Archiwum: Listopad 2016

 

     Nikt w Europie nie produkuje tyle ustaw co Polska! Jeśli dynamika się utrzyma, to w tym roku wejdzie w życie aż 32 tys. stron nowych aktów prawnych
wpis z dnia 30/11/2016

 

W III kwartale br. w Polsce weszło w życie łącznie 7,8 tys. stron maszynopisów nowego prawa (ustawy i rozporządzenia). Szacunki firmy doradczej Grant Thornton wskazują, że jeśli w IV kwartale utrzyma się dotychczasowa dynamika publikowania nowych aktów prawnych (+6,6 proc. r/r), to do końca roku wejdzie w życie niemal 32 tys. stron nowego prawa! Rzeczywistość prawna nigdzie w Europie nie jest tak zmienna i nieprzewidywalna jak w naszym kraju...

Firma audytorsko-doradcza Grant Thornton zbadała ile nowego prawa tworzą poszczególne państwa należące do Unii Europejskiej. Wnioski dla naszego kraju są zatrważające. Okazuje się, że w latach 2012-2014 Polska produkowała najwięcej nowych aktów prawnych (ustaw, rozporządzeń czy innych prawnych jednostek redakcyjnych o zasięgu ogólnokrajowym) ze wszystkich państw należących do UE. Średnio w roku nasi legislatorzy produkowali prawie 56-krotnie więcej przepisów niż najbardziej pod tym względem stabilna Szwecja, 11-krotnie więcej niż plasująca się gdzieś pośrodku europejskiej stawki Litwa i 2-krotnie więcej niż Węgry, czyli kraj gdzie nowego prawa co roku produkuje się już całkiem sporo. W praktyce oznacza to, że tzw. rzeczywistość prawna dla obywateli i przedsiębiorców nigdzie w Europie nie była tak chwiejna i nieprzewidywalna jak w Polsce.

W 2015 roku weszło w życie 29,8 tys. stron maszynopisu nowych ustaw, rozporządzeń czy innych aktów prawnych o zasięgu ogólnokrajowym. Tak gigantyczna liczba stron nowego prawa to jego klasyczna nadprodukcja, mogąca być dla gospodarki czynnikiem hamującym. Warto bowiem zauważyć, że aby być na bieżąco ze zmianami w prawie, statystyczny przedsiębiorca musiałby na czytanie nowych aktów prawnych, jakie opublikowano na przestrzeni ubiegłego roku, poświęcać 3 godz. 59 min każdego dnia roboczego! 

Niestety, wiele wskazuje na to, że obecny rok może być pod tym względem jeszcze gorszy. Zdaniem Grant Thornton jeśli w IV kwartale utrzyma się dotychczasowa dynamika publikowania nowych aktów prawnych (I - III kw.: +6,6 proc. r/r), to do końca roku wejdzie w życie niemal 32 tys. stron nowego prawa!

 

Źródło: barometrprawa.pl

wpis z dnia 30/11/2016

    


   

     Media podniecają się Glińskim i kwotą wolną dla wybranych tymczasem rząd przyjmuje kontrowersyjny projekt ustawy o GMO
wpis z dnia 29/11/2016

 

W cieniu ostrej nawalanki politycznej, która skupia uwagę większości opinii publicznej, łatwiej jest przeforsować kontrowersyjne projekty ustaw. W tym kontekście warto wspomnieć o zaakceptowanym właśnie przez Radę Ministrów projekcie zmian do ustawy o GMO. Zgodnie z przyjętymi propozycjami Polska ma być "krajem wolnym od upraw genetycznie modyfikowanych". Problem w tym, że do projektu dodano również art. 49a ust. 2, zgodnie z którym na terytorium RP możliwe będzie "tworzenie stref do prowadzenia upraw GMO".

Zgodnie z tym, co możemy przeczytać na stronie Premier.gov.pl - rozwiązania wprowadzone ustawą o zmianie ustawy o mikroorganizmach i organizmach genetycznie zmodyfikowanych zapewnią, że Polska nadal będzie wolna od upraw genetycznie modyfikowanych organizmów (GMO). W istocie - w projekcie znalazł się art. Art. 49a. ust 1., który brzmi w sposób następujący:

 

"Ustanawia się terytorium Rzeczypospolitej Polskiej strefą wolną od GMO".

 

Problem w tym, że do powyższego zdania dopisano: "z zastrzeżeniem ust. 2". Jak brzmi wspomniany ustęp 2? Oto jego treść:

 

"Uprawę GMO prowadzi się wyłącznie na gruntach rolnych w strefie wskazanej do jej prowadzenia na określonym obszarze, zwanej dalej >> strefą wskazaną do prowadzenia upraw GMO <<"

 

Wygląda więc na to, że terytorium Rzeczypospolitej Polskiej wcale nie będzie strefą wolną od upraw genetycznie modyfikowanych. Rozwiązanie przewidziane artykułem 49a ust. 2 daje zbyt szeroki wentyl dla prowadzenia upraw GMO. Nawet, gdyby intencją twórców tego projektu było umożliwienie upraw GMO dla potrzeb leczniczych (np. do produkcji insuliny potrzebne są uprawy GMO), to wskazany powyżej ust. 2 (oraz kolejne - regulujące kwestie pozwoleń i dopuszczeń do obrotu) daje zbyt duże pole do "kreatywnego działania" i przeczy idei ust. 1, zgodnie z którym terytorium Polski ma być "strefą wolną od GMO".

Warto odnotować, że twórcą projektu jest minister środowiska prof. Jan Szyszko, który wcześniej słynął z tego, że był przeciwnikiem upraw GMO. Ciekawe, co się stało, że w przyjętym właśnie przez Radę Ministrów projekcie zmian do ustawy o mikroorganizmach i organizmach genetycznie zmodyfikowanych postanowił zostawić otwartą aż tak szeroką furtkę dla GMO?

 

Źródło: Ustawa o zmianie ustawy o mikroorganizmach i organizmach genetycznie zmodyfikowanych oraz niektórych innych ustaw (Legislacja.rcl.gov.pl)
Źródło: Projekt ustawy o zmianie ustawy o mikroorganizmach i organizmach genetycznie zmodyfikowanych (legislacja.rcl.gov.pl)

wpis z dnia 29/11/2016

   


  

     Na 3 dni przed wyborami Borys Budka podniósł minimalne stawki wynagrodzeń adwokatom i radcom aż o 100%! Czy tak się dba o przychylność prawniczego środowiska?
wpis z dnia 28/11/2016

 

Grono adwokackie i radcowskie w Polsce musi być bardzo wdzięczne poprzedniej władzy, która w sposób wyjątkowy zadbała o ich finansowe interesy. Przypomnijmy, że Borys Budka - minister sprawiedliwości w rządzie Ewy Kopacz - na trzy dni przed przegranymi wyborami parlamentarnymi podwyższył aż o 100 proc. minimalne stawki wynagrodzeń, jakich mogą się domagać od swoich klientów adwokaci i radcowie prawni. Warto to przypomnieć bowiem nie często zdarza się, że cena jakiejś usługi z dnia na dzień rośnie aż o 100 proc...

Borys Budka - minister sprawiedliwości w rządzie Ewy Kopacz - tuż przed wyborami parlamentarnymi, po których PO-PSL oddały władzę PiS, podpisał dwa rozporządzenia: (1) w sprawie opłat za czynności adwokackie oraz (2) w sprawie opłat za czynności radców prawnych. W obu przypadkach rozporządzenia te zmieniły narzucane prawem minimalne stawki wynagrodzenia, jakie adwokaci i radcowie mogą żądać od swoich klientów. Nie byłoby w tym może nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że wzrost minimalnych stawek wynagrodzeń został ustalony przez ministra Budkę aż 100 proc. w porównaniu do poprzednio ustanowionych stawek.

W ten sposób od początku 2016 roku obowiązują następujące stawki minimalne wyliczane wg wartości przedmiotu sporu (WPS):

1) WPS do 500 zł: 120 zł (wcześniej było 60 zł);
2) WPS od 500 zł do 1500 zł: 360 zł (wcześniej 180 zł);
3) WPS od 1500 zł do 5000 zł: 1200 zł (wcześniej 600 zł);
4) WPS od 5000 zł do 10000 zł: 2400 zł (wcześniej 1200 zł);
5) WPS od 10000 zł do 50000 zł: 4800 zł (wcześniej 2400 zł);
6) WPS od 50000 zł do 200000 zł: 7200 zł (wcześniej 3600 zł);
7) WPS pow. 200000 zł: 14400 zł (wcześniej 7200 zł).

Powstaje pytanie - co skłoniło ministra Budkę do tak wielkiej podwyżki adwokackich i radcowskich wynagrodzeń? Dlaczego zrobił to dokładnie na 3 dni przed przegranymi wyborami? Czy decyzję tą można interpretować jako element dbania o przychylność prawniczego środowiska?

