Archiwum: Grudzień 2016

 

     Posłowie PO i .N nie dość, że swoim pajacowaniem blokują Sejm, to jeszcze pobierają za to sowite wynagrodzenia
wpis z dnia 30/12/2016

 

Przedstawiciele totalnej opozycji organizują w Sejmie niezłą szopkę - jedzą, piją, śpiewają i nitrasują. Ich celem jest skuteczna blokada prac polskiego parlamentu. Chaos i dezorganizacja ma być argumentem za samorozwiązaniem Sejmu i organizacją przyspieszonych wyborów. Jeśli tak ma wyglądać ich "praca", to warto się zastanowić, czy wypłacane im z naszych pieniędzy spore wynagrodzenia są zasadne? Czy cierpliwość obywateli na ciągłe pajacowanie w końcu się wyczerpie?

Należy zauważyć, że zgodnie z ustawą o wykonywaniu mandatu posła i senatora, uposażenie posła jest równe wynagrodzeniu, jakie na podstawie innych przepisów otrzymuje podsekretarz stanu w Kancelarii Premiera. Obecnie jest to kwota 9.892,30 zł miesięcznie. Do tego należy jednak doliczyć tzw. ryczał na prowadzenie poselskiego biura w wysokości 13.200,00 zł / m-c oraz poselskie diety w wysokości 2.473,08 zł / m-c. Razem robi nam się całkiem pokaźna kwota 25.565,38 zł. 

W tym kontekście zasadnym wydaje się być zadanie pytania - czy w zamian za otrzymywane pieniądze posłowie totalnej opozycji powinni odstawiać takie szopki? Kasa na ich pensje, ryczałty i diety idzie z naszych podatków. Jeśli ich "pracą" będzie ciągłe blokowanie Sejmu poprzez robienie sobie selfie, jedzenie, picie, śpiewanie i nitrasowanie, to poważnie powinniśmy się zastanowić nad tym, czy zasługują oni na wspomniane pieniądze? 

Nie bez znaczenia może być również głos obywateli, którzy widząc przedłużające się pajacowanie posłów opozycji stracą cierpliwość i wezmą sprawę we własne ręce. Kto wie - może niebawem pod Sejmem zamiast sympatyków KOD-u zaczną dominować ludzie mający dość parlamentarnej obstrukcji uprawianej przez przedstawicieli Platformy i Nowoczesnej?

wpis z dnia 30/12/2016

    


   

     Dlaczego Nowoczesna tak bardzo chce samorozwiązania Sejmu? Otóż partia ta utraciła subwencje budżetową i tylko nowe wybory mogą to zmienić
wpis z dnia 29/12/2016

 

Przypomnijmy - z uwagi na nieprawidłowości przy rozliczaniu kampanii wyborczej z 2015 r. PKW odrzuciła sprawozdania finansowe komitetu wyborczego Nowoczesnej Ryszarda Petru. We wrześniu Sąd Najwyższy podtrzymał decyzję PKW, co oznaczało utratę aż 75 proc. subwencji budżetowej. W przypadku partii Ryszarda Petru chodzi o kwotę 4,65 mln zł rocznie. Sytuacja mogłaby ulec zmianie tylko w przypadku przyspieszonych wyborów. I właśnie dlatego Nowoczesna będzie dążyła do pogłębienia chaosu licząc, że ziści się scenariusz "samorozwiązania" Sejmu.

Państwowa Komisja Wyborcza (PKW) nie miała wątpliwości - partia Ryszarda Petru dopuściła się nieprawidłowości przy rozliczaniu funduszy potrzebnych na przeprowadzenie kampanii wyborczej z 2015 r. i odrzuciła sprawozdanie finansowe Nowoczesnej. W praktyce oznaczało to utratę 75 proc. subwencji budżetowych na działalność statutową, które są przyznawane partiom przekraczającym próg 3 proc. poparcia. Nowoczesna mogła liczyć rocznie na 6,2 mln zł (przez 4 lata otrzymałaby w ten sposób blisko 25 mln zł). Po decyzji PKW (która we wrześniu została podtrzymana przez Sąd Najwyższy) partia Ryszarda Petru będzie otrzymywać jedynie 1,55 mln zł rocznie (zamiast wspomnianych 6,2 mln zł). 

Nowoczesnej odciętej od finansowania budżetowego znacznie trudniej będzie prowadzić wszelkiego rodzaju akcje z obszaru marketingu politycznego (media, reklamy, ogłoszenia). Podejrzewam, że z tego powodu Petru zachęcał członków i sympatyków swojej partii do przekazywania finansowych darowizn na jej rzecz. Na dłuższą metę, w realiach polskiej polityki, ciężko jednak będzie tak funkcjonować. W 2018 roku rozpoczyna się nowy cykl wyborczy (wybory samorządowe), a bez budżetowego wsparcia pomagającego budować lokalne struktury Nowoczesna może uzyskać bardzo słaby wynik (szczególnie w kontekście dość dobrych sondaży na poziomie 12 - 18 proc. w skali ogólnokrajowej). 

Podejrzewam, że powyższe było powodem, dla którego zarząd Nowoczesnej podjął decyzję o dalszej okupacji Sejmu. Taka strategia z pewnością wpłynie na pogłębienie chaosu parlamentarnego, a w konsekwencji daje cień nadziei na ziszczenie się scenariusza, w którym Sejm ulega samorozwiązaniu (szanse na to są minimalne, ale przy dynamicznej sytuacji i pewnego rodzaju "sprycie" opozycji nie należy wykluczać takiego rozwiązania).

Kasa w polityce ma - jak widać - olbrzymie znaczenie dla podejmowanych przez polityków decyzji. Nowoczesna jest tego niestety koronnym przykładem.

wpis z dnia 29/12/2016

    


   

     Deficyt budżetowy jest o 1/4 mniejszy niż za czasów Ewy Kopacz! Poseł PO przegra słynny zakład o 10 tys. zł?
wpis z dnia 28/12/2016

 

Pod koniec ubiegłego roku przewodniczący klubu PO - Sławomir Neumann - założył się z ówczesnym ministrem finansów Pawłem Szałamachą, że deficyt budżetowy w 2016 roku nie przekroczy 54 mld zł. Stawką było 10 tys. zł. Po listopadzie okazało się, że deficyt kształtuje się na poziomie 27,6 mld zł. Suma ta jest o 1/4 niższa od deficytu uzyskanego przez rząd Kopacz w analogicznym okresie rok temu i stanowi zaledwie 50,4 proc. planu na cały 2016 rok! Wszystko zatem wskazuje, że to poseł PO przegra zakład i będzie musiał wyłożyć 10 tys. zł...

Deficyt budżetowy, najprościej rzecz ujmując, to różnica między dochodami państwa, a jego wydatkami. Rząd Ewy Kopacz projektując budżet kraju na 2016 rok założył, że deficyt wyniesie 54,6 mld zł (tj. o taką kwotę wydatki państwa przekroczą jego dochody). Po przejęciu władzy przez ekipę PiS założenie to podtrzymano, ale ówczesny minister finansów Paweł Szałamacha zasugerował, że deficyt może być niższy od założonego i to nawet, gdy rząd zacznie realizować przedwyborcze obietnice (np. program 500+). 

Wiary w te słowa nie chciał dać Sławomir Neumann, który w Platformie Obywatelskiej pełni rolę przewodniczącego klubu parlamentarnego. Twierdził on, że nie jest możliwe, aby dochody budżetowe urosły na tyle, by zniwelować deficyt poniżej 54 mld zł. Ostatecznie pomiędzy Neumannem a Szałamachą doszło do zawarcia zakładu o wartości 10 tys. zł. Szałamacha będzie musiał zapłacić ww. kwotę na rzecz naszego państwa, jeśli deficyt budżetowy na koniec 2016 roku przekroczy 54 mld zł. Z kolei Neumann zapłaci 10 tys. zł, jeśli deficyt będzie niższy od wspomnianych 54 mld zł. 

Okazuje się, że po jedenastu miesiącach 2016 roku deficyt budżetowy wyniósł zaledwie 27,6 mld zł. To o 1/4 mniej niż rok temu o tej samej porze (po listopadzie 2015 r. deficyt wynosił 36,1 mld zł) i zaledwie 50,4 proc. planu deficytowego na cały 2016 rok! Powyższe jest efektem znacznie wyższych dochodów budżetowych. Porównując z okresem I - XI 2015 r. wpływy z tytułu podatku VAT wzrosły o 7,4 proc., z tytułu akcyzy - o 5 proc., z tytułu podatku PIT - o 7,1 proc., natomiast z tytułu podatku CIT - o 2 proc. Wygląda więc na to, że słynny zakład pomiędzy Szałamachą a Neumannem wygra ten pierwszy i to pomimo realizacji programu 500+.

 

Źródło: Paweł Szałamach (Facebook.com)
Źródło: MF: deficyt budżetu po listopadzie o ponad 5 mld zł niższy od planowanego (Rp.pl)
Źródło: MF: 27,6 mld zł deficytu po listopadzie (Rp.pl)

wpis z dnia 28/12/2016

    


  

     PO zaorała się własnym "dekalogiem wolności". Wymieniła wszystkie kwestie, których nie przestrzegała w trakcie swoich rządów!
wpis z dnia 27/12/2016

 

Wolność słowa? Czyli najście na redakcję "Wprost". Wolność mediów i internetu? Czyli inwigilacja antyrządowych dziennikarzy & ACTA. Wolność zgromadzeń? Czyli represje wobec uczestników Marszów Niepodległości. Wolność sumienia? Czyli atak na prof. Chazana za jego konserwatywne poglądy. Wolność samorządów? Czyli "ch... tam z Polską wschodnią", gdzie dominuje przeciwny nam elektorat PiS. Platforma pięknie zaorała się własnym "dekalogiem wolności", którego w ogóle nie przestrzegała w trakcie swoich rządów...

