiorców energii elektrycznej.

Z szacunków rządzącego Danią od ubiegłego roku centroprawicowego rządu Larsa Lokke Rasmussena wynika, że w najbliższych latach Duńczycy musieliby wydać na zakup energii z nowych elektrowni wiatrowych aż 10,6 mld dol. Gigantyczne koszty produkcji "zielonej energii" były główną przyczyną podjęcia decyzji o wycofaniu się z budowy kolejnych pięciu farm wiatrowych o łącznej mocy 350 MW (około 180-200 wiatraków). Rząd w Kopenhadze uznał, że zwykli Duńczycy nie są w stanie ponosić ciągłych podwyżek energii elektrycznej spowodowanych całkowitym przestawieniem sposobu pozyskiwania energii w tym kraju (zdecydowana większość produkowanego tam prądu pochodzi z OZE, czyli tzw. odnawialnych źródeł energii).

Warto zwrócić uwagę, że ceny energii na rynku skandynawskim spadły z 31 euro za 1 MWh (2012 r.) do 21 euro za 1 MWh (2015 r.). W konsekwencji, aby wytwarzanie prądu z elektrowni wiatrowych było opłacalne, duński rząd musiał zwiększyć dopłaty do produkowanej w nich energii elektrycznej. Problem w tym, że koszty tych dopłat przeniesione na końcowych odbiorców energii (czytaj: zwykłych ludzi), którzy odczuli to w otrzymywanych rachunkach za prąd.

 

Źródło: Dania rezygnuje z pięciu elektrowni wiatrowych ze względu na wysokie koszty (BiznesAlert.pl)


wpis z dnia 24/05/2016

   


  

     Bezsilność wobec zagranicznych firm: Działa ich u nas 26 tys. Tymczasem w 2014 r. skarbówka przeprowadziła zaledwie 107 kontroli stosowanych przez nich cen transferowych!
wpis z dnia 23/05/2016

 

Okazuje się, że uprawiana przez podmioty z kapitałem zagranicznym tzw. "optymalizacja podatkowa" ma dla naszego kraju druzgocące skutki. Luka w podatku dochodowym od firm i przedsiębiorstw w czasach rządów PO-PSL (2008 - 2015) z roku na rok była coraz większa. Zagraniczne korporacje osiągały w Polsce coraz większe przychody, ale płaciły naszemu fiskusowi coraz mniejsze podatki. Jednym z powodów takiego stanu rzeczy była bezsilność urzędników skarbowych błogosławiona decyzjami poprzedniej ekipy rządowej.

Zgodnie z oficjalnymi statystykami - 500 największych firm z kapitałem zagranicznym, które w latach 2011-2013 działały na terytorium Polski, odprowadziło ponad dwa razy mniej podatku CIT niż 500 największych firm z polskim kapitałem. Z raportu organizacji Global Financial Integrity (GFI) wynika, że Polska jest liderem w UE jeśli chodzi o drenaż środków finansowych przez zagraniczne podmioty. Oficjalne raporty Komisji Europejskiej również to potwierdzają. Zdaniem Brukseli nasz kraj tracił do tej pory z powodu stosowania przez zagraniczne podmioty agresywnych optymalizacji podatkowych od 30 do nawet 48 mld zł rocznie. 

Można zadać pytanie - jak to jest możliwe? Jak to jest możliwe, że zagraniczne korporacje i firmy z udziałem obcego kapitału w ostatnich latach uzyskiwały coraz większe przychody, a jednocześnie płaciły znacznie mniej podatków? Odpowiedź jest prosta - wszędzie tam, gdzie rosły przychody, a kwoty odprowadzanego podatku CIT malały, stosowano różnego rodzaju formy optymalizacji podatkowej. Jedną z jej agresywnych form jest stosowanie tzw. cen transferowych. Na czym to polega? Działająca na terytorium Polski zagraniczna spółka-córka płaciła swojej spółce-matce (mającej siedzibę zagranicą) za określone dobro lub usługę (np. korzystanie z logotypu czy usługę doradczą) znacznie wyższą kwotę, niż wynosi wartość rynkowa takiego dobra lub usługi. Dzięki temu spółka-córka mogła wpisać koszt zawyżonej faktury za dane dobro lub usługę w koszty uzyskania przychodu, a tym samym zmniejszyć swoja podstawę opodatkowania i odprowadzić do budżetu państwa mniejszy podatek CIT. 

I teraz uwaga - kiedy wiemy już co to są ceny transferowe i dlaczego zagraniczne podmioty stosowały je na potęgę, aby maksymalizować drenaż kapitału i minimalizować zobowiązania podatkowe w Polsce, zgadnijcie - ile kontroli obejmujących kwestie cen transferowych przeprowadzały do tej pory rzędy kontroli skarbowej (UKS) w Polsce? Okazuje się, że na 26 tys. działających w naszym kraju podmiotów z kapitałem zagranicznym, w 2013 roku UKS przeprowadziły zaledwie 142 postępowania. Rok później było jeszcze gorzej. UKS przeprowadziły tylko 107 kontroli cen transferowych!

Niestety, taki stan rzeczy błogosławiła swoimi decyzjami poprzednia ekipa rządowa, która zamiast ścigać przekręty zagranicznych korporacji, nakazywała urzędnikom skarbowym skupić się na drobnych polskich przedsiębiorcach prowadzących 1-osobowe działalności gospodarcze. Pozostaje mieć nadzieję, że zapowiedzi nowej ekipy, z których wynika, że głównym przedmiotem zainteresowania kontroli fiskusa będą teraz stosujące różnego rodzaju formy optymalizacji podatkowych zagraniczne podmioty, nie pozostaną tylko na popierze...

 

Źródło: Piotr Wójcik (Twitter.com)
Czytaj także: Ceny transferowe - zamierzenia Ministerstwa Finansów na rok 2016 (Mf.gov.pl)
Czytaj także: Ceny transferowe - dotychczasowe działania i zamiary MF (Mf.gov.pl)

wpis z dnia 23/05/2016

   


  

     Hipokryzja Niemców! Oficjalnie popierają sankcję na Rosję. Pod stołem robią z Moskwą gigantyczne interesy
wpis z dnia 20/05/2016

 

Pomimo sankcji gospodarczych nałożonych na Rosję po agresji na wschodnią Ukrainę i Krym, rząd w Berlinie aktywnie wspiera wielomiliardowe interesy z Rosją w sektorze energetycznym. Niemieckie spółki (Wintershall, BASF, E.on) realizują wraz z Rosjanami gigantyczne kontrakty, które mają wpływ na gospodarki obu krajów. Po czym kanclerz Angela Merkel wychodzi na forum UE i głośno popiera nałożone na Rosję sankcje w związku z agresją na Ukrainie. Hipokryzja LEVEL HARD!

