Archiwum: Wrzesień 2016

 

     Tusk był hojny dla Agory. Za wydrukowanie 1 artykułu w "Wyborczej" dostawali od rządu 120 tys. zł! Nie dziwne, że teraz tak głośno wyją...
wpis z dnia 30/09/2016

 

Dlaczego środowisko "Wyborczej" tak bardzo szanowało poprzednią ekipę rządową, a obecnej wręcz nienawidzi? Poza oczywistymi kwestiami światopoglądowymi, istotne mogą się okazać także kwestie finansowe. W czasach rządów PO-PSL podpisywane były bowiem umowy, zgodnie z którymi Agora dostawała niemal 120 tys. zł za opublikowanie na łamach "Wyborczej" tekstu zleconego przez ministerstwo. Po zmianie władzy strumyczek z kasą zaczął usychać, co - jak podejrzewam - wpłynęło na obecną skalę histerii i wycia środowiska "GW".

Jeśli przyjrzymy się rejestrowi umów zawartych przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji w 2013 roku, to znajdziemy tam pozycję numer 85 - "Usługi publikacji artykułu dotyczącego cyfryzacji telewizji naziemnej w dzienniku ogólnopolskim". Umowa została zawarta ze spółka Agora, która wydaje "Gazetę Wyborczą". Koszt? - 119 223,92 zł!

W kontekście powyższego warto również wspomnieć o treści odpowiedzi na interpelację poselską posła Kukiz'15 Andrzeja Maciejewskiego, który w grudniu ub.r. skierował zapytanie do Ministra Skarbu Państwa, dotyczące wydatków na reklamę Spółek Skarbu Państwa w latach 2007-2015. W odpowiedzi ministerstwo wykazało, iż we wspomnianym okresie wydatki na reklamę poniosło 148 spółek nadzorowanych przez Ministra Skarbu Państwa na łączną kwotę 356,6 mln zł. Spółka Agora należała do jednego z największych reklamobiorców spółek Skarbu Państwa w okresie rządów PO-PSL. W latach 2007-2015 otrzymała łącznie aż 17 mln 128 tys. zł! 

Przejęcie władzy przez PiS mogło oznaczać dla Agory tylko jedno. Strumyk kasy związany z opłatami za reklamy i ogłoszenia zlecane przez rząd, ministerstwa i spółki Skarbu Państwa został w końcu zakręcony. Nie powinna nas zatem dziwić histeria i przeraźliwe wycie jakie dochodzi z ulicy czerskiej, gdzie mieści się siedziba wydawcy "Gazety Wyborczej".

 

Źródło: Rejestr umów zawartych przez Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji w 2013 roku (mc.gov.pl)
Źródło:
Poseł pyta, minister odpowiada: - ile komu za reklamę (Express.olsztyn.pl)

wpis z dnia 30/09/2016

   


   

     Sejm forsuje skandaliczny projekt utrudniający zadawanie niewygodnych pytań politykom! Czy jaśnie państwo zapomnieli kto ich zatrudnił i wobec kogo mają się tłumaczyć?!
wpis z dnia 29/09/2016

 

Marszałkowie Sejmu i Senatu przygotowują kontrowersyjny projekt zmian w regulaminie parlamentu. Zgodnie z jego treścią dziennikarze oraz przedstawiciele mediów na terenie Sejmu mogliby przebywać tylko i wyłącznie w specjalnym pomieszczeniu i nie mieliby prawa poruszania się po sejmowych korytarzach w celu zadawania pytań politykom. Wygląda na to, że nasi parlamentarzyści doznali jakiejś pomroczności i zapomnieli kto ich do Sejmu zatrudnił oraz wobec kogo mają się tłumaczyć z wykonywanej pracy!

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości - forsowane przez Marszałków Sejmu i Senatu zmiany, które sprowadzają się w praktyce do istotnego ograniczenia dostępu dziennikarzy do polityków, to nic innego jak uderzenie w prawo obywateli do bycia informowanymi o pracach polskiego parlamentu. Umieszczenie przedstawicieli mediów w wyznaczonym pomieszczeniu oraz zakazanie im poruszania się po sejmowych korytarzach w sposób znaczący utrudni sprawowanie kontroli społecznej nad władzą ustawodawczą. 

Jeśli ta kontrowersyjna inicjatywa przejdzie i zostanie wpisana do parlamentarnego regulaminu, to kontakt mediów z politykami ograniczy się do wyznaczonych przez partyjne władze funkcjonariuszy, którzy łaskawie będą zachodzili do dziennikarskiego pokoiku tylko wtedy, kiedy będą mieli na to ochotę. Możliwość zadawania niewygodnych i niespodziewanych pytań "na twarz" zostanie de facto zlikwidowana. 

Marszałek Senatu Stanisław Karczewski powiedział na antenie Polskiego Radia, że "celem proponowanych zmian jest przede wszystkim stworzenie lepszych warunków pracy dla dziennikarzy". Z pewnością komfort posłów i senatorów ulegnie znacznej poprawie. Dlaczego jednak kosztem obywateli i ich prawa do kontrolowania poczynań sejmowych polityków za pośrednictwem przedstawicieli IV władzy?

 

Źródło: Ograniczenia dla dziennikarzy w Sejmie? "Nie chcemy, aby politycy byli zaskakiwani" (Wprost.pl)

wpis z dnia 29/09/2016

   


   

     Europejski Bank Centralny na dobre zmienił się w europejską drukarnie pieniędzy na spłatę niemieckich długów!
wpis z dnia 28/09/2016

 

Europejski Bank Centralny tylko w tym miesiącu wydrukował 80 miliardów euro, którymi spłacał długi największych gospodarek euro-landu. Gdyby nie ta forma finansowego "dopingu", takie kraje jak Niemcy, Francja czy Włochy istotnie zbliżyłyby się do gospodarczego dna. Polska oraz inne państwa, gdzie waluta euro nie obowiązuje, mogą tylko pomarzyć o takim wsparciu. Oto jak w praktyce wygląda unijna inżynieria finansowa wymyślona przez europejskie elity pod przewodnictwem Berlina...

Po pierwszym kwartale 2016 roku całkowite zadłużenie Niemiec zwiększyło się do poziomu 1 bln 824 mld euro. Dług Francji urósł do poziomu 2 bln 137 mld euro, a Włoch - 2 bln 228 mld euro. Łączne zadłużenie tych trzech państw to astronomiczna kwota 6 bln 189 mld zł! 

W jaki sposób obsługiwać tak gigantyczną kwotę zobowiązań? Unijne elity wymyśliły, że z Europejskiego Banku Centralnego zorganizują sobie... drukarnie nowych pieniędzy, za pomocą których będą skupowały długi największych gospodarek euro-landu. Na początku obowiązywania tego programu (marzec 2015 r.) szef EBC - Mario Draghi - obwieścił, że będzie drukował ok. 60 mld euro miesięcznie. W marcu tego roku podjęta została jednak decyzja o zwiększeniu kwot drukowanych pieniędzy do poziomu 80 mld euro. 

Za środki te EBC skupuje obligacje (papiery dłużne) państw wchodzących do strefy euro. Oczywiście największym beneficjentem tej działalności są... Niemcy. Okazuje się, że EBC od marca 2015 r. do kwietnia 2016 r. umorzył w ten sposób naszemu zachodniemu sąsiadowi aż 171,8 mld euro! Na wykup francuskich długów poszło 136,5 mld euro, a włoskich 117,8 mld euro. Gdyby nie ten "doping", gdyby nie ta finansowa inżynieria sygnowana podpisami unijnych elit politycznych, to wspominane gospodarki - szczególnie włoska i francuska - wyglądałyby dziś dużo gorzej. 

wpis z dnia 28/09/2016

   


 

     Od początku tego roku sędziowie TK wydali zaledwie 23 wyroki. W całym 2015 roku wyroków było 63, a w 2014 - 71. Budżet TK to 30 mln zł...
wpis z dnia 27/09/2016

 

Wygląda na to, że Trybunał Konstytucyjny w ciągu ostatnich 9 miesięcy mocno spowolnił swoje działania. Zgodnie z oficjalnym rejestrem orzeczeń sędziowie TK wydali w tym czasie zaledwie 23 wyroki. W takich okolicznościach nie powinno nas dziwić, że na rozstrzygnięcia TK w istotnych kwestiach czasem trzeba czekać nawet po kilka lat. Jaki jest tego powód? Czyżby prezes Rzepliński za dużo w telewizji przesiadywał, a reszta sędziów zbyt mocno angażowała się w politykę?

Zgodnie z informacjami zawartymi w Zbiorze Urzędowym Orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego od początku 2016 roku TK wydał łącznie 23 wyroki. Ktoś zapyta o punkt odniesienia, by stwierdzić czy to dużo czy mało. Bardzo proszę - zgodnie z tym samym Zbiorem Urzędowym w całym 2015 roku wyroków było 63, a w 2014 - 71. Jeśli zatem w czwartym kwartale br. trend orzeczniczy się utrzyma, to w całym 2016 roku liczba wydanych wyroków nie przekroczy połowy wyroków jakie Trybunał wydawał w latach poprzednich.
  