 

Źródło: Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości z dnia 22 października 2015 r. w sprawie opłat za czynności adwokackie (Sejm.gov.pl)
Źródło: Rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości z dnia 22 października 2015 r. w sprawie opłat za czynności radców prawnych (Sejm.gov.pl) 

wpis z dnia 28/11/2016

    


 

     Panie Juncker - zamiast ciepło wspominać Fidela lepiej wyjaśnij dlaczego Luksemburg stał się wylęgarnią podatkowych przekrętów, kiedy byłeś jego premierem?
wpis z dnia 27/11/2016

 

Wygląda na to, że na stare lata Junckerowi nadmiar mocnych alkoholi musiał ostro uderzyć do głowy. No bo jak inaczej wytłumaczyć to, że najpierw krytykuje stan demokracji w Polsce oraz na Węgrzech, a następnie ciepło wspomina komunistycznego zbrodniarza i dyktatora, który swoim obywatelom zabrał wszelkie wolności i prawa obywatelskie? Paradoks? - Nie w przypadku obecnego lidera Unii Europejskiej. Może lepiej, aby wyjaśnił dlaczego Luksemburg stał się wylęgarnią podatkowych przekrętów, kiedy był on jego premierem?

Oto, co szef Komisji Europejskiej napisał wczoraj tuż po tym, jak ogłoszono, iż Fidel Castro nie żyje:

 

With the death of Fidel Castro, the world has lost a man who was a hero for many.

 

Zamiast ciepło wspominać Fidela lepiej by było, gdyby Juncker wyjaśnił dlaczego, kiedy był premierem Luksemburga, jego kraj stał się prawdziwą wylęgarnią dla nielegalnych optymalizacji podatkowych?

Przypomnijmy zatem dla niezorientowanych - Jean-Claude Juncker był premierem Luksemburga od stycznia 1995 r. do grudnia 2013 r. Zgodnie z wynikami międzynarodowego śledztwa dziennikarskiego przeprowadzonego przez amerykański ośrodek "International Consortium of Investigative Journalists" we współpracy m.in. z brytyjskim "The Guardian", niemieckim "Süddeutsche Zeitung" oraz irlandzkim "The Irish Times" - w latach kiedy Juncker był premierem Luksemburga rząd tego państwa podpisał z globalnymi korporacjami około 340 specjalnych umów podatkowych, które w istocie zwalniały je z obowiązków podatkowych w innych państwach. W ten sposób cierpiały przychody budżetowe państw, gdzie wspomniane korporacje prowadziły działalność zarobkową (np. w Polsce).

Cała sprawa nie wyszłaby na jaw, gdyby nie dwójka byłych pracowników PwC - jednej z największych firm doradczych na świecie. Antoine Deltour i Raphael Halet w 2014 roku zdecydowali się ujawnić szczegóły przękrętu, do jakiego doszło między Luksemburgiem, a międzynarodowymi korporacjami (były wśród nich tacy giganci jak Apple, IKEA, Pepsi, Starbucks czy Fiat). Okazało się, że decyzja wspomnianych pracowników PwC była dla nich błędem. W nieco ponad dwa lata od momentu, kiedy ujawnili oni poufne dokumenty nt. tajnych umów między Luksemburgiem a międzynarodowymi korporacjami, zostali bowiem skazani przez luksemburski sąd na karę więzienia w zawieszeniu. Powód? - Ujawnienie dokumentów, które potwierdziły aferę (sic!)...

 

Jakiejkolwiek kary uniknęli za to główni pomysłodawcy i realizatorzy podatkowego przekrętu. Co ciekawe - tuż przed ujawnieniem afery LuxLeaks Jean-Claude Juncker - tak samo jak Tusk w Polsce - "uciekł" na posadę do Brukseli. W 2014 roku został on szefem Komisji Europejskiej...

 

Źródło: JunckerEU (Twitter.com)
Źródło: LuxLeaks scandal: Luxembourg tax whistleblowers convicted (BBC.com)

wpis z dnia 27/11/2016

   


   

     Szwecja ma 22 tys. żołnierzy obrony terytorialnej. Malutka Dania - aż 55 tys.! Dlaczego opozycja robi wszystko, aby nie powołać takich wojsk w Polsce?
wpis z dnia 25/11/2016

 

Obrona terytorialna funkcjonuje w wielu różnych państwach Europy. Najsilniejsze struktury ma ona w krajach skandynawskich (w Danii liczy 55 tys. ochotników, w Szwecji - 22 tys.). Wraz z organizacjami paramilitarnymi może stanowić niezwykle cenny komponent wsparcia dla zawodowych armii w sytuacji zagrożenia. W tym kontekście zupełnie niezrozumiałe wydaje się być zachowanie przedstawicieli "totalnej opozycji", którzy jednoznacznie sprzeciwiają się powołaniu takich wojsk w Polsce. Jakimi intencjami oni się kierują? 

Warto odnotować, że malutkiej Danii regularne wojska liczą 25 tys. żołnierzy zawodowych. W razie zagrożenia otrzymują one jednak natychmiastową pomoc wojsk obrony terytorialnej liczących ok. 55 tys. ochotników. Wzorem w zakresie organizacji obrony terytorialnej może być Szwecja. Ochotnicze komórki Gwardii Domowej (Hemvarnet) są obecne w każdej szwedzkiej gminie. Razem liczą one 22 tys. ochotników. Szacuje się jednak, że w liczącej 9 mln mieszkańców Szwecji różnego rodzaju organizacje paramilitarne i strzeleckie skupiają łącznie aż 600 tys. osób. Nie gorzej pod tym względem jest w liczącej pięć milionów mieszkańców Finlandii. Regularne siły zbrojne składają się tam z 60 tys. żołnierzy zawodowych, których - w razie potrzeby - może wspierać aż 230 tys. ochotników organizacji proobronnych i wojsk obrony terytorialnej. 

Koncepcję powołania w Polsce wojsk obrony terytorialnej o sile 35 tys. żołnierzy-ochotników, którzy będą ulokowani w każdym powiecie naszego kraju, należy traktować zupełnie pozytywnie. Warto bowiem zdać sobie sprawę, że nasza zawodowa armia, oparta na dobrze wyposażonych, ale dość nielicznych wojskach operacyjnych, nie jest zdolna do obrony terytorium całego kraju. Tę "lukę" doskonale mogą wypełnić wspomniane formacje obrony terytorialnej. 

 

W tym kontekście zupełnie nieracjonalne wydaje się być zachowanie opozycji (Platforma / Nowoczesna), która na wieść o obronie terytorialnej dostaje małpiego rozumu, twierdząc, że Macierewicz będzie używał tych wojsk "do tłumienia demonstracji KOD" (sic!). 

 

Powstaje pytanie o rzeczywiste intencje przedstawicieli "totalnej opozycji". Czy ich sprzeciw wynika tylko z tego, że pomysł powołania tych wojsk wywodzi się z PiS, czy dlatego, że ktoś z zewnątrz nakazał im taką postawę?

 

Źródło: Home Guard (Wikipedia)
Źródło: Duńskie Siły Zbrojne (Wikipedia)
Źródło: PiS i Kukiz'15 za pracami nad projektem ws. obrony terytorialnej, PO i Nowoczesna - przeciw (Pap.pl)

wpis z dnia 25/11/2016

   


  

     Mafia trafiona? Pierwszy raz od wielu lat spada skala wyłudzeń VAT (o -8 proc.)! Budżet zaoszczędzi 4 miliardy złotych
wpis z dnia 24/11/2016

 

Wszystko wskazuje na to, że działania wymierzone w mafię wyłudzającą VAT w końcu zaczęły przynosić pozytywne efekty. Dzięki wdrożonym działaniom legislacyjnym mającym na celu ograniczanie wyłudzania VAT w Polsce (pakiet paliwowy, jednolity plik kontrolny) oraz zwiększonej skuteczności organów w walce z podatkowymi przestępcami, pierwszy raz od kilku lat zmniejszy się tzw. luka w podatku VAT. Zgodnie z opublikowanym wczoraj raportem firmy konsultingowej PwC - wyłudzenia VAT w 2016 r. spadną o 8 proc., co przyniesie budżetowi dodatkowe 4 miliardy złotych!

Nie należy mieć co do tego żadnych wątpliwości - przestępstwa związane z wyłudzeniami zwrotów podatku VAT to największe finansowe bagno niszczące budżet naszego kraju. Podatkowi oszuści tworzą zorganizowane, wielopoziomowe struktury organizacyjne w różnych państwach, aby poprzez wystawianie fikcyjnych faktur pozorować przepływ towarów między krajami UE. Oczywiście żadnego przepływu towarów nie ma, a zapłata za fikcyjne faktury krąży między rachunkami bankowymi należącymi do tej samej grupy przestępczej. To jednak wystarczy, aby zwrócić się do urzędu skarbowego o zwrot podatku VAT wskazanego na fakturze dokumentującej rzekomy eksport wewnątrzwspólnotowy. Zgodnie z informacjami opublikowanymi przez Najwyższą Izbę Kontroli - w 2014 roku organom skarbowym udało się ujawnić 207 tysięcy fikcyjnych faktur na kwotę 33,7 mld zł. W 2015 roku liczba wykrytych lewych faktur wyniosła już 360,7 tysięcy sztuk (wzrost o 75 proc.), a ich wartość osiągnęła 81,9 mld zł (wzrost o 150 proc.)! Ile fikcyjnych faktur nie zostało jednak ujawnionych?