Politycy z Niemiec często oskarżają Polskę o sprzyjanie Putinowi. Dowodem na to ma być np. niechęć polskiego rządu wobec planów przyjmowania islamskich imigrantów na masową skalę oraz brak automatycznego akceptowania wszystkich decyzji podejmowanych przez Brukselę. Powiem krótko - niech się pukną w głowę i odpowiedzą sobie na trzy proste pytania: kto przez ostatnie lata realizował gigantyczne kontrakty biznesowe z Putinem? Kto zgodził się na budowę Nord Streamu? Kto sprzeciwiał rozlokowaniu wojsk NATO w Polsce? Odpowiedź na każde z tych pytań jest oczywista - to Niemcy swoimi decyzjami wspierali reżim Putina, tak jak żaden inny naród w Europie.

Przypomnijmy, że w listopadzie 2014 r. (już po aneksji Krymu przez Rosję) doszło w Moskwie do zamkniętego spotkania przedstawicieli niemieckiego biznesu z rosyjskimi władzami. Ogólnikowe oficjalne komunikaty głosiły wówczas, że "doszło do wymiany poglądów na temat stanu i perspektyw współpracy dwustronnej w sferze handlu i inwestycji, zaś minister Ławrow przestawiło rosyjską ocenę stosunków z Ukrainą, Niemcami, Unią i NATO". W praktyce mogło dojść do nowego paktu Ribbentrop-Mołotow w wersji gospodarczej. W spotkaniu wzięli udział przedstawiciele największych niemieckich firm, które prowadzą swoje biznesy w Rosji, m.in.: Siemensa, Daimlera, Metro AG czy Winterhall Holding (na terytorium Rosji działa obecnie około 5000 niemieckich firm). Po stronie rosyjskiej zasiedli m.in. wicepremier Igor Szuwałow i szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow. 

Na realne efekty powyższego spotkania nie trzeba było długo czekać. Niemcy - wbrew Polsce i innym państwom Europy Środkowo-Wschodniej - zgodziły się na rozpoczęcie budowy drugiej nitki gazociągu Nord Stream. Posypały się także nowe, warte grube miliardy euro kontrakty biznesowe. Wisienką na torcie by sprzeciw rządu federalnego w Berlinie w/s rozmieszczenia na terytorium Polski wojsk i infrastruktury NATO...

Niemcy wznowiły swój polityczno-gospodarczy taniec z Moskwą. Historia uczy, że podobne alianse z przeszłości kończyły się dla nas tragicznie. Miliony Polaków musiało zginąć, dostać się do niewoli lub zostać wysiedlona, gdy Berlin z Moskwą odnajdywały wspólny język. Czy tym razem będzie podobnie?

 

Źródło: Berlin błogosławi symbiozie swych spółek z Gazpromem (BiznesAlert.pl)
Czytaj więcej: Zniesienie sankcji, wspólna agencja ds. energii. Berlin dogaduje się z Moskwą (Tvn24bis.pl)
Czytaj więcej: Tajne spotkanie Niemców na Kremlu (Rp.pl) 

wpis z dnia 20/05/2016

   


  

     Zagraniczne firmy wciąż masowo oszukują nasz kraj. Grube miliardy wypływają poza granice, a tracą na tym zwykli Polacy
wpis z dnia 19/05/2016

 

W 2007 wpływy z podatku CIT wyniosły 32 mld zł. W 2015 spadły do zaledwie 27 mld zł, mimo, że obroty firm podwoiły się, a zyski wzrosły o 60 proc. Tak właśnie okrada się Polskę na masową skalę! Miliardy złotych drenowane w ramach "podatkowych optymalizacji". Wszystko na legalu i w majestacie panującej nam Brukseli, która w oficjalnych raportach sama zauważa, że zagraniczne spółki z roku na rok wyciągają z naszego kraju coraz więcej miliardów nieopodatkowanych dochodów!

Oszustwa i agresywne optymalizacje podatkowe, do których dopuszczają się zagraniczne koncerny i spółki, powodują, że co roku budżet naszego kraju może tracić od 30 nawet 46 mld zł wpływów z tytułu podatku CIT! Powyższe zdanie nie jest cytatem zaczerpniętym z jakiegoś forum internetowego. Powyższe zdanie znalazło się w opublikowanym w ubiegłym roku przez Komisję Europejską raporcie na temat unikania opodatkowania w UE. Wspomniana "agresywna optymalizacja" to najczęściej sztuczne generowanie kosztów funkcjonowania danego przedsiębiorstwa na terytorium Polski, które na papierze zmniejsza jego dochody, a przez to wpływa na wysokość płaconego podatku CIT (czyli podatku dochodowego płaconego przez firmy). W ten sposób wpływy z tytułu CIT spadły z poziomu 32 mld zł w 2007 roku, do 27 mld zł w 2015 roku - i to pomimo, że obroty firm należących do sektora płacącego CIT w tym okresie się podwoiły, a zyski wzrosły o 60 proc. 

Warto odnotować, że mniejsze wpływy z CIT w czasie gospodarczej prosperity, to mniej pieniędzy na służbę zdrowia, infrastrukturę, bezpieczeństwo, szkolnictwo czy obronność. Na oszustwach podatkowych dokonywanych przez zagraniczne firmy tracą zatem zwykli Polacy. W kontekście powyższego zasadnym jest pytanie: Jak długo będziemy jeszcze "Tax-Free Banana Republic"? Czy obecny rząd jest w stanie to zmienić? Czy ministrowie Szałamacha z Morawieckim mają pomysł, jak skutecznie zatrzymać transfer kapitału poza granicę naszego kraju?

 

Źródło: Tax Reforms in EU Member States 2015 (ec.europa.eu)
Źródło: twitter.com/de_Talleyrand_ (twitter.com)


wpis z dnia 19/05/2016

 


 

     Kolejny kuriozalny pomysł UE: Żywność z Polski będzie mogła być znaczona jako "gorszej kategorii"!
wpis z dnia 18/05/2016

 

Komisja Europejska zaproponowała wprowadzenie tzw. "etykiet środowiskowych" dla żywności. Określałyby one jaki wpływ na środowisko miało wyprodukowanie danego produktu. Przenosząc to z języka eurokratów na polski - żywność wyprodukowana w naszym kraju mogłaby być oznaczana jako ta "gorsza" tylko dlatego, że do jej produkcji użyto energii elektrycznej z polskich elektrowni węglowych, a nie francuskich atomowych czy niemieckich wiatrowych. Absurd w czystej postaci! 

Komisja Europejska poinformowała, że pracuje nad wprowadzeniem tzw. etykiet środowiskowych na żywności. Miałyby one określać konsumentom, jaki wpływ na środowisko miało wyprodukowanie danego produktu spożywczego. Problem w tym, że eurokraci chcą, aby informacje na etykietach powstawały według metodyki LCA ("Life Cycle Assessment), a to oznacza, że wpływ na środowisko danego produktu spożywczego byłby badany począwszy od momentu pozyskania surowca do jego wytworzenia (w tym energii elektrycznej), a skończywszy na jego całkowitej utylizacji.

