Archiwum: Czerwiec 2016

 

     EBC umorzył Niemcom 172 mld euro długu, a z Planu Junckera korzystają głównie niemieckie firmy... Nie, Niemcy wcale nie są największym beneficjentem UE...
wpis z dnia 30/06/2016

 

Z ogłoszonego pod koniec 2014 roku "Planu Junckera", który miał rozruszać europejską gospodarkę, do tej pory najczęściej korzystały niemieckie firmy. Wsparcie otrzymało blisko 30 tys. małych i średnich przedsiębiorstw naszego zachodniego sąsiada. Dla porównania - w Grecji takie wsparcie otrzymało jedynie... 121 firm. Niemcy są także największym wygranym masowego skupywania obligacji państw strefy euro przez Europejski Bank Centralny. W ciągu 1,5 roku umorzono im w ten sposób aż 172 mld euro długu!

Przypomnijmy, że Jean-Claude Juncker, tuż po tym jak został wybrany na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej, ogłosił plan działań które miały rozruszać europejską gospodarkę (tzw. "Plan Junckera"). Zgodnie z jego założeniami w ciągu kilku kolejnych lat aż 315 mld euro miało trafić do państw UE za pośrednictwem Europejskiego Funduszu Inwestycji Strategicznych (EFIS) oraz Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI). Okazało się, że jednym z największych beneficjentów wspomnianego planu została gospodarka rozwiniętych i bogatych Niemiec. Jak do tej pory na wsparcie mogło tam liczyć blisko 30 tys. małych i średnich przedsiębiorstw. Dla porównania - w Polsce takie wsparcie otrzymało ok. 10 tys. podmiotów, a w pogrążonej w kryzysie Grecji jedynie 121 firm...

Ale to nie koniec potężnego "pompowania" gospodarki Niemiec przez instytucje unijne. Warto zwrócić uwagę, że Europejski Bank Centralny od początku 2015 roku drukuje (kreuje) setki miliardów euro, za które skupuje obligacje skarbowe wyemitowane przez kraj należący do strefy euro. Skutek tej księgowej operacji jest taki, że skupowane papiery dłużne przestają mieć jakiekolwiek znaczenie gospodarcze (przestają generować odsetki). Można powiedzieć, że są one de facto umarzane, a poszczególne gospodarki eurolandu otrzymują w zamian potężną dawką pieniędzy. Co ciekawe - największym beneficjentem tej działalności są... Niemcy. Okazuje się, że EBC od stycznia 2015 r. do kwietnia 2016 r. umorzył w ten sposób naszemu zachodniemu sąsiadowi aż 171,8 mld euro!

A teraz spróbujmy znaleźć państwo UE, które w ostatnich latach otrzymało podobne wsparcie ze strony UE... Albo inaczej - spróbujmy sobie wyobrazić co by było, gdyby Niemcy takiego wsparcia nie otrzymały? Co by było, gdyby EBC nie skupił od wierzycieli Niemiec blisko 172 mld euro długu? Co by było, gdyby 30 tys. niemieckich firm nie otrzymało unijnego wsparcia wartego wiele miliardów euro? Dlaczego gospodarki innych krajów nie mogą liczyć na aż tak wielki "doping" ze strony unijnych instytucji?

 

Źródło: Stefan Sękowski, "Unia tuczy silnych" w: Do Rzeczy nr 26/177 (2016)
Źródło: EBC umarza część zadłużenia, ale nie Grecji (ObserwatorFinansowy.pl)

wpis z dnia 30/06/2016 

    


   

     Oto jak rząd Platformy sprzedał "kurę znoszącą złote jaja". NIK potwierdza zarzuty dot. prywatyzacji PKP Energetyka
wpis z dnia 29/06/2016

 

PKP Energetyka to spółka kluczowa dla bezpieczeństwa kraju. Jest monopolistą w zakresie dystrybucji energii elektrycznej do kolejowej sieci trakcyjnej i jedynym właścicielem sieci zasilającej trakcję elektryczną linii kolejowych w Polsce. Będąc pod kontrolą Skarbu Państwa co roku notowała spore zyski (2012 - 65 mln zł; 2013 - 90 mln zł; 2014 - 49 mln zł). Niestety, rząd Ewy Kopacz wpadł na pomysł, aby PKP Energetykę sprywatyzować i tuż przed oddaniem władzy sprzedał ją prywatnemu funduszowi z Luksemburga...

Decyzja o prywatyzacji PKP Energetyki została podjęta we wrześniu 2015 r., tuż przed wyborami parlamentarnymi, które odsunęły ekipę PO-PSL od władzy. Spółkę sprzedano za 1,41 mld zł luksemburskiemu funduszowi private equity CVC Capital Partners. Przypomnijmy, że PKP Energetyka w chwili prywatyzacji odpowiadała za 5,3 proc. krajowej sprzedaży energii i zatrudniała ok. 7 tys. pracowników. Co jednak najważniejsze - miała ona monopol (infrastrukturę) na dostarczanie energii elektrycznej wszystkim działającym w Polsce podmiotom kolejowym, dzięki czemu przynosiła co roku spore zyski. W 2012 roku było to 65,6 mln zł, rok później - 90 mln zł, a w 2014 roku - 48,7 mln zł.

Niestety, ekipa PO-PSL na finiszu swoich rządów z jakiegoś powodu podjęła decyzję o prywatyzacji PKP Energetyki. Eksperci rynku kolejowego już wówczas nie mieli wątpliwości, że prywatyzacja ta jest pozbawiona sensu gospodarczego, biznesowego i funkcjonalnego. Janusz Zubrzycki, dyrektor zarządzający w Zespole Doradców Gospodarczych TOR, w wypowiedzi dla portalu Rynek-Kolejowy.pl stwierdził, że prywatny właściciel będzie mógł "zrobić ze spółką to co zechce i niekoniecznie będzie się kierował interesem polskiej kolei, w rozumieniu sprawnego funkcjonowania PKP PLK. Nie trudno jest sobie wyobrazić sytuację dwukrotnego wzrostu cen. W końcu będzie to monopolista prywatny". 

Kontrolerzy NIK niestety potwierdzili ww. obawy. W wydanym kilka dni temu raporcie pokontrolnym nt. sprzedaży PKP Energetyka stwierdzono, że sama prywatyzacja "nie budzi zastrzeżeń z punktu widzenia legalności", jednak fakt, iż spółkę sprzedano inwestorowi finansowemu (CVC Capital Partners), a nie branżowemu niesie ze sobą trzy konkretne ryzyka:

1) Po osiągnięciu założonej stopy zwrotu z inwestycji CVC Capital Partners może nie być zainteresowany dalszym utrzymywaniem akcji i wystawić je na sprzedaż. Kolejny nabywca natomiast może być podmiotem z różnych względów niepożądanym z punktu widzenia polskiego rynku przewozów kolejowych lub rynku energetycznego

2) Drugim ryzykiem jest potencjalny brak zainteresowania długoterminowym, jakościowym rozwojem oferty produktowej Spółki, wynikający z faktu, że aktualny właściciel PKP Energetyka SA jest inwestorem finansowym. Działalność gospodarcza w warunkach naturalnego monopolu nie stwarza bowiem przymusu szybkiego nadążania za rozwojem branżowych technologii czy tworzenia własnego know-how. Skłania raczej do poszukiwania punktu równowagi pomiędzy rozwojem a realizacją założonych bieżących, zysków. W konsekwencji może to spowodować, że oferta ta w określonym momencie zacznie rozmijać się z potrzebami innych spółek grupy PKP SA.

3) Trzecim z istotnych ryzyk jest ograniczony do czterech lat okres ważności umów zawartych przed prywatyzacją przez PKP Energetyka SA z innymi spółkami grupy kapitałowej PKP SA. Umowy te zawierają wprawdzie opcję przedłużenia na kolejne cztery lata, niemniej przyszłe warunki współpracy (np. świadczenia usługi utrzymania sieci) mogą okazać się daleko mniej korzystne niż obecnie. PKP SA nie będzie miało żadnego wpływu na działania PKP Energetyka SA, gdyż podmiot ten funkcjonuje już poza strukturą grupy kapitałowej.

Pisałem już o tym wcześniej, ale nie zaszkodzi powtórzyć - nie powinno podlegać dyskusji to, że spółki kluczowe dla bezpieczeństwa kraju, które zarządzają strategiczną infrastrukturą czy siecią przesyłową, nie mogą być prywatyzowane, a przynajmniej nie powinny być sprzedawane zagranicznym podmiotom, które są nastawione przede wszystkim na osiągnięcie zysku. Niestety ekipa Platformy Obywatelskiej uważała inaczej.

 

Źródło: NIK o prywatyzacji PKP Energetyka SA (Nik.gov.pl)
Czytaj także: Zubrzycki: Prywatyzacja PKP Energetyka? Bez sensu (Rynek-Kolejowy.pl)

wpis z dnia 29/06/2016

   


  

     Od Grexitu, poprzez Brexit, aż do ALLexitu? Wystarczyły 2 lata rządów Junckera & Tuska, aby największy burdel w historii UE stał się faktem
wpis z dnia 28/06/2016

 

Jednego możemy być pewni - Unia Europejska przeżywa właśnie największy kryzys od czasów swojego powstania. Niestety, niemieccy i francuscy eurokraci zamiast gasić pożar wodą, zaczęli używać benzyny. Rozwiązaniem obecnych problemów UE ma być bowiem... jeszcze większa integracja pod przewodnictwem Berlina i Paryża. Propozycja MSZ Niemiec i Francji pokazała, że brukselskie elity z Junckerem i Tuskiem na czele to jedynie pacynki w ręku faktycznych (i nieudolnych) reżyserów europejskiej sceny politycznej.

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - wyniki brytyjskiego referendum w sprawie Brexitu oznaczają totalną klęskę brukselskich elit z Junckerem i Tuskiem na czele, którzy rządzili Europą pod czujnym okiem nadzorców z Berlina i Paryża. Niestety, ani oni, ani sterujący nimi z tylnego siedzenia nadzorcy, nadal nie widzą w czym tkwi istota europejskiego kryzysu. Nadal nie widzą, że kwestią sporną dla zwykłych mieszkańców Europy nie jest Unia, jako instytucja łącząca gospodarczo 28 państw, lecz oni sami i ich wizja "europejskiej integracji" zbudowana na kanwie zwiększonej imigracji z Afryki i Bliskiego Wschodu, multikulti i skrajnej (czasem wręcz lewackiej) poprawności politycznej. 

Co gorsze - odpowiedzią niemieckich i francuskich eurokratów na brexit ma być... jeszcze większa integracja europejska wokół Berlina i Paryża! Czyli coś, co w ostatnich latach najmocniej odpychało od idei Europejskiej Wspólnoty. W takich okolicznościach właściwym pytaniem o przyszłość Unii Europejskiej jest nie "czy?" lecz "kiedy?" rozsypie się ona jak domek z kart. 