Rok 2016 może być jednak przełomowy. Zgodnie z raportem firmy doradczej PwC - dzięki wdrożonym działaniom legislacyjnym mającym na celu ograniczanie wyłudzania VAT w Polsce (pakiet paliwowy, jednolity plik kontrolny) oraz zwiększeniu liczby "ukierunkowanych" kontroli podatkowych - pierwszy raz od kilku lat skala wyłudzeń VAT będzie mniejsza niż w roku poprzednim. Tzw. luka podatkowa w VAT (różnica między teoretycznymi wpływami do budżetu państwa z tego podatku a wpływami rzeczywistym) zmniejszy się z 49 mld zł do ok. 45 mld zł.

Warto zauważyć, że wiele rozwiązań w tym zakresie jest jeszcze w trakcie procesu legislacyjnego (np. "duża" nowelizacja VAT). Niewykluczone zatem, że w kolejnych latach luka w VAT będzie się nadal zmniejszać, co budżetowi powinno przynieść kolejnych kilka miliardów złotych oszczędności.

 

Źródło: PwC: Luka podatkowa VAT w Polsce szacowana jest na 45 mld zł w 2016 r. (stooq.pl)

wpis z dnia 24/11/2016

   


  

     2 proc. PKB na armię to jedna wielka ściema? Do wydatków na obronność nasz kraj wlicza również... wojskowe emerytury!
wpis z dnia 23/11/2016

 

Często słyszymy, że jako jedno z nielicznych państw NATO wydajemy 2 proc. PKB na obronność. W 2015 roku tylko 5 krajów formalnie wypełniło to, wynikające z członkostwa w Sojuszu Północnoatlantyckim, zobowiązanie (oprócz Polski były to USA, Wlk. Brytania, Grecja i Estonia). Problem w przypadku naszego kraju polega jednak na tym, że do wydatków na obronność wliczane są również... wojskowe emerytury dla 120 tys. osób! Gdyby nie one, to wydatki na armię spadłyby do poziomu zaledwie ok. 1,7 proc. PKB...!

W budżecie na 2016 rok na obronę narodową zapisano kwotę 35,4 mld zł, co ma odpowiadać mniej więcej 2 procentom polskiego PKB. Można zatem odnieść wrażenie, że minimalny limit wydatków na obronność wymagany przez NATO zostanie spełniony. Nic bardziej mylnego - okazuje się bowiem, że do wydatków na wojsko nasz kraj wlicza również wojskowe emerytury, które otrzymuje ok. 120 tys. osób. Szacuje się, że w skali roku pochłaniają one ok. 5 miliardów złotych. To oznacza, że nasze wydatki na obronność realnie są znacznie niższe niż wspomniane 35,4 mld zł i stanowią ok. 1,7 proc. PKB.

Niestety - mechanizm wliczania wojskowych emerytur do wydatków na obronność funkcjonuje już od dłuższego czasu. Tak też było kiedy krajem rządziła koalicja PO-PSL. Wspominam o tym z premedytacją, bowiem wówczas nominalne wydatki na wojsko były niższe od 2 proc. PKB (szacuje się, że oscylowały między 1,6 a 1,9 proc. PKB). To oznacza, że realne wydatki na armię (bez kwot przeznaczanych na wojskowe emerytury) były jeszcze niższe i wynosiły od 1,3 do maksymalnie 1,6 proc. PKB. 

Co istotne - nic nie wskazuje na to, aby obecna ekipa rządowa porzuciła tę specyficzną "kreatywną księgowość". Wojskowe emerytury nadal bowiem będą wliczane do oficjalnych wydatków na obronność, tak by na arenie międzynarodowej móc się pokazać, jako państwo spełniające sojusznicze zobowiązania. Rzeczywistość będzie jednak z goła odmienna...

 

Źródło: Polska prymusem w NATO? Wynik pudrowany emerytami (Bankier.pl)

wpis z dnia 23/11/2016

   


 

     Kto odpowiada za podwyżki składek OC? Warto wiedzieć, że "zielone światło" dla tej akcji dał wybrany przez Tuska poprzedni szef KNF!
wpis z dnia 22/11/2016

 

Dlaczego w ciągu ostatniego roku ceny OC poszły tak mocno do góry? Niestety, w głównej mierze to efekt działania poprzedniego przewodniczącego KNF - Andrzeja Jakubiaka. We wrześniu ub.r. wysłał on do wszystkich zakładów ubezpieczeń w Polsce list, w którym zalecił, aby "ceny ubezpieczeń OC zostały dostosowane do faktycznie ponoszonego ryzyka". Innymi słowy - dał ubezpieczycielom "zielone światło" na podwyżki OC. Efekt? - Tylko w ciągu ostatniego roku ceny polis podrożały średnio od 30 do nawet 50 proc.!

Nie wszyscy zdają sobie sprawę, co było rzeczywistym powodem drastycznych podwyżek polis OC, jakie mogliśmy obserwować w ciągu ostatnich miesięcy. Otóż 28 września 2015 r., ówczesny przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego - Andrzej Jakubiak - wysłał do wszystkich zakładów ubezpieczeń w Polsce list. W piśmie tym stwierdził, że ceny ubezpieczeń OC nie są dostosowane do faktycznie ponoszonego przez zakłady ubezpieczeń ryzyka. Z uwagi na to zalecił wszystkim ubezpieczycielom podwyższenie składek na OC, stwierdzając jednocześnie, że kto się do tego zalecenia nie dostosuje, będzie się musiał liczyć z kontrolami KNF. Jeśli te wykażą nieprawidłowości, to danemu ubezpieczycielowi będzie groziła finansowa kara lub nawet utrata licencji. 

Interwencja przewodniczącego KNF w zakres, który przynajmniej w teorii winien być regulowany przez "niewidzialną rękę rynku", bardzo szybko przyniosła niepożądane dla kierowców skutki. Ceny polis OC dla polskich kierowców w ciągu kilku kolejnych miesięcy skoczyły średnio od 30 do nawet 50 proc. (w zależności od doświadczenia/stażu danego kierowcy oraz posiadanego przez niego pojazdu). Wszystko w imię zapewnienia zakładom ubezpieczeń odpowiednio wysokich zysków.

 

Źródło: Pismo przewodniczącego KNF do Krajowych Zakładów Ubezpieczeń z dnia 28.09.2015 r. (KNF.gov.pl)

wpis z dnia 22/11/2016

   


  

     Rozbudowa portów w Szczecinie i Świnoujściu solą w oku dla Niemców. Opór tamtejszych władz, mediów i ekologów może być gigantyczny!
wpis z dnia 21/11/2016

 

Dotychczasowa rozbudowa infrastruktury portowej w Szczecinie i Świnoujściu, na którą wydano już ok. 320 mln zł, z pewnością nie mogła się podobać władzom niemieckich portów. Inwestycje te były akceptowane tylko dlatego, że bezpośrednio nie mogły zagrozić dominującej pozycji Niemców na południowym Bałtyku. Sytuacja może się jednak niebawem zmienić. Szewską pasję u naszych zachodnich sąsiadów spowoduje budowa potężnego terminalu przeładunkowego w Świnoujściu za 2 mld zł, który realnie uderzy w interesy portów w Rostocku, Wismarze i Lubece.

W ciągu ostatnich kilku lat władze portów w Szczecinie i Świnoujściu pokazały jak należy się rozwijać, by generować coraz większe przychody. Za kwotę ok. 320 mln zł rozbudowana została infrastruktura portowo-terminalowa. Przebudowano również i zmodernizowano dojazdową infrastrukturę drogową i kolejową. Wszystko po to, by porty w Świnoujściu i Szczecinie mogły przeładowywać więcej towarów i być bardziej atrakcyjne dla firm importujących/eksportujących swoje towary drogą morską. 

To jednak nie koniec inwestycji. W Świnoujściu planowana jest budowa nowego terminalu kontenerowego. Koszt tego przedsięwzięcia jest olbrzymi - pochłonąłby ok. 2 mld zł. Co jednak istotne - wybudowanie nowego terminalu miałoby gigantyczne znaczenie gospodarcze dla naszego kraju. Okazałoby się bowiem, że zlokalizowane na terytorium Polski porty przeładunkowe (wspomniane Świnoujście/Szczecin oraz Gdynia i Gdańsk) przejęłyby pozycję dominującą na południowym Bałtyku portom zlokalizowanym na terytorium Niemiec (Lubeka, Rostock, Kolonia i Wismar).

Mając na względzie fakt, że nowy port w Świnoujściu mógłby stać się głównym terminalem przeładunkowym dla Czechów i Słowaków (co wiązałoby się z gigantycznymi stratami dla niemieckich portów południowego Bałtyku), należy się spodziewać sporego oporu władz, mediów czy nawet ekologów naszych zachodnich sąsiadów. Wszak chodzi tutaj o gigantyczne pieniądze liczone w miliardach euro, a tego Niemcy nie będą chcieli oddać bez walki.