Co to oznacza dla żywności produkowanej w Polsce? - Nie wykluczone, że etykiety środowiskowe dla produktów żywnościowych z Polski będą gorsze niż dla produktów pochodzących z Niemiec czy Francji. Problem w tym, że energia elektryczna (która jest potrzebna niemal na każdym etapie produkcji czegokolwiek przetworzonego) w naszym kraju jest w 90 proc. wytwarzana przez elektrownie węglowe, czyli takie które w odróżnieniu od elektrowni atomowych czy wiatrowych, emitują do atmosfery CO2. A to może być powodem oznaczenia przez UE produktu spożywczego z Polski zniechęcającym do zakupu kolorem czerwony, zamiast neutralnym błękitnym czy zielonym.

W kontekście powyższego trudno nie zgodzić się z opinią publicysty Rafała Ziemkiewicza, który na wieść o nowym pomyśle Komisji Europejskiej napisał na swoim twitterze:

 

"Jak nie tą, to inną metodą. Wciąż próbują słabszych wydymać. Na tym właśnie polega Wspólnota Europejska"

 

Niestety, statystyczny konsument z UE widząc czerwoną etykietę produktu z Polski i zieloną etykietę takiego samego produktu, ale wyprodukowanego we Francji, wybierze ten drugi. Tak się robi biznes...

 

Źródło: Polska żywność będzie oznaczona jako gorsza? Jest nowy pomysł Komisji Europejskiej (Forsal.pl)

wpis z dnia 18/05/2016

   


  

     Polskie bieda-pensje: Ponad 70 proc. pracowników zarabia mniej niż średnia krajowa. Na zachodzie wyższe są nawet zasiłki socjalne!
wpis z dnia 17/05/2016

 

Okazuje się, że średnia krajowa GUS ma niewiele wspólnego z rzeczywistymi zarobkami statystycznych Polaków. Ponad 70 proc. z nas może tylko pomarzyć o wynagrodzeniu na poziomie 4,2 tys. zł brutto. Realne zarobki dla większości osób pracujących na etacie są dużo niższe i wciąż mocno odbiegają od wynagrodzeń jakie można osiągnąć na zachodzie Europy, gdzie nawet zasiłki socjalne potrafią być znacznie wyższe...

GUS raz na 2 lata ujawnia szczegółowy raport na temat wypłacanych w Polsce wynagrodzeń. Istotnie różni się on od publikowanego co miesiąc raportu na temat średniego wynagrodzenia, bowiem medianę i dominantę wynagrodzenia. Mediana to statystyczna wartość, która dzieli zbiór badanych rezultatów - w tym przypadku wynagrodzeń - dokładnie na pół. 50% wyników jest od tej wartości niższa, a drugie 50% - wyższa. Dominanta to z kolei najczęściej występująca w danym zbiorze wartość, czyli w tym przypadku - najczęściej wypłacane wynagrodzenie. 

Okazuje się, że według ostatniego szczegółowego raportu GUS (opublikowanego w grudniu ub.r.) mediana wynagrodzenia w naszym kraju wynosiła 2359 zł netto miesięcznie. To oznacza, że aż 50% zatrudnionych ludzi zarabiało mniej niż wspomniana kwota, stanowiąca obecnie równowartość zaledwie ok. 540 euro. Z kolei najczęściej wypłacanym wynagrodzeniem (dominantą) w była kwota 1786 zł netto (ok. 405 euro). Jakby tego było mało aż 1,36 mln zatrudnionych osób, które pracowały na niepełne części etatu, otrzymywało wynagrodzenie nie wyższe od minimalnego, czyli 1237 zł netto miesięcznie (tj. mniej niż ok. 280 euro)!

Analizując powyższe dane (znacznie bardziej miarodajne i bliższe rzeczywistości niż comiesięczne raporty o "średniej krajowej") można dojść do bardzo smutnego wniosku - po 27 latach od upadku PRL i 12 latach spędzonych w UE, pensje w naszym kraju są nadal bardzo niskie. Niestety, w sporej grupie państw należących do tzw. "starej UE" wyższe są nawet zasiłki socjalne!

 

Źródło: Struktura wynagrodzeń według zawodów (stat.gov.pl)

wpis z dnia 17/05/2016

   


 

     Kiedy cała UE skupiona jest na walce o demokrację w Polsce, Niemcy podpisują z Rosjanami kolejną umowę w/s Nord Stream!
wpis z dnia 16/05/2016

 

Nasz zachodni sąsiad ogłosił w ostatni piątek, że udzielił zgody rosyjskiemu Gazpromowi na jeszcze większe wykorzystanie gazociągu OPAL (lądowej odnogi Nord Streamu), który biegnie od Bałtyku, wzdłuż granicy z Polską, aż do Czech. Gazociąg ten został zbudowany przez Niemców, by ominąć Polskę jako kraj tranzytowy dla przesyłu gazu na zachód i południe Europy. I co? - I nic! Cała Bruksela skupiona jest bowiem na "walce o polską demokrację", a nie na jakimś rosyjsko-niemieckim układzie.

Niemiecka Federalna Agencja ds. Sieci poinformowała w ostatni piątek, że wydała rosyjskiemu Gazpromowi zgodę na większe wykorzystanie przepustowości gazociągu OPAL, czyli lądowej części Nord Streamu. Gazociąg ten biegnie od plaż Bałtyku, wzdłuż granicy z Polską, aż do Czech. Dalej łączy się z gazociągami biegnącymi do Austrii, jak i na zachód Europy (do Francji). OPAL wybudowano kilka lat temu, jako element projektu "Nord Stream", tak aby ominąć Polskę i Ukrainę, jako kraje tranzytowe dla przesyłu rosyjskiego gazu. 

Do tej pory Gazprom mógł użytkować jedynie 50 proc. przepustowości OPALU. Zgoda Niemców na wykorzystywanie przez Gazprom do 100 proc. przepustowości, będzie równoznaczna z automatycznym zmniejszeniem roli Polski i Ukrainy, jako państw tranzytowych. Tym samym zmaterializuje się największe ryzyko płynące dla Polski z faktu powstania Nord Stream. Rosja będzie mogła stosować "energetyczny szantaż" bez konsekwencji zagrożenia dostaw na zachód Europy. Niedostarczenie gazu do Polski nie będzie bowiem oznaczać braku dostaw do Niemiec, Austrii czy Francji. A wszystko to za zgodą i w porozumieniu z rządem federalnym w Berlinie i brukselskimi eurokratami, którzy w ostatnich miesiącach wydają się być zaślepieni walką o polską demokrację.

 

Źródło: Niemcy zgadzają się na większy dostęp Gazpromu do gazociągu Opal (Stooq.pl)
Czytaj także: Byli rozbiorcy Polski zacieśniają współpracę. Powstaje energetyczny sojusz Rosji, Niemiec i Austrii! 
(Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 16/05/2016

   


  

     Dlaczego umowy ws płatnych autostrad są tajne? Miliardy złotych zasilają prywatne firmy, a obywatele nie mają prawa wiedzieć co, jak i dlaczego!
wpis z dnia 14/05/2016

 

Prywatne firmy zarządzające płatnymi odcinkami autostrad w Polsce otrzymują w ciągu roku z Krajowego Funduszu Drogowego nawet 10-razy więcej, niż wynoszą wszystkie wpływy z tytułu poboru opłat na bramkach. Gdy jednak zwykły obywatel chciałby poznać szczegóły umów, jakie były zawierane przez rządy SLD i PO-PSL ze wspomnianymi firmami, to nagle okazuje się, że wszystko jest tajne i obarczone klauzulami poufności. Powstaje pytanie - dlaczego? Co takiego kryją zapisy wspomnianych umów, że muszą być one tajne dla zwykłych ludzi?