Wbrew pozorom jest to bardzo niedobra informacja dla Polski. Ilość negatywnych konsekwencji politycznych dla kraju takiego jak nasz (ulokowanego między Niemcami a Rosją, bez silnych sojuszników) jest zbyt duża, aby podejmować ryzyko grania na kartę rozpadową. W takich warunkach trzeba podejmować próby zblokowania chorych pomysłów tworzonych w Berlinie i Paryżu oraz tworzyć własną sieć sojuszników, którzy poparliby nasze inicjatywy reform unijnych instytucji. W tym kontekście rację ma publicysta Stanisław Janecki, który komentując wynik brytyjskiego referendum zauważył:

 

Jeśli UE ma przetrwać musi wyłonić zupełnie innych przywódców, którzy nie będą zramolali ani fizycznie, ani intelektualnie. I na poziomie unijnych instytucji powinno się intensywnie zacząć pracować nad wizją UE po Brexit, wyciągając wszystkie wnioski z brytyjskiego referendum. Bo Brytyjczycy tylko pokazali to, co buzuje także na kontynencie, czyli niezgodę na funkcjonowanie instytucji UE jako pasożytów, a przez to na ograniczanie rozwoju państw członkowskich i skupianie się na bzdurach albo na tym, co Unię rozbija od środka.

 

Powyżej została uchwycona istota problemu. Powstaje tylko pytanie czy znajdą się chętni na przeprowadzenie skutecznych reform oraz czy nie zabraknie na to czasu? Wszak kolejne miesiące rządów Junckera & Tuska pod kierunkiem nadawanym z Berlina i Paryża mogą doprowadzić do ALLexitu, czyli całkowitego rozpadu unijnych struktur...

 

Czytaj także: Po Brexit Juncker, Tusk, Schulz i Mogherini powinni się podać do dymisji. A UE ma szansę zyskać nowe życie (wPolityce.pl) 

wpis z dnia 28/06/2016

   


  

     Brexit brexitem, ale mamy własne problemy! W Polsce dramatycznie brakuje prądu! Gdyby nie import ze Szwecji, Litwy, Niemiec i Ukrainy doszłoby do blackoutu!
wpis z dnia 27/06/2016

 

Niewiele osób wie, że w ostatni piątek ustanowiony został absolutny rekord zapotrzebowania na energie elektryczną. Zgodnie z komunikatem Polskich Sieci Elektroenergetycznych - o godzinie 13:15 zapotrzebowanie na moc wyniosło dokładnie 22749,6 MW i było aż o 564 MW większe od ubiegłorocznego rekordu z 7 sierpnia. Problem w tym, że polskie elektrownie nie były w stanie zapewnić takiej ilości mocy i trzeba było za gigantyczne pieniądze importować energię z państw sąsiednich. Gdyby nie to, mogłoby dojść do blackoutu!

Z powodu fali afrykańskich upałów w ostatni piątek (24.06.2016 r.) ustanowiony został absolutny rekord zapotrzebowania na energie elektryczną w naszym kraju. Zgodnie z komunikatem Polskich Sieci Elektroenergetycznych - o godzinie 13:15 zapotrzebowanie na moc wyniosło dokładnie 22749,6 MW i było aż o 564 MW większe od ubiegłorocznego rekordu z 7 sierpnia (wówczas trzeba było wprowadzać tzw. 20-ty stopień zasilania). Niestety, działające na terytorium naszego kraju elektrownie nie były w stanie zapewnić takiej ilości mocy i trzeba było importować energię z państw sąsiednich. Polski system zasiliła energia ze Szwecji (600 MW), Litwy (488 MW) i Ukrainy (120 MW). Ponadto w niewielkim stopniu uruchomiono import mocy z Niemiec. Gdyby nie te działania w Polsce mogłoby dojść do blackoutu. 

Import energii z państw sąsiednich jest z pewnością doraźnym rozwiązaniem problemu. Problem w tym, że jest to dość kosztowne przedsięwzięcie, które winduje ceny energii w Polsce do poziomów nie widzianych nigdzie w Europie. Warto zauważyć, że już środę (23.06.2016 r.) średnie ceny energii na Towarowej Giełdzie Energii w Warszawie poszybowały do poziomu ponad 380 zł/MWh (86 euro/MWh). Dla porównania - tego samego dnia koszt 1 MWh dla Wielkiej Brytanii wynosił równowartość 54 euro, dla Czech - 38 euro, a dla Niemiec zaledwie 29 euro!

W dużej mierze przyczyną powyższego stanu rzeczy są zaniedbania do jakich doszło w ciągu 8 lat rządów ekipy PO-PSL. Przypomnijmy, że większość strategicznych inwestycji dotyczących bezpieczeństwa energetycznego kraju, których realizacja miała nastąpić za czasów wspomnianej koalicji, albo nie wyszła z fazy projektowej, albo była blokowana przez ekologów, albo z niewiadomych przyczyn była anulowana. Warto w tym miejscu wskazać na zupełnie niezrozumiałą, w kontekście deficytów mocy polskiego systemu, decyzję o zamrożeniu projektu budowy dużej elektrowni w Ostrołęce, na którą nadzorowana przez Skarb Państwa spółka Energa miała już wydać 200 mln zł. We wrześniu 2012 roku z niewiadomych przyczyn poprzednia ekipa zawiesiła realizację tego projektu. Gdyby nie ta decyzja nowa elektrownia w Ostrołęce właśnie mogłaby być oddawana do użytku i przynieść systemowi dodatkowe 1000 MW mocy! Przypomnijmy też historię z elektrownią atomową, która mogłaby przynieść do systemu nawet 3000 MW mocy. W styczniu 2009 roku w błysku fleszy i reflektorów rząd Donalda Tuska przyjął uchwałę o jej budowie. Powołano urząd specjalnego pełnomocnika rządu ds. budowy elektrowni. Wkrótce też powstały specjalne spółki celowe (PGE Energia Jądrowa i PGE EJ1), które miały nadzorować inwestycję. Zgodnie z pierwotnym harmonogramem siłownia miała powstać do 2020 r. Obecnie mamy połowę roku 2016 i pomimo, iż na "budowę" atomu wydano już kilkaset milionów złotych, to do dziś nie poznaliśmy nawet lokalizacji, w której elektrownia ta miałaby powstać. Szacuje się, że opóźnienia jakie powstały przy realizacji tego projektu nie pozwolą na jego ukończenie przed 2029 rokiem... 

Zaniedbania w sferze bezpieczeństwa energetycznego ostatnich kilku lat mszczą się ze zdwojoną siłą. Obecnie, kiedy dochodzi do rekordowego zapotrzebowania na energię elektryczną, polskie elektrownie nie są w stanie zapewnić odpowiedniej mocy. Aby uniknąć blackoutu ratujemy się drogim importem z Niemiec, Szwecji, Litwy, Czech czy Ukrainy. Krótkoterminowo to jedyne rozwiązanie, jakie możemy wdrożyć w życie. Co jednak w dłuższej perspektywie? Czy nadal będziemy polegać na imporcie drogiej energii? Czy żywotność naszej gospodarki będzie zależała od dobrego humoru niemieckich energetyków?

 

Źródło: Zapotrzebowanie mocy KSE w 25.06.2016 (PSE.pl)
Źródło: Kolejny rekord zapotrzebowania. Elektrownie mają problemy (WysokieNapiecie.pl)

wpis z dnia 27/06/2016

  


  

     Tusk, Juncker i Schulz - przywódcy, którym jedynie co wyszło to Wielka Brytania z Unii
wpis z dnia 25/06/2016

 

W normalnych warunkach konsekwencją Brexitu powinno być podanie się do dymisji wszystkich eurokratów, od których zależała unijna polityka ostatnich lat. Tacy ludzie jak Tusk czy Juncker następnego dnia po ogłoszeniu wyników referendum powinni złożyć rezygnację z zajmowanych stanowisk. Niestety, oni nadal tego nie dostrzegają, że są główną przyczyną obecnego kryzysu UE, którego ostatecznym rezultatem będzie całkowity rozpad europejskiej wspólnoty...

Obecne elity brukselskie z Tuskiem, Junckerem i Schulzem na czele, prezentowały do tej pory jasny pogląd - tylko ciągłe poszerzanie i pogłębianie tzw. integracji europejskiej (pod wodzą i kierunkiem Niemiec) może przynieść więcej korzyści. W ostatni czwartek okazało się, że ta strategia sromotnie poległa - Brytyjczycy w ogólnonarodowym referendum powiedzieli "stop" i zdecydowali o opuszczeniu struktur UE. Tym samym stało się coś co wisiało w powietrzu od pewnego czasu, a co było konsekwencją nieustającego przyciskania "europejskiej śruby" ze strony Brukseli i Berlina. 

Brukselscy przywódcy - którzy bez wątpienia są odpowiedzialni za ten stan rzeczy, bowiem to oni forsowali ciągłe "poszerzanie i pogłębianie" - w normalnych okolicznościach powinni podać się do dymisji. Niestety, ale w tym przypadku to nie nastąpi. Mam wrażenie, że ludzie pokroju Tuska, Junckera czy Schulza trwają w jakimś utopijnym śnie. Są przekonani o swojej nieomylności, że podejmowanych przez nich decyzji nie można kwestionować. Nie dociera do nich to, że to oni, a nie nikt inny, są odpowiedzialni za Brexit i antyunijne nastroje. To oni są odpowiedzialni za kryzysy - migracyjny czy zadłużenia - które niszczą dziś UE od środka. Oni nie potrafią, bądź nie chcą dostrzec tego, że zwykli Europejczycy czują coraz większą niechęć do idei europejskiej wspólnoty właśnie przez ich decyzje.

Czy UE można jeszcze uratować? Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - zamiast życzyć jej spektakularnego upadku poprzedzonego wieloletnimi konwulsjami, lepiej zmienić ją od środka! Do wymiany jest niemal cała bukselska elita. Jeśli uda się nam - obywatelom Europy - odsunąć Tuska, Junckera i Schulza od władzy, to stworzenie nowej UE jest całkiem realne. W 2019 roku odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego. To od nas samy zależy, kto będzie rządził Europą i czy uda się ją zmienić. Jeśli zawalczymy to kto wie - może nowym szefem Komisji Europejskiej zostanie... Viktor Orban?

wpis z dnia 25/06/2016

   


  

     W sporze o Puszczę Białowieską chodzi o wycinkę 188 tys. m3 chorych drzew w ciągu 10 lat. Jedna nawałnica w Puszczy Knyszyńskiej przewróciła 600 tys. m3 drzew
wpis z dnia 24/06/2016

 

Przypomnijmy, że "konflikt o puszczę" jest kolejnym, gdzie totalna opozycja atakuje rząd i donosi na Polskę do struktur Unijnych. Jego istotą jest konieczność wycinki głównie schorowanych drzew rosnących na terenie Puszczy Białowieskiej. W okresie 10 lat chodzi łącznie o 188 tys. m/3 drzew (18,8 tys. m/3 rocznie). Dla uzmysłowienia skali warto wiedzieć, że ubiegłotygodniowa nawałnica jaka nawiedziła Puszczę Knyszyńską przewróciła... 600 tys. m/3 drzew!