 

Źródło: Polska przed historyczną szansą. Kto blokuje inwestycję w Świnoujściu? (DoRzeczy.pl)
Źródło: Inwestycje współfinansowane ze środków pomocowych UE (Port.Szczecin.pl)

wpis z dnia 21/11/2016

   


  

     Orban obniża na Węgrzech podatek dla firm do zaledwie 9 proc.! Nie mam nic przeciwko takiej wersji "Budapesztu w Warszawie"
wpis z dnia 19/11/2016

 

Premier Węgier Viktor Orban zapowiedział, że w 2017 roku obniży podatek dochodowy dla firm do zaledwie 9 proc. Będzie to najniższy poziom podatku CIT notowany w całej Europie! W szał wpadną zapewne wszyscy eurokraci z Brukseli, którzy nienawidzą, gdy jakiś kraj UE ma wyraźnie niższe podatki od pozostałych. Niezadowolone będzie też węgierskie lobby księgowo-prawnicze, które żyło z "optymalizowania" i wyprowadzania zysków poza granice... Nie mam nic przeciwko, aby taki "Budapeszt" zrobić czym prędzej w Warszawie!

Orban, tłumacząc dlaczego planuje obniżyć podatki dla firm, nie ukrywał, że chodzi mu przede wszystkim o zwiększenie gospodarczej konkurencyjności swojego kraju. Co istotne - węgierskie ministerstwo finansów nie zapowiedziało wprowadzenia nowych podatków, których celem miałaby być rekompensata niższych wpływów do kasy państwa z tytułu obniżenia podatku CIT. Zakładają tym samym, że drastyczne obniżenie podatku dochodowego dla firm (9 procentowa stawka będzie najniższym poziomem takiej daniny w całej Europie) przyniesie budżetowi więcej pożytku niż szkody. Po pierwsze - firmy będą miały więcej pieniędzy na nowe inwestycje. Po drugie (czego najmocniej obawiają się eurokraci z Jean-Claude Junckerem na czele) niskie podatki spowodują przerzucenie korporacyjnego kapitału do Węgier z innych państw UE (np. z Luksemburga). Niewykluczone zatem, że za chwile uruchomi się kolejny etap "europejskiego" hejtu na Orbana, który zamiast dbać o interesy wąskiej grupy "europejczyków" woli zapewniać lepsze perspektywy dla własnego kraju.

Osobiście nie mam nic przeciwko takiej wersji "Budapesztu w Warszawie". Gdyby podobne rozwiązania zostały wprowadzone na gruncie polskim, to z pewnością dałyby lepsze efekty niż plany jednolitej (acz niesamowicie skomplikowanej) daniny, która od 2018 roku ma funkcjonować w naszym kraju.

Inna kwestia, że podatki o charakterze dochodowym są reliktem przeszłości i jako takie będą musiały być prędzej czy później obniżane/likwidowane. W nowoczesnej gospodarce opodatkowana powinna być nie praca, czy wytwórczość lecz tylko konsumpcja. Tego typu daniny (np. VAT) są łatwiej ściągalne, nie wymagają gigantycznego aparatu administracyjno-skarbowego, ciężko też uciec do raju podatkowego. Dobrze by było, gdyby ktoś kto ma dostęp do ucha prezesa, mógł mu podpowiedzieć takie rozwiązanie...

 

Źródło: Na Węgrzech obniżka CIT - podatek zmniejszy się do 9 proc. (wGospodarce.pl)

wpis z dnia 19/11/2016

   


  

     Nadgorliwi Niemcy nie zawodzą Rosjan. Prace nad lądową częścią nowego gazociągu omijającego nasz kraj idą pełną parą!
wpis z dnia 18/11/2016

 

Niemieccy politycy w sprawie będącego "batem" na Polskę gazociągu Nord Stream 2 mogą mówić jedno, a w rzeczywistości i tak będą robić swoje. Gdy w grę wchodzi duża kasa do wzięcia, Berlin nie przejawia jakichkolwiek sentymentów. Odpowiedzialni za budowę na terytorium Niemiec gazociągu EUGAL (który będzie lądową częścią rosyjskiego Nord Stream 2) przekonują, że powstanie on bez jakichkolwiek przeszkód - zarówno od strony politycznej, jak i regulacyjnej. 

Politycy naszego zachodniego sąsiada potrafią świetnie zwodzić i udawać w/s Nord Stream 2, czyli rosyjskiej inicjatywy, która jawnie uderza w strategicznie interesy sporej części państw Europy Środkowo-Wschodniej. Przyciśnięci do muru zgodnie twierdzą, że kolejny gazociąg omijający nasz kraj nie jest żadnym projektem o charakterze geo-politycznym, a jedynie "komercyjną współpracą" kilku zachodnioeuropejskich firm z rosyjskim Gazpromem, z którym współtworzą spółkę o nazwie "Nord Stream"...

Trzeba to sobie powiedzieć wprost: wsparcie, jakiego Berlin - mniej lub bardziej oficjalnie - udziela dla Nord Streamu, nie wzięło się z nikąd. Jest ono podyktowane wizją zysków jakie Niemcy otrzymają od Rosjan, gdy Gazprom zmonopolizuje do reszty rynek Europy Zachodniej i stworzy warunki do stosowania energetycznego szantażu wobec Polski i innych państw regionu Europy Środkowo-Wschodniej.

Warunkiem koniecznym do osiągnięcia tego celu jest budowa kolejnej lądowej odnogi Nord Streamu przebiegającej przez terytorium Niemiec, czyli gazociągu EUGAL. Inicjatywa ta wchodzi właśnie w końcową fazę projektową. Przygraniczne do Polski niemieckie samorządy nie miały wątpliwości co do jej zasadności i nie tak dawno w ekspresowym tempie zatwierdziły trasę 485 kilometrowej magistrali. Ma ona biec wzdłuż niemiecko-polskiej granicy, począwszy od punktu wejścia morskiego odcinka Nord Stream w ląd na północy Niemiec, aż po granicę z Czechami. 

Zakładając, że nie wydarzy się nic nadzwyczajnego, to zarówno Nord Stream 2 jak i EUGAL ruszą pełną parą od 2019 roku. Jeśli do tego czasu nie stworzymy realnej alternatywy dla dostaw gazu z Rosji (sam gazoport w Świnoujściu to za mało), to pewnego dnia możemy się obudzić w rzeczywistości poważnego kryzysu gospodarczego spowodowanego deficytem błękitnego paliwa...

 

Źródło: Niemiecka odnoga Nord Stream 2 powstaje bez przeszkód (BiznesAlert.pl)
Źródło: Niemcy przygotowują się na Nord Stream 2 (BiznesAlert.pl)

wpis z dnia 18/11/2016

  


  

     "Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy"
wpis z dnia 17/11/2016

 

Trzeba to sobie powiedzieć szczerze - rząd PiS miał w tym roku dużo szczęścia. NBP zasilił mu budżet kwotą 8 mld zł, z aukcji LTE wpadły dodatkowe 2 mld, a uszczelnianie systemu i walka z wyłudzeniami VAT dała kolejne 5-7 mld zł. W przyszłym roku tego szczęścia może jednak zabraknąć. Zysk NBP będzie niższy, aukcji LTE nie będzie, a dalsze "doszczelnianie" systemu nie wygeneruje już nowych wpływów. Co wówczas? Co zrobi rząd PiS, gdy budżet kraju na dobre przestanie się "spinać"? Czy stanie się on fiskalnie niegodziwy?

Nikt jeszcze nie wygrał z matematyką. Jeżeli od 10 odejmiemy 11, to nigdy nie wyjdzie nam wynik = 0. Realizacja obietnic wyborczych PiS to konkretne wydatki dla budżetu państwa (można powiedzieć: "dobra zmiana musi kosztować). Program 500+ czy planowane obniżenie wieku emerytalnego, to dziesiątki miliardów złotych w skali roku. W pierwszym roku rządów PiS miał wiele szczęścia. Najpierw aukcja LTE, która dała do budżetu ekstra 2 mld zł. Potem spory zastrzyk ze strony NBP, który przelał do kasy państwa blisko 8 mld zł swojego zysku. Skuteczna walka z oszustami podatkowymi (tzw. uszczelnienie) dała kolejne kilka miliardów złotych. Wiele wskazuje jednak na to, że w 2017 roku takich dużych "strzałów" zabraknie. Wydatki zostaną zaś na niezmienionym (o ile nie wyższym) poziomie... 

Jak rząd PiS zamierza sobie poradzić z tym problemem? Czy znowu racje trzeba będzie przyznać francuskiemu myślicielowi politycznemu Alexisowi de Tocqueville, który stwierdził, że: "Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy"? Pierwsze przesłanki "niegodziwości" rządu Beaty Szydło już możemy zaobserwować. Przypomnijmy, że pod osłoną niedawnej "aborcyjnej nawalanki" na stronach Rządowego Centrum Legislacji pojawił się projekt ustawy przewidujący wprowadzenie od 1 stycznia 2017 roku wyższych stawek podatku VAT (z 7 na 8 proc. i z 22 na 23 proc.). Zgodnie z poprzednią ustawą podwyższone stawki podatku VAT (wprowadzone jeszcze za Tuska) miały obowiązywać do końca 2016 roku. Od początku przyszłego roku - zgodnie z obowiązującą jeszcze ustawą - stawki VAT miały powrócić do poziomów sprzed podwyżki. Niestety ekipa Jarosława Kaczyńskiego chce utrzymać wyższy VAT przez kolejne lata (zgodnie z projektem - aż do końca 2018 roku). 