Przypomnijmy - umowy jakie zawarły rządy SLD oraz PO-PSL z prywatnymi spółkami "GTC" i "Autostrada Wielkopolska SA II", na budowę i utrzymanie ok. 250 km odcinków autostrad A1 oraz A2, mogą budzić wielkie kontrowersje. Na ich podstawie państwo polskie - czytaj: podatnicy - muszą płacić wspomnianym spółkom tzw. opłatę za dostępność. Wiemy, że w 2013 roku wyniosła ona nieco ponad 1,2 mld zł. W 2014 roku było to 1,271 mld zł, czyli blisko 10-krotnie mniej niż wyniosły całkowite wpływy z tytułu poboru opłat na wspomnianych odcinkach zarządzanych przez "GTC" i "AWSA II", a które są przekazywane do państwowego Krajowego Funduszu Drogowego. Taka sytuacja będzie trwała aż do 2039 roku...

Gdy jednak ktoś zapragnie poznać szczegóły tych umów, to nagle okazuje się, że wszystko jest tajne i poufne. Dwa lata temu poseł Grzegorz Janik (PiS) postanowił zapytać się ministra infrastruktury i rozwoju w oficjalnej interpelacji o zasady rozliczania Krajowego Funduszu Drogowego ze spółkami "GTC" i "Autostrada Wielkopolska SA II". Oto jaką uzyskał odpowiedź:

 

"Strony umowy o budowę i eksploatację autostrady płatnej przyjęły za obowiązującą zasadę, iż całość zapisów stanowiących umowę, a także dokumentów finansowych związanych z realizacją autostrady płatnej podlega ochronie na podstawie przepisów o ochronie tajemnicy państwowej i handlowej, zwalczaniu nieuczciwej konkurencji i dostępie do informacji publicznej i nie będzie wykorzystywana przez strony do celów innych niż wykonanie umowy".

 

Powstaje pytanie - dlaczego zapisy umów regulujące zasady otrzymywania przez prywatne firmy gigantycznych środków publicznych nie mogą być ujawnione? Co takiego kryją, że muszą być tajne? Przecież tu chodzi o nasze pieniądze! Dlaczego nie mamy prawa wiedzieć na jakich zasadach są one przelewane do "GTC" i "AWSA II" i dlaczego muszą być aż 10-razy wyższe niż suma wszystkich opłat pobranych na bramkach wjazdowych?

 

Źródło: Odpowiedź sekretarza stanu w Ministerstwie Infrastruktury i Rozwoju - z upoważnienia ministra - na interpelację nr 28455 (Sejm.gov.pl)
Źródło: Rząd płaci hojnie i potajemnie zarządcom autostrad. Wyliczamy ile. Starczyłoby na budowę dróg (wyborcza.pl)

wpis z dnia 14/05/2016

   


  

     W 2005 roku Emil Wąsacz trafił przed Trybunał Stanu za prywatyzację PZU. Po 11 latach (!) postępowanie nadal stoi w miejscu. Po co zatem istnieje Trybunał Stanu??!
wpis z dnia 13/05/2016

 

W 2005 roku Sejm zdecydował o postawieniu Emila Wąsacza przed Trybunałem Stanu. Ten były minister skarbu miał doprowadzić w takcie procesu prywatyzacyjnego PZU do wyboru niekorzystnej oferty, która nie spełniała celów i oczekiwań Skarbu Państwa oraz potrzeb samego PZU. Ponadto dopuścił do przyjęcia niekorzystnych postanowień umowy sprzedaży giganta ubezpieczeniowego (Polska musiała później wypłacić 4,75 mld zł odszkodowania). I Co? - I nic! Od 11 lat sprawa stoi w miejscu, bo Sejm nie potrafił wybrać oskarżyciela...

Przypomnijmy - decyzję o prywatyzacji PZU podjęto w 1998 roku. Rok później została podpisana z portugalsko-holenderskim konsorcjum Eureko umowa, zgodnie z którą ówczesny rząd Jerzego Buzka sprzedał 20% akcji za kwotę 2 miliardów złotych. Równocześnie 10% akcji odsprzedano bankowi Millenium (wówczas BIG Bank Gdański). W aneksie do umowy prywatyzacyjnej podpisanym w 2001 roku zawarta została klauzula sprzedaży Eureko dodatkowych 21% akcji przez Skarb Państwa. Klauzula ta do 2009 roku pozostała niezrealizowana, co stało się przyczyną konfliktu pomiędzy Eureko, posiadającym 33% akcji, a Skarbem Państwa, dysponującym 55% akcji (reszta jest w posiadaniu akcjonariuszy rozproszonych). 

Strona polska, odmawiając sprzedaży wspomnianych 21% akcji, zarzucała Eureko złamanie umowy, która zabraniała m.in. zakupu akcji za pieniądze z kredytu. Ostatecznie w 2002 roku Eureko złożyło wniosek do Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego w Londynie, zarzucając Polsce niedotrzymanie umowy prywatyzacyjnej. Wartość przedmiotu sporu określono wówczas na astronomiczną kwotę 36 mld zł. 

Ostatecznie spór zakończył się zawarciem ugody między Skarbem Państwa a Eureko, na mocy której strona polska musiała wypłacić 4,75 mld zł odszkodowania. 

W 2005 r. Sejm przyjął uchwałę o pociągnięciu Emila Wąsacza, jako osoby nadzorującej przebieg prywatyzacji PZU, do odpowiedzialności przed Trybunałem Stanu za domniemane nieprawidłowości przy prywatyzacji tego ubezpieczeniowego giganta. Uznano wówczas, że sprzedaż pakietu akcji PZU Eureko w 1999 r. doprowadziła do problemów, które zakończyły się rozprawą przed międzynarodowym trybunałem arbitrażowym, a ostatecznie wypłatą przez Polskę gigantycznego odszkodowania. I co? - I nic! Od 11 lat postępowanie stoi w miejscu m.in. dlatego, że Sejm do dziś nie zdołał nawet wybrać, kto z posłów będzie pełnił funkcję oskarżyciela w tym postępowaniu. A bez oskarżycieli sprawa przed Trybunałem Stanu nie może ruszyć.

 

W kontekście powyższego zasadnym wydaje się być pytanie - po co w ogóle istnieje taka instytucja jak Trybunał Stanu, jeżeli w dość oczywistej sprawie nie sposób wykorzystać jego uprawnień. 