Warto przy tym wspomnieć, że TK w obecnym składzie i pod przewodnictwem prezesa Rzeplińskiego, jak chce to potrafi się zebrać w ekspresowym tempie i na posiedzeniu niejawnym wydać korzystne dla siebie orzeczenie w ciągu kilku dni (licząc od momentu wpływu skargi). Tak było np. w sprawie lipcowej nowelizacji ustawy o Trybunale Konstytucyjnym. Wyrok TK w tej sprawie po zaledwie 10 dniach...

 

Źródło: otkzu.trybunal.gov.pl

wpis z dnia 27/09/2016

    


  

     Pod osłoną aborcyjnej nawalanki rząd wypuścił projekt ustawy utrzymującej wyższy VAT aż do 2018 roku!
wpis z dnia 26/09/2016

 

Platforma zaczęła, a PiS niestety kontynuuje. Po raz kolejny władze naszego kraju chcą przedłużenia obowiązywania podwyższonych stawek podatku VAT! W piątek, kiedy wszystkie media żyły sejmową nawalanką w sprawie aborcji, na stronach Rządowego Centrum Legislacji pojawił się projekt ustawy przewidujący utrzymanie 23 proc. stawki VAT aż do końca 2018 roku! 

Przypomnijmy - w drugiej połowie 2010 roku rząd Donalda Tuska stanął pod ścianą. Zagraniczni wierzyciele zaczęli się domagać spłaty coraz większych odsetek od długów, a pieniędzy na to w kasie państwa nie było. Ekipa Platformy wpadła jednak na pomysł, aby dodatkowe kilka miliardów zabrać Polakom podwyższając im stawkę podatku VAT. W ten sposób z początkiem 2011 roku podwyższone zostały podstawowe stawki VAT z 7 na 8 proc i z 22 na 23 proc. Rozwiązanie to miało być czasowe i obowiązywać tylko do końca 2013 roku. Tusk obiecał Polakom, że z początkiem 2014 roku przywróci normalne stawki (7 i 22 proc.). Obietnicy tej oczywiście nie dotrzymał i zgodnie z przyjętym pod koniec 2013 roku rozporządzeniem podwyższone stawki podatku VAT miały obowiązywać aż do końca 2016 roku.

Idąc do wyborów parlamentarnych w 2015 roku PiS obiecywał przywrócenie stawek podatku VAT do normalnego poziomu począwszy od 1 stycznia 2017 roku. I co? W ostatni piątek, kiedy wszystkie media żyły sejmową nawalanką w sprawie aborcji, na stronach Rządowego Centrum Legislacji pojawił się projekt ustawy przewidujący utrzymanie podwyższonych, tj. 8 i 23 procentowych stawek podatku VAT aż do końca 2018 roku! 

Szacuje się, że dotychczasowy skumulowany koszt podwyższenia stawek podatku VAT, jaki ponieśli Polacy i polska gospodarka w latach 2011 - 2016, to około 30 mld zł (roczny koszt to minimum 5 mld zł). Za dodatkowe 2 lata obowiązywania podwyższonych stawek VAT przyjdzie nam zatem zapłacić kolejne 10 mld zł.

 

Źródło: Projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz niektórych innych ustaw (Legislacja.rcl.gov.pl)

wpis z dnia 26/09/2016

   


  

     EBC drukuje miliardy euro, za które skupuje długi prywatnych firm z Niemiec, Francji i Włoch. Niedozwolona pomoc publiczna? Ależ skąd! Oni tylko wspierają swoich...
wpis z dnia 23/09/2016

 

W kontekście podwójnych standardów rozumienia "niedozwolonej pomocy publicznej" i zblokowania z tego powodu przez Komisję Europejską podatku od sieci handlowych w Polsce, warto przypomnieć o realizowanym w zaciszu unijnych gabinetów pomyśle drukowania miliardów euro i skupowania za nie długów prywatnych korporacji zachodnioeuropejskich firm. Pomoc publiczna wypisz, wymaluj, ale gdy chodzi o interesy Niemiec, Francji czy Włoch to definicja jej "niedozwoloności" jest znacznie łagodniejsza niż w przypadku Polski...

Przypomnijmy - Europejski Bank Centralny (EBC), czyli bank centralny Unii Europejskiej, wpadł na początku czerwca na zupełnie szalony pomysł. Szef tego banku (Mario Draghi) ogłosił że będzie on masowo drukował euro tylko po to, aby skupować za ich pomocą obligacje (tj. długi) prywatnych firm z państw Europy Zachodniej! 

Słowa bardzo szybko wcielono w życie i totalna niedorzeczność - będąca w swej istocie zaprzeczeniem podstawowych zasad wolnego rynku - stała się faktem. Bank centralny eurogrupy zaczął masowo skupować obligacje wyemitowane przez prywatne przedsiębiorstwa. Zgodnie z doniesieniami agencji Bloomberg - jako pierwsze ze wsparcia EBC skorzystały Siemens AG i RWE AG (Niemcy), Assicurazioni Generali SpA i Telecom Italia SpA (Włochy) oraz Renault SA i Engie SA (Francja). Licząc od chwili rozpoczęcia całej akcji (drugi tydzień czerwca br) EBC zdążył już wykupić korporacyjnych obligacji za kolosalną kwotę 25,6 miliardów euro!

Teraz pytanie za 100 punktów - czy akcja skupywania długów prywatnych korporacji przez EBC, czyli instytucję unijną, nie jest przypadkiem "niedozwoloną pomocą publiczną"? Jak takie niewątpliwe wsparcie finansowe dla wybranych firm z Niemiec, Francji czy Włoch ma się do braku wsparcia EBC dla np. firm z Polski, Czech czy Węgier? Czy przypadkiem ten wielomiliardowy zastrzyk gotówki dla największych przedsiębiorstw z euro-zony nie zachwieje konkurencją w całej UE? Dlaczego Komisja Europejska na to pozwala? Czy tylko dlatego, że wsparcie idzie do "swoich"...?

 

Źródło: Draghi Fires Starting Gun on Corporate Bond Purchases in Europe (Bloomberg.com)
Źródło: ECB corporate bond buying hits record pace (FT.com)
Źródło: Skup obligacji przedsiębiorstw przez EBC najwyższy w historii (PB.pl)

wpis z dnia 23/09/2016

   


 

     Kiedy PO przejmowała władzę WIG20 miał 3500 pkt. Kiedy oddawała spadł do 1970 pkt. To tyle w temacie "odpływu kapitału"
wpis z dnia 22/09/2016

 

Członkowie Platformy Obywatelskiej twierdzą, że od czasu, gdy przegrali wybory z warszawskiej giełdy odpływa kapitał. Istotnie - odpływa (-210 pkt.), ale spekulacyjny, wystraszony opowieściami o Kaczyńskim. Jeśli ekipa PO tak bardzo chce porównywać wykresy giełdowe, to warto zauważyć, że w listopadzie 2007 r., kiedy Tusk przejmował władzę w Polsce, indeks WIG20 był na poziomie 3500 pkt. Do czasu, gdy Kopacz ją oddała w listopadzie 2015 r., osunął się do zaledwie 1970 pkt. (spadek o -1530 pkt.). To tyle w temacie "odpływu kapitału".

Platforma lubi powoływać się na statystyki z warszawskiej giełdy. Problem w tym, że mocno zawęża okres, za który są one wyliczane. W mediach elektronicznych krążą wykresy, które mają być dowodem destrukcyjnego działania rządu PiS na GPW. Istotnie - WIG20, czyli główny indeks warszawskiej giełdy papierów wartościowych, obniżył się z poziomu 1970 pkt. (16 listopada 2015 r., tj. dzień formalnej dymisji Ewy Kopacz i powołania rządu Beaty Szydło) do poziomu 1758 pkt. (21 września 2016 r.). Spadek rzędu -210 pkt. ma jednak charakter spekulacyjny, wywołany w głównej mierze straszeniem PiS, a nie jego realnymi działaniami.

Jeśli jednak spojrzymy na WIG20 w szerszej perspektywie czasowej, to okaże się że największe spadki, a tym samym - największy odpływ kapitału z warszawskiej giełdy - zanotowano w czasie kiedy Polską rządziła ekipa Platformy Obywatelskiej. W dniu 16 listopada 2007 r., tj. w momencie przejęcia władzy przez Donalda Tuska, główny indeks GPW wynosił 3500 pkt. W ciągu kolejnych lat rządów ekipy Tuska i jego następczyni, czyli Ewy Kopacz, WIG20 obniżył się aż o ponad 1500 pkt. Z warszawskiej giełdy wyparowały setki miliardów złotych i nie sposób tego porównać z obniżką głównie spekulacyjną (-210 pkt.), z jaką mamy do czynienia po przejęciu władzy przez PiS.