 

Wczoraj, w cieniu ustawy o obniżeniu wieku emerytalnego, Sejm - głosami posłów PiS - przyjął ustawę o podwyższeniu stawek podatku VAT. Teraz projekt ten trafi do Senatu, ale raczej oczywistym jest, że zostanie on przez senatorów zaakceptowany, a następnie podpisany przez prezydenta Dudę...

"Nie ma takiego okrucieństwa ani takiej niegodziwości, której nie popełniłby skądinąd łagodny rząd, kiedy zabraknie mu pieniędzy". Tak, że tak. 

wpis z dnia 17/11/2016

   


   

     Dlaczego USA w/s wiz nadal traktują nas jak państwo trzeciego świata? I to pomimo naszego gigantycznego zaangażowania w Iraku i Afganistanie!?
wpis z dnia 16/11/2016

 

 

Na amerykańskie wojny prowadzone w Iraku i Afganistanie Polska wysłała łącznie 24,5 tys. żołnierzy. Szacuje się, że całkowity koszt prowadzenia działań przez polskie siły zbrojne we wspomnianych krajach pochłonął co najmniej 7 miliardów złotych. Pomimo tego władze w Waszyngtonie nadal traktują nas jako obywateli państwa drugiej kategorii i żądają wykupienia wizy, jeśli chcemy postawić nogę na amerykańskiej ziemi. Czas najwyższy, aby stan ten uległ zmianie!

Warto odnotować, że Polska jest jednym z czterech państw wchodzących w skład Unii Europejskiej, które nie należą do amerykańskiego programu Visa Waiver Program (VWP). Program ten umożliwia podróżowanie do Stanów Zjednoczonych w celach turystycznych lub biznesowych (na okres do 90 dni) bez konieczności uzyskania wizy. Oprócz Polski statusu tego nie dostąpiły jeszcze Chorwacja, Rumunia i Bułgaria. W pozostałych państwach UE do USA można polecieć bez uprzedniego uzyskania wizy. Żeby była jasność - uzyskanie wizy nie jest darmowe i kosztuje (w zależności od rodzaju wizy) od 160 do 200 USD (640 - 800 zł).

Powstaje pytanie - dlaczego Polska nadal jest traktowana jako państwo drugiej kategorii? Dlaczego polscy obywatele wciąż muszą kupować wizy, jeśli chcą wylądować na którymś z amerykańskich lotnisk? Pytanie to jest zasadne tym bardziej, że w ciągu ostatnich kilkunastu lat nasz kraj mocno zaangażował się jako sojusznik USA w wojny w Iraku i Afganistanie. Warto przypomnieć, że według oficjalnych danych posłaliśmy tam 24,5 tysiąca żołnierzy, co kosztowało nas łącznie ponad 7 miliardów złotych. Czy łączne zaangażowanie Węgier, Czech, Słowacji, Słowenii, Litwy, Łotwy i Estonii we wspomniane wojny było choćby zbliżone do zaangażowania Polski? Odpowiedź brzmi - nie. Pomimo tego wspomniane państwa zostały w ostatnich latach włączone przez amerykańskie władze do Visa Waiver Program... 

Administracja Obamy przez 8 lat nie zrobiła nic w sprawie zniesienia wiz dla Polaków. Czy nowa administracja Trupa to zmieni? Wiele w tej sprawie może zależeć od determinacji i stanowczości polskiego rządu. Pytanie czy ekipę PiS stać na skierowanie wobec Waszyngtonu konkretnego żądania...?

 

Źródło: Visa Waiver Program (Wikipedia)
Źródło: Koszty misji w Iraku (wp.mil.pl)
Źródło: Afganistan w złotówkach (Polska-zbrojna.pl)

wpis z dnia 16/11/2016

   


  

     Na świecie węglowe szaleństwo! Ceny tego surowca biją kolejne rekordy. Ktoś podjął dobrą decyzję, aby przeczekać kryzys i nie zamykać polskich kopalni
wpis z dnia 15/11/2016

 

Patrząc na to, co dzieje się na światowych rynkach w zakresie cen węgla, można zaryzykować stwierdzenie, że pogłoski o śmierci polskiego górnictwa były mocno przesadzone. Dobrze się stało, że nie posłuchaliśmy zagranicznych "ekspertów" i nie zamknęliśmy naszych kopalni. Cena "czarnego złota" bije właśnie kolejne rekordy. W ciągu dwóch ostatnich miesięcy skoczyła z poziomu 55 do 97 USD za tonę. Ostatni raz takie wartości notowano w 2012 roku, kiedy polski sektor górniczy mógł się pochwalić zyskiem w wysokości 1,6 mld zł...

Na światowych giełdach wybuchło istne szaleństwo w zakresie węgla. Jeszcze w połowie kwietnia za 1 tonę tego surowca dostarczanego do portów Amsterdam - Rotterdam - Antwerpia (tzw. węgiel "ARA") trzeba było płacić ok. 45 dolarów. We wrześniu cena ta wzrosła do 65 dolarów, by w ciągu kolejnych dwóch miesięcy ukształtować się na poziomie 85-87 dolarów za tonę. Jeszcze wyższą cenę notuje się obecnie na giełdzie Richards Bay w RPA (tzw. węgiel "RB"). W kwietniu było to ok. 52 dolarów za tonę. Do września cena ta urosła do poziomu 70 dolarów, by w ciągu kolejnych dwóch miesięcy wystrzelić w granicę 97 dolarów za tonę. 

Przypomnijmy, że w 2012 roku, kiedy ceny węgla ARA / RB kształtowały się w przedziale 90 - 100 dolarów za tonę, polski sektor górniczy przyniósł 1,6 mld zł zysku netto w skali roku. Rok wcześniej, kiedy ceny ARA / RB kształtowały się na poziomie 120 - 130 dolarów za tonę, polskie kopalnie odnotowały 3,0 mld zł zysku netto!

Wygląda więc na to, że o ile trend na światowych giełdach się utrzyma, to przyszły rok powinien być przełomowym dla sektora górniczego w Polsce. Zupełnie realna jest opcja zysku na poziomie kilkuset milionów złotych. Pozytywną perspektywę można odczytać choćby po zachowaniu akcji dwóch największych spółek węglowych notowanych na warszawskiej giełdzie. Jeszcze w styczniu za 1 walor Jastrzębskiej Spółki Węglowej (JSW) na giełdzie trzeba było płacić ok. 9 zł. Teraz kosztuje on 77 zł, co oznacza wzrost o ponad 750%! Za 1 walor Bogdanki trzeba było płacić ok. 31 zł. Obecnie kosztuje on ponad 72 zł, co oznacza wzrost o ponad 130%. 

Dobrze się stało, że nie posłuchaliśmy zagranicznych "ekspertów", którzy doradzali nam zamknięcie naszych kopalni. Ważne będzie teraz to, aby rozpoczynający się okres prosperity znacznie lepiej (niż ostatnio) wykorzystać...

 

Źródło: Notowania cen węgla (Gornictwo.wnp.pl)

 

wpis z dnia 15/11/2016

   


   

     UE coraz bardziej bezczelna! Wstrzymuje wypłatę pieniędzy dla Polski, bo obowiązujące w naszym kraju od 2004 r. procedury nagle "przestały spełniać oczekiwania"!
wpis z dnia 14/11/2016

 

Kumple Tuska w Brukseli doskonale zdają sobie sprawę z tego, że nałożenie sankcji na nasz kraj jest niemożliwe (sprzeciw Węgier i innych państw V4). Dlatego postanowili ostro zakombinować. Właśnie "odkryli", że obowiązujący w naszym kraju od 2004 r. sposób zatwierdzania procedur przetargowych, do którego nikt nigdy wcześniej nie miał żadnych uwag, nagle "przestał spełniać oczekiwania". Stąd bezczelna decyzja o wstrzymaniu wypłaty 800 mln euro dla Polski (za listopad) i groźba wstrzymania wypłat kolejnych transz! Co za hipokryzja!

Komisja Europejska podjęła w ubiegłym tygodniu zaskakującą decyzję. Okazało się, że brukselscy kumple Donalda Tuska wstrzymali wypłatę dla Polski 800 mln euro (4 mld zł) z programu Infrastruktura i Środowisko, gdyż zauważyli, że "sposób zatwierdzania procedur związanych z przetargami nie do końca odpowiadał oczekiwaniom Komisji Europejskiej". 

Innymi słowy - Unia wstrzymuje wypłatę pieniędzy dla Polski, gdyż obowiązujące w naszym kraju procedury formalne dotyczące przetargów na inwestycje infrastrukturalne współfinansowane ze środków europejskich nie były właściwie ułożone (według opinii Komisji Europejskiej). Okej. Mocny argument. Skoro Komisja Europejska zarządza procesem dzielenia i przyznawania pieniędzy, to może żądać od beneficjenta, aby proces związany z wydatkowaniem tychże środków przebiegał według schematu zaakceptowanego przez Brukselę. Problem polega jednak na tym, że kwestionowane przez eurokratów procedury obowiązywały w naszym kraju od... 2004 roku! I nikt nigdy wcześniej nie zwrócił uwagi, że coś jest z nimi nie tak!