 

Źródło: Sprawa Wąsacza o prywatyzację PZU wróciła do sądu. Postępowanie w tej sprawie przeciwko Wąsaczowi, toczy się również przed Trybunałem Stanu (wPolityce.pl)
Źródło: Jest ugoda Skarbu Państwa z Eureko ws. PZU (rmf24.pl)

wpis z dnia 13/05/2016

   


  

     Porażający audyt 8-lecia rządów PO-PSL! Teraz wiemy dlaczego oni tak bardzo chcą żeby "znowu było tak, jak było"
wpis z dnia 12/05/2016

 

Ujawniony wczoraj audyt 8-lecia rządów koalicji PO-PSL pokazał nam gigantyczną skalę marnotrawstwa i patologii jakie trawiły nasz kraj, a których symbolem stał się złoty Mercedes. Teraz nie powinno nas już dziwić, że sympatycy poprzedniej ekipy chcieli żeby znów "było tak, jak było", aby bezkarnie można było "kręcić lody" i inne wałki. Dostaliśmy też odpowiedź dlaczego wycie z powodu utraty władzy było do tej pory aż tak przeraźliwe. Oni po prostu bali się dnia takiego jak wczoraj, kiedy cały syf wypłynie na powierzchnie!

Długo trzeba było czekać na zapowiadany przez obecną ekipę rządową audyt z 8-lecia działalności PO-PSL. Gdy już się jednak pojawił, to poraził skalą marnotrawstwa oraz ujawnionych patologii. - "Osiem ostatnich lat to czas, kiedy politycy partii rządzącej za nic nie brali odpowiedzialności, także tej politycznej (...) Platforma i PSL nie rządziły państwem. To było trwanie i czerpanie z władzy profitów. Od czasu do czasu, żeby przykryć tę flautę, na którą sprowadziliście Polskę, wymyślaliście świecidełka, jak walka z dopalaczami, zielona wyspa, czy Polskie Inwestycje Rozwojowe - błyskotki medialne, które nic za sobą nie niosły oprócz pudrowania rzeczywistości (...) Przez osiem lat budowaliście państwo teoretyczne, które było silne wobec słabych, ale słabe wobec silnych. Państwo sytych kręgów władzy, gdzie elita rządząca ma się dobrze, ale obywatele i ich potrzeby się nie liczą" - mówiła premier Beata Szydło, podczas wygłaszania wstępu do głównych zagadnień audytu. I trudno się z nią tutaj nie zgodzić. Szczególnie, gdy dowiadujemy się o tym, iż w spółkach Skarbu Państwa setki milionów złotych były wydawane na "doradztwo" zaprzyjaźnionych z władzą firemek, a menadżerowie tychże życzyli sobie złotych Mercedesów...

Wspomniany "złoty Mercedes" będzie od teraz symbolem marnotrawstwa i patologii jakie ogarnęły nasz kraj w ciągu 8 lat rządów PO-PSL. Wyśmiewaliśmy swego czasu Bronisława Komorowskiego, kiedy przebąkiwał coś o "złotym wieku". Tymczasem on mówił wówczas prawdę - Polska Platformy Obywatelskiej i PSL-u przeżywała wówczas swój "złoty wiek". Problem dla nich w tym, że to już się skończyło, cała "republika kolesi" rypła w gruzach, a syf wypłyną na powierzchnie. Stąd też przeraźliwe wycie i prośby o interwencje zagranicy, kiedy się zorientowali, że to już ich prawdziwy koniec.

 

Zobacz także: PiS podsumował rząd PO-PSL (Dziennik.pl)
Zobacz także: Jackiewicz ujawnił patologię i przypomniał słowa Piłsudskiego: "bić k... i złodziei" (Niezalezna.pl)

wpis z dnia 12/05/2016

   


   

     Dlaczego do ogólnopolskich TV jako "eksperci" ciągle zapraszani są agenci komunistycznych służb oraz członkowie KC PZPR?
wpis z dnia 11/05/2016

 

Jeżeli po blisko 27 latach od rzekomego upadku komunizmu i powstania III RP w mediach mających zasięg ogólnopolski jako autorytet, moralista lub komentator bieżących wydarzeń występuje wysoki funkcjonariusz PZPR, agent komunistycznych służb lub oficer Ludowego Wojska Polskiego, to widać, jak bardzo coś poszło nie tak. I właśnie dlatego w naszym kraju wciąż jest potrzebna głęboka zmiana.

Pisałem już o tym kilka miesięcy temu, ale nie zaszkodzi powtórzyć - szczególnie, że agenci komunistycznych służb, milicjanci oraz wysocy członkowie PZPR nadal są stałymi gośćmi ogólnopolskich telewizji (wyjątek w tej mierze stanowi jedynie TVP). Odpowiedź na pytanie dlaczego po blisko 27 latach od rzekomego upadku komunizmu są oni wciąż zapraszani do TV i traktowani tam jako autorytety, moraliści lub komentatorzy bieżących wydarzeń jest bardzo prosta. III RP została stworzona przede wszystkim dla ich wygody i bezpieczeństwa. To oni, po 1989 roku, przejęli kontrolę nad biznesem i mediami. To oni zasiadali w zarządach spółek wydzielanych z majątku upadającego PRL. To oni kierowali nowopowstałymi bankami komercyjnymi, które zostały wyodrębnione z NBP. To ludzie powiązani z PZPR i ustrojem "demokracji ludowej" decydowali o kształcie i kierunkach rozwoju III RP. Pod tym względem porozumienie zawarte najpierw w Magdalence, a później przy okrągłym stole nie przyniosło dla zwykłych Polaków żadnego pożytku. 

Stworzono iluzję, jakoby wielkim sukcesem porozumienia pomiędzy przedstawicielami reżimu PRL oraz części "umiarkowanej" opozycji powiązanej różnymi koligacjami z PRL (Michnik, Mazowiecki, Geremek, Kuroń) było stworzenie wolnego rynku w Polsce. Uwolnienie gospodarki miało przesłonić wszelkie inne konsekwencje "porozumienia", którego głównym celem było zachowanie przywilejów grupy związanej z PRL. Kategorię "wolny rynek" podciągnięto do rangi mitu, czegoś, co dano nam - zwykłym Polakom - w akcie łaski wynikającej z "mądrego" dogadania się elit władzy PRL z elitami "konstruktywnej opozycji". A czymże jest "wolny rynek" - pytam się? Przecież jest to sytuacja całkowicie naturalna, kiedy o obrocie gospodarczym decyduje czynnik popytu i podaży kształtowany przez zwykłych ludzi - czyż nie mam racji? Tak więc uczestnicy okrągłego stołu rzekomo dali nam coś, co w istocie swojej jest czymś zupełnie naturalnym, co wynika wprost z charakteru społecznych relacji. Tego nie można "dać", a następnie kreować wizję, jakoby był to efekt fantastycznego porozumienia bez precedensu w skali świata. To trochę tak, jakby ktoś powiedział, że od dziś pozwala nam oddychać powietrzem, gdyż jeszcze do wczoraj było to zakazane... 