Platformersi oczywiście zwalą winę na światowy kryzys. Owszem - na przełomie 2008/2009 roku wszystkie indeksy giełdowe na świecie głęboko zanurkowały. Problem w tym, że zdecydowana większość z nich nie tylko odrobiła straty, lecz także przebiła poziomy notowane przed krachem. Ot kilka przykładów: niemiecki indeks DAX w listopadzie 2007 roku oscylował wokół 7600 pkt. Dzisiaj przebija 10400 pkt. Amerykański S&P500 w chwili, kiedy Tusk przejmował władzę w Polsce wynosił 1450 pkt. Dzisiaj szybuje na pułapie 2150 pkt. Nawet węgierski BUX odrobił straty z nawiązką - w listopadzie 2007 roku oscylował wokół 26500 pkt. Dzisiaj zahacza o 28500 pkt. 

Na tym tle warszawska giełda w ciągu ostatnich lat (które w większej części przypadły na rządy PO-PSL) prezentowała się niezwykle słabo... 

Źródło danych: stooq.pl

wpis z dnia 22/09/2016

  


   

     Zadłużenie zaczęło spadać, deficyt najniższy od 7 lat, odczyty z gospodarki rewelacyjne - czy zaczął się spełniać czarny sen Petru i Balcerowicza?
wpis z dnia 21/09/2016

 

Jeśli wierzyć oficjalnym statystykom zadłużenie naszego kraju w końcu zaczęło spadać. Po kilku miesiącach wzrostów spowodowanych wysokimi kursami walut zagranicznych oraz rolowaniem długów poprzedniej ekipy, w lipcu odnotowano spadek sumy zobowiązań aż o -9,6 mld zł. Co więcej - deficyt budżetowy po sierpniu jest najniższy od 7 lat, a dane o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej są rewelacyjne (odpowiednio: +7,5% i 5,6%). Czy zagraniczni inwestorzy i agencje ratingowe będą się musiały przeprosić z Polską?

Wygląda na to, że spełnia się czarny sen Ryszarda Petru i Leszka Balcerowicza. Gospodarka Polski pod rządami PiS zamiast runąć w dół rozwija się całkiem przyzwoicie. Po pierwsze: Produkcja przemysłowa w sierpniu wzrosła o +7,5 proc. licząc rok do roku, a w porównaniu z poprzednim miesiącem wzrosła o +3,3 proc. Po drugie: Sprzedaż detaliczna w sierpniu wzrosła o +5,6 proc. w ujęciu rocznym, a w ujęciu miesięcznym o +0,8 proc. Po trzecie: Deficyt budżetu państwa po sierpniu wyniósł zaledwie 14,9 mld zł. Piszę "zaledwie", gdyż ostatni raz tak niską przewagę wydatków nad dochodami państwa odnotowano 7 lat temu. Po czwarte: W końcu zaczęło spadać zadłużenie naszego kraju. Po 6 miesiącach nieustannych wzrostów spowodowanych głównie rolowaniem długów ekipy PO-PSL oraz wyższymi kosztami zakupu walut zagranicznych (należy pamiętać, że 34 proc. polskiego długu jest liczona w euro, dolarach, frankach i jenach) w lipcu Ministerstwo Finansów odnotowało spadek wysokości zobowiązań o -9,6 mld zł.

Dobre dane płynące z gospodarki idą w parze z coraz cieplejszymi opiniami zagranicznych analityków na temat Polski. Kilka dni temu pisałem o komunikacie ekspertów Bank of America/Merrill Lynch, którzy stwierdzili rzecz następującą:

 

"Dzień spędzony w Warszawie potwierdza nasze poglądy, że polityka gospodarcza PiS jest bardziej rozważna, niż obawiał się tego rynek i wspiera nasze dobre nastawienie względem złotego."

 

Czy niebawem okaże się, że wystraszeni przez "ekonomistów" z poprzedniej ekipy zagraniczni inwestorzy przeproszą się z Polską pod rządami PiS? Czy pracownicy agencji ratingowych zweryfikują swoje prognozy i stwierdzą, że konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego nie ma jednak większego wpływu na polską gospodarkę? Jeśli pozytywne dane utrzymają się w kolejnych miesiącach, to nie będą oni mieli innej opcji. Wszak trzeba być głupcem, aby posiadając kapitał nie wykorzystać silnego popytu wewnętrznego i stabilnego wzrostu gospodarczego - szczególnie w warunkach relatywnie taniej złotówki.

 

Źródło: Zadłużenie Skarbu Państwa 7/2016 (Mf.gov.pl)
Źródło: Deficyt budżetu państwa po sierpniu wyniósł 14,9 mld zł (Bankier.pl)
Źródło: Produkcja przemysłowa wzrosła o 7,5 proc. (Stooq.pl)
Źródło: Sprzedaż detaliczna wzrosła o 5,6 proc. (Stooq.pl)

wpis z dnia 21/09/2016

    


   

     Polska udzieliła schronienia i dała pracę ponad milionowi Ukraińców. Warto przypomnieć ten fakt wszystkim szczekającym na Polskę eurokratom!
wpis z dnia 20/09/2016

 

Martin Schulz żalił się ostatnio na Polskę, że w kwestii migrantów z Bliskiego Wschodu "zostawiła Niemcy na lodzie". Warto zatem przypomnieć szefowi parlamentu europejskiego, że: 1) Migranci z Bliskiego Wschodu wcale nie chcą do Polski, lecz do Niemiec 2) To Angela Merkel sama ich zaprosiła 3) Niemal w tym samym czasie, gdy do Niemiec przybyło milion migrantów, Polska dała schronienie i pracę ponad milionowi Ukraińców. Panie Schulz - następnym razem pomyśl pan zanim coś palniesz.

Martin Schulz, przewodniczący Parlamentu Europejskiejgo, udzielił kilka dni temu wywiadu dla "Frankfurter Allgemeine Zeitung", w którym zauważył, że:

 

"Jako Niemcy ponosimy ogromne koszty nieprzyjęcia imigrantów przez inne kraje europejskie. (...) 17 mld euro, które co roku netto dostaje Polska z budżetu Unii, to środki współfinansowane przez ciężko pracujących ludzi w Niemczech. (...) Członkowie Unii, którzy czują się zagrożeni przez Rosję, otrzymali militarną pomoc, oraz praktyczną solidarność w formie sankcji przeciw Rosji. Gdy przychodzą uchodźcy, to te właśnie kraje, które jeszcze niedawno z powodzeniem domagały się solidarności, teraz twierdzą, że nie są gotowe na jakiekolwiek działania zmierzające do ich przyjęcia".

 

Panie Schulz - może następnym razem zastanowi się pan zanim coś palnie. Po pierwsze - migranci z Bliskiego Wschodu wcale nie chcą do Polski. Oni chcą się ulokować w Niemczech, Francji, Szwecji lub ewentualnie w Wlk. Brytanii, czyli tam, gdzie muzułmańskie skupiska są już rozwinięte, a państwo oferuje tzw. socjal na wysokim poziomie. Po drugie - to Angela Merkel sama osobiście zaprosiła migrantów do Niemiec, więc żale w zakresie polityki imigracyjnej winien pan kierować głównie do swojej kanclerz. Po trzecie - Niemal w tym samym czasie, gdy do Niemiec przybyło milion migrantów z Bliskiego Wschodu, do Polska dała schronienie i pracę ponad milionowi Ukraińców. Zgodnie z raportem Eurostatu w 2014 roku Polska wydała 355,4 tys. pozwoleń na pobyt dla osób spoza UE. Zdecydowana większość tych pozwoleń dotyczyła Ukraińców. W ciągu 2015 roku polskie placówki konsularne i dyplomatyczne na terenie Ukrainy wydały obywatelom Ukrainy ponad 466 tys. tzw. wiz krajowych, które umożliwiają legalny wjazd do Polski. W ciągu pięciu pierwszych miesięcy 2016 roku takich wiz wydano 250 tys. Do tego trzeba jeszcze doliczyć liczbę wiz typu Schengen (polskie placówki konsularne i dyplomatyczne na terenie Ukrainy w okresie I.2015 - V.2016 wydały ich ponad 600 tys.). Na tej podstawie zasadny jest wniosek, iż do Polski przybyło około 1 miliona Ukraińców, którzy w większości znaleźli tutaj schronienie i pracę. 

Powyższe dane warto przypomnieć każdemu szczekającemu na nasz kraj eurokracie, który oskarża nas o niechęć wobec przyjmowania imigrantów.