Po donosach opozycji do Brukseli Komisja Europejska podjęła tydzień temu decyzję o rozpoczęciu postępowania przeciwko Polsce w związku z decyzją ministerstwa środowiska o zwiększeniu wycinki chorych drzew w Puszczy Białowieskiej z 6,4 do 18,8 tys. m/3 w ciągu roku. W okresie 10 lat leśnicy będą mogli wyciąć łącznie 188 tys. drzew. Opozycja i organizacje uchodzące za ekologiczne uważają, że decyzja ta jest niepotrzebna, a tzw. gradacja kornika jest procesem naturalnym. Zupełnie odmiennego zdania są leśnicy, którzy twierdzą, że bez zwiększonej wycinki plaga kornika rozprzestrzeni się jeszcze bardziej i spowoduje dla Puszczy Białowieskiej nieodwracalne straty. 

Ekolodzy postulują ponadto, aby cała puszcza została objęta statusem parku narodowego. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że jedynie 20 proc. Puszczy to lasy o charakterze naturalnym, które są i zawsze będą pod ścisłą ochroną (wchodzą one w skład Białowieskiego Parku Narodowego). Aż 80 proc. powierzchni Puszczy Białowieskiej stanowią lasy zasadzone przez człowieka. W dużej części mają one charakter gospodarczy, co wiąże się z ich cykliczną i fragmentaryczną wycinką oraz nasadzaniem nowych drzew. 

Aby lepiej uświadomić sobie jak wycinka 18,8 tys. głównie zaatakowanych przez kornika drzew jest niewielką ingerencją w drzewostan Puszczy, warto wiedzieć, że ubiegłotygodniowa nawałnica, która przeszła nad Puszczą Knyszyńską przewróciła aż 600 tys. m/3 drzew! Należy też zwrócić uwagę na to, iż wspomniana wycinka 18,8 tys. m/3 jest o połowę mniejsza niż przewidywał plan wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej w latach 2002 - 2011. Dlaczego zatem wówczas nie było protestów? Czemu w tamtym okresie Komisja Europejska milczała? Dlaczego ekolodzy i członkowie dzisiejszej opozycji nie wszczynali awantury?

 

Źródło: Ponad 600 tys. m3 wiatrołomów w RDLP Białystok (Drewno.pl)
Źródło: 10 faktów o Puszczy Białowieskiej... (Lasy.gov.pl)

wpis z dnia 24/06/2016

   


  

     Młody demokrata z Platformy wydzwonił w ciągu roku aż 116 tys. zł z publicznych pieniędzy! Pytanie - jak on to zrobił?!
wpis z dnia 23/06/2016

 

Raport NIK na temat wydatków w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów potwierdza, że Łukasz Zaręba - młody demokrata z Platformy Obywatelskiej i były doradca premier Ewy Kopacz - przez 11 miesięcy pracy w KPRM (styczeń - listopad 2015 r.) wydzwonił rachunek na... 116,3 tys. zł! W ciągu tych 11 miesięcy on musiał codziennie spędzać na telefonie ponad 16 godzin lub wysyłać po 1000 sms-ów. Jak on to robił...? Niestety, za wszystko zapłacili polscy podatnicy.

Rachunki za służbowy telefon 28-letniego Łukasza Zaręby okazały się być absolutnie rekordowe. Wspomniane 116,3 tys. zł oznacza, że musiał on w ciągu 11 miesięcy pracy wysłać 330 tys. sms-ów lub spędzić na rozmowach 330 tys. minut (zakładając, że 1 sms/1 min. rozmowy kosztują 0,35 zł). Przekładając to liczby bardziej do ogarnięcia - młody demokrata musiał dziennie wysyłać po ok. 1000 sms lub spędzać ponad 16 godzin na rozmowach telefonicznych. 

Kontrolerzy NIK zwrócili również uwagę na rachunki drugiego z doradców premier Kopacz, czyli Sławomira Nitrasa. Ten z kolei "wydzwonił" w ciągu 11 miesięcy rachunek w wysokości 30,7 tys. zł. Łącznie obaj panowie "wydzwonili" na koszt polskiego podatnika rachunki za 147,0 tys. zł., które stanowiły aż 35,3 proc. wszystkich wydatków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów związanych z użytkowaniem telefonów służbowych. 

Przypomnijmy, że w KPRM pracuje kilkuset urzędników. Jeśli tylko dwóch z nich generuje rachunki na ponad 1/3 całkowitej kwoty do zapłacenia w ciągu roku, to z dużą dozą prawdopodobieństwa możemy stwierdzić, że doszło tam do jakiegoś przekrętu. Może płatne sms na konkursy i audiotele wysyłali?

 

Źródło: Dwaj doradcy Ewy Kopacz wydzwonili w 10 miesięcy 147 tysięcy złotych. Jak im się to udało? (Niezalezna.pl)

wpis z dnia 23/06/2016

   


  

     Dobry układ z Chinami jest obecnie więcej warty niż szpica NATO, tarcza antyrakietowa i wszystkie obiecanki Obamy razem wzięte!
wpis z dnia 22/06/2016

 

Może się to komuś podobać lub nie, ale właśnie wchodzimy w epokę nowego rozdania w systemie gospodarczym świata, gdzie Chiny będą odgrywać pierwsze skrzypce. Położenie geograficzne oraz rola naszego kraju w Europie może sprawić, że staniemy się dla Chin partnerem handlowym o znaczeniu strategicznym. Jeśli do tego doliczyć ewentualne zbliżenie na gruncie militarnym, to okaże się, że układ z Chinami będzie dla nas więcej warty niż szpica NATO, tarcza antyrakietowa i wszystkie obiecanki Obamy razem wzięte!

Dlaczego zbliżenie z Chinami może być dla nas bardzo korzystne? Są co najmniej dwie przyczyny, mocno ze sobą powiązane. Po pierwsze - Chiny traktują nasz kraj jako naturalnego lidera i największego gracza w Europie Środkowo-Wschodniej. A to może nieść ze sobą konkretne benefity. Wykorzystując nasze położenie geograficzne i rolę jaką odgrywamy w regionie Chińczycy mogą dążyć do zwiększenia swoich obrotów handlowych z całą Europą. W takich okolicznościach możemy się stać - jakkolwiek to brzmi - "chińskim hubem towarowym" na Starym Kontynencie, gospodarczym łącznikiem między Dalekim Wschodem i całą Unią Europejską. Wchodzimy w epokę nowego rozdania w systemie gospodarczym świata, gdzie Chiny będą odgrywać pierwsze skrzypce. Warto o tym pamiętać, szczególnie że sukces Chin może być także i naszym. 

Drugi powód, dla którego warto się trzymać z Chińczykami to... Rosja. A dokładnie szachowanie przez Pekin naszych braci ze wschodu. Jeśli Wołodia zacznie Chinom psuć interesy w Europie (np. poprzez robienie "dymu" wokół naszego kraju rozumianego jako "chiński hub towarowy" na UE), to będzie im zależało na szybkim jego zdyscyplinowaniu. Warto przypomnieć, że ekipa Putina przez kilka lat próbowała przekonać Chińczyków do kupowania rosyjskiego gazu. Kiedy w końcu udało się im podpisać z Państwem Środka kontrakt na dostawy (2015 r.), to Kreml odtrąbił sukces na miarę zdobycia Berlina. Gazprom ma bowiem ogromne ciśnienie na dywersyfikację rynków zbytu. Kwestia w tym, że Chiny - póki co - kupują tego gazu niewiele i za psie pieniądze, a Wołodii bardzo zależy na zwiększeniu dostaw. Gdyby mu się pogorszyło na linii kontaktów z Warszawą i zacząłby robić "dym" wokół Polski, rozumianej jako kluczowe państwo dla chińskiego obrotu z Europą, to w interesie Pekina byłoby szybkie przywrócenie spokoju. Gdyby Putin nadal robił hryję, to w wariancie totalnym musiałby się liczyć z tym, że pewnego dnia na Syberii pojawia się milion uzbrojonych żółtych ludzików, których można kupić w każdym sklepie z żółtymi ludzikami...

Innymi słowy - dobry układ Polski z Chinami jest obecnie więcej warty niż szpica NATO, tarcza antyrakietowa i wszystkie obiecanki Obamy razem wzięte!

 

Czytaj także: Ekspert: Polska może stać się najważniejszym partnerem Chin w Europie (Pb.pl)

wpis z dnia 22/06/2016

  


 

     Gigantyczny wzrost długu w kwietniu to efekt decyzji ekipy PO-PSL! Oni uwielbiali zadłużać Polskę w walutach obcych. Teraz przyjdzie nam za to zapłacić
wpis z dnia 21/06/2016

 

Ministerstwo Finansów ogłosiło wczoraj, że zadłużenie Skarbu Państwa w kwietniu b.r. urosło o astronomiczną kwotę 23,5 mld zł! Okazuje się, że ten nagły skok wysokości polskiego długu jest w głównej mierze efektem decyzji podejmowanych jeszcze przez ekipę PO-PSL. Ministrowie Rostowski i Szczurek mieli bowiem słabość do zaciągania długoterminowych zobowiązań w walutach obcych. Kiedy kurs złotówki nagle się obniżył (kwiecień b.r.), zadłużenie zaciągnięte w dolarach i euro wywindowało saldo długu o +23,5 mld zł!

Zgodnie z opublikowanym wczoraj komunikatem Ministerstwa Finansów - zadłużenie Skarbu Państwa po czterech pierwszych miesiącach tego roku wyniosło 881 mld 873 mln zł i od końca roku 2015 zwiększyło się o 47 mld 322 mln zł - w styczniu o 13 mld 324 mln zł, w lutym o 10 mld 125 mln zł, w marcu o 422 mln zł, natomiast w kwietniu o 23 mld 450 mln zł

Skąd tak nagły wzrost zadłużenia w kwietniu? Złośliwi mogą powiedzieć, że to efekt zaciągania nowych długów przez rząd PiS, aby znaleźć kasę na wypłatę 500+. Owszem - rząd odnotował wzrost potrzeb pożyczkowych na finansowanie bieżącej działalności, ale nie był to czynnik decydujący. Okazuje się bowiem, że kwietniowy skok salda zadłużenia naszego kraju to w głównej mierze efekt działania poprzedniej ekipy rządowej, która miała wyraźną słabość do zaciągania długoterminowych zobowiązań w walutach obcych. Warto zauważyć, że kiedy pod koniec 2007 roku Platforma Obywatelska wraz z PSL przejmowała władzę, to udział tzw. długu zagranicznego (liczonego w walutach obcych) do całości długu Skarbu Państwa wynosił 24,2 proc. (stanowił równowartość 126,2 mld zł). Po 8 latach rządów ekipy Tuska i Kopacz (czytaj: działań ministrów Rostowskiego i Szczurka) udział długu zagranicznego do całości długu urósł do 34,9 proc. (stanowił równowartość 291,3 mld zł).