W kontekście powyższego powstaje pytanie - co takiego się stało, że kumple Tuska z Komisji Europejskiej dopiero teraz "odkryli", że obowiązujący w naszym kraju od kilkunastu lat sposób zatwierdzania procedur przetargowych dotyczących inwestycji współfinansowanych ze środków UE "nie odpowiada ich oczekiwaniom"? Dlaczego nie dostrzeżono tego problemu w latach 2008-2014, kiedy naszym krajem rządził dobry znajomy eurokratów z Brukseli? Czy przypadkiem nie chodzi tutaj o pozaproceduralne "ukaranie" obecnego rządu w Warszawie? Wszak eurokraci doskonale wiedzą, że promowany wśród lewactwa i "obrońców demokracji" pomysł nałożenia oficjalnych sankcji gospodarczych na Polskę, nie ma żadnych szans na wprowadzenie w życie (choćby przez zapowiedziane już veto Węgier w tej sprawie). Stąd jedyny sposób na bezpośrednie uderzenie w nasz kraj może przebiegać przez "wstrzymywanie" wypłat środków unijnych z byle powodów formalnych, które w poprzednich latach nie miały żadnego znaczenia.

  

Źródło: UE wstrzymała wypłatę 4 mld zł dla Polski (Rp.pl)
Źródło: Polska przyspiesza w funduszach UE. Ale KE wstrzymała wypłatę ponad 4 mld zł (Wyborcza.biz)

wpis z dnia 14/11/2016

  


   

     Drugi rok z rzędu spokojnie na Marszu Niepodległości. Dziwnym trafem zbiegło się to z odsunięciem Platformy od władzy...
wpis z dnia 11/11/2016

 

Wygląda na to, że odsunięcie ekipy Platformy Obywatelskiej od władzy zbiegło się z tym, że Marsze Niepodległości odbywają się bez zakłóceń i poważniejszych incydentów. W tym roku, drugi raz z rzędu, ok. 100 tysięcy osób z dumą w sercu i radością na twarzach przeszło ulicami Warszawy świętując 98. rocznicę odzyskania przez nasz kraj niepodległości. Nie było żadnych prowokacji wobec uczestników, podpaleń czy policyjnych pacyfikacji, co w poprzednich latach było niestety normą...

Po tegorocznym Marszu Niepodległości nasuwają się dwie refleksje - po pierwsze: Środowiska lewicowe są w całkowitym odwrocie. Ich kłamliwa, anty-patriotyczna narracja nie przynosi rezultatów. Mimo gigantycznego zaangażowania ze strony zagranicznych mediów nie udało się im zabrać Polakom poczucia dumy z powodu niepodległości i własnej państwowości. Warszawskimi ulicami przeszło dzisiaj co najmniej kilkadziesiąt tysięcy osób (wg organizatorów było ok. 100 tys.). Z dumą i radością świętowali 98. rocznicę odzyskania przez nasz kraj niepodległości! Stało to w jawnej sprzeczności z tym, co głosiły lewicowo-kosmopolityczne środowiska, że w marszu biorą udział jedynie zamaskowani i zakapturzeni bandyci, czy pseudokibice.

Druga refleksja jest następująca - od czasu odsunięcia ekipy Platformy Obywatelskiej od władzy Marsze Niepodległości dziwnym zbiegiem okoliczności odbywają się praktycznie bez żadnych incydentów. Nie ma ani prowokacji wobec uczestników, ani podpaleń czy policyjnych pacyfikacji. Przypadek...?

W kontekście powyższego przypomnijmy, że z ujawnionych w ubiegłym roku przez tygodnik "Do Rzeczy" taśm wynika, że platformiane władze w 2013 roku z okazji marszu 11 listopada miały przygotować parszywą prowokację. Szef MSW w rządzie Tuska - Bartłomiej Sienkiewicz - miał nakazać podległym sobie służbom podpalenie podczas marszu niepodległości budki wartowniczej przy ambasadzie rosyjskiej, a następnie zrzucenie winy na uczestników marszu.

wpis z dnia 11/11/2016

  


 

     Putin wysyła sygnał do władz w Warszawie: "Dialog z Polską jest możliwy. Możemy go odbudować"
wpis z dnia 10/11/2016

 

Prezydent Rosji Władimir Putin, odbierając listy uwierzytelniające od nowego ambasadora Polski w Moskwie, stwierdził, że stan stosunków rosyjsko-polskich trudno dziś uznać za zadowalający. Dodał jednak, że przywrócenie dialogu politycznego jest możliwe na podstawie wzajemnego szacunku i pragmatyzmu. - "Ze swojej strony jesteśmy gotowi zrobić wszystko, by osiągnąć ten cel". Czy polski rząd wykorzysta okazję i podejmie próbę przywrócenia normalności na linii Warszawa - Moskwa?

Zmieniające się dynamicznie okoliczności geopolityczne wymagają pewnej dozy elastyczności. Szczególnie, gdy mówimy o takim kraju jak Polska - czyli zbyt dużym, aby całkowicie podporządkować się innym i płynąć z nurtem wyznaczanym przez brukselskich eurokratów, a jednocześnie zbyt małym, by móc myśleć o całkowicie niezależnej pozycji na arenie międzynarodowej. 

Wczoraj wybory prezydenckie w USA wygrał Donald Trump. Przyszłoroczne wybory we Francji prawdopodobnie wygra Front Narodowy Marie Le Pen, a w Niemczech definitywnie z urzędem kanclerskim będzie się musiała pożegnać Angela Merkel. To wszystko sprawia, że władze w Warszawie będą musiały przedefiniować pewne założenia w swojej polityce międzynarodowej - szczególnie te, które były jeszcze konsekwencją polityki prowadzonej przez poprzednią ekipę z Radosławem Sikorskim i Grzegorzem Schetyną na czele.

Linia działania naszego ministerstwa spraw zagranicznych powinna być bardziej pragmatyczna. Pod tym względem koniecznie trzeba odnotować słowa, jakie wypowiedział Władimir Putin:

 

"Wiemy, że stan stosunków rosyjsko-polskich trudno uznać dziś za zadowalający. Uważamy jednak, że przywrócenie dialogu politycznego jest możliwe na podstawie wzajemnego szacunku i pragmatyzmu. Ze swojej strony jesteśmy gotowi zrobić wszystko, by osiągnąć ten cel."

 

Czy rząd PiS wykorzysta nadarzającą się okazję i przynajmniej spróbuje zrestartować relacje na linii Warszawa - Moskwa? Wszak trudno wyobrazić sobie dogodniejszą do tego sytuację. To Putin występuje z inicjatywą. Teraz wystarczy "pociągnąć" narrację i czekać co z tego wyniknie. Ryzyko, że coś stracimy jest niewielkie, a potencjalne zyski (w postaci normalizacji) wydają się być realne - no chyba, że słowa Putina to zwyczajny blef. Nie przekonamy się jednak o tym, póki nie spróbujemy. 

Czy Jarosława Kaczyńskiego (bo wiadomo, że to on będzie podejmował ewentualne decyzje) stać na przełamanie niechęci i wewnętrznego oporu?

 

Źródło: Putin: Dialog z Polską jest możliwy. Możemy go odbudować na podstawie wzajemnego szacunku (TelewizjaRepublika.pl)

wpis z dnia 10/11/2016

   


   

     KRUS-owa patologia przedłużona. W przyszłym roku podatnicy znowu zapłacą składki zdrowotne za rolników!
wpis z dnia 9/11/2016

 

Jedną z większych niesprawiedliwości funkcjonujących w przestrzeni prawnej III RP jest konieczność opłacania przez budżet państwa składek KRUS za pracujących rolników. Ta sprzeczna z konstytucyjną zasadą równości obywateli wobec obowiązków podatkowych patologia została usankcjonowana przez ekipę Tuska w 2012 roku. Przyjęto wówczas napisaną na kolanie ustawę, której okres funkcjonowania w kolejnych latach był nieustannie wydłużany. Nie inaczej będzie i w tym roku. Dlaczego nikt nie może zrobić z tym porządku??!

Dlaczego jedna grupa społeczna (rolnicy) może być uprzywilejowana kosztem innej (przedsiębiorcy i zwykli pracownicy)? Przypomnijmy, że w październiku 2010 r. Trybunał Konstytucyjny uznał, iż nie jest zgodne z Konstytucją to, aby budżet państwa (czytaj: podatnicy) opłacali za wszystkich rolników (bez względu na osiągany przez nich dochód) składkę zdrowotną do NFZ. Na zmianę niekonstytucyjnych przepisów TK dał Sejmowi 15 miesięcy. 