Źródło: Schulz: Kraje Unii zostawiły Niemcy na lodzie (TelewizjaRepublika.pl)
Źródło: Raport Eurostatu: W 2014 roku Polska i Wielka Brytania przyjęły najwięcej imigrantów (TelewizjaRepublika.pl)
Źródło: Kryzysowa migracja Ukraińców (OSW.waw.pl)
Źródło: Polska to raj dla pracowników z Ukrainy. Ilu imigrantów przyjęliśmy? (Superbiz.se.pl)

wpis z dnia 20/09/2016

   


   

     Przypomnijmy jak Rzepliński "walczył o wolność" w/s ACTA: "Nie sądzę, aby stosowanie tej umowy groziło internautom"
wpis z dnia 19/09/2016

 

W 2012 roku, kiedy przez Polskę przetoczyła się fala protestów w/s ACTA, prezes Trybunału Konstytucyjnego Andrzej Rzepliński stwierdził, że nie widzi w ACTA zagrożeń dla praw i wolności osobistych. "Nie sądzę, aby stosowanie tej umowy groziło zwłaszcza polskim internautom" - powiedział wówczas na antenie Radia Zet prezes TK. Myślę, że warto przypomnieć tę wypowiedź wszystkim tym, którzy upatrują w Rzeplińskim nieskazitelnego bojownika o wolność i demokrację. 

Przypomnijmy - ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement), to międzynarodowe porozumienie, którego inicjatorem były Stany Zjednoczone i Japonia, mające na celu wzmocnienie ochrony własności intelektualnej oraz ograniczenie handlu podróbkami. Treść tej umowy budziła jednak od samego początku kontrowersje. Przeciwnicy ACTA twierdzili, że na bazie artykułu 27 ustęp 4 tego porozumienia, możliwe będzie wydanie na żądanie np. organizacji zarządzającej prawami autorskimi, w trybie administracyjnym, a nie sądowym, danych osoby, co do której zachodzi tylko domniemanie naruszenia praw autorskich. W ten sposób łamane miały być podstawowe prawa i wolności osobiste. Podnoszono także kwestie tajności negocjacji przy tworzeniu ACTA oraz to, że wspomniane porozumienie naruszy swobodny rozwój innowacyjnych rozwiązań, w tym oprogramowania typu open-source. 

Na początku 2012 roku przeciwnikom ACTA (rząd Tuska planował podpisać to porozumienie) udało się wyprowadzić na ulice polskich miast tysiące ludzi. W praktyce były to największe, zupełnie oddolne protesty społeczne w historii III RP. Masowe protesty w całym kraju stały jednak w opozycji do stanowiska prezes Trybunału Konstytucyjnego Andrzeja Rzeplińskiego. Stwierdził on wówczas, że nie dostrzega w ACTA zagrożeń dla praw i wolności osobistych. W wywiadzie udzielonym Radiu Zet powiedział: "Nie sądzę, aby stosowanie tej umowy groziło zwłaszcza polskim internautom ich masowym szpiegowaniem (...) Przecież nie o tym jest ta umowa".

Tak jak ponad cztery lata temu prezes Rzepliński nie widział problemu z ACTA, tak później nie dostrzegł problemu ze skokiem Platformy Obywatelskiej na Trybunał Konstytucyjny. Przypomnijmy, że całe zamieszanie z TK wzięło swoją genezę tuż po porażce Bronisława Komorowskiego z Andrzejem Dudą w maju 2015 r., kiedy to ekipa Platformy uchwaliła chamską ustawę o wyborze 5 (a nie 3) sędziów TK jeszcze przed wyborami parlamentarnymi (które wygrał PiS). No ale cóż - chciałoby się powiedzieć, że prezes Rzepliński dostrzega problemy dość wybiórczo.

 

Źródło: Prezes TK Andrzej Rzepliński o ACTA: nie dostrzegam zagrożenia dla wolności osobistych (GazetaPrawna.pl)

wpis z dnia 19/09/2016

   


   

     To jest niepojęte! Marcin P., zanim założył Amber Gold, był aż 9 razy (!) skazywany za oszustwa i przekręty. Zawsze dostawał grzywnę albo karę w zawieszeniu...
wpis z dnia 16/09/2016

 

Nie byłoby afery Amber Gold, nie byłoby młodego Tuska pracującego na zlecenie OLT Express, nie byłoby 19 tys. poszkodowanych i wielomilionowych strat, gdyby któryś sędzia zamiast skazywać Marcina P. na kolejną grzywnę lub karę w zawieszeniu najzwyczajniej w świecie posłał go za kratki. Pod tym względem dziwić może wyjątkowa łagodność wymiaru sprawiedliwości wobec późniejszego sponsora filmu o Wałęsie, którego przedstawiciele ówczesnej władzy podziwiali za "innowacyjność"...

Sprawa Amber Gold śmierdzi na kilometr. Jak bowiem przez bite trzy lata na rynku Polskim mogła sobie bez skrępowania działać piramida finansowa bez licencji KNF, która oszukała zwykłych ludzi na 850 mln zł? Jak to możliwe, że Marcina P. podziwiali przedstawiciele ówczesnej władzy za "innowacyjność" podobną do "innowacyjności Lecha Wałęsy"? Jak to możliwe, że syn Donalda Tuska pracował dla spółki kontrolowanej przez Marcina P.?

Tego wszystkiego z pewnością by nie było, gdyby Marcin P., czyli formalny mózg i pomysłodawca Amber Gold, został osadzony w więzieniu za któryś z jego wcześniejszych przekrętów. A było ich całkiem sporo. W 2005 r. skazany został za fałszowanie dokumentów. W 2008 r. skazany za przywłaszczenie 174 tys. zł (sprawa Multikasy). W 2007 i 2009 r. skazany za oszustwa bankowe (wyłudzenie kredytów na łączną kwotę ponad 140 tys.). Za każdym razem jednak sądy orzekały wobec niego grzywnę (x2) albo karę więzienia w zawieszeniu (x7). I to pomimo recydywy, czyli powrotu do popełniania przestępstw z tej samej kategorii. Co sprawiło, że wymiar sprawiedliwości był dla Marcina P. tak łagodny? 

Nie jestem fanem teorii spiskowych, ale może rację ma Witold Gadowski, który twierdzi, że afera Amber Gold nabierze nowego znaczenia, gdy ujawniona zostanie lista pierwszych 50 deponentów tego parabanku...?

 

Źródło: Marcin P był karany 9 razy, chcemy sprawdzić, dlaczego 7 x dostał karę w zawieszeniu i 2 x grzywny (twitter.com)

wpis z dnia 16/09/2016

    


  

     Janusz Lewandowski to nie tylko główny referent antypolskiej rezolucji. To przede wszystkim pomysłodawca rabunkowej "powszechnej prywatyzacji"!
wpis z dnia 15/09/2016

 

W kontekście wczorajszej aktywności Janusza Lewandowskiego w Parlamencie Europejskim i przyjęciem antypolskiej rezolucji, warto przypomnieć wcześniejsze "osiągnięcia" tego europosła. Jednym z nich jest niewątpliwie Program Powszechnej Prywatyzacji, nazywany również "najdroższą porażką III RP". W trakcie przymusowej prywatyzacji ponad 500 przedsiębiorstw doszło bowiem do mnóstwa afer i przekrętów, na których wzbogacili się pseudobiznesmeni i koledzy polityków. Tradycyjnie straciło nasze państwo, czyli my wszyscy.

Pomysłodawcą programu powszechnej prywatyzacji był wspomniany powyżej Janusz Lewandowski, który w rządzie Hanny Suchockiej pełnił rolę ministra przekształceń własnościowych. Do programu włączono 512 należących do państwa przedsiębiorstw, których ówczesną wartość szacowano na około 6 miliardów złotych. Były one zarządzane przez tzw. narodowe fundusze inwestycyjne (NFI), którymi mogły kierować firmy konsultingowe, banki komercyjne oraz konsorcja wybrane metodą przetargu. Każdy dorosły Polak otrzymał tzw. powszechne świadectwo udziałowe stanowiące dowód na to, że jest współwłaścicielem prywatyzowanych przedsiębiorstw. Świadectwa te można było sprzedawać dowolnemu podmiotowi lub zamienić na akcje NFI. 

Jaki był efekt tej operacji? Większość Polaków świadectwa udziałowe natychmiast sprzedała uzyskując za nie równowartość około 100 zł. Skupowali je często zwykli spekulanci, którzy w momencie dematerializacji świadectw i ich zamiany na akcje NFI dorabiali się szybkich fortun. Niestety sama idea działania NFI została wypaczona przez zarządzających nimi ludzi (często byli to kumple lub znajomi polityków). Podejmowali oni decyzje o sprzedaży za bezcen majątku przedsiębiorstw wchodzących w skład danego NFI. Na tym tle doszło do mnóstwa gospodarczych afer i przekrętów. Po kilku latach wartość większości NFI stała się śmieciowa. Wielomiliardowy majątek rozpierzchł się po prywatnych spółkach kolesi i pseudobiznesmenów, którzy w porozumieniu z zarządzającymi NFI ustawili się na lata kosztem naszego państwa.