W kwietniu polska złotówka była uznawana za najsłabszą walutę Europy. Kurs PLN istotnie obniżył się wobec amerykańskiego dolara oraz euro - czyli walut, w których poprzednia lubiła zaciągać długi. Niestety, niepewność związana z Brexitem oraz zachowaniem agencji ratingowych może nadal osłabiać polską walutę, co będzie istotnie wpływać na całkowite saldo zadłużenia Skarbu Państwa w kolejnych miesiącach.

 

Źródło: Zadłużenie Skarbu Państwa (Mf.gov.pl)
Czytaj także: To będzie sroga zemsta międzynarodowej finansjery na Polsce. Tylko trzy kroki dzielą nas od totalnej katastrofy! (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 21/06/2016

   


  

     Mafia VAT. Porażający obraz bezradności urzędów, bezkarności przestępców i bezsilności państwa
wpis z dnia 20/06/2016

 

Skala przestępstw związanych z wyłudzaniem podatku VAT jest w Polsce przeolbrzymia. Zdaniem NIK w samym tylko 2015 roku na terenie Polski wystawiono 360,7 tysięcy lewych faktur na kwotę 81,9 miliardów zł. Z uwagi na przymus respektowania unijnych regulacji dotyczących tzw. eksportu wewnątrzwspólnotowego i obowiązku stosowania w takim przypadku zerowej stawki VAT, wspomniane lewe faktury mogły się przyczynić do wyłudzenia od państwa aż 12,0 miliardów zł! 

Zgodnie z informacjami opublikowanymi przez Najwyższą Izbę Kontroli - w latach 2013-2015 na szeroką skalę występowało zjawisko wprowadzania do obiegu gospodarczego faktur dokumentujących czynności fikcyjne, które stanowiły poważne zagrożenie dla dochodów budżetu państwa. W 2014 roku kontrolerom skarbowym udało się ujawnić 207 tysięcy takich faktur na kwotę 33,7 mld zł. W 2015 roku liczba wykrytych lewych faktur wyniosła już 360,7 tysięcy sztuk (wzrost o 75 proc.), a ich wartość osiągnęła 81,9 mld zł (wzrost o 150 proc.)!

Dlaczego przestępcy zaczęli wystawiać lewe faktury VAT, którymi dokumentowali czynności fikcyjne? To proste - chodzi o wyłudzenie od państwa kwoty podatku VAT do zwrotu. Wykorzystywana w tym celu jest unijna regulacja dotycząca tzw. eksportu wewnątrzwspólnotowego. Jeśli oszust z państwa "A" eksportuje do państwa "B" swój towar, który będzie dalej sprzedawany w państwie "B", to może on żądać od urzędu skarbowego z państwa "A" zwrotu podatku VAT wskazanego na fakturze. Wykorzystując ten mechanizm podatkowi oszuści tworzą zorganizowane, wielopoziomowe struktury organizacyjne w różnych państwach, aby poprzez wystawianie fikcyjnych faktur pozorować przepływ towarów między krajami UE. Oczywiście żadnego przepływu towarów nie ma, a zapłata za fikcyjne faktury krąży między rachunkami bankowymi należącymi do tej samej grupy przestępczej. To jednak wystarczy, aby zwrócić się do urzędu skarbowego o zwrot podatku VAT wskazanego na fakturze dokumentującej rzekomy eksport wewnątrzwspólnotowy.

W ten oto sposób tylko w ubiegłym roku z budżetu naszego państwa przestępcy mogli wyłudzić nawet 12,0 miliardów złotych tytułem zwrotu podatku VAT! Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, w ocenie strat powodowanych przez mafię VAT idzie jeszcze dalej:

 

"W Polsce istnieją międzynarodowe karuzele VAT-owskie na wiele miliardów dolarów. Niektórzy szacują, że skala oszustw na podatku VAT może sięgać 2 proc. polskiego PKB".

 

Przypomnijmy, że PKB naszego kraju za 2015 rok to 1888 mld zł. Wspomniane 2 proc. z tej kwoty to blisko 38 mld zł!

 

"Nie chcę szukać spisków, ale widocznie ktoś miał w tym interes, aby skonstruować tak kretyńską regulację, jak eksport wewnątrzwspólnotowy i tzw. zerową stawkę VAT w sytuacji niepilnowanych granic i braku możliwości kontrolowania."

 

- kontynuuje Cezary Kaźmierczak. I trudno mu nie przyznać racji. Jeśli jest coś czym rząd Szydło powinien zająć się priorytetowo, to jest to właśnie mafia VAT. Wszelkie problemy finansowe naszego kraju rozwiążą się automatycznie, kiedy proceder wyłudzania VAT zostanie powstrzymany. Nie mam wątpliwości, że powinien być to cel numer jeden dla obecnej władzy.

 

Źródło: Prezes NIK w Sejmie o fakturach dokumentujących czynności fikcyjne (NIK.gov.pl)
Źródło: Oszuści "skręcili" miliardy na podatku VAT. Skala porażająca, ale kto na to pozwolił? (Niezalezna.pl) 

wpis z dnia 20/06/2016 

     


  

     Totalna opozycja będzie bronić byłych SB-ków? Czy zorganizują demonstracje pod hasłem: "Ręce precz od SB-eckich emerytur"?
wpis z dnia 19/06/2016

 

Emerytalne eldorado dla osób pracujących w służbach PRL już niebawem ma zostać ukrócone. Świadczenia byłych funkcjonariuszy aparatu terroru PRL, którzy dziś otrzymują od państwa po 4-6 tys. zł miesięcznie, mają spaść do poziomu max. 2,1 tys. zł. Opozycja już sugeruje, że może nie poprzeć ustawy obniżającej świadczenia dla byłych SB-ków. Czy jest możliwe, aby wraz z KOD-em zorganizowała demonstracje pod hasłem: "Ręce precz od SB-eckich emerytur"?

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - byli esbecy stanowią jedną z grup beneficjentów układu okrągłego stołu. Do tej pory większość z nich żyła jak pączki w maśle. W odróżnieniu od osób, które w czasach PRL śledzili, gnębili, prześladowali i zabijali, byli esbecy w realiach III RP mogli liczyć na sowite emerytury. Większość z nich do tej pory otrzymywała z budżetu państwa od 4 do 6 tys. zł miesięcznie.

Obecnie ma to ulec zmianie. Zgodnie z zaproponowanym przez rząd rozwiązaniem - emerytury byłych esbeków mają zostać obniżone do kwoty przeciętnego świadczenia emerytalnego wypłacanego w Polsce, czyli 2,1 tys. zł.

Opozycja już powątpiewa w sens uderzenia w byłych esbeków. Kamila Gasiuk-Pihowicz z Nowoczesnej zaczęła wspominać coś o "ochronie praw nabytych" w stosunku do byłych funkcjonariuszy aparatu terroru PRL, którzy dziś otrzymują od państwa kilkukrotnie wyższe świadczenia od swoich ofiar. Jak tak dalej pójdzie, to wcale bym się nie zdziwił, gdyby temat odebrania przywilejów emerytalnych byłym esbekom miał trafić na sztandary organizowanych przez KOD i totalną opozycję marszy...

 

Czytaj także: Posłanka Nowoczesnej „alarmuje” ws. obniżenia emerytur SB-ekom. Bo to „starcie” z Brukselą! (Niezalezna.pl)

wpis z dnia 19/06/2016

   


  

     To będzie sroga zemsta międzynarodowej finansjery na Polsce. Tylko trzy kroki dzielą nas od totalnej katastrofy!
wpis z dnia 17/06/2016

 

Wiele wskazuje na to, że uderzenie przez polski rząd w zagraniczne banki i korporacje (podatek bankowy / walka z unikaniem opodatkowania) wywoła potężny odwet ze strony międzynarodowej finansjery. Pod pretekstem Brexitu wkrótce polecą Polsce ratingi, a to wywoła falę spekulacji na kursie. Słaba złotówka, to wzrost kosztów obsługi długu oraz zwiększone ryzyko kłopotów banków umoczonych w kredyty walutowe. Upadek któregoś z nich wywoła prawdziwe finansowe tsunami, którego budżet kraju może nie udźwignąć.

Z uwagi na fakt, że Wlk. Brytania jest potężnym partnerem handlowym Polski (przy czym większość wymiany handlowej to polski eksport na Wyspy) jej ewentualne wyjście ze struktur UE może być przez międzynarodową finansjerę poczytane jako "istotny czynnik ryzyka" dla naszego kraju. To będzie wystarczający powód do tego, aby trzy największe agencje ratingowe obniżyły notowania wypłacalności Polski (krok 1)

Co się dzieje dalej? Na rynku walutowym na parach EUR/PLN, CHF/PLN oraz USD/PLN dojdzie do gigantycznej spekulacji. Słaba złotówka stanie się jeszcze słabsza osiągając poziom 5,00 - 5,50 zł za 1 euro i 4,80 - 5,00 zł za 1 CHF. Koszty obsługi polskiego długu udzielonego w walutach obcych nagle wzrosną o 20 - 25 proc., co przełoży się na to rząd będzie musiał wysyłać do zagranicznych wierzycieli znacznie więcej pieniędzy, niż do tej pory. O kilka miliardów złotych zwiększy się deficyt budżetowy, który trzeba będzie "zasypać" kolejnymi pożyczkami za granicą - tym razem jednak o znacznie wyższym oprocentowaniu (krok 2).

To jednak nie koniec złych informacji. Przez wysokie kursy franka i euro w coraz większe kłopoty zaczną popadać osoby posiadające hipoteczne kredyty walutowe. Na rynku polskim jest kilka banków średniej wielkości, które są potężnie "umoczone" w te kredyty. Jeśli klienci tych banków zaczną masowo nie spłacać rat kredytów, to istotnie wzrośnie wolumen odpisów w straty. Któryś z tych banków może tego nie wytrzymać i ogłosić niewypłacalność. I tutaj zaczyna się prawdziwy finansowy armagedon. Zgodnie z polskim prawem depozyty osób fizycznych do 100 tys. euro są chronione przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny (BGF). W przypadku niewypłacalności Banku/SKOK-u ma on obowiązek zwrócić depozyty jego klientom do wysokości wspomnianego limitu. Niestety, ale upadek średniej wielkości banku, w którym depozyty trzyma - powiedzmy 250 tys. osób - doprowadzi do niewypłacalności samego BGF. Ciężar gwarancji wypłaty depozytów spadnie na państwo, które tym razem może już nie wytrzymać tego obciążenia. Znowu wzrośnie deficyt, znowu trzeba będzie się zapożyczyć za granicą, co przy spadających ratingach kredytowych naszego kraju będzie oznaczało drastyczny wzrost kosztów obsługi długu (krok 3).