Posłowie Platformy Obywatelskiej okupujący Sejm są w dość tragicznej sytuacji. Jeśli zrezygnują z tej formy protestu i wyjdą to się ośmieszą. Z drugiej strony - nikt do końca nie wie, po co tam siedzą. Dlatego też - jak się wydaje - podjęli się oni próby narzucenia jakiejś narracji, która mogłaby wytłumaczyć po co się tam znajdują i dlaczego nadal okupują budynek polskiego parlamentu. W sieci i na twitterze zaczęły się pojawiać zdjęcia posłów PO trzymających dużą kartkę papieru, na której wypisano "dekalog wolności", czyli 10 punktów, których władza "nie może ograniczać". Trudno się z tymi postulatami nie zgodzić. Są wśród nich takie, jak: wolność słowa, mediów i internetu, wolność sumienia i zgromadzeń, wolność kultury oraz wolność gospodarcza.

Problem polega na tym, że wszystkie te postulaty w mniejszym lub większym stopniu nie były przez posłów PO przestrzegane, kiedy rządzili oni Polską. Pięknie wypunktował ich na twitterze John Bingham, który powiązał: Wolność słowa, mediów i internetu (pkt 1 & 2) z najściem na redakcję tygodnika "Wprost" oraz inwigilacją dziennikarzy przez służby specjalne; wolność zgromadzeń (pkt 3) z represjami wobec uczestników Marszu Niepodległości; wolność sumienia (pkt 4) z represjami w stosunku do prof. Chazana; wolność organizacji obywatelskich (pkt 5) z inwigilacją przez ABW obywateli organizujących się w legalnych stowarzyszeniach; wolność samorządów (pkt 6) z hasłem "Ch... z Polską wschodnią", czyli finansową dyskryminacją samorządów w regionach tradycyjnie konserwatywnych; wolność kultury (pkt 7) z zepchnięciem na margines kultury konserwatywnej, odcięciem jej od źródeł finansowania oraz nachalną promocją liberalnego kiczu; wolność nauki (pkt 8) ze zbombardowaniem publikacji naukowej Zyzaka (nt. Lecha Wałęsy) oraz ośmioletnią walką z naukową prawdą o agencie SB Lechu Wałęsie ujawnioną przez prof. Cenckiewicza; wolność gospodarczą (pkt 9) z budową i umacnianiem systemu gospodarczego, w którym o sukcesie ekonomicznym decydują nie talent i umiejętność, a łapówki i resortowość; wolność parlamentu (pkt 10) z brutalną i bezwzględną rozprawą z opozycją parlamentarną oraz łamaniem sejmowych obyczajów. 

Wygląda więc na to, że nieprzemyślana akcja posłów PO skończyła się klasycznym samozaoraniem własnymi argumentami. Brawo!

 

Źródło: John Bingham jr (Twitter.com)

wpis z dnia 27/12/2016

    


   

     Zamachowiec z Berlina uciekł do Włoch przez Francję. Tę Francję, gdzie rzekomo panuje... antyterrorystyczny stan wyjątkowy (sic!)
wpis z dnia 26/12/2016

 

To jest jednak niesamowite - Anis Amri, domniemany terrorysta z Berlina, który w kabinie ciężarówki pozostawił swoje dokumenty tożsamości, tuż po przeprowadzeniu zamachu ukrył się w jednym z berlińskich meczetów. Następnego dnia miał wyruszyć w podróż do Włoch. Co ciekawe - wybrał okrężną trasę przez Francję, gdzie z uwagi na zagrożenie terrorystyczne panuje... stan wyjątkowy (!). Przez nikogo niezauważony w ciągu 2 dni przejechał blisko 2 tys. km, by zostać zastrzelonym gdzieś pod Mediolanem w trakcie "rutynowej kontroli"...

Historia Anisa Amri - zakładając, że to on rzeczywiście stoi za zamachem z 19 grudnia w Berlinie - pokazuje dobitnie dwie kwestie. Po pierwsze: do Europy mógł wjechać każdy islamski fanatyk lub terrorysta. Wystarczy, że opisał siebie jako "uchodźcę", który ucieka z zagrożonego wojną kraju. Nawet gdy azylu ostatecznie nie uzyskał, to i tak państwo do którego trafił nie mogło go odesłać do domu, gdyż nie zawsze była pewność z jakiego kraju przybył (tak było z Anisem Amri). 

Po drugie: po co ogłaszać stany wyjątkowe, alerty, obstawiać granice wewnątrz UE skoro domniemany sprawca tragedii z Berlina mógł sobie przejechać niezauważony przez nikogo pół Europy? Jeśli terrorysta raz już się do Europy dostanie, może po niej poruszać się niemal dowoli i bez większych przeszkód przemieszczać się z jednego miejsca do drugiego. Anis Amri udowodnił to w sposób koncertowy. Po nocy spędzonej w jednym z berlińskich meczetów w ciągu kolejnych 48 godzin przemierzył całe Niemcy, pół Francji, Szwajcarię, aż dotarł do Włoch. Tam - jeśli wierzyć oficjalnej wersji wydarzeń - spotkał go przypadkowy patrol policji, który go zastrzelił. 

Zakładając, że zamachu dokonał Anis Amri - imigrant z Afryki Północnej - mamy dowód na to, że system przyjmowania islamskich uchodźców i imigrantów miał, jak do tej pory, wiele luk. Pytanie, czy europejskie elity wyciągną wnioski? 

 

Z drugiej strony jednak, aż nie chce się wierzyć, że ten islamski imigrant miał pozostawić w porwanej przez siebie ciężarówce swoje dokumenty tożsamości, oddalić się niezauważony z miejsca zamachu, schronić się z meczecie, przejechać w 2 dni pół Europy i nagle zostać odnaleziony, gdzieś pod Mediolanem przez przypadkowy patrol dokonujący "rutynowej kontroli"... 

wpis z dnia 26/12/2016

  


 

     Trwa zadłużeniowy koszmar rządu Szydło. Rekord Tuska (wzrost zadłużenia +70 mld zł w 1 rok) został pobity w 10 miesięcy 2016 r. (+76,2 mld zł)!
wpis z dnia 22/12/2016

 

Październik okazał się być kolejnym miesiącem, w którym odnotowano wzrost polskiego zadłużenia (+8,04 mld zł). Licząc od stycznia do końca października bieżącego roku dług Skarbu Państwa powiększył się już o +76,199 mld zł. To oznacza, że rząd Beaty Szydło pobił tym samym zadłużeniowy rekord należący do gabinetu Donalda Tuska, który w ciągu całego 2010 roku zdołał powiększyć zadłużenie naszego kraju o +70,3 mld zł...

Według danych opublikowanych przez Ministerstwo Finansów - październik był dziewiątym miesiącem w roku, w ciągu którego odnotowano wzrost zadłużenia naszego kraju (w okresie I - X tylko w lipcu odnotowano spadek). Na koniec października łączne zadłużenie Skarbu Państwa wyniosło 910,75 mld zł, co oznaczało wzrost o 8,04 mld zł (+0,9 proc.) wobec końca września 2016 r. oraz wzrost o 76,2 mld zł (+9,1 proc.) wobec końca 2015 r. 

Zdaniem resortu finansów wzrost zadłużenia od początku 2016 r. był przede wszystkim wynikiem finansowania deficytu budżetu państwa (+24,6 mld zł), finansowania deficytu budżetu środków europejskich (+8,4 mld zł), osłabienia złotego względem euro, dolara, franka i jena (+6,9 mld zł) oraz wymagalnością starych długów, na których spłatę trzeba było zaciągać nowe długi (+34,9 mld zł).

Niestety, jeśli trend wzrostu zadłużenia nie ulegnie zmianie w kolejnych odczytach za listopad i grudzień, to na koniec 2016 roku zadłużenie Skarbu Państwa może wzrosnąć o kolejne kilkanaście miliardów złotych, co w skali całego roku da zupełnie kosmiczny rezultat 90 mld zł! Nic też nie wskazuje, aby w roku 2017 miało się pod tym względem cokolwiek zmienić. W przyjętej kilka dni temu ustawie budżetowej zapisano bowiem, że deficyt budżetowy (który, co do zasady, pokrywany jest z nowych długów) wyniesie 60 mld zł.

 

Źródło: Zadłużenie Skarbu Państwa (MF.gov.pl)

wpis z dnia 22/12/2016

   


   

     Seria dużych awarii na terenie Polski. Dziwnym zbiegiem okoliczności występuje ona w momencie politycznego przesilenia
wpis z dnia 21/12/2016

 

Ogólnopolskie problemy z przekazem sygnału TVP, awaria rejestrów państwowych i systemu "Źródło", awaria systemów informatycznych PAP, awaria sieci T-Mobile czy usterka awaryjnego systemu zasilania Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej skutkująca ograniczeniem ruchu powietrznego nad Polską. Wszystkie te tele-informatyczne awarie wydarzyły się w krótkim okresie czasu. Dziwnym zbiegiem okoliczności pokryły się one z największą od lat próbą destabilizacji politycznej połączoną z silnym wzmożeniem części mediów zachęcających do rewolucji. Przypadek?