Teraz wracamy do czasów współczesnych - co dzisiaj robi Janusz Lewandowski, czyli jeden z głównych pomysłodawców programu powszechnej prywatyzacji? Otóż jest europosłem z ramienia Platformy Obywatelskiej, który w Brukseli bryluje jako główny referent antypolskiej rezolucji. Jak widać wymyślenie systemowej platformy do robienia wałków nie załamało mu politycznej (europejskiej) kariery. Wręcz przeciwnie - Lewandowski jest dziś wychwalany przez wszystkich eurokratów i euroentuzjastów...

 

Czytaj także: NFI - najdroższa porażka III RP (Interia.pl)
Czytaj także: Narodowe Fundusze Interesików (Wprost.pl)

wpis z dnia 15/09/2016

   


  

     Komisja Wenecka chętnie przyjeżdża do Polski. A czy była już w Austrii, gdzie elity próbowały sfałszować wyniki wyborów i wbić nóż w serce demokracji?
wpis z dnia 14/09/2016

 

Przedstawiciele Komisji Weneckiej uwielbiają przyjeżdżać do Polski - kraju, w którym demokracja ma się świetnie i nic jej nie zagraża, a szerokim łukiem omijają miejsca, gdzie rzeczywiście dochodzi do niepokojących sytuacji. Czy Komisja zawitała już do Austrii, gdzie z uwagi na masowe fałszerstwa wyborcze przeciwko prawicowemu kandydatowi będzie trzeba powtórzyć II turę wyborów prezydenckich? Kiedy przedstawiciele Komisji pojadą w końcu do Turcji, aby z bliska ocenić ograniczanie praw i wolności przez Erdogana??! 

Przypomnijmy: Podczas odbywających się w maju wyborów prezydenckich w Austrii, Norbert Hofer - znienawidzony przez Brukselę przedstawiciel krytycznej wobec UE austriackiej prawicy - przegrał z przedstawicielem Zielonych różnicą zaledwie 31 tys. głosów. Problem w tym, że podczas liczenia głosów nie uwzględniono aż 47 tys. kart do głosowania z regionu Karyntii, czyli wyborczego bastionu Hofera. Z czasem na jaw zaczęły wychodzić kolejne przekręty wyborcze, które przy różnicy zaledwie 31 tys. głosów mogły mieć kolosalne znaczenie dla ostatecznego wyniku wyborów. Tamtejszy Trybunał Konstytucyjny nie miał wyboru - z uwagi na skalę stwierdzonych nieprawidłowości musiał orzec o powtórce II tury wyborów. 

Powstaje pytanie - jak do tego niewątpliwie barbarzyńskiego ataku na fundamenty demokratycznego państwa prawa odnieśli się przedstawiciele Komisji Weneckiej? Czy wysłali do Wiednia swoich obserwatorów? Czy ktoś z nich będzie obserwował II turę wyborów? Wszak skoro raz doszło do fałszerstwa, to czemu wynik wyborów nie miałby być zmanipulowany po raz kolejny?

Austria to jedna kwestia. W zasięgu zainteresowania przedstawicieli Komisji Weneckiej powinna być również Turcja (jest członkiem Rady Europy). Co jednak słyszymy z ust Thomasa Markerta - sekretarza Komisji Weneckiej? - "Nasi koledzy zostali uwięzieni. Wśród nich dwóch sędziów tureckiego Trybunału Konstytucyjnego. Niestety nie mamy mandatu by zajmować się sytuacją w Turcji, bo Rada Europy utrzymuje nieformalne kontakty z rządem prezydenta Recepa Erdogana. To jest powodem braku reakcji na łamanie praworządności w Turcji". Tak, że tego...

Jaki morał wypływa z zachowania przedstawicieli Komisji Weneckiej? Ano taki, że najłatwiej robić z siebie bohatera broniąc czegoś, co nie jest zagrożone...

 

Źródło: Oficjalnie podważone wybory prezydenckie w Austrii! Liczne nieprawidłowości i błędy a wygrał kandydat lewicy (wPolityce.pl)
Źródło: Twitter.com

wpis z dnia 14/09/2016

   


  

     Polska przestaje być drenowana, a zaczyna akumulować kapitał z innych państw! W tym roku saldo rachunku bieżącego pierwszy raz w historii może być dodatnie!
wpis z dnia 13/09/2016 

 

Statystyki bilansu płatniczego Polski w latach 2005-2014 wyglądały fatalnie. Nasz kraj był najobficiej drenowanym z kapitału państwem Europy! Zagraniczne koncerny szerokim strumieniem transferowały zyski do swoich central we Frankfurcie, Londynie czy Paryżu. Łącznie wydrenowano w ten sposób równowartość 141 mld euro. Aż tu nagle fatalny trend odmienił się w 2015 roku, a w I kwartale 2016 roku Polska skumulowała więcej kapitału, niż wysłała go poza swoje granice. Cóż takiego się wydarzyło?

Oficjalne statystyki NBP na temat bilansu płatniczego Polski z lat 2005-2014 są zatrważające. Skumulowany deficyt salda rachunku bieżącego Polski za ten okres wyniósł 141,3 mld euro, co stanowiło równowartość 559 mld zł! Aż tyle pieniędzy wytransferowano poza granice naszego kraju w formie dywidend, opłat, rachunków za usługi czy odsetek za pożyczone pieniądze. Owoce polskiego wzrostu gospodarczego bezlitośnie były drenowane przez zagraniczne spółki i przedsiębiorstwa. Najgorszy pod tym względem był rok 2011, kiedy wytransferowano z Polski aż 19,6 mld euro, które stanowiły równowartość 81,5 mld zł.

Ten niekorzystny trend nagle odmienił się w 2015 roku. Zgodnie z oficjalnymi statystykami NBP saldo rachunku bieżącego zmniejszyło się zaledwie o -1,059 mld euro (ok. 4,5 mld zł), kiedy jeszcze w 2014 roku było to -8,303 mld euro (ok. 34,6 mld zł). Co ciekawe - po pierwszym kwartale 2016 roku saldo rachunku bieżącego naszego kraju jest na plusie! Okazało się, że przewaga kapitału, który udało się nam wydrenować z innych państw nad kapitałem, który został wytransferowany z Polski poza granicę wynosi +0,296 mld euro (ok. 1,2 mld zł)!

Cóż takiego się wydarzyło, że nasze saldo rachunku bieżącego jest dodatnie? To przede wszystkim zasługa przewagi eksportu nad importem. Saldo usług i obrotów towarowych w I kwartale br. było na plusie aż o 16,8 mld zł. O tyle więcej usług i dóbr udało nam się wyeksportować, aniżeli sprowadzić z zagranicy w ramach importu. Jeśli ta korzystna tendencja się utrzyma w kolejnych kwartałach, to 2016 rok będzie pierwszym w historii, w którym Polska więcej pieniędzy skumuluje niż wyśle poza swoje granice!

 

Źródło: Bilans płatniczy NBP (NBP.pl)

wpis z dnia 13/09/2016

 


 

     UE to bardzo opłacalny biznes dla Berlina. Z każdego wydanego w Polsce unijnego euro Niemcy odzyskują aż 89 centów w postaci zamówień dla niemieckich firm!
wpis z dnia 12/09/2016

 

Johannes Hahn, unijny komisarz d/s polityki regionalnej, przyznał, że z każdego przekazywanego Polsce unijnego euro, do Niemiec wraca aż 89 centów! Re-transfer środków finansowych przebiega przez zamówienia na towary, usługi lub know-how, które do Polski mogą dostarczyć jedynie niemieckie firmy. Oto dowód, że Unia Europejska to bardzo opłacalny biznes dla naszych zachodnich sąsiadów...

Austriacki polityk Johannes Hahn, w czasie kiedy był unijnym komisarzem d/s polityki regionalnej (2012), w wywiadzie dla "Frankfurter Allgemeine Zeitung" przyznał, że z każdego 1 euro wydanego w Polsce przez Niemcy w ramach unijnej polityki strukturalnej, za Odrę finalnie powraca aż 0,89 euro! Wszystko dzięki zamówieniom na towary, usługi lub know-how, które do naszego kraju mogą dostarczyć jedynie niemieckie firmy. 

Jeszcze lepiej ta statystyka wygląda jeśli uwzględnimy wszystkie kraje wchodzące w skład Grupy Wyszehradzkiej (Polska, Czechy, Słowacja i Węgry). Z każdego 1 euro wydanego w tych krajach przez Niemcy w ramach unijnej polityki strukturalnej do naszego zachodniego sąsiada powraca aż... 1,25 euro! To oznacza, że dzięki aktualnej polityce Unii Europejskiej Niemcy znacznie więcej otrzymują (w ramach kontraktów i zamówień realizowanych w takich państwach jak Polska), aniżeli wpłacają.

Powyższe pokazuje, że Unia Europejska to dla Niemiec bardzo opłacalny biznes. Mimo, iż są największym płatnikiem netto do unijnego budżetu, to dzięki neokolonialnej strukturze gospodarek nowych państw UE, udaje się im odzyskać wpłacone pieniądze i to z nawiązką.