W styczniu 2012 roku Sejm uchwalił prowizoryczną ustawę zaproponowaną przez rząd Donalda Tuska, która miała obowiązywać jedynie przez 11 pozostałych miesięcy 2012 roku. Wprowadzała ona częściową odpłatność za składki, ale z szeregiem różnego rodzaju wyjątków, które całkowicie "rozmiękczały" jej znaczenie. Zgodnie z jej treścią za rolników, którzy mają gospodarstwo mniejsze niż 6 hektarów przeliczeniowych, składkę zapłaci budżet państwa. Natomiast rolnicy posiadający ponad 6 ha przeliczeniowych będą musieli płacić po 1 zł (!!) za każdy hektar za siebie, a także za domowników. 

Ówczesny wiceminister zdrowia Jakub Szulc, zapewniał, że to rozwiązanie ma charakter czasowy i będzie obowiązywało tylko do końca roku 2012 (rząd przygotowywał tę ustawę w niezwykłym pośpiechu, tuż przed upływem 15-miesięcznego okresu, który dał mu TK). Zapewnienia wiceministra okazały się być nieprawdziwe. Rząd pod koniec 2012 roku przyjął bowiem, że rozwiązania "prowizorycznej" ustawy mają także obowiązywać w latach 2013 - 2014, a później również w latach 2015 - 2016. Szacuje się, że funkcjonowanie wspomnianych przepisów kosztowało polskich podatników ok. 1,5 - 1,75 mld zł w skali roku.

W kontekście powyższego Bartosz Marczuk, ówczesny publicysta "Rzeczpospolitej", w jednym ze swoim artykułów celnie zauważył:

"Mamy tu klasyczny przykład tego jak nie powinno działać państwo. Rząd zamiast wzmacniać jego autorytet osłabia go. Psuje porządek prawny i jakość sprawowania władzy. Fuszerka legislacyjna i łamanie obietnic stają się normą"

Dziś Bartosz Marczuk jest podsekretarzem stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. I co? I nic... Zgodnie z informacjami jakie płyną ze strony rządu - w przyszłym roku, w kwestii opłacania składek zdrowotnych rolników przez budżet państwa, absolutnie nic się nie zmieni...

 

Źródło: Rząd Tuska psuje państwo (Rp.pl)
Źródło: W 2015 i 2016 za rolników składkę zdrowotną nadal płacić będzie KRUS (Rp.pl)
Źródło: Nie ma rządu na rolnika. PiS też nie chce narażać się chłopom, więc KRUS zostaje (GazetaPrawna.pl)

wpis z dnia 9/11/2016

   


  

     W stawianych nam za wzór Niemczech wiek emerytalny wynosi 63 lata, a prawo do częściowej emerytury nabywa się już po ukończeniu 60 lat!
wpis z dnia 8/11/2016

 

Warto odnotować, że kiedy ekipa Donalda Tuska podwyższała Polakom wiek emerytalny do 67. roku życia, rząd Angeli Merkel umożliwił swoim obywatelom - przy spełnieniu warunku odpowiedniego stażu pracy - przechodzenie na emeryturę już po ukończeniu 63. roku życia. Dodatkowo otwarta została opcja uzyskiwania prawa do częściowej emerytury już po ukończeniu 60. roku życia! Dlaczego nie można wprowadzić podobnych rozwiązań w naszym kraju? 

Przypomnijmy - mniej więcej w tym samym czasie, gdy rząd Donalda Tuska forsował przepisy podwyższające wiek emerytalny w Polsce, niemiecki Bundestag uchwalił pakiet ustaw umożliwiający osobom, które pracowały przez 45 lat, przejście na pełnopłatną emeryturę już w wieku 63 lat! Co więcej - otwarto również opcję uzyskanie prawa do częściowej emerytury już po ukończeniu 60. roku życia. Nie miał przy tym znaczenia fakt, że statystyczny Niemiec żyje ponad 81 lat (tj. dłużej o 3 lata niż statystyczny Polak), co oznacza, że przeciętny okres wypłacania emerytalnego świadczenia jest znacznie dłuższy niż w Polsce. 

Prawdę powiedziawszy Niemcy mogli sobie pozwolić na takich ruch, gdyż na osoby przechodzące na wcześniejszą emeryturę pracują tani w utrzymaniu zarobkowi imigranci z... Polski. Warto w tym miejscu odnotować, że co roku od 300 do nawet 500 tys. osób wyjeżdża z naszego kraju za Odrę wspierać niemieckie PKB swoją ciężką pracą. Większość z nich otrzymuje przy tym mniejsze wynagrodzenia aniżeli rodowici Niemcy, co pozwala wygenerować z kosztów ich pracy odpowiednio wysokie oszczędności wpływające realnie na niemiecką gospodarkę. Mając takie "pracownicze" zaplecze, niemieckie władze mogły sobie pozwolić na gest wobec własnych obywateli i przyjąć pakiet ustaw okołoemerytalnych umożliwiających przejście na emeryturę już po ukończeniu 63. roku życia.

O ile podobne rozwiązanie jeszcze 2-3 lata temu było w naszym kraju praktycznie niemożliwe do zrealizowania, to obecnie - z uwagi na falę wielu setek tysięcy zarobkowych emigrantów z Ukrainy, którzy wspierają polską gospodarkę dokładnie tak samo, jak polscy imigranci niemiecką - opcja powielenia rozwiązań emerytalnych naszego zachodniego sąsiada jest jak najbardziej do wdrożenia. Prawo do wcześniejszej częściowej (co warto podkreślić) emerytury po ukończeniu 60. roku życia oraz możliwość przejścia na pełnoprawną emeryturę już w wieku 63 lat, pod warunkiem udokumentowania 45-letniego stażu pracy. To brzmi sensownie. Znacznie bardziej niż bezmyślne przywracanie poprzedniego stanu prawnego (wiek emerytalny na poziomie 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn), czy też nie ruszanie zmian wprowadzonych przez Tuska (wiek emerytalny po ukończeniu 67. roku życia dla kobiet i mężczyzn).

 

Źródło: Niemcy obniżają wiek emerytalny do 63 lat, ale nie dla wszystkich (Forbes.pl)
Źródło: Piotr Wójcik (twitter.com)

wpis z dnia 8/11/2016

   


  

     Rozdmuchany sektor publiczny? Na pewno nie w Polsce! Eurostat potwierdza, że największe "budżetówki" są na zachodzie Europy
wpis z dnia 7/11/2016

 

Przyjęło się twierdzić, że Polska ma rozbudowaną administrację publiczną. Najnowsze dane Eurostatu przeczą jednak temu powszechnemu przekonaniu. Okazuje się, że rozdmuchane do granic możliwości zatrudnienie w sektorze publicznym mają takie państwa jak Szwecja (33,5% ogółu pracujących zatrudnionych jest przez państwo), Belgia (30,6%) czy Francja (29,7%). Polska, na tle innych państw ze "starej" UE, prezentuje się całkiem przyzwoicie (20,4%).

Eurostat opublikował dane na temat zatrudnienia w sektorze publicznym w poszczególnych państwach należących do UE. Okazało się, że zatrudnienie w "przerośniętych" - jak przyjęło się twierdzić - budżetówkach Grecji czy Polski w 2015 roku wynosiło, odpowiednio: 21,8 proc. i 20,4 proc. ogółu pracujących. W uchodzących za "oszczędne" sektorach publicznych Niemiec i Wielkiej Brytanii zatrudnienie wyniosło 24,3 proc. i 25,6 proc. Jeszcze gorzej proporcje zatrudnionych w budżetówce do ogółu pracujących prezentowały się w takich państwach jak Holandia (27,2 proc.), Francja (29,7 proc.), Dania (30,5 proc.), Belgia (30,6 proc.) czy Szwecja (33,5 proc.).

Warto również zauważyć, że zatrudnienie w sektorze publicznym w Polsce od roku 2000 spadło o -0,8 proc, kiedy w zdecydowanej większości państw "starej" Unii wzrastało. I tak, dla przykładu: w Niemczech wzrosło o +1,8 proc. (z 22,5 do 24,3 proc.), we Wlk. Brytanii wzrosło o +2,2 proc. (z 23,4 do 25,6 proc.), w Holandii wzrosło o +3,0 proc. (z 24,2 do 27,2 proc.), we Francji wzrosło o +0,2 proc. (z 29,5 do 29,7 proc.), w Danii wzrosło o +0,3 proc. (z 30,2 do 30,5 proc.), natomiast w Belgii wzrosło o +4,0 proc. (z 26,6 do 30,6 proc.).

Uśrednione zatrudnienie w sektorze publicznym w całej UE (28 państw) wynosiło w 2015 roku 23,6 proc. ogółu pracujących. W samej strefie euro - 24,1 proc. Poniżej mapka prezentująca dane dla całej UE + Norwegia:

 

 

Źródło: Share of public administration, defence, education, human health and social work activities in total employment in the EU Member States (EC.Europa.eu)
Źródło: Piotr Wójcik (twitter.com)

wpis z dnia 7/11/2016

    


   

     Oto jak wygląda "spożywczy rasizm"! Koncerny z Zachodu sprzedają nam gorsze jakościowo produkty w tej samej (lub wyższej) cenie!
wpis z dnia 4/11/2016

 

To już pewne - w ramach jednej Unii Europejskiej panują podwójne standardy w zakresie jakości sprzedawanej żywności. Udowodnili to naukowcy z Uniwersytetu w Pradze, którzy przebadali skład chemiczny żywności produkowanej przez tego samego producenta i sprzedawanej w "starych" i "nowych" państwach UE. Okazało się, że artykuły przeznaczone na rynek państw "nowej" Unii mają gorszy skład od produktów sprzedawanych na Zachodzie Europy. Jakby tego było mało - produkty II-kategorii są nam sprzedawane w tej samej (lub wyższej) cenie!