Oczywiście, to co napisałem powyżej jest tylko "czarnym scenariuszem", który wcale nie musi się spełnić. Nawet w przypadku ziszczenia się kroku nr 1 (Brexit / obniżki ratingów dla Polski) wcale nie muszą się wypełnić kroki nr 2 i 3. Po drodze może się bowiem pojawić szereg okoliczności "łagodzących" (np. rewelacyjny popyt wewnętrzny / świetna produkcja przemysłowa), które spowodują wyhamowanie lub nawet całkowite stłumienie niekorzystnych tendencji. 

wpis z dnia 17/06/2016
   


  
     Amerykańska hipokryzja: Wyrażają zaniepokojenie polską ustawą antyterrorystyczną, a sami mają o wiele bardziej rygorystyczną "Homeland Security Act"
wpis z dnia 16/06/2016

 

Finansowana przez rząd USA organizacja "Freedom House" wyraziła zaniepokojenie projektem polskiej ustawy antyterrorystycznej. Zdaniem członków tej określającej się mianem "pozapartyjnej" organizacji - nadawanie polskim służbom dodatkowych uprawnień do walki z terroryzmem może być wykorzystane do nadużywaniem władzy przez polski rząd. Co ciekawe opinię tę wyraża organizacja z kraju, który pod względem sposobów i możliwości inwigilacji obywateli bije na głowę wszystkie państwa świata razem wzięte.

Organizacja "Freedom House", którą w 35 proc. finansuje amerykański rząd, jest zaniepokojona przyjętą w ostatni piątek przez Sejm ustawą o działaniach antyterrorystycznych. Jej zdaniem nadawanie polskim służbom specjalnym dodatkowych uprawnień do walki z terroryzmem może być wykorzystane do nadużywania władzy przez polski rząd. Warto podkreślić, że opinię tę wyraża organizacja z kraju, w którym obowiązuje znacznie bardziej restrykcyjna i uderzająca w podstawowe prawa obywatelskie ustawa "Homeland Security Act". Należy również zwrócić uwagę, że pod względem sposobów i możliwości technicznych inwigilacji własnych obywateli USA biją na głowę wszystkie państwa świata razem wzięte. Pomimo to, "Freedom House" w raporcie "Freedom in the World" za 2015 rok wystawiło Stanom Zjednoczonym najwyższe noty w zakresie przestrzegania swobód obywatelskich.

Przypomnijmy również, że w tym samym raporcie napisano: "Działania Prawa i Sprawiedliwości, w tym próby obsadzenia kluczowych instytucji osobami wiernymi partii, budzą poważne obawy dotyczące kierunku, w którym zmierza Polska". To ciekawe - kiedy "kluczowe instytucje" były obsadzane członkami Platformy Obywatelskiej, to nie było "obaw o kierunek, w którym zmierza Polska"...

Można być zajadłym krytykiem obecnej władzy. Ale niech ta krytyka ma racjonalne podstawy, a nie jest jedynie zbitką histerycznych haseł zbudowanych na grubej warstwie hipokryzji. 

 

Źródło: "Niepokojący krok". Ustawa antyterrorystyczna okiem Amerykanów (tvn24.pl)
Źródło: Polska do obserwacji. Analitycy Freedom House umieścili nasz kraj obok Nigerii, Iranu i Angoli (Tvp.info)

wpis z dnia 16/06/2016

   


  

     Niemcy coraz lepiej dogadują się z Rosjanami w/s Nord Stream 2. Oto jak wygląda "europejska solidarność" w wykonaniu Berlina
wpis z dnia 15/06/2016

 

Pomimo oficjalnie funkcjonujących sankcji gospodarczych wobec Rosji, niemiecki rząd z aprobatą patrzy na postęp prac przy budowie gazociągu Nord Stream 2. Wsparcie Berlina dla tej uderzającej w nasz kraj inicjatywy jest podyktowane wizją zysków jakie Niemcy otrzymają od Rosjan, gdy Gazprom zmonopolizuje do reszty rynek Europy Zachodniej i stworzy warunki do stosowania energetycznego szantażu wobec Polski i innych państw regionu. Oto jak w praktyce wygląda tzw. "europejska solidarność" w wykonaniu naszych zachodnich sąsiadów... 

- "Zamówienia na rury zostały wydane, przetarg na ich ułożenie został właśnie rozpisany - wszystko za aprobatą niemieckiego rządu, pomimo sankcji wobec Rosji" - słusznie zauważa niemiecki dziennik "Sueddeutsche Zeitung". Wygląda na to, że Niemcy coraz lepiej dogadują się z Rosjanami w/s Nord Stream 2, a jednocześnie coraz mocniej olewają przy tym oficjalne stanowisko Polski i innych państw regionu.

 

Przypomnijmy, że kilkanaście tygodni temu, w okresie szczytowego zainteresowania Brukseli "stanem demokracji" w naszym kraju, Rosjanie podpisali sobie spokojnie z Niemcami i Austriakami kolejne wielomilionowe umowy na budowę omijającego Polskę gazociągu Nord Stream 2. Spółka "Industriemagazin joint venture Europipe" uzyskała ogromny kontrakt na dostarczenie większości rur dla wspomnianego gazociągu. Chodzi o około 2500 km stalowych rur o łącznej wadze 2,2 mln ton. Z kolei w połowie maja Niemiecka Federalna Agencja ds. Sieci poinformowała, że wydała rosyjskiemu Gazpromowi zgodę na większe wykorzystanie przepustowości gazociągu OPAL, czyli lądowej części Nord Streamu. Gazociąg ten biegnie od plaż Bałtyku, wzdłuż granicy z Polską, aż do Czech. Dalej łączy się z gazociągami biegnącymi do Austrii, jak i na zachód Europy (do Francji). OPAL wybudowano kilka lat temu, jako element projektu Nord Stream 1, tak aby ominąć Polskę i Ukrainę, jako kraje tranzytowe dla przesyłu rosyjskiego gazu. Do tej pory Gazprom mógł użytkować jedynie 50 proc. przepustowości OPALU. Zgoda Niemców na wykorzystywanie przez Gazprom do 100 proc. przepustowości przy jednoczesnej realizacji Nord Stream 2, będzie równoznaczna z automatycznym zredukowaniem roli Polski i Ukrainy, jako państw tranzytowych. Umożliwi także Rosjanom stosowanie energetycznego szantażu.

Z powyższych informacji wyłania się jeden, dość klarowny wniosek - współpraca Berlina i Moskwy w sprawie Nord Stream 2 wygląda coraz lepiej. Chęć otrzymania od Rosjan sporych profitów za zostanie gazowym hubem Gazpromu i głównym krajem tranzytowym do reszty Europy Zachodniej sprawia, że niemiecki rząd coraz przychylniej patrzy na ten wymierzony w Europę Środkową projekt energetyczny. Co gorsze - wydaje się, że obecnie absolutnie nic nie jest w stanie powstrzymać realizacji tego przedsięwzięcia...

 

Czytaj więcej: Media: Cicha zgoda Niemiec na Nord Stream 2 (Rp.pl)
Czytaj także: Niemcy zgadzają się na większy dostęp Gazpromu do gazociągu Opal (Stooq.pl)
Czytaj także: Kolejna austriacka spółka z kontraktem na rury dla Nord Stream 2 (BiznesAlert.pl)

wpis z dnia 15/06/2016

   


  

     Opozycja straszyła wysokim deficytem w 2016 r., a tu proszę - nawet 3% PKB nie przekroczy. Dla porównania: Tusk demolował budżet deficytem sięgającym 8% PKB!
wpis z dnia 14/06/2016

 

Hipokryzja totalnej opozycji oraz sponsorowanych przez George'a Sorosa dziennikarzy i publicystów nie zna granic. Jeszcze kilka tygodni temu straszyli, że deficyt budżetowy przekroczy w tym roku dopuszczalny limit 3% PKB. Teraz, gdy zaczęło się okazywać, że wydatki prawdopodobnie zmieszczą się w limicie, nagle zamilkli. Warto im zatem przypomnieć, że prawdziwe problemy z deficytem to mieliśmy w okresie rządów Donalda Tuska. Sięgał on wówczas astronomicznych 7-8% PKB!

Najnowsze dane Ministerstwa Finansów na temat wykonania budżetu kraju po czterech pierwszych miesiącach bieżącego roku nie pozostawiają wątpliwości - różnica między dochodami a wydatkami państwa wyniosła -11,1 mld zł. Okazuje się, że to niemal o 4 mld zł mniej niż wynosił pierwotny harmonogram. Jak tak dalej pójdzie, to "drastyczny wzrost" deficytu budżetowego, którym totalna opozycja tak straszyła Polaków, pozostanie tylko... niezrealizowanym marzeniem Grzegorza Schetyny, Ryszarda Petru oraz sponsorowanych przez Sorosa publicystów i dziennikarzy.

W kontekście powyższego warto co niektórym przypomnieć szalone lata 2009 - 2011, kiedy ekipa Tuska bez opamiętania demolowała finanse państwa generując deficyty budżetowe sięgające 7-8% PKB. Na dowód tego warto zapoznać się ze szczegółowymi statystykami z ostatnich kilku lat na podstawie oficjalnych danych z Ministerstwa Finansów:

 

2008 r. - 3,7 proc. PKB
2009 r. - 7,5 proc. PKB
2010 r. - 7,8 proc. PKB
2011 r. - 5,1 proc. PKB
2012 r. - 3,9 proc. PKB
2013 r. - 4,3 proc. PKB
2014 r. - 3,2 proc. PKB
2015 r. - 2,9 proc. PKB
2016 r. - 3,0 proc. PKB*
*prognoza

 

Oczywiście nie ulega wątpliwości, że sam fakt istnienia deficytu budżetowego jest czymś złym. Im mniejszy deficyt tym lepiej, a najlepiej gdy go nie ma wcale. Niemniej warto, aby opozycja spod znaku totalnej zachowała umiar w ocenach, gdyż w zakresie gigantycznych deficytów sama ma wiele za uszami...

 

Źródło: Mf.gov.pl
Źródło: Dochody budżetu państwa: Niższy deficyt i wpływy z podatku bankowego (Rp.pl)

wpis z dnia 14/06/2016

 


 

     Odnotujmy: Biedniutki Nepal właśnie podniósł kwotę wolną od podatku do równowartości 12.500 zł
wpis z dnia 13/06/2016

 

Nepal jest jednym z najbiedniejszych państw na świecie. Roczne PKB na jednego mieszkańca (per capita) wynosi tam zaledwie 693 USD (dla porównania - w Polsce to ponad 12 tys. USD). Mimo to, władze tego kraju postanowiły podnieść swoim obywatelom kwotę wolną od podatku PIT do wysokości 350 tys. rupii, które stanowią równowartość 12.500 zł! To ponad cztery razy więcej niż wynosi kwota wolna od podatku dochodowego w naszym kraju...