Fakty są następujące - w piątek doszło do poważnej awarii systemu "Źródło", czyli zintegrowanego systemu rejestrów państwowych, gdzie znaleźć można takie informacje jak numery PESEL, dane z dowodów osobistych czy akty stanu cywilnego. Dodatkowo zaczęły występować poważne problemy z odbiorem sygnału TVP na multipleksie. To jednak nie koniec - padły systemy informatyczne Polskiej Agencji Prasowej (PAP), a w nocy z piątku na sobotę wprowadzono czasowe ograniczenia w ruchu powietrznym nad Polską. Powodem była usterka awaryjnego systemu zasilania wykorzystywanego przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej. Jakby tego było mało wczoraj potężna awaria dotknęła sieci T-Mobile - na terenie całego kraju występowały problemy z wykonywaniem telefonów i wysyłaniem wiadomości tekstowych.

Wszystko powyższe zbiegło się z największą od lat próbą destabilizacji politycznej połączoną z silnym zaangażowaniem części mediów (głównie posiadających zagranicznych właścicieli), które serwisami serwisami specjalnymi wzmagały atmosferę przewrotu i niepewności. Czysty przypadek? A może - tak jak sugeruje bloger Stanislas Balcerac - na naszych oczach rozpoczęła się operacja "regime change" według recept z Majdanu: 

"Jesteśmy świadkami próby obalenia demokratycznie wybranej władzy w Warszawie poprzez awantury i zamieszki, tak jak wcześniej miało to miejsce na Ukrainie. Majdan w Kijowie zaczął się spontanicznie 21 listopada, zadyma w Warszawie wybuchła spontanicznie 16 grudnia. Pretekst jest podobny, wystarczy jakiś ruch władzy – wcześniej niepodpisanie umowy stowarzyszeniowej z Unią przez Janukowicza, teraz głosowanie nad ustawą o dezubekizacji w Sejmie". 

Powstaje pytanie - czy działania PONowoczesnej opozycji totalnej i KOD-u są rzeczywiście sterowane z zagranicy (pośrednio - poprzez przekazywanie know-how, środków finansowych lub bezpośrednio - poprzez uruchomienie odpowiedniej agentury)? Czy może być tak, że wszystkie ostatnie awarie tele-informatyczne nie były przypadkowe? Osobiście uważam to za mało prawdopodobny scenariusz, nie mniej jestem bardzo ciekaw co w tym zakresie przyniosą nam kolejne dni.

 

Źródło: Piotr Maciążek mikroblog (Facebook.com)
Źródło: Trwa duża awaria T-Mobile w całej Polsce (SpidersWeb.pl)
Źródło: Desperacka gra CIA (Monsieurb.neon24.pl)

wpis z dnia 21/12/2016

   


   

     Tusk: "Demokracja bez dostępu do informacji staje się nieznośna jak dyktatura". Jak nieznośna musiała być demokracja, kiedy ABW wchodziła do redakcji "Wprost"?
wpis z dnia 20/12/2016

 

Donald Tusk z pozycji brukselskiego mędrca zauważył ostatnio, że "demokracja bez dostępu do informacji staje się nieznośna jak dyktatura". W sumie słuszna to uwaga. Wolność mediów oraz dostęp do informacji nie powinny być niczym ograniczane. Jak bardzo nieznośna musiała być zatem demokracja w Polsce roku 2014, kiedy ABW wchodziła do redakcji "Wprost" by zapobiec dalszym przeciekom w aferze taśmowej, a w Komendzie Głównej Policji działała specjalna grupa śledczych do stałej inwigilacji kilkudziesięciu dziennikarzy?

Były premier Polski, odnosząc się do obecnej sytuacji w kraju, chyba wyparł ze swej świadomości, jak to podległe mu służby inwigilowały dziennikarzy ujawniających afery, instalowały podsłuchy, wchodziły siłowo do redakcji ujawniających niewygodne nagrania by zabrać sprzęt i komputery. W Komendzie Głównej Policji działała nawet specjalna grupa śledczych, która nielegalnie rozpracowywała dziennikarzy ujawniających nagrania z afery taśmowej. Łącznie inwigilowano w ten sposób blisko 80 osób!

Dzisiejsi przedstawiciele "obrońców wolności i demokracji" twierdzą, że bronią standardów państwa prawa. Jeśli tak, to może powinni zorganizować demonstrację w sprawie nielegalnie inwigilowanych i podsłuchiwanych dziennikarzy, którzy zajmowali się sprawą afery taśmowej? Może powinni się skrzyknąć i wyjść na ulicę, aby wyrazić sprzeciw wobec działaniom władz, które uderzały w podstawowe wolności gwarantowane przez Konstytucję? Wszak nielegalna inwigilacja blisko 80 osób, które mogły coś wiedzieć o skandalicznych nagraniach członków Platformy Obywatelskiej debatujących między sobą o tym jak "zaj...bać opozycję" czy dokonać skoku na kasę NBP by ratować rząd, była bez wątpienia pogwałceniem demokratycznych zasad funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego.

Najazdy na redakcje, inwigilacja, podsłuchy - to wszystko działo się za zgodą Donalda Tuska. Dzisiaj ten sam Tusk, z pozycji brukselskiego mędrca, poucza, iż "demokracja bez dostępu do informacji staje się nieznośna jak dyktatura". W tym kontekście warto, aby były premier zrobił rachunek sumienia i zadał sobie pytanie - jak bardzo nieznośna musiała być polska demokracja, kiedy rządził krajem wraz z innymi przedstawicielami Platformy Obywatelskiej?

 

Źródło: Sycylia (Twitter.com)
Źródło: Policja podsłuchiwała dziennikarzy i prawników? Znamy wyniki audytu (RadioZet.pl)

wpis z dnia 20/12/2016

   


   

     Prawda o sejmowej blokadzie: Opozycja chciała storpedować uchwalenie budżetu, by żądać przyspieszonych wyborów!
wpis z dnia 19/12/2016

 

Konstytucja stanowi jasno - w przypadku nie uchwalenia ustawy budżetowej w terminie prezydent może zarządzić skrócenie kadencji Sejmu. Piątkowa blokada mównicy sejmowej miała na celu sparaliżowanie prac parlamentu i uniemożliwienie uchwalenia budżetu na 2017 rok. Opozycja chciała w ten sposób zyskać argument za przyspieszonymi wyborami. Przeniesienie obrad do Sali Kolumnowej taktycznie rozbiło jednak plany opozycji, która ze swoim protestem pozostała "na lodzie".

Akcja pt. blokujmy sejmową mównice w obronie wolności mediów, prawdopodobnie była tylko przykrywką do rzeczywistego celu "totalnej opozycji", jakim było skuteczne sparaliżowanie prac parlamentu. Pamiętajmy, że 16 grudnia w piątek Sejm miał głosować nad przyjęciem ustawy budżetowej na 2017 rok. Jej ewentualne nie przyjęcie w ustawowym terminie (de facto do końca 2016 roku) zgodnie z Konstytucją mogło oznaczać skrócenie kadencji Sejmu, a w konsekwencji przyspieszone wybory parlamentarne. 

Destrukcja procesowa, na którą ewidentnie grały partie opozycyjne, miała im przynieść "korzyść" w postaci argumentu za nowymi wyborami. Oczywiście wątpliwym jest, aby prezydent Andrzej Duda, widząc, że przyczyną nie uchwalenia budżetu jest blokada prac Sejmu, zgodził się na rozwiązanie parlamentu i przyspieszone wybory. Niemniej powyższy temat mógłby stanowić nowy punkt w politycznej "nawalance" między głównymi partiami w Polsce. 

Wariant ten został jednak rozbity decyzją marszałka Kuchcińskiego o przeniesieniu obrad Sejmu do Sali Kolumnowej, gdzie ustawa budżetowa na 2017 rok została ostatecznie uchwalona. Opozycja ze swoim protestem została zatem "na lodzie". Plan nie wypalił, choć - teoretycznie, w przypadku braku kworum na Sali Kolumnowej (a takie ryzyko istniało) - mógł zakończyć się dla nich powodzeniem i skutecznym sparaliżowaniem parlamentarnych prac nad budżetem...

wpis z dnia 19/12/2016

   


  

     "Spontaniczne" demonstracje były starannie przygotowane. Lis napisał, że "trwa zamach stanu" i... miał racje!
wpis z dnia 18/12/2016

 

Formalnym powodem piątkowych i sobotnich demonstracji było wykluczenie z udziału w posiedzeniu Sejmu posła Szczerby z PO. Co jednak ciekawe - plany organizacji tych manifestacji były zgłoszone do władz Warszawy kilka dni szybciej, kiedy nikt jeszcze nie przypuszczał, co może się wydarzyć w piątek. Warto też zwrócić uwagę na zamówiony odpowiednio wcześniej katering do Sejmu oraz wypowiedź posła Kłopotka z PSL, który w piątek rano "wyśpiewał" co się stanie wieczorem. Czego oni nie zrobią, aby wrócić do władzy?

Oderwanie od władzy i przywilejów dotychczasowych beneficjentów III RP musiało przynieść konsekwencje. Nikt chyba jednak nie spodziewał się, że w rok po przegranych wyborach będą oni próbowali aż do tego stopnia zdestabilizować sytuację polityczną w kraju. To, co widzieliśmy w piątek wieczorem było w istocie próbą wzniecenia zamachu stanu. Niewykluczone, że jego celem miała być krwawa rozprawa z przedstawicielami PiS i całkowite pogrążenie naszego państwa w chaosie. Pod tym względem muszę przyznać rację Tomaszowi Lisowi, który w piątek wieczorem napisał na swoim twitterze, że "trwa zamach stanu". Miał racje. 