 

Źródło: "Deutschland profitiert besonders von Strukturhilfen" (Faz.net)
Źródło: "Z każdego euro wpłaconego do Polski Niemcy odzyskują 86 eurocentów" (Wprost.pl)

wpis z dnia 12/09/2016

   


  

     Wg Eurostatu drenaż polskich wynagrodzeń trwa w najlepsze! Wydajność naszej pracy to 74% średniej UE, ale nasze zarobki to zaledwie 34% europejskiej średniej!
wpis z dnia 9/09/2016

 

Oficjalne dane Eurostatu nie pozostawiają złudzeń - nasze wynagrodzenia są wciąż jednymi z najmocniej drenowanych z kapitału w całej Europie. Wydajność pracy przeciętnego polskiego pracownika wynosi obecnie 74 proc. unijnej średniej, tymczasem otrzymywane przez niego wynagrodzenie to zaledwie 34 proc. średniej! Współczynnik drenażu kapitałowego pensji (czyli relacji osiąganej wydajności do otrzymywanej pensji) jest jednym z najwyższych w całej UE!

Trzeba to sobie powiedzieć wprost - mimo 27 lat od momentu dokonania ustrojowej transformacji oraz po ponad 12 latach spędzonych w strukturach Unii Europejskiej, Polacy są wciąż jedną z najmocniej drenowanych z kapitału nacji w Europie. Zgodnie z oficjalnymi wskazaniami Eurostatu za 2015 rok wydajność pracy przeciętnego polskiego pracownika (rozumiana jako wartość wytworzonego PKB w ciągu godziny) wynosiła 74 proc. unijnej średniej. Tymczasem godzinowy koszt pracy (w skład którego wchodzi przede wszystkim pensja pracownika) wyniósł 8,6 euro, co stanowiło zaledwie ok. 34 proc. unijnej średniej. Współczynnik drenażu pensji (iloraz wydajności do wynagrodzenia) wyniósł 2,17 i był jednym z najwyższych w całej UE!

 

Współczynnik drenażu pensji
czyli relacja osiąganej wydajności do otrzymywanej pensji

im jest wyższy, tym drenaż pensji większy

(wybrane państwa UE)
 

Holandia 111,1 / 136,4 = 0,81

Francja 114,4 / 140,4 = 0,81

Belgia 128,6 / 156,4 = 0,82
Niemcy
107,0 / 128,8 = 0,83

Średnia UE (28 państw) 100 / 100 = 1,00

Luksemburg 170,9 / 144,8 = 1,18

Hiszpania 103,5 / 84,8 = 1,22

Portugalia 78,9 / 52,8 = 1,49
Estonia
70,7 / 41,6 = 1,70
Czechy
79,4 / 39,6 = 2,00

Słowacja 82,2 / 40,4 = 2,03
Polska 74,0 / 34,0 = 2,17

Węgry 68,8 / 30,0 = 2,29

Bułgaria 43,4 / 16,4 = 2,64

Rumunia 59,0 / 20,0 = 2,95

 

kolor niebieski: % unijnej średniej wydajności pracy osiągany przez statystycznego przedstawiciela danego kraju

 

kolor fioletowy: % unijnej średniej przeciętnego wynagrodzenia osiągany przez statystycznego przedstawiciela danego kraju

 

Powyższe wyliczenia pokazują jak wielka część owoców wzrostu gospodarczego z ostatnich lat w ogóle nie trafiła do portfeli zwykłych Polaków. Ona jest bowiem najzwyczajniej w świecie drenowana poza granice naszego kraju przez firmy, których siedziby znajdują się w Berlinie, Paryżu czy Londynie. 

 

Polska wciąż jest traktowana jako kapitałowa pożywka dla bogatszych i bardziej rozwiniętych państw na Zachodzie. Drenaż pracowniczego kapitału trwa w najlepsze i - póki co - nie mamy szans na otrzymywanie płac adekwatnych do naszej rzeczywistej produktywności.

 

Źródło: Nominal labour productivity per person employed (eurostat)
Źródło: Labour costs per hour in EUR, 2004-2015 whole economy excluding agriculture and public administration (eurostat)

wpis z dnia 9/09/2016

   


  

     Orban: Media, banki, energia i handel detaliczny - w tych obszarach kapitał narodowy musi stanowić większość
wpis z dnia 8/09/2016

 

Premier Węgier Viktor Orban na Forum Ekonomicznym w Krynicy stwierdził, że aby korzyści z rozwoju gospodarczego mogły realnie wpłynąć na życie zwykłych ludzi kapitał narodowy musi stanowić większość w czterech obszarach gospodarki: w mediach, bankowości, produkcji energii oraz handlu detalicznym. Jest to warunek konieczny, bez którego nie uda się osiągnąć stabilizacji i trwałego dobrobytu. I właśnie dlatego zachodnioeuropejscy piewcy neokolonialnego liberalizmu tak bardzo nienawidzą Orbana...

Trudno nie zgodzić się ze słowami Viktora Orbana. Tym bardziej, gdy spojrzymy na rozwinięte gospodarki zachodnie. Takie sektory jak media, bankowość, energetyka czy handel detaliczny są tam kontrolowane przez rodzimy kapitał. Dla przykładu - weźmy na tapetę sektor bankowy. Udział banków zagranicznych wśród 10 największych banków we Francji wynosi 5 proc. W Niemczech jest równie niewielki, bo 8 procentowy. W Wielkiej Brytanii udział ten również stanowi zdecydowaną mniejszość, gdyż wynosi on 15 proc. Tymczasem w Polsce to wciąż ponad 60 proc.!

Wymieniane przez Orbana sektory gospodarki przynoszą gigantyczne zyski. Jeśli są one kontrolowane przez podmioty zagraniczne, to generowane przez nie zyski, zamiast być inwestowane lokalnie, są eksportowane poza granice do central spółek-matek mających swe siedziby w Berlinie, Londynie czy Paryżu. W ten sposób gospodarki krajów rozwijających się wspierają gospodarki już rozwinięte. Transfer kapitału jest naprawdę olbrzymi. W skali kraju takiego jak Polska mówimy o kwotach stanowiących równowartość od kilku do kilkunastu miliardów euro rocznie. 

I właśnie dlatego Orban ma racje. Media, banki, energia i handel detaliczny muszą być w rękach kapitału narodowego (co wcale nie oznacza państwowego!). Tylko wówczas korzyści z rozwoju gospodarczego i wzrostu PKB będą znacznie bardziej odczuwalne przez zwykłych ludzi. Takie nazywanie rzeczy po imieniu tłumaczy również dlaczego zachodnioeuropejscy piewcy neokolonialnego liberalizmu tak bardzo nienawidzą obecnego premiera Węgier. On po prostu mówi prawdę, która dla wielu jest bardzo niewygodna.  

wpis z dnia 8/09/2016

   


  

     Statystyczny Polak w trakcie swojego życia przekaże do ZUS ok. 276 tys. zł. Jako emeryturę ZUS zdąży mu wypłacić jedynie 92 tys. zł. Gdzie jest reszta?
wpis z dnia 7/09/2016

 

Jeśli statystyczny mężczyzna przez całe swoje zawodowe życie (tj. od 25-go do 67-go roku życia) będzie zarabiał średnią krajową (4000 zł brutto), to do ZUS-u odprowadzi łącznie ok. 276 tys. zł z tytułu składek emerytalnych. Jeśli umrze w wieku 73 lat (średnia długość życia mężczyzn w Polsce), to - zgodnie ze wzorem wyliczania wysokości emerytury kapitałowej - ZUS zdąży mu wypłacić w comiesięcznych świadczeniach zaledwie... 92 tys. zł! Pytanie - gdzie podzieje się reszta pieniędzy?

Na początek trochę historii - 21 listopada 2008 r. ekipa Tuska uchwaliła w Sejmie nowelizację ustawy o emeryturach i rentach, która wprowadziła w życie tzw. kapitałową formułę obliczania świadczeń emerytalnych z ZUS (zamiast solidarnościowej). Od tego czasu wysokość wypłacanej emerytury ma zależeć od ilości zgromadzonego - za pośrednictwem składek emerytalnych - kapitału, według następującego wzoru:

 

Całkowita kwota zebranego kapitału : 216 = 

miesięczna kwota brutto emerytury

 

Dlaczego całkowitą kwotę zebranego kapitału dzielimy przez 216? Otóż ekipa Tuska przyjęła, że przeciętny polski emeryt na emeryturze przeżyje 216 miesięcy, tj. 18 lat.

Wyliczenie, które prezentuje poniżej ma charakter zupełnie uproszczony (ceny stałe, bez inflacji, kwota kapitałowa bez waloryzacji wynikającej z inwestycji OFE itp.), ale ukazuje potencjalną skalę problemu z "kapitałowym" systemem emerytalnym w Polsce.