Rząd liczącego 30 milionów obywateli Nepalu postanowił podwyższyć kwotę wolną od podatku dochodowego PIT z 250.000 do 350.000 rupii nepalskich. Zgodnie z forexowym kursem wymiany walut - 1 dolar amerykański jest warty 107 rupii. Łatwo zatem przeliczyć, że 350 tys. rupii to 3.270 USD - czyli równowartość ok. 12.500 zł. Kwota ta jest nieco ponad 4-krotnie wyższa od kwoty wolnej od podatku PIT w Polsce, która od 2008 roku jest zamrożona i wynosi zaledwie 3.091 zł. 

Należy przy tym podkreślić, że Nepal to jedno z najbiedniejszych państw na świecie. Dane Międzynarodowego Funduszu Walutowego za 2013 roku mówiły, iż całkowite PKB tego państwa to 19,34 mld USD, co w przeliczeniu na jednego mieszkańca daje skromniutką kwotę 693 USD. Dla porównania - PKB Polski w ubiegłym roku wyniósł prawie 475 mld USD, co w przeliczeniu per capita dało 12.495 USD.

Niestety, ale kwota wolna od podatku PIT w naszym kraju jest nadal na żenująco niskim poziomie. Decyzje o jej zamrożeniu podjęła jeszcze ekipa PO-PSL. Nowa władza do ubiegłorocznych wyborów szła z hasłami jej podwyższenia. Rozumiem, że ciężko było zaktualizować kwotę wolną już na 2016 rok (budżet na ten rok został bowiem uchwalony jeszcze przez rząd Ewy Kopacz). Wierzę jednak, że nowa wysokość kwoty wolnej (uwzględniająca pułap tzw. minimum egzystencji, czyli ok. 6.500 zł) mogłaby zacząć obowiązywać już od początku przyszłego roku (2017). Aby jednak tak się stało obecny rząd musiałby najpóźniej do września przedstawić projekt jest podwyższenia. Czasu na szybkie wprowadzenie zmian jest zatem nie zbyt wiele...

 

Źródło: Income tax exemption limit hiked to Rs350k (Kathmandupost.ekantipur.com)

wpis z dnia 13/06/2016

   


  

     Szaleństwo! EBC chce drukować miliardy euro, aby skupić prywatne długi niemieckich, francuskich i włoskich korporacji!
wpis z dnia 11/06/2016

 

Europejski Bank Centralny (EBC) postawił sobie jasny cel - chce stymulować gospodarkę euro-grupy. Słuszne to i chwalebne. Kontrowersyjny może być jednak sposób osiągnięcia tego celu. Otóż ekipa kierowana przez Mario Draghi'ego chce dodrukować miliardy euro, aby móc skupić za nie... prywatne długi niemieckich, francuskich i włoskich korporacji! Tak, tak - prywatne, nie krajowe! W ten oto sposób w Europie oficjalnie skończy się epoka kapitalizmu, a rozpocznie euro-socjalizmu...

Chciałoby się powiedzieć - to się nie dzieje naprawdę. A jednak... Europejski Bank Centralny (EBC) pod wodzą Mario Draghi'ego wpadł na szalony pomysł. Właśnie ogłoszono, że będzie on masowo drukował euro (mówi się, że ma to być kwota między 3 a 5 miliardami miesięcznie) tylko po to, aby skupować za ich pomocą obligacje (długi) prywatnych firm! 

Zgodnie z doniesieniami agencji Bloomberg - na wsparcie EBC mogą liczyć Siemens AG i RWE AG (Niemcy), Assicurazioni Generali SpA i Telecom Italia SpA (Włochy), Renault SA i Engie SA (Francja) oraz Telefonica SA (Hiszpania).

Nie wiem czy specjaliści podzielą moją opinię - jeśli opisywana powyżej interwencja EBC wejdzie w życie, to będzie ona jawnym zaprzeczeniem podstawowych zasad wolnego rynku. Jak bowiem takie wsparcie dla wybranych firm z Niemiec, Francji czy Włoch będzie się miało do braku wsparcia EBC dla np. firm z Polski, Czech czy Węgier? Czy przypadkiem ten wielomiliardowy zastrzyk gotówki dla największych firm i korporacji z Euro-zony nie zachwieje konkurencją w UE? Co na to Komisja Europejska? 

Niestety, ale takie działania prawdopodobnie uśmiercą w Europie kapitalizm i oficjalnie rozpoczną erę skrajnego euro-socjalizmu...

 

Źródło: Draghi Fires Starting Gun on Corporate Bond Purchases in Europe (Bloomberg.com)

wpis z dnia 11/06/2016

   


  

     Niemieckie służby obawiają się publicznej debaty nt. Nord Stream 2, bo... "mogłaby zaszkodzić projektowi". Dobrze, że przynajmniej nie ukrywają swoich prawdziwych intencji
wpis z dnia 10/06/2016

 

Okazuje się, że niemieckie służby wywiadowcze, w raporcie stworzonym dla rządu A. Merkel, obawiają się rozpoczęcia w Niemczech publicznej dyskusji na temat nowego gazociągu Nord Stream 2. Powód? - Zdaniem niemieckich służb otwarta debata na ten temat dostarczyłaby przeciwnikom gazociągu nowych argumentów, co w konsekwencji mogłoby zagrozić powodzeniu tej niemiecko-rosyjskiej inicjatywie. Jak dobrze, że nasi zachodni sąsiedzi przynajmniej nie ukrywają swoich prawdziwych intencji...

Dziennik "Die Welt" ujawnił tajny dokument niemieckich służb wywiadowczych kierowany do rządu Angeli Merkel. Okazuje się, że wywiad naszego zachodniego sąsiada boi się otwartej debaty publicznej na temat zasadności budowy nowego gazociągu Nord Stream 2. Zdaniem niemieckich strategów taka debata mogłaby zagrozić powodzeniu tej niemiecko-rosyjskiej inicjatywie. Argumenty przeciwników budowy tego omijającego Polskę gazociągu mogłyby w takich okolicznościach trafić do szerszej grupy odbiorców i nie wykluczone, że niemiecka opinia publiczna zaczęłaby naciskać na władze federalne, aby zatrzymały działania zmierzające do realizacji tego projektu. 

Powyższe tłumaczyło by dlaczego niemieckie władze do tej pory były bardzo powściągliwe w wyrażaniu jakichkolwiek poglądów na temat tej antypolskiej inicjatywy. Im najzwyczajniej w świecie zależy na jej powodzeniu! A im mniej informacji dociera do szerokiego grona odbiorców, im mniej mówi się o zagrożeniach dla państw Europy Środkowo-Wschodniej, jakie niesie ze sobą budowa Nord Stream 2, tym łatwiej niemieckim i rosyjskim firmom realizować kolejne etapy tego projektu. Niestety, ale ujawniony raport niemieckiego wywiadu tylko to potwierdza. Niemcy mają nas gdzieś, gdyż dbają tylko o swój interes. Europejska solidarność? - W wykonaniu Berlina to ściema. Warto o tym pamiętać.

 

Źródło: EUGAL: Niemcy mają sposób na ominięcie prawa unijnego przez Nord Stream 2 (BiznesAlert.pl)

Czytaj także: Nord Stream 2 to wspólna, niemiecko-rosyjska broń przeciwko Polsce. Trzeba zrobić wszystko, aby rozbić ten układ (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 10/06/2016

   


  

     Unijna solidarność: EBC od początku 2015 r. umorzył Niemcom aż 172 mld euro długu. W tym samym czasie Grecja nie mogła liczyć na umorzenie choćby tylko 1 euro!
wpis z dnia 9/06/2016

 

Europejski Bank Centralny (EBC) w ramach tzw. polityki luzowania ilościowego skupuje obligacje skarbowe wyemitowane przez kraj należący do strefy euro. Skutek tej operacji jest taki, że te papiery dłużne przestają mieć jakiekolwiek znaczenie gospodarcze - są de facto umarzane. W ten sposób od początku 2015 r. EBC skupił od Niemiec aż 172 mld euro długu. W tym samym czasie Grecja nie mogła liczyć na skup ani 1 euro swojego długu ze strony EBC, bo nie chciały tego... Niemcy! To się nazywa "unijna solidarność".

Tzw. "polityka luzowania ilościowego" zapoczątkowana przez Europejski Bank Centralny (EBC) w styczniu 2015 roku polega na tym, że EBC skupuje papiery dłużne wyemitowane przez poszczególne kraje wchodzące w skład strefy euro. W ten sposób poszczególne gospodarki eurolandu są zasilane potężną dawką pieniędzy (skupowane obligacje przestają generować odsetki). Od stycznia 2015 r. do kwietnia 2016 r. wykupiono w ten sposób aż 645 mld euro długów. 

 

Co ciekawe - największym beneficjentem tej działalności są... Niemcy. Okazuje się, że EBC umorzył w ten sposób naszemu zachodniemu sąsiadowi aż 171,8 mld euro. Druga na liście beneficjentów polityki luzowania ilościowego jest Francja, której umorzono w ten sposób papierów dłużnych o łącznej wartości 136,5 mld euro. "Pudło" zamykają Włochy z wartością 117,8 mld euro wykupionych obligacji skarbowych.

Na szarym końcu tej klasyfikacji znajduje się pogrążona w kryzysie gospodarczym Grecja. Okazuje się, że EBC w ramach wspomnianej polityki, na wykup greckich długów nie wydał ani jednego euro! Co ważne - jest to decyzja czysto polityczna. Przeciwko umarzaniu greckich długów przez EBC protestowały... Niemcy, czyli największy beneficjent tej operacji.

Oto jak w praktyce wygląda "unijna solidarność". O wszystkim i tak decydują Niemcy...

 

Źródło: EBC umarza część zadłużenia, ale nie Grecji (ObserwatorFinansowy.pl)

wpis z dnia 9/06/2016

   


   

     Ale zbieg okoliczności! Grad był ministrem, gdy rozpoczął się proces sprzedaży kopalni Adamów, której nabywcą został Solorz-Żak. Dziś jest prezesem w jednej z jego spółek
wpis z dnia 8/06/2016

 

Aleksander Grad był ministrem Skarbu Państwa, za kadencji którego rozpoczął się proces prywatyzacyjny należącej do Skarbu Państwa i świetnie prosperującej Kopalni Węgla Brunatnego Adamów S.A. Pierwotnie wartość kopalni wyceniono na 183,9 mln zł. Później - w wyniku uwag i nacisków płynących ze strony Ministerstwa Skarbu Państwa - wycena zaczęła się obniżać. Ostatecznie kopalnie kupiła spółka należąca do Zygmunta Solorza-Żaka za... 67,3 mln zł. Od kilku miesięcy prezesem tej spółki jest Aleksander Grad.

Przypomnijmy - prywatyzację Kopalni Węgla Brunatnego Adamów rząd Tuska uwzględnił w planie prywatyzacji na lata 2008-2011 r. Ministrem Skarbu Państwa był wówczas Aleksander Grad (pełnił on tę funkcję od 16 XI 2007 do 18 XI 2011). 