Powstaje pytanie - co dalej? Jakie plany ma "totalna opozycja", by powrócić do władzy? Czy będą szli w kierunku dalszej destabilizacji w imię powrotu tego co już było? Czy kolejnym krokiem będzie prośba o interwencję zewnętrznych sił? Byleby tylko odsunąć PiS od władzy? A może jakieś polityczne zabójstwo? Wszak pełni nienawiści do swoich politycznych przeciwników, przy jednoczesnym poparciu głównych mediów w Polsce, są w stanie zrobić dosłownie wszystko...

wpis z dnia 18/12/2016

   


   

     Odnotujmy - niektórzy dziennikarze organizowali "dzień bez polityka" zanim jeszcze stało się to modne...
wpis z dnia 16/12/2016

 

Warto przypomnieć, że pierwszy "dzień bez polityka" w mediach zorganizowano już 2 lata temu - 19.12.2014 r. - kiedy to ówczesny prezydent Bronisław Komorowski zeznawał jako świadek w głośnym procesie dot. WSI. W normalnym kraju przesłuchanie urzędującego prezydenta przez sąd w sprawie tajnych służb wojskowych umoczonych w nielegalne afery byłoby transmitowane na żywo przez wszystkie stacje informacyjne i radiowe. Protestujący dziś dziennikarze postanowili jednak akurat tego dnia zorganizować pierwszy "dzień bez polityka"...

To jest wręcz niewiarygodne jak wszystkie główne media w Polsce chroniły wizerunek prezydenta Bronisława Komorowskiego. Przypomnijmy, że 19.12.2014 r. zeznawał on jako świadek w głośnym procesie dot. m.in. ujawnienia tajnego aneksu w sprawie likwidacji WSI. Zeznający pod przysięgą w sądzie prezydent byłby sensacją dnia w każdym normalnym państwie. Wszystkie telewizje transmitowałyby na żywo jego zeznania. Szczególnie jak plącze się w zeznaniach i prosi sąd o uchylanie kłopotliwych pytań. Niestety 90 proc. społeczeństwa nie dowiedziała się wówczas (grudzień 2014 r.) o tym jak wypadł Komorowski, bowiem wszystkie główne media niemal całkowicie zablokowały przekaz informacji w tej sprawie. Po prostu - akurat tego dnia postanowiły wspólnie i w porozumieniu zorganizować "dzień bez polityka". Wyłączyli kamery, wyłączyli mikrofony. Byli na miejscu, ale nie nagrywali...

Warto zwrócić uwagę, że spora grupa dziś protestujących dziennikarzy, w 2014 roku bojkotowała niekorzystne informacje o prezydencie Komorowskim. Żeby była jasność - nie popieram forsowanych przez PiS zmian w zakresie dostępu mediów do budynku Sejmu, jednak hipokryzja dziennikarzy mainstreamu, którzy dziś organizują "dzień bez polityka", mimo że wcześniej świadomie i z premedytacją organizowali takie dni tylko po to, by osiągnąć określoną korzyść polityczną, musi budzić naszą odrazę.

wpis z dnia 16/12/2016

   


  

     Do władz PiS-u: Jak byście zareagowali, gdyby za rządów PO ograniczono mediom dostęp do Sejmu?
wpis z dnia 16/12/2016

 

Mniej dziennikarzy i ograniczony dostęp do polityków - tak w skrócie można opisać nowy regulamin dla mediów relacjonujących prace polskiego parlamentu. Niestety forsowane przez przedstawicieli PiS zmiany to uderzenie w prawo obywateli do bycia informowanymi o tym, co robią nasi politycy. Zakazanie dziennikarzom poruszania się po sejmowych korytarzach i zadawania niewygodnych pytań w sposób znaczący utrudni sprawowanie kontroli nad władzą ustawodawczą. Ciekawe jak zareagowałby PiS, gdyby podobne regulacje wprowadzono za Tuska?

Zgodnie z nowymi regulacjami Jedna redakcja będzie mogła delegować do gmachu budynku Sejmu tylko dwóch stałych korespondentów. Reszta dziennikarzy będzie mogła oglądać posiedzenia na ekranach w nowym Centrum Medialnym Sejmu, które będzie oddalone o kilkadziesiąt metrów od sali plenarnej naszego parlamentu. Ograniczony zostanie bezpośredni dostęp do polityków oraz możliwość nagrywania na żywo. 

Jeśli ta kontrowersyjna inicjatywa przejdzie i zostanie wpisana do parlamentarnego regulaminu, to rzeczywisty kontakt mediów z politykami może się ograniczyć do wyznaczonych przez partyjne władze funkcjonariuszy, którzy łaskawie będą zachodzili do dziennikarskich pokoików w nowym Centrum Medialnym. I to tylko wtedy, kiedy będą mieli na to ochotę. Możliwość zadawania niewygodnych i niespodziewanych pytań "na twarz" zostanie de facto zlikwidowana.

W tym kontekście racje ma prawicowy publicysta Łukasz Warzecha, który na swoim twitterze napisał: "Jak można się cieszyć z tego, że władza oczyszcza sobie teren z dziennikarzy? To zawsze powinno niepokoić, niezależnie od tego, kto to robi". Co gorsze - z nieoficjalnych informacji wynika, że uprzywilejowane mają być media "państwowe" (TVP, Polskie Radio), które będą mogły wystawić większą liczbę korespondentów.

Jestem ciekawy jak zareagowałyby władze PiS, gdyby za Tuska przeforsowane zostały podobne regulacje? Czy przypadkiem nie podniosłyby larum, że oto następuje ograniczenie demokracji i wolności mediów?

 

Źródło: Nowe Centrum Medialne (Sejm.gov.pl)
Źródło: Mniej dziennikarzy i ograniczony dostęp do polityków. Sejm wprowadza ograniczenia dla mediów (Gazeta.pl)

wpis z dnia 16/12/2016

    


   

     Sędziowie Sądu Najwyższego w III RP bronią sędziów stanu wojennego PRL przed odpowiedzialnością karną. Kasta? To mało powiedziane!
wpis z dnia 15/12/2016

 

Sąd Najwyższy w III RP konsekwentnie odmawiał pociągnięcia do odpowiedzialności karnej PRL-owskich sędziów stanu wojennego, którzy będąc funkcjonariuszami komunistycznego aparatu represji, skazywali na kary więzienia ludzi mających odwagę ze zbrodniczym systemem walczyć. Dzieje się tak ponieważ układ zawarty w Magdalence i przy okrągłym stole roztoczył nad zbrodniarzami parasol ochronny. Ważną częścią tego układu jest system sądowniczy, który "miał się sam oczyścić", choć od początku było wiadome, że to niemożliwe.

Odpowiedź na pytanie dlaczego po 27 latach od rzekomego upadku komunizmu PRL-owscy zbrodniarze nadal przebywają na wolności, do ogólnopolskich telewizji ciągle zapraszani są agenci komunistycznych służb, a wszyscy wysocy członkowie PZPR zrobili oszałamiające kariery w polityce lub biznesie jest bardzo prosta. III RP została stworzona przede wszystkim dla ich wygody i bezpieczeństwa. To oni, po 1989 roku, przejęli kontrolę nad biznesem i mediami. To oni zasiadali w zarządach spółek wydzielanych z majątku upadającego PRL. To oni kierowali nowopowstałymi bankami komercyjnymi, które zostały wyodrębnione z NBP. To ludzie powiązani z PZPR i ustrojem "demokracji ludowej" decydowali o kształcie i kierunkach rozwoju III RP. Pod tym względem porozumienie zawarte najpierw w Magdalence, a później przy okrągłym stole nie przyniosło dla zwykłych Polaków żadnego pożytku. 

Pisałem o tym już wielokrotnie, ale nie zaszkodzi powtórzyć - w 1989 roku stworzono iluzję, jakoby wielkim sukcesem porozumienia pomiędzy przedstawicielami reżimu PRL oraz części "umiarkowanej" opozycji powiązanej różnymi koligacjami z PRL (Michnik, Mazowiecki, Geremek, Kuroń) było stworzenie wolnego rynku w Polsce. Uwolnienie gospodarki miało przesłonić wszelkie inne konsekwencje "porozumienia", którego głównym celem było zachowanie przywilejów grupy związanej z PRL. Kategorię "wolny rynek" podciągnięto do rangi mitu, czegoś, co dano nam - zwykłym Polakom - w akcie łaski wynikającej z "mądrego" dogadania się elit władzy PRL z elitami "konstruktywnej opozycji". A czymże jest "wolny rynek" - pytam się? Przecież jest to sytuacja całkowicie naturalna, kiedy o obrocie gospodarczym decyduje czynnik popytu i podaży kształtowany przez zwykłych ludzi - czyż nie mam racji? Tak więc uczestnicy okrągłego stołu rzekomo dali nam coś, co w istocie swojej jest czymś zupełnie naturalnym, co wynika wprost z charakteru społecznych relacji. Tego nie można "dać", a następnie kreować wizję, jakoby był to efekt fantastycznego porozumienia bez precedensu w skali świata. To trochę tak, jakby ktoś powiedział, że od dziś pozwala nam oddychać powietrzem, gdyż jeszcze do wczoraj było to zakazane. 

Kilka dni temu obchodziliśmy 35. rocznicę wprowadzenia przez Jaruzelskiego stanu wojennego, w trakcie którego zabito ok. 100 osób, a 11 tys. internowano lub wsadzono do więzień. 17 grudnia będziemy obchodzić 46. rocznicę grudnia 1970 roku. Komunistyczne władze zamordowały 41 osób, a ponad 1100 raniły. Zbrodnie te do dzisiaj nie zostały rozliczone. III RP roztoczyła bowiem nad zbrodniarzami parasol ochronny. Przykładem niech będzie zachowanie sędziów Sądu Najwyższego. Konsekwentnie odmawiają oni pociągnięcia do odpowiedzialności karnej PRL-owskich sędziów stanu wojennego, którzy będąc funkcjonariuszami komunistycznego aparatu represji, skazywali na kary więzienia ludzi mających odwagę ze zbrodniczym systemem walczyć.