Jeżeli statystyczny polski mężczyzna rozpocznie swoją zawodową karierę w wieku 25 lat i będzie nieprzerwanie pracował aż do osiągnięcia wieku emerytalnego (tj. 67-go roku życia) otrzymując przy tym co miesiąc jako pensję 4000 zł brutto (okolice średniej krajowej), to przyjmując - dla uproszczenia - ceny stałe i brak inflacji, uda mu się przekazać do ZUS kwotę ok. 276 tys. zł (składka emerytalna do ZUS przy wypłacie 4000 zł brutto jest równa ok. 550 zł; jeśli przemnożymy ją przez ilość miesięcy w okresie zawodowej kariery wspomnianego statystycznego mężczyzny [504 miesiące], to wyjdzie nam kwota ok. 276 tys. zł).

Jeśli uznamy, że nasz statystyczny mężczyzna umrze w wieku 73 lat, czyli osiągnie średnią długość życia mężczyzny w Polsce, to na emeryturze spędzi raptem 6 lat. W ciągu tych 6 lat ZUS zdąży mu wypłacić w comiesięcznych świadczeniach emerytalnych ok. 92 tys. zł (kwotę zebranego kapitału [276 tys. zł] dzielimy przez 216 = miesięczne świadczenie będzie równe ok. 1,27 tys. zł; jeśli będzie ono wypłacane co miesiąc przez 6 lat, to da nam łączną kwotę 92,0 tys. zł). 

Pytanie - gdzie podzieje się reszta wpłaconych w ciągu zawodowego życia pieniędzy?

Tak jak napisałem powyżej - wyliczenie ma charakter skrajnie uproszczony (ceny stałe, bez inflacji, kwota kapitałowa bez waloryzacji wynikającej z inwestycji OFE itp.) i nie uwzględnia tego, że przeciętna długość życia mężczyzn w Polsce może się wkrótce wydłużyć (np. z 73 do - powiedzmy - 75 czy nawet 77 lat). Nie mniej uważam, że pokazuje ono wyraźnie ryzyko związane z "kapitałowym" systemem emerytalnym. W ciągu życia można bowiem odłożyć całkiem sporą kwotę, którą następnie nie zdąży się spożytkować, gdyż okres liczony od momentu przejścia na emeryturę aż do śmierci będzie zbyt krótki.

wpis z dnia 7/09/2016

    


  

     TK: Sędzia, który złoży fałszywe oświadczenie lustracyjne, musi być chroniony immunitetem! Czyli: Sami o sobie, że są nietykalni?
wpis z dnia 6/09/2016

 

W kontekście ostatniego zjazdu sędziów, gdzie usłyszeć mogliśmy, że środowisko to nie jest żadną "kastą", ani "grupą kolesi", warto przypomnieć ubiegłoroczne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego dotyczące lustracji sędziów. Otóż TK stwierdził, że sędzia, który świadomie złożył fałszywe oświadczenie lustracyjne musi być... chroniony immunitetem, a o jego uchyleniu decydują inni sędziowie! Czy kłamcom, kapusiom i współpracownikom SB w togach rzeczywiście włos z głowy spaść nie może?

Do debaty jaka toczy się w zakresie oceny wymiaru sprawiedliwości w III RP, warto dorzucić i ten "kamyczek" - orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego na temat odpowiedzialności sędziów, którzy dopuścili się lustracyjnego kłamstwa. Otóż szacowny skład TK pod przewodnictwem Piotra Tulei orzekł 2 kwietnia 2015 r., iż sędzia, który świadomie złożył fałszywe oświadczenie lustracyjne musi być chroniony immunitetem, a o jego uchyleniu decydują inni sędziowie. 

Jak TK uzasadnił swoje rozstrzygnięcie? Uznano, że potrzeba lustracji sędziów winna być "zrównoważona odpowiednimi gwarancjami służącymi bezpieczeństwu sędziego i wymiaru sprawiedliwości".

Jak w świetle powyższego nie mówić, że mamy do czynienia z układem, ze zorganizowaną grupą, która w majestacie prawa własne interesy przedkłada nad interes społeczeństwa? Czy kłamcom, kapusiom i współpracownikom SB w togach rzeczywiście włos z głowy spaść nie może? Jak to się ma do zapewnień sędziowskiego środowiska, które w ostatni weekend apelowało, aby nie nazywać ich żadną grupą interesów czy kolesi? Przecież cytowane powyżej orzeczenie TK jest klasycznym przykładem tego, jak "swoi wspierają swoich"...

Adam Strzembosz, były prezes Sądu Najwyższego (który również był obecny na weekendowym zjeździe sędziów), powiedział kiedyś, że "środowisko sędziów oczyści się samo" (bez lustracji i dekomunizacji). Jak się oczyściło widzimy teraz, po upływie ponad ćwierćwiecza trwania III RP...

 

Źródło: Postępowanie lustracyjne a immunitet sędziowski (Trybunal.gov.pl)

 

wpis z dnia 6/09/2016

   


  

     Rząd Szydło przestał stosować naczelny trik księgowy Rostowskiego, dzięki któremu PO ukryła ponad 45 mld zł deficytu!
wpis z dnia 5/09/2016

 

Dlaczego deficyt budżetowy w przyszłym roku ma osiągnąć rekordowy poziom ok. 60 mld zł? Okazuje się, że rząd PiS przestał stosować naczelny trik księgowy wymyślony przez Jana Vincenta Rostowskiego polegający na przekazywaniu do ZUS tzw. "pożyczek" (zamiast dotacji), które w papierach księgowych nie są traktowane jako wydatki (jak jest w przypadku dotacji), ale jako rozchód formalnie nie mający wpływu na deficyt. Na przestrzeni kilku lat ekipie PO udało się w ten sposób ukryć ponad 45 mld zł deficytu!

Przypomnijmy - od kiedy ekipa Platformy Obywatelskiej i PSL zaczęła demolować nasze państwo gigantycznym deficytem budżetowym (w 2009 roku sięgnął on 7,5 proc. PKB, by rok później wynieść rekordowe 7,8 proc. PKB), Jan Vincet Rostowski zaczął intensywnie myśleć nad trikami i sztuczkami księgowymi, które na papierze mogłyby ten deficyt zmniejszyć. W ten sposób narodził się pomysł udzielania z budżetu państwa dla ZUS "pożyczek" (na wypłatę bieżących emerytur), zamiast dotychczasowych dotacji. Różnica polegała na tym, że pieniądze przekazywane do ZUS jako "pożyczki" w bilansach księgowych przedstawianych unijnym kontrolerom nie są traktowane jako wydatki (tak jak w przypadku standardowych dotacji), lecz jako rozchód formalnie nie mający wpływu na deficyt. 

W ten oto sposób na przestrzeni kilku lat ekipie Platformy i PSL udało się ukryć deficyt w wysokości 45,3 mld złotych. Najgorszy był pod tym względem rok 2013, kiedy rząd Tuska "pożyczył" Funduszowi Ubezpieczeń Społecznych aż 12 mld zł. Oczywiście ani jedna złotówka z tych "pożyczonych" pieniędzy nie została przez ZUS zwrócona po dziś dzień. Były to bowiem w istocie klasyczne dotacje, które na papierze nazwano "pożyczkami", aby ukryć przez społeczeństwem i kontrolerami z Brukseli rzeczywistą wysokość deficytu budżetowego. Takie oto triki księgowe stosowała ekipa Tuska. Rząd Szydło odszedł od tej praktyki. Zero ściemy w tej kwestii powoduje, że nominalny deficyt budżetowy w 2017 roku nagle urośnie o 5-7 mld zł (tyle średniorocznie poprzednia ekipa rządowa "pożyczała" ZUS-owi) i osiągnie najwyższy w historii poziom ok. 60 mld zł.

 

Źródło: ZUS pożycza, ale nie oddaje (biznes.onet.pl)
Źródło: Powiększa się deficyt w budżecie ZUS (RF.gov.pl)

wpis z dnia 5/09/2016

   


  

     Brunatne Niemcy. Nasz sąsiad do światowy lider wydobycia węgla brunatnego. Ale o tym jakoś cisza, bo temat dla nich niewygodny
wpis z dnia 3/09/2016

 

Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że Niemcy to światowy lider wydobycia węgla brunatnego. Produkują go więcej niż USA z Chinami razem wzięte, a używają do opalania własnych elektrowni, z których aż cztery wchodzą w skład listy TOP-5 najbardziej trujących elektrowni w Europie. Pomimo tego statystyczny Niemiec nadal sądzie, że to Polska spala za dużo węgla i emituje przy tym do atmosfery zbyt wiele gazów cieplarnianych. 

Z danych Europejskiego Stowarzyszenia Węgla Kamiennego i Brunatnego wynika jednoznacznie, że to Niemcy dominują w wydobyciu węgla brunatnego - zarówno w Europie, jak i na świecie. W 2012 roku wydobyły go aż 185,4 mln ton. W tym czasie Polska wydobyła 64,2 mln ton tegoż surowca.