Z wykonanego na zlecenie Ministerstwa Skarbu Państwa pierwotnego oszacowania wartości kopalni w Adamowie z dnia 21 VI 2011 r. wynikało, że kopalnia ta jest warta 183,9 mln zł. Cóż jednak dzieje się później? - Ministerstwo zgłosiło uwagi do oszacowania, w efekcie których doradca w dniu 6 lipca 2011 r. zaktualizował ww. oszacowanie i obniżył wartość KWB Adamów do 177,0 mln zł. 

W odpowiedzi na zaproszenie do negocjacji we wrześniu 2011 r. do Ministerstwa Skarbu Państwa wpłynęły trzy wstępne oferty zakupu 85 proc. akcji kopalni Adamów oraz kopalni Konin. Kwoty, za które oferenci byli gotowi kupić obydwie kopalnie kształtowały się od 149,6 mln zł (oferta najniższa) do 418,6 mln zł (oferta najwyższa). Przypomnijmy, że sama tylko kopalnia Adamów była wyceniona wówczas na 177,0 mln zł.

Co się dzieje dalej? - W grudniu 2011 r. Departament Prywatyzacji w Ministerstwie Skarbu Państwa po raz kolejny zlecił aktualizację wyceny wartości kopalni Adamów. Tym razem wyszło, że wspomniana kopalnia jest warta jedynie 83,9 mln zł, tj. o ponad 50% niższą niż poprzednio. W styczniu 2012 r. do Ministerstwa wpływają dwie oferty - tym razem już o charakterze wiążącym, które dotyczyły zakupu zarówno kopalni w Adamowie, jak i w Koninie. Pierwsza z nich to oferta spółki Społem Plus w wysokości 263,5 mln zł. Druga pochodziła od kontrolowanej przez Zygmunta Solorza-Żaka spółki Zespół Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin (ZE PAK) i opiewała na kwotę 120,8 mln zł. Okazało się, że znacznie wyższą ofertę spółki Społem Plus odrzucono. Oficjalnym powodem odrzucenia tej oferty było to, że "spółka nie przedstawiła wiarygodnych źródeł finansowania transakcji oraz informacji na temat obecnej i docelowej struktury właścicielskiej potencjalnego inwestora". Na placu boju pozostał jedynie Solorz-Żak i jego ZE PAK. 

W dniu 28 maja 2012 r. Minister Skarbu Państwa w drugim rządzie Tuska (od połowy listopada 2011 r. był nim już Mikołaj Budzanowski) zawarł z ZE PAK umowę sprzedaży 85 proc. pakietów akcji Kopalni w Adamowie i Koninie. Cenę, za którą sprzedano samą tylko kopalnie w Adamowie, ustalono ostatecznie na poziomie 67,32 mln zł. Przypomnijmy - pierwszy oficjalny szacunek z czerwca 2011 r. mówił, iż jest ona warta 183,9 mln zł.

11 lutego 2016 r. Rada Nadzorcza Zespołu Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin (czyli spółki która kupiła od Skarbu Państwa kopalnie Adamów) podjęła uchwałę o powołaniu Aleksandra Grada (czyli ministra Skarbu Państwa za kadencji którego rozpoczął się proces prywatyzacji kopalni Adamów) w skład zarządu ww. spółki. Z dniem 18 lutego 2016 r. objął on funkcję prezesa zarządu ZE PAK. 

Aby była jasność - uważam, że powołanie Grada na stanowisko prezesa ZE PAK, w kontekście wcześniejszego nabycia od Skarbu Państwa przez tę spółkę kopalni Adamów, to zwykły zbieg okoliczności i nie należy go wiązać z wyborem oferty złożonej przez ZE PAK, jak i ze stratami Skarbu Państwa związanymi z tą transakcją, które opisała Najwyższa Izba Kontroli. Jestem przekonany, że były minister w rządzie Tuska po prostu posiada odpowiednie kompetencje do zarządzania tego typu spółką i to było głównym czynnikiem motywującym Radę Nadzorczą ZE PAK do podjęcia takiej decyzji.

 

Źródło: Transakcja sprzedaży 85% akcji Kopalni Węgla Brunatnego Konin i Kopalni Węgla Brunatnego Adamów (NIK.gov.pl)
Źródło: Aleksander Grad prezesem zarządu ZE PAK (PolskieRadio.pl)
Czytaj także: Żadne marsze KOD-u tego nie przesłonią: Jest zawiadomienie w/s prywatyzacji kopalni Adamów przez rząd Tuska. Była warta 144 mln zł, a sprzedali ją za 67 mln zł! (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 8/06/2016

   


   

     Żadne marsze KOD-u tego nie przesłonią: Jest zawiadomienie w/s prywatyzacji kopalni Adamów przez rząd Tuska. Była warta 144 mln zł, a sprzedali ją za 67 mln zł!
wpis z dnia 7/06/2016

 

Warto przypomnieć wszystkim Kodownikom i "obrońcom demokracji": W 2012 roku ekipa Tuska sprzedała spółce należącej do Zygmunta Solorza-Żaka pakiet kontrolny akcji Kopalni Węgla Brunatnego Adamów S.A. za 67,3 mln zł, mimo że wartości księgowa tej spółki wynosiła 144,6 mln zł, nie była ona zadłużona, co roku przynosiła zyski i posiadała wolne środki obrotowe w wysokości 65,2 mln zł! Do prokuratury właśnie trafiło zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa sprzedaży kopali Adamów po zaniżonej cenie. 

Jako pierwsza nieprawidłowości przy prywatyzacji Kopalni Węgla Brunatnego Adamów S.A. zauważyła Najwyższa Izba Kontroli (NIK). W swoim raporcie z grudnia ubiegłego roku kontrolerzy NIK stwierdzili, że przy sprzedaży ww. kopalni ekipa Tuska dopuściła się niegospodarności i braku należytej dbałości o interes Skarbu Państwa. Rząd PO-PSL sprzedając 85 proc. akcji KWB Adamów za 67,3 mln zł (6,60 zł/akcję) spółce kontrolowanej przez Zygmunta Solorza-Żaka, nie uwzględnił wartości księgowej tej spółki, która wynosiła wówczas 144,6 mln zł. Jakby tego było mało kontrolerzy z NIK wykazali, że KWB Adamów w chwili sprzedaży nie była spółką zadłużona, przynosiła zyski, a ponadto posiadała wolne środki obrotowe w wysokości 65,2 mln zł. 

Ministerstwo Skarbu Państwa w rządzie Beaty Szydło postanowiło zadziałać. W dniu 4 czerwca 2016 r. minister SP złożył do Prokuratury Krajowej zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez zawarcie umowy sprzedaży akcji KWB Adamów poniżej ich wartości. W uzasadnieniu napisano, że Skarb Państwa mógł na tej transakcji stracić co najmniej 88,9 mln zł. Pierwotna wartość zbywanych akcji oszacowana była na 156,315 mln zł. Ministerstwo Skarbu Państwa zlecało jednak kolejne aktualizacje wycen, co w rezultacie umożliwiło akceptację oferty nabywcy i sprzedaż pakietu kontrolnego (85 proc. akcji) za kwotę 67,32 mln zł.

Warto o tym przypominać dzisiejszym Kodownikom i obrońcom demokracji. Niech wiedzą o powrót czego walczą dziś swoimi wystąpieniami na ulicach Warszawy...

 

Źródło: MSP zawiadomiło prokuraturę ws. prywatyzacji Kopalni Węgla Brunatnego Adamów (BiznesAlert.pl)

Źródło: NIK o prywatyzacji wybranych spółek Skarbu Państwa (Nik.gov.pl)
Źródło: NIK negatywnie o prywatyzacji KWB Adamów (Cire.pl)


wpis z dnia 7/06/2016

   


  

     Bank Światowy ostrzega: Polskę czekają głodowe emerytury! Większość Polaków ciężko przepracuje całe życie, by na starość nie mieć za co żyć?
wpis z dnia 6/06/2016

 

Obecnie niemal 20 proc. polskich emerytów i rencistów otrzymuje głodowe świadczenia nie przekraczające kwoty 1 tys. zł miesięcznie. Niestety w ciągu najbliższych lat liczba seniorów otrzymujących z ZUS świadczenia na podobnym poziomie wzrośnie w sposób drastyczny. Bank Światowy nie ma wątpliwości - tzw. stopa zastąpienia dla większości emerytów w Polsce spadnie do poziomu 25 proc. ostatniego wynagrodzenia. Czy emerytury dzisiejszych 30-latków będą im gwarantowały zaledwie skromną wegetację?

Uwzględniając przyrost naturalny jaki panował w naszym kraju w ciągu ostatnich lat, masową emigrację młodego pokolenia oraz nikłą migrację z zewnątrz okazuje się, że za 30-40 lat ponad połowa ludzi mieszkających w Polsce będzie miała ponad 50 lat. Koszty utrzymania systemu emerytalnego będą gigantyczne. Aby zniwelować finansowe konsekwencje powyższego rząd PO-PSL uchwalił nowelizację ustawy o emeryturach i rentach, która wprowadziła w życie tzw. kapitałową formułę obliczania świadczeń emerytalnych z ZUS (zamiast solidarnościowej). W praktyce oznaczało to, że wysokość wypłacanej emerytury ma zależeć od ilości zgromadzonego - za pośrednictwem składek emerytalnych - kapitału. 

Pomysł zupełnie racjonalny, gdyby nie pewien szczegół. Ówczesne władze uznały bowiem, że przeciętny polski emeryt przeżyje na emeryturze... 18 lat. Wartość ta została oczywiście wzięta z kosmosu, bowiem 18 lat na emeryturze po przekroczeniu 67. roku życia ma szanse dożyć jedynie garstka Polaków (w rzeczywistości długość życia po przekroczeniu wieku emerytalnego wynosi ok. 8 lat). Niestety założenie życia na emeryturze przez okres 18 lat ma gigantyczne znaczenie dla wysokości wypłacanego świadczenia. Uzbierany w ciągu całej kariery zawodowej - za pośrednictwem składek emerytalnych - kapitał jest bowiem dzielony przez liczbę miesięcy wchodzących w skład wspomnianych 18 lat (tj. 216 miesięcy). W ten sposób, jeśli ktoś przez całe życie zarabiał równowartość tzw. średniej krajowej, to na emeryturze będzie mógł liczyć na świadczenie o równowartości dzisiejszych 800 zł miesięcznie. 

Uwzględniając powyższe Bank Światowy opublikował w ubiegłym roku raport na temat wysokości przyszłych emerytur w naszym kraju. Wyszło im, że tzw. stopa zastąpienia spadnie do poziomu 25 proc. To oznacza, że świadczenia emerytalne dzisiejszych 30-, 40-latków będą na głodowym poziomie, a przeciętna emerytura kogoś, kto przez całe zawodowe życie zarabiał mniej więcej równowartość obecnej mediany polskiego wynagrodzenia (tj. ok. 2200 zł na rękę) będzie wynosiła zaledwie 550 zł! Jedyną szansą na utrzymanie mają być zdaniem ekspertów z Banku Światowego prywatne oszczędności i zgromadzony za życia majątek. Problem w tym, że ponad połowa Polaków nie ma pieniędzy, aby oszczędzać cokolwiek...