Kilka dni temu obchodzono rocznicę zakończenia II wojny światowej. Zgadnijcie kogo redaktor Gugała zaprosił do rozmowy tuż po wydaniu głównego serwisu informacyjnego w Polsacie... Tak, tak - był to towarzysz Ciosek. Tak, że tego...

wpis z dnia 11/05/2016

   


  

     Australia zniosła kontrowersyjne opłaty za emisję CO2. Tamtejsze władze uznały, że mają one nie wiele wspólnego z ekologią
wpis z dnia 10/05/2016

 

W 2012 r. Australia chciała iść tropem Unii Europejskiej i wprowadziła na swoim terytorium specjalne opłaty dla firm emitujących CO2 do atmosfery. W efekcie wzrosły ceny energii elektrycznej, co automatycznie negatywnie przełożyło się na całą gospodarkę. Po dwóch latach funkcjonowania "podatku od CO2" władze Australii postanowiły go... zlikwidować. Stwierdzono wówczas, że był on bez sensu, gdyż osłabiał gospodarkę i nie miał wpływu na środowisko. Czy brukselskie elity pójdą kiedyś po rozum do głowy tak, jak zrobiły to władze Australii?

Ustawę o podatku od emisji CO2 do atmosfery wprowadził w Australii w 2012 roku lewicowy rząd Julii Gillard. Założenia tej ustawy przewidywały, że 350 firm i zakładów przemysłowych będących największymi emitentami CO2, będzie płacić po 24 dolary australijskie (równowartość ówczesnych 22,6 USD) za każdą tonę wyemitowanego CO2. Aby pokazać skalę trzeba sobie uświadomić, że duża elektrownia węglowa potrafi w ciągu roku wyemitować do atmosfery 30 mln ton CO2. Przymusowa danina w takim przypadku wyniosłaby aż 678 mln USD. 

Po dwóch latach funkcjonowania tego podatku władze Australii poszły po rozum do głowy. Podjęta została decyzja o likwidacji wprowadzonego "podatku od CO2". Tamtejsze elity polityczne w większości uznały, że był on "niepotrzebny i szkodliwy", niszczył miejsca pracy, zwiększał koszty życia i tak naprawdę nie pomagał środowisku. Jednocześnie rząd Australii podkreślił, że ochrona środowiska naturalnego jest niezwykle istotnym elementem funkcjonowania całego państwa. Dlatego w ślad za likwidacją podatku uruchomiono specjalny fundusz państwowy, który współuczestniczy w kosztach modernizacji najbardziej emisyjnych gałęzi gospodarki, bez konieczności ich przerzucania na całą gospodarkę, a jednocześnie promuje korzystanie z "zielonej" energii.

W kontekście powyższego powstaje pytanie - czy brukselskie elity pójdą kiedyś po rozum do głowy tak, jak zrobiły to władze Australii? Czy też nadal będą bezmyślnie brnąć w utopie nt. handlu emisjami, które - rzekomo - mają mieć wpływ na zatrzymanie zmian klimatycznych na naszej planecie?

 

Źródło: Australia zniosła kontrowersyjny podatek od emisji CO2 (Wnp.pl)

wpis z dnia 10/05/2016

   


  

     Opieszałe polskie sądy: Przedsiębiorca czeka u nas średnio aż 685 dni na rozstrzygnięcie sporu sądowego. Na Węgrzech - jedynie 395 dni
wpis z dnia 9/05/2016

 

Mimo, że Polska jest w czołówce UE pod względem liczby sędziów na 100 tys. obywateli, a nakłady na sądownictwo są jednymi z najwyższych w całej Europie, to na rozstrzygnięcie przed sądem sporu dotyczącego spraw majątkowych potrzebujemy średnio aż 685 dni. Dla porównania - brytyjski przedsiębiorca na rozstrzygnięcie sporu przed sądem musi czekać 437 dni, a węgierski - jedynie 395 dni. To zestawienie najdobitniej pokazuje, że polski wymiar sprawiedliwości jednak potrzebuje głębokiej reformy.

W naszym kraju, jeśli porównywać się z innymi państwami Europy, wymiar sprawiedliwości jest stosunkowo rozbudowany. Na 100 tys. obywateli przypada około 26 sędziów. Dla porównania - we Włoszech na 100 tys. obywateli przypada 10 sędziów, we Francji - 9 sędziów, a na Wyspach Brytyjskich na 100 tys. obywateli przypada zaledwie 3,5 sędziego. Duża ilość sędziów w polskich sądach powoduje, że publiczne nakłady na funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości są u nas znacznie większe niż w innych krajach Europy. Według danych za 2012 rok Polska przeznaczyła na sądownictwo 6,8 mld zł, co stanowiło 0,40 proc. PKB, podczas gdy średnia europejska była niemal o połowę mniejsza i wynosiła zaledwie 0,24 proc. PKB.

Niestety, wysokie koszty funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości nie przekładają się specjalnie na szybkość działania polskich sądów. Zgodnie z raportem "Doing Business" Banku Światowego - dochodzenie należności za pośrednictwem organów państwowych (sąd) trwa u nas przeciętnie aż 685 dni. Dla porównania - we wspominanej już powyżej Wlk. Brytanii rozstrzygnięcie sporu majątkowego przed sądem zajmuje przeciętnie 437 dni, a na rządzonych przez Orbana Węgrzech jedynie 395 dni. To zestawienie danych najdobitniej pokazuje, że polski wymiar sprawiedliwości potrzebuje głębokiej reformy.

 

Źródło: Na sędziów i prokuratorów płacimy najwięcej w Europie (supernowosci24.pl)
Źródło: Sąd przyspieszy elektronicznie. Nowy system zawiadamiania o rozprawach (wyborcza.biz)

wpis z dnia 9/05/2016

   


  

     Opozycja cytuje konstytucję, następnie wzywa do jej łamania, a na końcu protestuje w jej obronie... Gdzie tu logika?!
wpis z dnia 6/05/2016

 

W Polsce, wbrew temu co głoszą niemieckie media, wcale nie jest zagrożona demokracja. W Polsce zagrożone są wpływy dzisiejszej "opozycji totalnej", niejednokrotnie reprezentującej interesy establishmentu PRL lub zagranicznych instytucji finansowych drenujących kieszenie zwykłych Polaków. Stąd przerażający lament, krzyk i histeria jaką mogliśmy obserwować w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Walka o obronę "ładu konstytucyjnego" to tylko przykrywka, co najlepiej widać, kiedy opozycja sama zaczyna stosować konstytucję w sposób wybiórczy.

Pisałem o tym kilka dni temu, ale w kontekście sobotniego zjazdu KOD w Warszawie nie zaszkodzi powtórzyć - totalna opozycja swoimi działaniami robi wiele szkody Polsce. Przede wszystkim sama łamie konstytucję poprzez wybiórcze jej stosowanie (no bo jak inaczej nazwać nieuznawanie ustawy regulującej tryb pracy TK, mimo że w samej konstytucji czytamy, że tryb ten reguluje... ustawa). O donosach i proszeniu o interwencje państw ościennych, sianiu zamętu tworzonymi przez siebie rezolucjami, wzywaniu do nieposłuszeństwa i dzieleniu nie będę wspominał. Na końcu zaś krzyczy, że partia, która wygrała demokratyczne wybory jest "zagrożeniem dla demokracji". 