Do tej pory byli funkcjonariusze systemu PRL byli nietykalni. Teraz powoli się to zmienia. Tracą wysokie emerytury, odbierane są im stopnie generalskie. To między innymi dlatego w mediach głównego nurtu, które w większości kierowane są przez ludzi współpracujących z aparatem władzy PRL, trwa nieustająca histeria od momentu kiedy demokratyczne wybory wygrał PiS. Oni się autentycznie boją, że całkowicie utracą kontrolę nad III RP - swoim dzieckiem, będącym de facto bękartem PRL. Pozostaje mieć nadzieje, że lęk ten zmaterializuje się w 100 procentach...

 

Źródło: Kamil Zaradkiewicz (Twitter.com)

wpis z dnia 15/12/2016

   


  

     Min. Sprawiedliwości uderza w właściciela Providenta. Kurs akcji tej spółki załamał się po ogłoszeniu założeń do nowej ustawy antylichwiarskiej
wpis z dnia 14/12/2016

 

Resort sprawiedliwości przygotował projekt nowej ustawy antylichwiarskiej. Jest on ewidentnie wymierzony w firmy pożyczkowe, które udzielają wysokooprocentowanych pożyczek (nawet kilkaset procent w skali roku). Najwięcej może stracić Provident. W ciągu tylko jednego dnia notowane na giełdzie w Londynie akcje brytyjskiego właściciela Providenta (International Personal Finance) spadły o ponad 40 proc.!

Ministerstwo Sprawiedliwości kilka dni temu opublikowało nowy projekt ustawy "antylichwiarskiej", który przewiduje zaostrzenie warunków pożyczania pieniędzy konsumentom. W uzasadnieniu dla projektu możemy przeczytać, że ma on na celu "podjęcie kompleksowych i skoordynowanych działań, zarówno na gruncie prawa karnego, jak i poprzez ingerencję w stosunki cywilnoprawne, w celu zlikwidowania patologii udzielania pożyczek o charakterze lichwiarskim". 

 

Ministerstwo proponuje obniżenie wszystkich wskaźników określających maksymalną wysokość opłat i prowizji. Obecnie limit ten wynosi max. 25 proc. kwoty pożyczki (co w przypadku pożyczek krótkoterminowych, np. do 1 miesiąca, pozwala na osiąganie rzeczywistej rocznej stopy oprocentowania [RRSO] na poziomie kilkuset procent). Projekt ustawy proponuje, aby maksymalny limit wysokości opłat i prowizji wynosił zaledwie 10 proc. wysokości kredytu (co drastycznie obniży legalną stopę RRSO).

Na wieść o ogłoszeniu propozycji Ministerstwa Sprawiedliwości drastycznie zareagował kurs notowanego na giełdzie w Londynie właściciela Providenta - spółki International Personal Finance (IPF). W ciągu zaledwie jednego dnia obniżył się on o ponad 40 proc.! Nie powinno nas to jednak dziwić, bowiem Polska była dla IPF - jak do tej pory - największym rynkiem sprzedaży drogich pożyczek. Perspektywa utraty sporej części przychodów musiała wpłynąć na giełdowe notowania tej brytyjskiej spółki.

 

Źródło: Kurs akcji International Personal Finance Plc (stooq.pl)

wpis z dnia 14/12/2016

    


   

     Złapali ją na przekręcie o wartości 30 mln zł. Sprawę umorzono, gdyż oskarżona przeprosiła i obiecała, że już nigdy tego nie powtórzy (!!)
wpis z dnia 13/12/2016

 

Ustalenia Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego w zakresie działalności tzw. mafii lekowej są szokujące. W uderzający w polskich pacjentów nielegalny wywóz leków poza granice naszego kraju zamieszani są nie tylko nieuczciwi farmaceuci, ale również przedstawiciele organów ścigania! Okazuje się na 95 wszczętych postępowań w zakresie wywozu leków aż 3/4 kończyła się umorzeniem lub warunkowym zawieszeniem. Szczególnie kuriozalne są uzasadnienia - sprawę o wartości 30 mln zł śledczy umorzyli, gdyż oskarżona... przeprosiła i obiecała poprawę (sic!).

Główny Inspektorat Farmaceutyczny nie ma wątpliwości - mafia lekowa to zorganizowana, wielopoziomowa grupa przestępcza zajmująca się nielegalnym obrotem lekami na szkodę zwykłych Polaków korzystających z aptek. Proceder ten polega na wywozie poza granicę naszego kraju leków, które powinny być sprzedawane w Polsce. W efekcie w polskich aptekach bardzo często brakuje medykamentów, które lądują na półkach aptek w Niemczech, Francji czy Holandii. Nieuczciwym farmaceutom ten biznes najzwyczajniej w świcie się kalkuluje - za wywiezione poza granice Polski leki otrzymują bowiem znacznie większe pieniądze, niż mieli by je sprzedawać w naszym kraju. 

Takim praktykom sprzyjała także dotychczasowa postawa organów. Jak informuje "Dziennik Gazeta Prawna" - departament ds. przestępczości gospodarczej w Prokuraturze Krajowej analizuje poszczególne postępowania dot. mafii lekowej prowadzone do tej pory przez prokuratury w różnych częściach Polski. Okazuje się, że na 95 wszczętych w ciągu ostatnich 3 lat postępowań w zakresie nielegalnego wywozu leków poza granice naszego kraju, aż 3/4 kończyła się umorzeniem lub warunkowym zawieszeniem. Najbardziej restrykcyjną karą za udział w mafii lekowej było jak do tej pory osiem miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata. 

Najbardziej kuriozalne były jednak uzasadnienia dla wydawanych przez prokuratorów postanowień. Sprawę osoby, która wywiozła leki o wartości 30 mln zł umorzono, bowiem przeprosiła ona prokuratora i obiecała, że już nigdy więcej nie będzie wywoziła leków poza granice Polski (!). W innym przypadku (wywóz leków o wartości 45 mln zł) prokurator umorzył postępowanie ze względu na niską szkodliwość społeczną czynu...

 

Źródło: GIF: W nielegalny wywóz leków zamieszani są farmaceuci, lekarze i prokuratorzy (Forsal.pl)
Źródło: Prokuratura Krajowa bada śledztwa dotyczące nielegalnego wywozu leków (RynekZdrowia.pl)

wpis z dnia 13/12/2016

     


    

     Grubo ponad 100 tys. zł na "odchodne" trafi do prezesa Rzeplińskiego. Zapłacą podatnicy
wpis z dnia 12/12/2016

 

Wszystko wskazuje na to, że odchodzący za tydzień z funkcji prezesa Trybunału Konstytucyjnego Andrzej Rzepliński otrzyma ponad 100 tys. zł. Okazuje się bowiem, że Rzepliński tak ciężko harował dla dobra obywateli, że nie zdążył odebrać 114 dni urlopu. Teraz w zamian otrzyma pieniężny ekwiwalent. Co ciekawe - prezesowi TK urlopu udziela wiceprezes, a wiceprezesowi - prezes. Tak się akurat złożyło, że wiceprezes Stanisław Biernat również ma do odebrania mnóstwo dni urlopu i także będzie mógł liczyć na potężny strzał gotówki...

Jako pierwszy na fakt, iż prezesowi Rzeplińskiemu zostało do odebrania 114 dni urlopu zwrócił uwagę Kamil Zaradkiewicz, który ogłosił to kilka tygodni temu na twitterze. Dodał przy tym, że prezes Andrzej Rzepliński "był w ubiegłym tygodniu prywatnie w USA, ale urlopu nie wziął. To są jego zachodnie standardy". Dwa dni temu Zaradkiewicz napisał na twitterze: "Prezesowi TK urlopu udziela wiceprezes, a wiceprezesowi - prezes. Obaj otrzymają ponad 250.000 zł za niewykorzystane urlopy". Pisząc " wiceprezes" miał na myśli Stanisława Biernata, któremu do końca kadencji pozostało pół roku, a również ma sporo dni urlopu do wykorzystania. Jeśli zachowa się tak, jak Andrzej Rzepliński, to łącznie będą oni mogli liczyć na ok. 250 tys. zł ekwiwalentu za niewykorzystane urlopy. Tak ciężko harowali dla dobra obywateli...

W kontekście powyższego warto przypomnieć, że TK w tym roku mocno spowolnił swoje działania, tak więc - przynajmniej teoretycznie - prezes Rzepliński mógł formalnie wykorzystać swój urlop nie narażając podatników na nadmierne wydatki z tytułu ekwiwalentu. Zgodnie z informacjami zawartymi w Zbiorze Urzędowym Orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego od stycznia do września TK wydał łącznie tylko 23 wyroki. Piszę "tylko" bowiem zgodnie z tym samym Zbiorem Urzędowym w całym 2015 roku wyroków było 63, a w 2014 - 71.