 

Źródło: Bank Światowy ostrzega przed głodowymi emeryturami w Polsce (Zus.pox.pl)
Źródło: Raport ZUS: najwięcej emerytur w przedziale od 1600 do 1800 zł. Średnia w 2014 roku: 2 043,11 zł (Kurier.pap.pl)
Źródło: Kapitalny przewał emerytalny: w ciągu 5 lat władza obniżyła ludziom emerytury o połowę! (Niewygodne.info.pl)

wpis z dnia 6/06/2016

   


  

     Jeśli KOD/PO twierdzą, że wybory z 4 czerwca 1989 r. były demokratyczne, to ciekawe jak nazwaliby wybory, w których PiS ustawowo rezerwuje dla siebie 65% mandatów?
wpis z dnia 4/06/2016

 

Czas najwyższy ostatecznie rozbić pompowany przez KOD, PO i Gazetę Wyborczą mit "pierwszych demokratycznych wyborów", jakie rzekomo miały się odbyć 4 VI 1989 r. Prawda jest taka, że pierwsze po II wojnie światowej całkowicie wolne wybory parlamentarne w naszym kraju odbyły się nie 6 VI 1989 r., lecz dopiero 27 X 1991 r. W ich efekcie premierem został Jan Olszewski. Jeśli sympatycy KOD-u tego nie pojmują, to niech sobie wyobrażą wybory, w których PiS ustawowo rezerwuje dla siebie 65% mandatów? One też byłyby "demokratyczne"??

Nie mam co do tego absolutnie żadnych wątpliwości - wybory parlamentarne z 4 VI 1989 r. nie były ani wolne, ani demokratyczne. Niezależnie od tego jakim wynikiem by się one zakończyły, komuniści i złodzieje zarezerwowali sobie w nich ustawowo aż 65% miejsc w Sejmie. Ówczesna opozycja mogła liczyć maksymalnie na 35% mandatów, a tym samym w utworzonym po wyborach parlamencie stanowiła zdecydowaną mniejszość.

Rację ma Rafał Ziemkiewicz, który w swoim okolicznościowym felietonie pisze rzecz następującą:

 

"Czwarty czerwca, rocznica tak zwanych "kontraktowych" wyborów i udaremnienia próby lustracji, podjętej przez rząd Jana Olszewskiego, to data wyjątkowo nie nadająca się do świętowania. A już szczególnie do świętowania wolności czy demokracji".

 

Jeśli powyższe nie dociera do sympatyków KOD-u, PO, Nowoczesnej czy "Gazety Wyborczej", to niech spróbują sobie wyobrazić wybory, w których PiS ustawowo rezerwuje dla siebie 65% mandatów. I to niezależnie od rzeczywistej liczby głosów jaką by uzyskał w trakcie głosowania. Czy to byłaby demokracja? Czy takie wybory można by nazwać "wolnymi"?! Nie wiem czy taka wizualizacja na temat PiS-u do nich przemówi. Mam nadzieje, że ostatecznie zrozumieją, iż wybory z 4 czerwca 1989 r. niewiele miały wspólnego ze standardami demokratycznego państwa prawa, a każda ich rocznica, to nie powód do świętowania, lecz raczej smutnej refleksji na temat tego, jak to komuniści i złodzieje pięknie (dla siebie) rozegrali...

 

Czytaj także: Co tu świętować? (Interia.pl)

wpis z dnia 4/06/2016

   


  

     W ojczyźnie F. Timmermansa nie tylko nie ma TK. Obowiązuje tam również zakaz sądowej kontroli konstytucyjności ustaw. Tymczasem UE ma to głęboko gdzieś...
wpis z dnia 3/06/2016

 

Okazuje się, że w Holandii obowiązuje bezwzględny zakaz sądowej kontroli konstytucyjności uchwalanych przez parlament ustaw. Ojczyzna komisarza Fransa Timmermansa (który ostatnio mocno zaangażował się po stronie "obrońców polskiej demokracji") nie posiada ani Trybunału Konstytucyjnego, ani żadnego innego podobnego gremium. Aby było śmieszniej - Unia Europejska tym okropnym zagrożeniem demokracji i europejskich standardów w ogóle się nie przejmuje...

W obowiązującej konstytucji Królestwa Niderlandów znaleźć można zapis mówiący o całkowitym zakazie kontroli stanowionego prawa przez sądy pod względem zgodności z konstytucją. Tym samym w ojczyźnie wiceszefa Komisji Europejskiej Fransa Timmermansa nie ma "gwaranta demokracji" oraz "standardów praworządności", jakim w Polsce jest Trybunał Konstytucyjny. Nie ma także innych gremiów i ciał, które na swój sposób mogłyby przypominać polski TK. Jest za to parlament, który uchwalająca taką czy inną ustawę, automatycznie działa w granicach konstytucji (którą też w każdej chwili może zmienić). 

Gdyby w Polsce rząd PiS zechciałbym wprowadzić podobne rozwiązania legislacyjne (zmiana Konstytucji / likwidacja TK), to sympatycy KOD-u oraz miłośnicy Unii Europejskiej nieustannie wrzeszczeliby o zamachu na demokrację, a politycy opozycji więcej czasu spędzaliby w Brukseli niż w kraju, tworząc tam soczyste skargi i donosy. 

Im dłużej patrzę na konflikt wokół TK, tym bardziej przekonuje się do tezy, że urojony kryzys demokracji w Polsce jest dla UE doskonałym tematem zastępczym...

 

Źródło: Zakaz sądowej kontroli konstytucyjności prawa w Holandii (Academia.edu)

 

wpis z dnia 3/06/2016
      


  

     Sędziowie skarżą się na "personalne ataki" ze strony obywateli... Czyżby prawniczy salon bał się końca swojej bezkarności?
wpis z dnia 2/06/2016

 

Sędziowie warszawskiego sądu okręgowego w liście skierowanym do ministra sprawiedliwości skarżą się na "wzrost liczby personalnych ataków" ze strony obywateli... Cóż za biedny los sędziowskiego salonu. Może w ramach rekompensaty minister winien im zaproponować jakiś dodatek za szczególne warunki pracy? A może oni najzwyczajniej w świecie zaczęli się lękać końca swojej bezkarności i likwidacji sędziowskiego "państwa w państwie"? Wrzask może być niebawem jeszcze większy, gdyż na horyzoncie widać już wielką reformę sądownictwa.

Sędziowie warszawskiego sądu okręgowego poskarżyli się w piśmie skierowanym do Zbigniewa Ziobry, że rośnie liczba personalnych ataków na sędziów i ich rodziny. Jako przykład podają artykuł prasowy w którym zlustrowano ojca jednego z czynnych sędziów. W przeszłości miał on mieć związki ze służbami specjalnymi PRL. Ojciec sędziego po przeczytaniu tekstu prasowego doznał zawału, który przyczynił się do jego śmierci. 

Nie wiem czy będę w swojej opinii odosobniony, ale jeśli "personalne ataki" na sędziów są uzasadnione, to bardzo się cieszę, że do nich dochodzi. Cieszę się, że sędziowie są lustrowani i sprawdzani, że weryfikuje się ich przeszłość i powiązania. Wszak z nadania Suwerena mają oni potężną władzę, a każda władza z takiego nadania może i powinna być kontrolowana. Prawo do takiej kontroli winien mięć każdy obywatel, nie ważne czy jest dziennikarzem, członkiem opozycji/koalicji czy też zwykłym Kowalskim.

Cieszę się również, że zapowiadana jest wielka reforma wymiaru sprawiedliwości, czyli materii która nie była ruszana od czasów PRL. W tym kontekście wcale mnie nie zdziwi dalszy wrzask sędziowsko-prawniczego środowiska. Powoli zaczyna bowiem do nich dochodzić, że ich bezkarność i nietykalność ulegną pewnym ograniczeniom, że dłużej już nie będą "świętymi krowami". Mam nadzieje, że przyniesie to wymierne pożytki dla obywateli.

 

Źródło: "Coraz więcej ataków na sędziów i ich rodziny". Prawnicy apelują do ministra (rmf24.pl)
Źródło: Będzie wrzask korporacji? Premier Szydło: Do końca roku reforma sądownictwa! "Dotykamy materii, która nie była ruszana od czasów PRL" (wPolityce.pl)

wpis z dnia 2/06/2016

   


  

     Przyczyną protestu pielęgniarek jest rozporządzenie Bartosza Arłukowicza z 2012 roku! Dlaczego media o tym milczą?!
wpis z dnia 1/06/2016

 

Jednym z głównych postulatów strajkujących pielęgniarek z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie jest zwiększenie ilości etatów pielęgniarskich. Protestujące pielęgniarki twierdzą, że jest ich za mało i nie są w stanie zapewnić należytej opieki wszystkim pacjentom. Mało kto wie, że przyczyną tego stanu rzeczy jest... Rozporządzenie ministra zdrowia (Bartosza Arłukowicza) z grudnia 2012 r., które pozwoliło dyrektorom szpitali na ograniczenie liczebności personelu pielęgniarek poprzez ustalenie minimalnych norm zatrudnienia!

Na protest pielęgniarek z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie warto patrzeć w kontekście jego rzeczywistych przyczyn. Oprócz kwestii czysto finansowych (podwyżki), głównym postulatem jest konieczność zwiększenia liczby etatów pielęgniarskich. Protestujące pielęgniarki twierdzą, że jest ich za mało i nie są w stanie zapewnić należytej opieki wszystkim pacjentom. 

Mało kto zdaje sobie jednak sprawę z tego, co jest główną przyczyną takiego stanu rzeczy. Okazuje się, że kluczowe rolę odegrało rozporządzenie ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza z grudnia 2012 roku, które weszło w życie 1 kwietnia 2014 r. Dało ono dyrektorom szpitali ogromną dowolność ustalania minimalnych norm zatrudnienia pielęgniarek dla swoich placówek. Zgodnie z treścią wspomnianego rozporządzenia - kierownictwo danej placówki medycznej, w celu szukania finansowych oszczędności, mogło tak określić minimalną normę zatrudnienia, aby ograniczyć liczbę pielęgniarek nie uwzględniając przy tym faktycznego czasu poświęcanego pacjentom. Efekt był taki, że liczba etatów pielęgniarskich mogła zostać legalnie zmniejszona, mimo że zakres obowiązków nie uległ zmianie. 

Właśnie przeciwko takim rozwiązaniom - przeforsowanym jeszcze za rządów PO-PSL - protestują pielęgniarki z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. Twierdzenie, jakoby rząd Szydło był sprawcą kryzysu jest w tym przypadku manipulacją i nadużyciem. Rząd Szydło może za to cofnąć rozporządzenie Arłukowicza. Pytanie - czy takie posunięcie rozwiąże obecny kryzys...?

 

Źródło: Od 1 kwietnia zmiana sposobu wyliczania norm zatrudnienia pielęgniarek (RynekZdrowia.pl)

wpis z dnia 1/06/2016