Oczywiście można mieć różne poglądy na temat obecnego rządu, można go krytykować, wskazywać na popełniane przez niego błędy. Daleki jestem jednak od stwierdzenia, iż zagraża on polskiej demokracji. Jeśli już ktoś ma być uważany jako jej zagrożenie, to w mojej opinii będzie to raczej wspomniana "totalna opozycja", której twarzami są dziś Schetyna, Petru, Rzepliński, Komorowski i Kijowski. To ich działania mogą być uznawane za szkodzące ustrojowi demokratycznemu, czego najlepszym przykładem jest powoływanie na treść obowiązującej konstytucji, a następnie wzywanie do jej łamania przy jednoczesnym dawaniu do zrozumienia, że partia która wygrała wybory (i w demokratyczny odsunęła ich od władzy), jest... zagrożeniem dla demokracji (LOL&sic!).

Zakładam, że pomieszanie pojęć osiągnie swoje apogeum w trakcie sobotniej demonstracji. No cóż, takie są jednak uroki demokracji, której jednym z fundamentów jest możliwość swobodnego wyrażania swoich poglądów. Mimo zatem, że wydają się nam one absurdalne, to jednak nikt nie może zabronić KODziarzom, PO i Nowoczesej cytowania fragmentów konstytucji, następnie wzywania do jej łamania, a na końcu wszczynania protestów w jej obronie - co w sumie jest też dowodem na to, że demokracja jest w naszym kraju w świetnej formie... 

wpis z dnia 6/05/2016

   


  

     Eurostat potwierdza: Niemcy są największym trucicielem w Europie. Emitują do atmosfery 2,5-razy więcej CO2 niż Polska!
wpis z dnia 5/05/2016

 

Najnowsze dane Eurostatu za 2015 roku nie pozostawiają wątpliwości - największym trucicielem w Europie pozostają Niemcy, które odpowiedzialne są za niemal 1/4 emisji CO2 w UE (23,0%). Na drugim miejscu znalazła się Wielka Brytania, która w UE emituje 12,5% CO2. Trzecie miejsce zajęły Włochy (10,6% emisji), a czwarte - Francja (9,9% emisji). Dopiero na piątym miejscu uplasowała się Polska, która jest odpowiedzialna za 9,2% emisji CO2 w UE. To oznacza, że Niemcy emitują do atmosfery 2,5-razy więcej CO2 niż my.

Eurostat, oprócz danych na temat procentowego udziału państw należących do Unii Europejskiej w całkowitej emisji CO2 Unii w 2015 roku, porównał także zmiany w ilości emitowanego CO2 pomiędzy 2014 a 2015 rokiem w poszczególnych krajach. Okazuje się, że najwyższy wzrost emisji odnotowano w Słowacji (+9,5 proc.), w Portugalii (+8,6 proc.) i na Węgrzech (+6,7 proc.). Istotne wzrosty zanotowano także w Belgii (+4,7 proc.) i Bułgarii (+4,6 proc.). W Polsce emisja CO2 wzrosła o +1,6 proc. Cała Unia wyemitowała do atmosfery w 2015 roku o 0,7% więcej CO2 w porównaniu do roku 2014 r.

W kontekście powyższych danych warto przypomnieć raport brytyjskiej organizacji na rzecz ochrony klimatu "Sandbag" na temat najbardziej trujących elektrowni węglowych w Europie. Okazuje się, że aż 4 na 5 elektrowni o najwyższym poziomie emisji CO2 w UE znajduje się na terytorium Niemiec! Wszystkie cztery niemieckie elektrownie emitują łącznie w ciągu roku 100,8 mln ton CO2. 

Jakby tego było mało to niemiecka gospodarka spala o wiele więcej węgla niż polska (Niemcy: 240 mln ton; Polska: 152 mln ton), a poziom emisji CO2 w przeliczeniu na 1 mieszkańca jest tam znacznie wyższy niż w naszym kraju (Niemcy: 10,4 tony/1 os.; Polska: 8,6 tony/1 os.).

Widząc powyższe statystyki zasadnym jest zadanie pytania - dlaczego nasi zachodni sąsiedzi tak często uprawiają hipokryzję, twierdząc że jesteśmy "największym trucicielem" w Europie? Czy chodzi im o znalezienie argumentu, aby dążyć do jeszcze wyraźniejszego osłabienia polskiej gospodarki i likwidacji resztek naszego przemysłu, który jest nadal groźny dla przemysłu niemieckiego?

 

Źródło: Eurostat: Rośnie emisja CO2 w Polsce. Niemcy pozostają największym emitentem (BiznesAlert.pl)
Źródło: Niemieckie elektrownie węglowe są najbrudniejsze w Europie (BiznesAlert.pl)
Czytaj także: Niemcy stawiają na węgiel (Bankier.pl)
Czytaj także: Prof. Jędrysek: Niemcy spalają blisko połowę węgla, jaki spala się w całej UE. Ale dzięki propagandzie to nas uważa się za ekologicznego "brudasa" (wPolityce.pl)
Czytaj także: Niemcy spalają coraz więcej węgla, głównie z USA (Wnp.pl)

wpis z dnia 5/05/2016

   


  

     Brawo Kukiz'15! Chcą zabrać posłom 27 tys. zł kwoty wolnej od PIT. Jest projekt ustawy zrównującej parlamentarzystów ze zwykłymi obywatelami
wpis z dnia 4/05/2016

 

Formacja Pawła Kukiza chce odebrać podatkowe przywileje posłom i senatorom. Do Sejmu trafił właśnie projekt ustawy, której celem jest zrównanie wysokości kwoty wolnej od PIT przysługującej parlamentarzystom, jak i pozostałym obywatelom. W tej chwili posłowie i senatorowie są szczególnie uprzywilejowani, bowiem w zakresie swoich diet korzystają z kwoty wolnej na poziomie 27 360 zł. Reszta społeczeństwa może liczyć jedynie na kwotę wolną w wysokości 3 091 zł.

Ruch Kukiz'15 wniósł do laski marszałkowskiej dwa projekty ustaw. Pierwszy z nich przewiduje, że kwota wolna od podatku dochodowego dla obywateli zostanie powiększona o obecnie funkcjonujący limit "poselskiej" kwoty wolnej, czyli 27 360 zł. Drugi - alternatywny - projekt przewiduje, że "poselska" kwota wolna od PIT w zakresie parlamentarnych diet zostanie zlikwidowana, a posłowie i senatorowie będą mogli wykorzystywać tylko taką kwotę wolną, jak reszta społeczeństwa - czyli 3 091 zł. 