Źródło: Kamil Zaradkiewicz (Twitter.com)

wpis z dnia 12/12/2016

  


 

     Włosi kupili PEKAO za 4,3 mld zł. W kolejnych latach zarobili na tym banku kilkadziesiąt mld zł. Teraz odsprzedają Polakom 1/3 akcji za 10,6 mld zł. Złoty biznes...
wpis z dnia 9/12/2016

 

Pojawiły się głosy, że repolonizacja PEKAO SA, czyli drugiego co do wielkości banku w Polsce, to wielki sukces. Sukces to może i jest, ale - póki co - jedynie dla dotychczasowych właścicieli tego banku, czyli włoskiej grupy UniCredit. Przypomnijmy, że Włosi kupili PEKAO od polskiego rządu w 1999 r. Wydali na to kwotę 4,3 mld zł. W ciągu kolejnych lat bank wygenerował ponad 30 mld zł (!) zysku na czysto. Teraz w ręce PZU trafi niespełna 1/3 akcji PEKAO. Włosi otrzymają w zamian kolejne 10,6 mld zł. Jeśli ktoś odniósł sukces to jest nim grupa UniCredit. 

Jedno jest pewne - należy się cieszyć z postępującej repolonizacji sektora bankowego w Polsce. Jednak odtrąbienie "sukcesu" tylko dlatego, że PZU za grubą kasę przejmuję 1/3 akcji Banku PEKAO jest w mojej opinii przesadą. Jeśli już, to PZU zrobiła krok w kierunku osiągnięcia takiego sukcesu. Póki co zaś o zmaterializowanym sukcesie może mówić dotychczasowy główny udziałowiec tego banku, czyli włoska Grupa UniCredit.

Przypomnijmy - Bank PEKAO SA trafił w ręce włoskiego UniCredit w 1999 roku. Wówczas to Ministerstwo Skarbu Państwa w rządzie Jerzego Buzka wybrało na Włochów na inwestora strategicznego. Do finalizacji transakcji doszło 3 sierpnia 1999 r., kiedy UniCredit (wówczas jeszcze do spółki z niemieckim Allianz AG) objęło pakiet 52,09 proc. akcji banku. Cena za którą rząd Jerzego Buzka (wicepremierem był wtedy Leszek Balcerowicz, a ministrem Skarbu Państwa - Emil Wąsacz) sprzedał wspomniany pakiet kontrolny wynosiła 4,3 mld zł.

W kolejnych 16 latach bank PEKAO SA wygenerował aż 30 mld zł zysku na czysto! Poniżej prezentuję wyniki finansowe tego banku publikowane na oficjalnej stronie internetowej (pekao.com.pl):

- 2000 r.: zysk netto w wysokości 0,760 mld zł
- 2001 r.: zysk netto w wysokości 1,261 mld zł
- 2002 r.: zysk netto w wysokości 0,745 mld zł
- 2003 r.: zysk netto w wysokości 0,919 mld zł
- 2004 r.: zysk netto w wysokości 1,343 mld zł
- 2005 r.: zysk netto w wysokości 1,535 mld zł
- 2006 r.: zysk netto w wysokości 1,790 mld zł
- 2007 r.: zysk netto w wysokości 2,157 mld zł
- 2008 r.: zysk netto w wysokości 0,719 mld zł
- 2009 r.: zysk netto w wysokości 2,411 mld zł
- 2010 r.: zysk netto w wysokości 2,525 mld zł
- 2011 r.: zysk netto w wysokości 2,899 mld zł
- 2012 r.: zysk netto w wysokości 2,956 mld zł
- 2013 r.: zysk netto w wysokości 2,785 mld zł
- 2014 r.: zysk netto w wysokości 2,700 mld zł
- 2015 r.: zysk netto w wysokości 2,500 mld zł

Obecnie UniCredit postanowił sprzedać PZU 32,8 proc. akcji PEKAO za kwotę 10,6 mld zł. I właśnie dlatego, jeśli ktoś odniósł tutaj sukces, to - póki co - byli to Włosi, którzy PEKAO kupili za jedynie 4,3 mld zł...

Żeby była jasność - nie mam nic przeciwko Włochom, że wykorzystali okazję, odkupili PEKAO od polskiego rządu i zarobili mnóstwo pieniędzy. Pretensje kieruje do klasy politycznej, która w latach 90-tych i na początku 2000 bezmyślnie wyprzedawała polski sektor bankowy za relatywnie niewielkie pieniądze. To właśnie doprowadziło do sytuacji, w której w 2015 roku ok. 65 proc. banków należała do podmiotów zagranicznych. W tym kontekście reprywatyzacja do dobry ruch, który przywraca normalność (rozumianą jako sytuacja, kiedy większość banków należy do rodzimego kapitału). Na ogłoszenie sukcesu trzeba jednak będzie poczekać co najmniej kilka lat, kiedy osiągane zyski (pozostające w Polsce) zrównoważą koszty odkupu (repolonizacji) PEKAO od Włochów z UniCredit.

 

Źródło: PZU i PFR kupują Pekao SA od włoskiego UniCredit (Stooq.pl)
Źródło: Wyniki finansowe PEKAO SA (pekao.com.pl) 

wpis z dnia 9/12/2016

   


  

     Pomoc publiczna udzielona francuskim stoczniom była legalna. Pomoc publiczna udzielona polskim stoczniom była nielegalna. W UE są równi i równiejsi...
wpis z dnia 8/12/2016

 

W 2008 roku Komisja Europejska uznała, że pomoc publiczna jaka w przeszłości została przyznana stoczniom w Gdyni i Szczecinie była nielegalna i musi zostać zwrócona. W praktyce oznaczało to postawienie obu stoczni w stan likwidacji. Rząd Tuska nie odwołał się od tej decyzji do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, bowiem uznał, iż "tak nie wypada" (cytat z raportu NIK!). Od decyzji KE, co do własnych stoczni, odwołała się za to Francja. Opłaciło się - ETS uznał, że pomoc francuskiego rządu nie była nielegalna, dzięki czemu ich stocznie zostały uratowane...

Przypomnijmy - w 2008 roku Komisja Europejska nie zaakceptowała żadnego z przekazanych jej przez Ministerstwo Skarbu Państwa planów restrukturyzacji stoczni w Gdyni i Szczecinie. Jednocześnie uznała, że pomoc publiczna jaka w przeszłości została polskim stoczniom przyznana, była nielegalna i musi zostać zwrócona. W praktyce oznaczało to postawienie obu stoczni w stan likwidacji i sprzedaż ich całego majątku.

Kilka lat później NIK opublikował raport dotyczący prób ratowania, a następnie sprzedaży stoczni w Gdyni i Szczecinie. Zdaniem NIK rząd Tuska nie wykorzystał wszystkich możliwości ratowania stoczni w Gdyni i Szczecinie. Błędem kardynalnym było przede wszystkim zaniechanie przez stronę polską odwołania się od decyzji Komisji Europejskiej. Ówczesny minister Skarbu Państwa mógł złożyć skargę o stwierdzenie nieważności decyzji KE do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, na podstawie art. 230 Traktatu ustanawiającego Wspólnotę Europejską. Mógł on również wnioskować o wydanie zarządzenia tymczasowego w celu wstrzymania wykonania decyzji Komisji (art. 242 Traktatu). Możliwości takie wskazywała analiza sporządzona w czerwcu 2008 r. dla Agencji Rozwoju Przemysłu SA przez firmę doradczą KPMG. 

Minister Skarbu Państwa (a był nim wówczas, nie kto inny jak Aleksander Grad) tłumaczył, iż "nie dysponował informacjami, z których można byłoby wywieść przekonujące argumenty przemawiające za zaskarżeniem decyzji Komisji". Zeznania pozyskane przez NIK w trakcie kontroli wskazują jednak na nieco inną przyczynę braku zastosowania środka odwoławczego. Kontrolerzy NIK stwierdzili, że kierownictwo Ministerstwa Skarbu Państwa uznało decyzje KE o konieczności zwrotu pomocy publicznej (z jednoczesnym odroczeniem samego procesu egzekwowania zwrotu tejże pomocy) za decyzję, od której najzwyczajniej w świecie... "nie wypadało się odwołać" (sic!).

W tym kontekście warto zauważyć, że od identycznej decyzji Komisji Europejskiej, nakazującej zwrot udzielonej stoczniom pomocy publicznej, odwołał się do Europejskiego Trybunału rząd Francji. Co istotne - Francja przed Trybunałem wygrała, dzięki czemu ich stocznie nie zostały zamknięte.

Czy decyzja ludzi Tuska o tym, iż "nie wypada" odwoływać się do wyższych instancji w sprawie niekorzystnych decyzji Komisji Europejskiej utorowała ówczesnemu premierowi Polski drogę do obecnie zajmowanego stanowiska...?

 

Źródło: NIK o stoczniach (NIK.gov.pl)

wpis z dnia 8/12/2016

    


  

     Roczne opłaty za wywóz śmieci dla 4-osobowej rodziny: Drezno (Niemcy) - 80 euro. Wrocław (Polska) - 240 euro. Niestety będzie jeszcze drożej...
wpis z dnia 7/12/2016

 

Niewiele osób zwraca uwagę na konsekwencje wdrożonej za Tuska ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach. Ustawa ta przyczyniła się do znaczącego wzrostu opłat za wywóz śmieci (w niektórych miejscach opłaty podskoczyły niemal 3-krotnie), nadal tylko 20 proc. śmieci podlega segregacji. Reszta - mimo formalnego obowiązku segregacji - i tak ostatecznie trafia na śmietnikową "jedną hałdę". Niestety, wszystko wskazuje na to, że niebawem za wywóz śmieci przyjdzie nam płacić jeszcze więcej!

Przyjęta za Donalda Tuska ustawa o utrzymaniu czystości i porządku w gminach miała wprowadzić prawdziwą rewolucją w zakresie recyklingu śmieci w Polsce. Ustawa nałożyła na gminy obowiązek przygotowania oraz wdrożenia systemu, który zapewni selektywne zbieranie odpadów, doprowadzi do ograniczenia składowania i w konsekwencji umożliwi jak najlepsze ich zagospodarowanie, zapobiegając nielegalnemu pozbywaniu się śmieci (głównie dzikie wysypiska w lasach). W istocie żaden cel tej ustawy nie został jednak zrealizowany. 