W 2015 roku wydział chemii Uniwersytetu w Pradze przeprowadził badania składu produktów spożywczych znanych zachodnich marek, które były sprzedawane równolegle w Czechach i w Niemczech. Okazało się, że np. napój "Sprite" sprzedawany na terytorium Czech w 1-litrowej butelce był słodzony sztucznymi środkami (aspartam i acesulfam), natomiast taki sam napój sprzedawany w Niemczech był słodzony wyłącznie cukrem. Jakby tego było mało "Sprite" w Czechach był droższy od tego dostępnego w Niemczech. Czescy naukowcy stwierdzili, iż problem ten dotyczy wielu innych produktów spożywczych, których skład za każdym razem był gorszy od składów analogicznych produktów sprzedawanych na Zachodzie Europy. Mimo to cena danego produktu najczęściej była taka sama jak w państwach "starej" Unii (lub nawet wyższa, jak w przypadku wspomnianego powyżej napoju "Sprite").

Temat ten poruszyli słowaccy politycy, którzy obecnie przewodniczą Radzie Unii Europejskiej. Bratysława chce podjąć walkę z podwójnymi standardami panującymi w zakresie produkcji żywności na terenie UE. Celem jest stworzenie regulacji na poziomie europejskim, która nakazywałaby producentom żywności stosowanie dokładnie takich samych składników - niezależnie od tego, czy produkt ten jest kierowany na rynek francuski, niemiecki, polski czy słowacki.

Niestety, wiele wskazuje na to, że ta słuszna inicjatywa Słowaków przeciwko "spożywczemu rasizmowi" nie zdobędzie poparcia na forum całej UE. Z nieoficjalnych informacji wynika, że przeciwko zniesieniu podwójnych standardów mają być - a jakby inaczej - największe gospodarki "starej" Unii. Dla nich bowiem przełamanie dwustopniowego systemu jakości i zmuszenie do sprzedawania identycznych jakościowo produktów markowych na terytorium całej UE, najzwyczajniej w świecie się nie kalkuluje. Skoro dziś mogą zarabiać więcej na sprzedaży gorszych produktów w takich krajach jak Polska, to dlaczego mieliby zarabiać mniej...?

 

Źródło: Central Europe resents double EU food standard (Politico.eu)

wpis z dnia 4/11/2016

   


  

     W Berlinie histeria, bo niemieckie firmy są przejmowane przez Chińczyków... A nam wmawiali, że kapitał nie ma narodowości
wpis z dnia 3/11/2016

 

Rząd Angeli Merkel z przerażeniem spogląda na to, jak chiński kapitał przejmuje kolejne niemieckie firmy. Stąd też władze w Berlinie na poważnie zaczęły się zastanawiać nad wprowadzeniem prawnych ograniczeń, które uniemożliwiłyby Chińczykom (i innym nacjom) przejmowanie niemieckich przedsiębiorstw w dotychczasowym tempie - szczególnie, gdy w grę wchodzi ryzyko transferu technologii i patentów. Powyższe inicjatywy brzmią niezwykle ciekawie w kontekście tego, że nam jeszcze do niedawna wmawiano, iż kapitał nie ma narodowości... 

Chiny coraz mocniej rozpychają się na niemieckim podwórku gospodarczym. Tylko w tym roku zapowiedzieli przejęcie 41 niemieckich firm o łącznej wartości 11,3 mld euro. Powyższe budzi coraz większą histerię niemieckich władz. Rząd w Berlinie na poważnie rozważa wprowadzeniem prawnych barier, które w sposób istotny ograniczą Chińczykom (i innym nacjom) przejmowanie niemieckich przedsiębiorstw w dotychczasowym tempie - szczególnie, gdy w grę wchodzi ryzyko transferu niemieckiej technologii i patentów.

Minister gospodarki Bawarii Ilse Aigner określiła sprawę niezwykle jasno. W rozmowie z gazetą "Welt am Sonntag" stwierdziła, że w zakresie przejmowania przedsiębiorstw przez obcy kapitał "Niemcy muszą zdefiniować klarowne reguły, które uniemożliwią zagranicznym korporacjom, wspieranym państwowymi subsydiami, przejmowanie niemieckich firm".

Powstaje pytanie - dlaczego, gdy w latach 90-tych Niemcy przejmowali polskie przedsiębiorstwa, ci którzy w naszym kraju próbowali zdefiniować reguły cywilizujące "dziką prywatyzację" byli nazywani "oszołomami"? Dlaczego polityczne elity wolały wyprzedawać za bezcen polskie fabryki i zakłady produkcyjne, które przy niewielkim nakładzie sił mogłyby stać się realną konkurencją dla przedsiębiorstw z Zachodu? Dlaczego dla większości naszych polityków obca była wówczas refleksja, która dzisiaj towarzyszy niemal każdemu niemieckiemu politykowi...? 

 

Źródło: ROUNDUP: Gabriel will Schlüsseltechnologien vor Übernahmen schützen (Bild.de)
Źródło: Chiny przejmują kolejne niemieckie firmy technologiczne. Berlin stawia blokadę (Wyborcza.biz)

wpis z dnia 3/11/2016

   


    

     Eurostat potwierdza: Polska drugim krajem w UE pod względem ilości przyjętych imigrantów w 2015 roku!
wpis z dnia 2/11/2016

 

Nie tak dawno Martin Schulz żalił się publicznie, że w kwestii imigrantów "Polska zostawiła Niemcy na lodzie". Warto przypomnieć temu niemieckiemu politykowi, że według oficjalnych danych Eurostatu nasz kraj w 2015 roku był wiceliderem w całej Unii Europejskiej pod względem ilości legalnie przyjętych imigrantów. Do Polski przybyło łącznie 541,5 tys. obcokrajowców spoza UE! Pod tym względem wyprzedziła nas tylko Wlk. Brytania, gdzie w ub.r. przybyło 633 tys. osób.

Jeśli chodzi o ilość wydanych pozwoleń na pobyt dla osób spoza UE, to zgodnie z raportem Eurostatu w 2015 roku najwięcej takich pozwoleń wydały władze Wielkiej Brytanii - 633,0 tys. (wzrost o 65,2 tys. w porównaniu z 2014 rokiem). Polska w tym zestawieniu zajęła drugie miejsce - w ciągu ubiegłego roku pozwoleń na pobyt dla osób spoza UE wydaliśmy aż 541,5 tys. (wzrost o 186,1 tys. w porównaniu z 2014 rokiem). Zdecydowana większość imigrantów przyjeżdżających do Polski pochodziła z Ukrainy. Trzecie miejsce w tej kategorii zajęła Francja - 226,6 tys. pozwoleń na pobyt dla osób spoza UE. Dopiero na czwartym miejscu uplasowały się Niemcy, które w 2015 roku przyjęły w swoje granice 194,8 tys. legalnych imigrantów spoza UE. 

Poniżej lista państw należących do UE (+ Szwajcaria, Norwegia, Islandia i Lichtenstein) pod względem ilości przyjętych legalnie imigrantów spoza terytorium UE w 2015 roku:

 

1. Wielka Brytania - 633,0 tys. osób
2. Polska - 541,6 tys. osób
3. Francja - 226,6 tys. osób
4. Niemcy - 194,8 tys. osób 
5. Hiszpania - 192,9 tys. osób
6. Włochy - 178,9 tys. osób 
7. Szwecja - 110,6 tys. osób
8. Holandia - 72,3 tys. osób
9. Czechy - 68,8 tys. osób
10. Austria - 51,2 tys. osób
11. Belgia - 50,0 tys. osób
12. Dania - 46,1 tys. osób
13. Szwajcaria - 41,1 tys. osób
14. Irlandia - 38,4 tys. osób
15. Grecja - 37,5 tys. osób
16. Norwegia - 30,6 tys. osób
17. Portugalia - 29,0 tys. osób
18. Finlandia - 21,8 tys. osób
19. Węgry - 20,7 tys. osób
20. Cypr - 15,5 tys. osób
21. Słowenia - 11,4 tys. osób
22. Rumunia - 11,2 tys. osób
23. Malta - 9,9 tys. osób
24. Bułgaria - 9,6 tys. osób
25. Słowacja - 9,2 tys. osób
26. Łotwa - 6,3 tys. osób
27. Litwa - 5,1 tys. osób
28. Luksemburg - 4,9 tys. osób
29. Estonia - 3,9 tys. osób
30. Chorwacja - 3,4 tys. osób
31. Islandia - 1,1 tys. osób
32. Lichtenstein - 0,8 tys. osób

 

Źródło: EU Member States issued a record number of 2.6 million first residence permits in 2015 (ec.europa.eu)

wpis z dnia 1/11/2016