Po co naszym zachodnim sąsiadom takie ilości węgla brunatnego? Odpowiedź jest prosta - Niemcy posiadają na swoim terytorium mnóstwo elektrowni opalanych tym surowcem. Co więcej - sporo z nich należy do czołówki największych europejskich "trucicieli". Aż cztery z nich (Neurath, Niederaußem, Weisweiler oraz Janschwalde) wchodzą w skład listy TOP-5 największych emitentów CO2 w UE. 

Warto wspomnieć, że od 2008 r. nasz zachodni sąsiad zbudował pięć nowych elektrowni opalanych węglem o łącznej mocy ok. 4,3 tys. MW, a do 2018 r. zamierza wybudować kolejne o łącznej mocy 6,6 tys. MW. W tym kontekście niezwykle ciekawie wygląda historia budowy jednej (podkreślam - jednej!) elektrowni węglowej w Gubinie na południu graniczącego z Niemcami województwa lubuskiego. Jej budowa (wraz z nową odkrywkową kopalnią węgla brunatnego) miała się zakończyć ok. 2025 roku. Niemal natychmiast po ogłoszeniu przez polski rząd planów budowy kopalni i elektrowni (2014 rok) przedstawiciele niemieckich gmin przygranicznych zaczęli ostro protestować zalewając polskie urzędy setkami pism i odwołań. Ich protesty (wsparte przez organizacje ekologiczne) były na tyle skuteczne, że Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska w Gorzowie zawiesiła postępowanie w sprawie wydania decyzji o środowiskowych uwarunkowaniach dla planowanej kopalni, co w praktyce oznaczało zawieszenie całego projektu. 

Co ciekawe - ekologom oraz naszym zachodnim sąsiadom nie przeszkadzało, że w oddalonej od Gubina o około 20 kilometrów niemieckiej miejscowości Janschwalde, tuż przy granicy z Polską, funkcjonuje jedna z największych na świecie siłowni węglowych (wchodzi w skład wspominanej powyżej listy TOP-5), która opalana jest węglem brunatnym wydobywanym z okalających ją kopalni odkrywkowych.

 

Źródło: 44,5% udział Niemiec w wydobyciu w. brunatnego w Europie (Twitter.com)
Źródło: Niemieckie elektrownie węglowe są najbrudniejsze w Europie (BiznesAlert.pl)
Źródło: W Niemczech węgiel brunatny wraca w wielkim stylu (Wnp.pl)

wpis z dnia 3/09/2016

   


  

     Program 500+ rozniósł w pył firmy lichwiarskie żerujące na biedzie i ludzkim nieszczęściu
wpis z dnia 2/09/2016

 

Program 500+ można różnie oceniać. Jednym z jego niewątpliwie pozytywnych aspektów jest twarde uderzenie w rynek firm pożyczkowych, które swoją ofertę kierowały do uboższych ludzi proponując im różnego rodzaju "chwilówki" na lichwiarskie oprocentowanie sięgające nieraz 1500-2000% (RRSO). Tylko w II kwartale tego roku działalność musiało zakończyło aż 21 tego typu podmiotów. I to jest dobra informacja.

Oficjalnie lichwa w naszym kraju jest zakazana. W praktyce jednak firmy pożyczkowe, które wyspecjalizowały się w udzielaniu różnego rodzaju "chwilówek" i kredytów na dowód, znalazły kilkanaście sposobów, aby omijać antylichwiarskie przepisy (m.in. poprzez stosowanie różnego rodzaju opłat manipulacyjnych czy prowizji, które windowały RRSO, czyli rzeczywistą roczną stopę oprocentowania do poziomu sięgającego nieraz 1500-2000 proc. w skali roku).

Jeszcze do niedawna Polska była prawdziwym eldorado dla tego typu podmiotów. Co ciekawe - nawet Bank Światowy wspierał ekspansję firm pożyczkowych w Polsce. Niemiecki Kreditech pozyskał od wspomnianego Banku aż 11 milionów USD w celu sfinansowania działalności na "rynkach wschodzących" (w tym i w Polsce), która polegała na udzielaniu drogich pożyczek biedniejszym warstwom społecznym nie mającym szans na kredyt w normalnym banku.

Wszystko się zmieniło po wejściu w życie programu 500+. Aż 13 proc. beneficjentów programu przyznało, że dzięki niemu nie muszą już korzystać z usług firm oferujących drogich pożyczek. Te 13 proc. to w rzeczywistości około 150 - 175 tys. rodzin, które do tej pory musiały zdobywać pieniądze na podstawowe potrzeby egzystencjalne za pośrednictwem wspomnianych firm. Skutek był taki, że tylko w II kwartale br. aż 21 tego typu podmiotów musiało zakończyć działalność z powodu braku chętnych do korzystania z ich usług.

I to jest niewątpliwie dobra informacja.

 

Źródło: 500+ idzie na żywność, ale i oszczędności (Rp.pl)

Źródło: Obecny w Polsce niemiecki start-up Kreditech pozyskał 11 mln USD na ekspansję (wyborcza.biz)

  

wpis z dnia 2/09/2016

    


  

     Pod względem innowacyjności jesteśmy w połowie między Rumunią a Węgrami. To efekt wydawania publicznej kasy m.in. na strony z... horoskopami dla psów
wpis z dnia 1/09/2016

 

Oficjalne statystyki mówią, że roczne przychody z sprzedaży produktów high-tech powstających w naszym kraju to zaledwie 12,4 mld euro. Zaledwie, bowiem w sąsiednich Niemczech wynoszą one 113,5 mld euro. W znacznie mniejszej Irlandii to 43,9 mld euro. Nawet Czechy czy Węgry osiągają z tego tytułu większe przychody (odpowiednio 13,2 oraz 16,3 mld euro). W unijnym rankingu innowacyjności jesteśmy niemal na samym dnie, wyprzedzając jedynie Rumunię i Bułgarię. 

Ktoś mądry kiedyś słusznie zauważył, że budową nowego chodnika czy osiedlowego boiska nie zwiększy się innowacyjności. Inwestycje tego rodzaju, owszem, służą wygodzie czy poprawie komfortu życia, jednak nie mają żadnego wpływu na powstanie silnego państwa opartego na dobrze rozwiniętej, innowacyjnej gospodarce. Ale uwaga - nawet gdy państwowe czy unijne pieniądze idą na branżę IT, to nie zawsze poprawią one współczynniki innowacyjności. Tak było na przykład w latach 2012 - 2014, kiedy w ramach "Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka" wspierano z pieniędzy podatników stworzenie platformy internetowej, której celem było dostarczanie użytkownikom internetu... prognozy życia ich zwierząt domowych. Łączne dofinansowanie na ten cel wyniosło 467,5 tys. zł! Strona z horoskopami dla psów istniała przez kilka miesięcy, po czym została zlikwidowana.

Oficjalne statystyki są dla naszego kraju bezlitosne - w 2014 roku przychody z sprzedaży produktów high-tech powstających w Polsce wyniosły zaledwie 12,4 mld euro. Zaledwie, bowiem w sąsiednich Niemczech osiągnęły one wartość 113,5 mld euro. W znacznie mniejszej Irlandii była to kwota 43,9 mld euro. Co gorsze - nawet w regionie nie mieliśmy się czym pochwalić, bowiem mające o wiele mniejszy potencjał ludnościowy Czechy czy Węgry również osiągały większe przychody z tego tytułu niż Polska. Odpowiednio były to kwoty 13,2 oraz 16,3 mld euro.

To, że nakłady na innowacje w latach rządów PO-PSL były dramatycznie niskie nie oznacza, że tak samo musi być teraz. Przypomnijmy, że zgodnie z danymi Eurostatu na badania, rozwój i innowacje nasz kraj przeznaczał do tej pory ok. 0,9 proc. PKB. Dla porównania - Finlandia przeznacza na ten cel 3,4 proc. swojego PKB, Szwecja - 3,2 proc. PKB, natomiast średnia dla UE wynosi niemal 2,0 proc. PKB. Jedno jest pewne - tylko innowacyjna gospodarka (a nie niskie płace czy zwolnienia podatkowe dla korporacji z zagranicy) może w dłuższej perspektywie zapewnić nam konkurencyjność i dalszy rozwój. Czy tzw. plan Morawieckiego, który zakłada, że do 2020 roku nakłady na inwestycje powinny wzrosnąć do 2 proc., może nam to zapewnić uwzględniając fakt, że nie mamy już czasu na nieudane eksperymenty?

 

Źródło: Innovation Union Scoreboard 2015 (ec.europa.eu)
Źródło: Co wymyśli chodnik, czyli polska atrapa rozwoju (Wyborcza.pl)
Źródło: Polska słabo w rankingu innowacyjności - przed nami 26 państw UE (Biznes.pl)
Źródło: Plan Morawieckiego skłoni firmy do inwestycji w innowacje (BiznesAlert.pl)

Źródło: Poziom innowacyjności w UE z podziałem na regiony (Twitter.com)

wpis z dnia 1/09/2016