Zdaniem raportu NIK z ubiegłego roku, wprowadzony ww. ustawą nowy system gospodarowania odpadami komunalnymi nie doprowadził do rozwiązania problemu "dzikich wysypisk", których przybywa zamiast ubywać. Rosną także koszty gospodarowania odpadami, bo gminy nie potrafią rzetelnie oszacować ilości wytwarzanych śmieci i asekuracyjnie nakładają na mieszkańców wyższe opłaty. Poza tym z firmami odbierającymi śmieci rozliczają się ryczałtem, niezależnie od ilości wywożonych nieczystości. W efekcie w nowym systemie mieszkańcy płacą więcej, choć często rzeczywiście mogliby mniej.

Dla przykładu - we Wrocławiu roczne koszty wywozu śmieci dla 4-osobowej rodziny zajmującej dom jednorodzinny wynoszą 1056 zł, tj. równowartość ok. 240 euro. Tymczasem w oddalonym o 250 km niemieckim Dreźnie taka sama rodziny zapłaci w ciągu roku za wywóz śmieci jedynie 80 euro...

 

Źródło: Za odbiór śmieci płacimy więcej niż Niemcy, a ma być jeszcze drożej (Rp.pl)
Źródło: NIK o odpadach komunalnych (Nik.gov.pl)

wpis z dnia 7/12/2016

   


  

     OECD: Polska administracja podatkowa najdroższa w Europie i 3. na świecie! Wszystko przez kosztowny i nieefektywny podatek PIT...
wpis z dnia 6/12/2016

 

Administracja podatkowa w Polsce na swoje utrzymanie pochłania proporcjonalnie największą część środków pieniężnych zabranych podatnikom spośród wszystkich administracji podatkowych państw należących do UE. Jest także jedną z najdroższych na świecie - wynika z raportu OECD pt. "Tax Administration 2015". Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest utrzymywanie skomplikowanego podatku dochodowego PIT, na którego obsługę potrzeba całej armii urzędników, a wpływy z jego poboru są niewielkie. 

Działanie aparatu skarbowego w Polsce pochłania aż 1,6 proc. tego, co zbiera on z podatków. Zdaniem ekspertów z Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) jest to najgorszy wynik spośród wszystkich państw należących do Unii Europejskiej. Zgodnie z raportem "Tax Administration 2015" np. w Niemczech współczynnik ten wynosi 1,35 proc., w Czechach - 1,13 proc., a w Wielkiej Brytanii - zaledwie 0,73 proc. Wśród 56 krajów, które bada OECD, wyższy niż w Polsce wskaźnik kosztu poboru podatków występuje jedynie w Japonii (1,7 proc. przychodów) oraz w Arabii Saudyjskiej (1,62 proc.).

Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest utrzymywanie niezwykle skomplikowanego (w polskim wydaniu), najeżonego różnymi progami, ulgami czy kosztami uzyskania podatku dochodowego PIT. Kilkadziesiąt tysięcy urzędników w Polsce jest oddelegowanych do obsługi tej fiskalnej daniny (niektóre szacunki mówią, że poborem, kontrolą i obsługą podatku dochodowego od osób fizycznych zajmuje się blisko 80 proc. całego aparatu skarbowego). Co roku dla 25 milionów podatników muszą oni sprawdzać deklaracje podatkowe, weryfikować ulgi, obsługiwać korespondencję itp. Pensje i wynagrodzenia dla tych urzędników kosztują grube miliardy złotych, które powodują, że nasz kraj na utrzymanie administracji podatkowej proporcjonalnie musi wydać najwięcej wśród wszystkich państw należących do Unii Europejskiej.

Zamiast utrzymywać nieefektywny, kosztowny i zabierający mnóstwo czasu podatek PIT, o wiele racjonalniej byłoby go całkowicie zlikwidować. W zamian, aby zapewnić stałe dochody budżetowi państwa, można by nieco podnieść (o 3-4 proc.) niższą stawkę podatku VAT (obecnie 8 proc.). To powinno zapewnić podobne dochody budżetowi, co podatek PIT przy jednoczesnym ograniczeniu kosztów funkcjonowania administracji podatkowej. 

Proste? Oczywiście. Problemem może być jednak niezwykle silne lobby podatkowo-administracyjne. Wszak likwidując podatek PIT automatycznie likwidujemy dziesiątki tysięcy miejsc pracy dla osób, które "żyją" z wyliczania prawidłowej wysokości podatku dochodowego do zapłaty...

 

Źródło: Tax Administration 2015 (OECD.org)
Źródło: 5 razy "tak" dla likwidacji PIT-u (Bankier.pl)

wpis z dnia 6/12/2016

  


   

     Podatek od hipermarketów funkcjonuje we Francji od 2010 r. W Hiszpanii od 2013 r. Ale tylko w Polsce Komisja Europejska doszukała się problemu
wpis z dnia 5/12/2016

 

Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że francuski parlament w 2010 r. wprowadził specjalny podatek od "dużych lokali użytkowych". Na jego mocy sklepy oferujące sprzedaż detaliczną o powierzchni większej niż 400 m2 i obrotach przekraczających 460 tys. euro rocznie są zobligowane do zapłaty podatku, którego stawki wynoszą od 5,74 do 34,12 euro za każdy metr kwadratowy powierzchni. Co ciekawe - Komisja Europejska nie uznała (tak jak w Polsce), że to forma "ukrytej pomocy publicznej" dla mniejszych sklepów nie objętych tym podatkiem.

Przypomnijmy - Komisja Europejska zakwestionowała we wrześniu wprowadzony w naszym kraju podatek od sieci handlowych. Podatek ten składał się z dwóch stawek uzależnionych od osiąganych przychodów: 1) Jeśli dany sklep lub sieć osiągały miesięczne przychody między 17 a 170 mln zł, to obowiązywała stawka podatku równa 0,8 proc. wartości tego przychodu. 2) Jeśli dany sklep lub sieć osiągały miesięczne przychody powyższej 170 mln zł, to obowiązywała stawka podatku równa 1,4 proc. wartości tego przychodu. Kwotą wolną od podatku w skali roku była zatem suma 204 mln zł (12 miesięcy x 17 mln = 204 mln zł). Celem tego podatku, oprócz przyniesienia dodatkowych wpływów do budżetu, miało być wyrównanie szans pomiędzy wielkimi sieciami i sieciami dyskontów, a mniejszymi przedsiębiorstwami handlowymi, a także wsparcie dla rodzimych producentów żywności, którzy sprzedają swoje produkty głównie w lokalnych sklepach małych i średnich przedsiębiorstw, których jednak z roku na rok było coraz mniej (jeszcze w 2008 r. sklepy małoformatowe stanowiły 51 proc. wszystkich placówek handlowych; na koniec 2015 r. ich udziały w rynku spadły do 37 proc.).

Komisja Europejska uznała jednak, że wprowadzony w Polsce podatek jest sprzeczny z prawem unijnym, bowiem stanowi on ukrytą formę pomocy publicznej dla części sektora handlowego, który nie został objęty tym podatkiem (tj. dla sklepów o przychodach mniejszych niż 17 mln zł miesięcznie). Bruksela podjęła wówczas decyzję o konieczności zawieszenia funkcjonowania tego podatku na terytorium naszego kraju.

Decyzja Komisji Europejskiej jest o tyle dziwna, że podobne rozwiązania podatkowe funkcjonują we Francji i Hiszpanii. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że francuski parlament w 2010 r. wprowadził specjalny podatek od "dużych lokali użytkowych". Na jego mocy sklepy oferujące sprzedaż detaliczną o powierzchni większej niż 400 m2 i obrotach przekraczających 460 tys. euro rocznie są zobligowane do zapłaty podatku, którego stawki wynoszą od 5,74 do 34,12 euro za każdy metr kwadratowy powierzchni (dokładna stawka jest wyliczana uwzględniając proporcję osiąganych obrotów do wielkości powierzchni). Francuskie władze nigdy nie ukrywały celu wprowadzenia tego podatku - miała nim być ochrona mniejszych, rodzinnych sklepów, które nie miały szans w starciu z dużymi sieciami handlowymi. 

Co ciekawe - rozwiązania funkcjonujące we Francji, które uzależniają nałożenie podatku od powierzchni sklepu i jego obrotu, nie zostały zakwestionowane przez Komisję Europejską. Mimo, że główna przesłanka nałożenia tego obciążenia (tj. osiągane przychody) stawia w uprzywilejowanej pozycji mniejsze sklepy, to Bruksela nie stwierdziła, aby francuski podatek od dużych lokali użytkowych stanowił ukrytą formę pomocy publicznej dla części sektora handlowego, który nie został objęty tym podatkiem. 

Na przykładzie powyższego widać wyraźnie, że w Unii Europejskiej są jednak równi i równiejsi.

 

Źródło: Możliwy powrót do kryterium powierzchni w podatku od handlu (ObserwatorFinansowy.pl)
Źródło: Podatek od hipermarketów nie tylko w Polsce. Zobacz w jakich krajach obowiązuje (Money.pl)

wpis z dnia 5/12/2016

    


  

     Nadzwyczajne kasty III RP mają więcej praw niż jacyś tam zwykli ludzie. Oto esencja myślenia czcicieli okrągłostołowych elyt!
wpis z dnia 3/12/2016

 

Rzecznik prasowy poznańskiego sądu rejonowego, który przedwczoraj wypuścił podejrzanego o korupcję Józefa Piniora, stwierdził, że "nawet gdyby w przyszłości doszło do skazania podejrzanych, to w realiach tej sprawy, biorąc pod uwagę, jakich osób to dotyczy, nie byłaby to kara surowa" (sic!). Przecież to jawne potwierdzenie niepisanej zasady, że w III RP są równi i równiejsi, że "nadzwyczajna kasta" beneficjentów ułożonego przy okrągłym stole państwa ma więcej praw niż zwykli jego obywatele!