Zakładam, że opcja numer jeden, czyli zrównanie kwoty wolnej dla zwykłych obywateli z kwotą wolną dla posłów jest z punktu widzenia wpływów do budżetu państwa nierealne. Stąd rozsądnym wydaje się być drugi projekt ustawy Kukiz'15, który przewiduje likwidację fiskalnego przywileju parlamentarzystów w postaci kwoty wolnej na obecnym poziomie 27 360 zł. Tym bardziej, że pod koniec lutego sejm - głosami PiS - odrzucił projekt ustawy o podwyższeniu kwoty wolnej do 8 tys. zł. Wówczas to uzasadnieniem dla uwalenia tej legislacyjnej inicjatywy już w pierwszym czytaniu miała być troska o budżet kraju, który takiej jednorazowej podwyżki miałby nie udźwignąć. Okej. Skoro jednak zwykli Polacy mają się wciąż zadowalać kwotą wolną 3 091 zł, to dlaczego posłowie mają być w takich warunkach szczególnie uprzywilejowani, korzystając z kwoty wolnej na poziomie 27 360 zł?!

Ciekawy jestem jak nad pomysłem Kukiz'15 będą głosowali przedstawiciele poszczególnych partii. Czy zgodzą się na dobrowolne ograniczenie swoich przywilejów? Czy też uznają, że im wolno więcej i odrzucą projekt przy pierwszej lepszej okazji?

 

Źródło: Kukiz'15 chce równego opodatkowania pensji parlamentarzystów i obywateli (Bankier.pl)

wpis z dnia 4/05/2016

   


  

     Konstytucję 3 Maja uchwalono wbrew woli ówczesnej "opozycji", która natychmiast zaczęła błagać zagranicę o interwencję. Analogię do współczesności widać bardzo wyraźnie...
wpis z dnia 3/05/2016

 

Radosne święto uchwalenia Konstytucji 3 Maja powinno być też przestrogą przed tym, co działo się później. Ówczesna "totalna opozycja", w imię rzekomo utraconych "praw i wolności", bez problemu zorganizowała histeryczne tournee po stolicach sąsiednich państw, aby tam błagać o interwencję i siłowe obalenie nowego porządku. Później była targowica, rozbiory i utrata niepodległości na 123 lata. Warto o tym pamiętać śledząc działania dzisiejszej "totalnej opozycji". 

Przypomnijmy, że polscy patrioci - widząc, że bez poważnych reform ustrojowych I Rzeczpospolita zbliża się ku ostatecznemu upadkowi - postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i przy sprzyjających okolicznościach (wykorzystując specyficzny tryb prac w sejmie [tzw. sejm skonfederowany] oraz nieobecność co niektórych stronników Rosji) uchwalili rewolucyjną, jak na owe czasy, Konstytucję 3 maja. Była ona pierwszą w Europie i drugą na świecie (po konstytucji amerykańskiej z 1787 r.) nowoczesną, spisaną konstytucją regulującą podstawy prawne funkcjonowania państwa.

Co istotne - konstytucja ta znosiła instytucję "liberum veto", dzięki której obce państwa mogły przekupywać choćby pojedynczych przedstawicieli sejmu, a w konsekwencji paraliżować każdą próbę powzięcia nowego prawa. Taki obrót spraw nie mógł się podobać zarówno zagranicy, jak i wspomnianym zdrajcom przez zagranicę hojnie opłacanym. Pod pozorem "utraty praw podstawowych" oraz "ograniczenia wolności i demokracji" zorganizowali oni zatem histeryczne tournee po stolicach sąsiednich krajów, aby tam błagać o interwencję i siłowe usunięcie reformatorów. Wkrótce później doszło do zawiązania tzw. konfederacji targowickiej, czyli spisku grupy polskich magnatów przeciwnych zmianie ustroju Rzeczypospolitej. Razem z wojskami carycy Katarzyny II udało im się pokonać wojska reformatorów. Konsekwencją prawno-ustrojową przegranej stronnictwa patriotów było uznanie w listopadzie 1793 roku przez sejm zdrajców w Grodnie Sejmu Czteroletniego jako niebyłego, a w konsekwencji - uchylenie wszystkie ustanowione na nim aktów prawnych (w tym także Konstytucji 3 Maja).

Nie wiem jak państwo, ale ja widzę wyraźną analogię do czasów współczesnych. Szczególnie w zakresie objazdów "totalnej opozycji" po stolicach sąsiednich państw i błagania tam o interwencję, której celem byłoby obalenie nowego porządku.

 

Czytaj więcej: Konstytucja 3 Maja (Wikipedia)

 

wpis z dnia 3/05/2016

   


  

     Na każdego więźnia państwo wydaje po 3 tys. zł miesięcznie i nikt nie protestuje. Kiedy 500 zł ma trafić do rodzin z dwójką dzieci to wielkie oburzenie
wpis z dnia 2/05/2016

 

Okazuje się, że miesięczne wydatki państwa na utrzymanie jednego tylko więźnia wynoszą około 3 tys. zł. Łatwo zatem wyliczyć, że na utrzymanie mordercy i gwałciciela, który dostał do odsiadki wyrok 25 lat więzienia, trzeba wyłożyć łącznie blisko 1 milion złotych... I co? I nic! Mało kogo obchodzą tego typu wydatki. Gdy jednak w grę wchodzi wspieranie rodzin, które posiadają co najmniej dwójkę dzieci kwotą 500 zł miesięcznie, to nagle święte oburzenie Balcerowiczów, KOD-u i Wyborczej...

Z oficjalnych statystyk publikowanych przez Służbę Więzienną wynika, że w Polsce w zakładach karnych przebywa obecnie ok. 71,6 tys. osadzonych. Szacuje się, że miesięczny koszt utrzymania każdego z nich wynosi około 3 tys. zł. W skład tej kwoty wchodzi wyżywienie, zapewnienie opieki medycznej oraz koszty funkcjonowania więzienia. Na tej podstawie łatwo można wyliczyć, że utrzymanie wszystkich osadzonych w skali roku to koszt 2,577 mld zł! Równie łatwo można obliczyć, że utrzymanie mordercy i gwałciciela, który został skazany na 25 lat więzienia, kosztuje państwo łącznie aż 900 tys. zł! Te sumy są i tak jednymi z najniższych w Europie. Okazuje się bowiem, że przeciętny dzienny koszt utrzymania osadzonego w UE wynosi 99 euro. W skali miesiąca robi się nam blisko 3 tys. euro, czyli około 12,5 tys. zł!

Co ciekawe - ponoszone przez państwo spore koszty utrzymania kryminalistów mało kogo obchodzą. Od kilku tygodni o wiele większe emocje wzbudza fakt, że rodzina z dwójką dzieci może otrzymać od państwa kwotę 500 zł miesięcznie. Nagle ekonomiści pokroju Balcerowicza zaczęli wskazywać, że to nie ma sensu, a sympatycy KOD-u i Wyborczej sugerowali, że to wspieranie "patologii". No tak, chodzi wszak o rodziny z dziećmi, a nie najwierniejszy elektorat Platformy Obywatelskiej jakim są więźniowie.

 

Czytaj także: "Sort kryminalny" murem za Platformą Obywatelską. Wybory w więzieniach zdecydowanie wygrywają kandydaci PO (Niewygodne.info.pl)

Źródło: Ilu więźniów jest w Polsce (Rp.pl)
Źródło: Utrzymanie więźnia kosztuje 3000 złotych (wKaliszu.pl)

wpis z dnia 2/05/2016