Jak to jest z tym poczuciem sprawiedliwości w III RP? Znany reżyser mógł zgwałcić, bo jest jest "znanym reżyserem". Znany redaktor naczelny mógł obrażać innych, bo jest "znanym redaktorem naczelnym". Znana polityk mogła brać łapówki, bo była "znaną polityk, którą uwiódł agent CBA". Generał-zbrodniarz z okresu PRL mógł pozostać bezkarny, bo był "znanym generałem, który współtworzył III RP". Można tak bez końca. 

Momentem założycielskim swego rodzaju system kastowego ludzi uprzywilejowanych (znanych, wybitnych, nadzwyczajnych itp.) w III RP był oczywiście okrągły stół. To wówczas ugruntowano podział na beneficjentów "nowego państwa" oraz tych, którzy do tej grupy mogą dołączyć pod warunkiem, że będą odpowiednio lojalni wobec "autorytetów". Wszelka próba podważenia układu stworzonego w 1989 roku kończyła się dla podważającego publicznym ostracyzmem i oskarżeniami o prawicowe oszołomstwo.

System kastowego podziału społeczeństwa doprowadził do sytuacji, w której otwartym tekstem mówi się, że są równi i równiejsi, że niektórzy podlegają prawu na zupełnie innych warunkach niż reszta. Przykładem nich tu będzie wspominany rzecznik prasowy poznańskiego sądu rejonowego, który wypuścił podejrzanego o korupcję Józefa Piniora. Pytany przez dziennikarzy o wypuszczenie przez sąd byłego senatora PO, stwierdził, że: "nawet gdyby w przyszłości doszło do skazania podejrzanych [Józefa Piniora oraz dwóch innych podejrzanych], to w realiach tej sprawy, biorąc pod uwagę, jakich osób to dotyczy, nie byłaby to kara surowa" (!!!). 

Nie wiem czy rzecznik sądu powiedział to w pełni świadomie, czy też mu się najzwyczajniej w świecie wymsknęło, ale faktem jest, iż potwierdził on niepisaną zasadę, że w III RP są równi i równiejsi, że - używając słów sędzi NSA - "nadzwyczajna kasta" beneficjentów ułożonego przy okrągłym stole państwa ma więcej praw niż zwykli jego obywatele! 

W tym kontekście powstaje pytanie - co musi się zdarzyć, ile czasu musi jeszcze upłynąć, aby system kastowy w Polsce ostatecznie legł w gruzach?

 

Źródło: Skandaliczne uzasadnienie sędziego ws. zwolnienia Piniora! "Biorąc pod uwagę, jakich osób to dotyczy, nie byłaby to kara surowa". III RP w pigułce? (wPolityce.pl)

wpis z dnia 3/12/2016

   


  

     TK łamie prawo (wybór kandydatów bez kworum), bo 3 sędziów wybranych przez PiS nagle postanawia się "rozchorować". Paradna parodia sądu konstytucyjnego!
wpis z dnia 2/12/2016

 

Zgromadzenie 9 sędziów Trybunału Konstytucyjnego (nie wiedzieć czemu nazywane przez niektórych Zgromadzeniem Ogólnym) postanowiło zakpić z obowiązującego w Polsce prawa i pod fałszywym pozorem wypełnienia ustawowego kworum (10 sędziów) wybrać "swoich" kandydatów na stanowisko nowego prezesa TK. Kwestia byłaby zupełnie oczywista, gdyby nie fakt, iż do braku kworum przyczyniło się nagłe "rozchorowanie się" 3 sędziów wybranych przez PiS... Kiedy skończy się ta paradna parodia funkcjonowania sądu konstytucyjnego?!

Przypomnijmy - grupa 9 sędziów TK pod przewodnictwem Andrzeja Rzeplińskiego postanowiła wybrać Marka Zubika, Stanisława Rymara i Piotra Tuleję jako "kandydatów Zgromadzenia Ogólnego Trybunału Konstytucyjnego" na stanowisko nowego prezesa TK. Problem w tym, że ustawa jasno wskazuje, iż Zgromadzenie Ogólne TK jest wtedy, gdy zbiera się co najmniej 10 sędziów. Tym samym wybór dokonany przez grupę 9 sędziów nie może być uznany za wybór dokonany przez Zgromadzenie Ogólne, bowiem do niego w ogóle nie doszło. Do tego momentu wszystko wydaje się być jasne i klarowne. Niestety to tylko pozory...

Okazuje się bowiem, że powodem niezebrania odpowiedniego kworum było nagłe "rozchorowanie się" 3 sędziów wybranych przez PiS. Innymi słowy - sędziowie Julia Przyłębska, Zbigniew Jędrzejewski oraz Piotr Pszczółkowski uprawiają jawną destrukcję procesową metodą "na L4". Intencje są zupełnie jasne - niedopuszczenie do prawnego wyboru kandydatów na stanowisko prezesa TK. Pytanie tylko, czy taka metoda przystoi sędziom TK?

Z jednej strony, jeśli Andrzejowi Rzeplińskiemu nie przeszkadza procedowanie bez kworum, to równie dobrze PIS-owi nie musi przeszkadzać brak parlamentarnej większości by np. dokonać zmiany Konstytucji. No bo kto zabroni? Z drugiej strony, jeśli wybrani przez PiS sędziowie udają zbiorowo chorych i w ten sposób uzasadniają swoją nieobecność w Zgromadzeniu Ogólnym TK, to jednocześnie dają antyprzykład dla innych ludzi. Z takiego postępowania wypływa morał, że w imię określonego celu dopuszczalne jest kłamstwo i oszustwo.

Jedno jest pewne - zamieszanie wokół Trybunału Konstytucyjnego przeobraziło się w paradną parodię funkcjonowania sądu konstytucyjnego. Czy jest jeszcze szansa na porozumienie ponad politycznymi podziałami? Czy też TK jest już tylko instytucją "do zaorania"?

 

Źródło: Komunikat TK: Sędziowie wybrali 3 kandydatów na nowego prezesa (doRzeczy.pl)
Źródło: TK wybrał kandydatów na następcę Rzeplińskiego. Nie było kworum - sędziowie wybrani przez PiS na L-4 (Gazeta.pl)

wpis z dnia 2/12/2016

   


   

     750 tys. najbogatszych straci rocznie max. 556 zł, zaś 3 mln zyska od 5 do 10% swoich rocznych zarobków - oto realne skutki zmian przy kwocie wolnej
wpis z dnia 1/12/2016

 

Główną konsekwencją wejścia w życie nowej ustawy o kwocie wolnej będzie to, że grupa około 750 tys. osób osiągających w ciągu roku dochody wyższe niż 85,5 tys. zł straci od min. 1 zł do max. 556 zł (w przypadku zarobków wyższych niż 127 tys. zł). W zamian osiągający w ciągu roku dochody niższe od 6,6 tys. zł (renciści, studenci, pracujący dorywczo na umowę-zlecenie) zyskają od 5 do 10 proc. swoich rocznych dochodów. Pytanie, czy zamiast majstrować przy kwocie wolnej nie lepiej byłoby całkowicie zlikwidować podatek PIT?

W ciągu ostatnich dni przez gazety i media elektroniczne przetoczyła się fala komentarzy na temat zmian przy kwocie wolnej od podatku w naszym kraju. Przypomnijmy, że przyjęty w ekspresowym tempie przez ekipę PiS projekt przewiduje, iż od 1 stycznia 2017 roku kwota wolna od opodatkowania urośnie do 6,6 tys. zł. Problem w tym, że podwyżka tej kwoty będzie odnosiła się jedynie do najbiedniejszych, którzy osiągają najniższe dochody. Zgodnie ze statystykami Ministerstwa Finansów - chodzi o około 3 miliony osób. Będą to głównie renciści, studenci oraz pracujący dorywczo na umowę-zlecenie. Zyskają oni od 5 do 10 proc. swoich rocznych dochodów. 

Wobec kolejnych 2 mln osób, które w ciągu roku osiągają dochody w przedziale od 6,6 do 11 tys. zł kwota wolna od PIT wzrośnie degresywnie - tj. im bliżej dochodu 11 tys. zł tym kwota wolna będzie się obniżać aż osiągnie poziom 3 091 zł. Dla kolejnych ok. 20 mln podatników nic się nie zmieni - kwota wolna tak jak przez ostatnie 8 lat będzie wynosiła wspomniane już 3 091 zł. 

Na zmianach wprowadzonych przez PiS straci grupa ok. 750 tys. osób, które w ciągu roku osiągnęły dochody wyższe niż 85,5 tys. zł (takie dochody można osiągnąć zarabiając już ok. podwójnej średniej krajowej w skali roku). W ich przypadku rząd zabierze im z kieszeni od 1 zł do max. 556 zł (w przypadku zarobków wyższych niż 127 tys. zł). Znowu zostanie zastosowany degresywny mechanizm zmieniającej się kwoty wolnej - tym razem jednak od 3 091 zł do 0 zł.

Po co o tym wszystkim piszę? Nie przesądzając jednoznacznie tego, czy PiS zrobił dobrze czy źle podwyższając (lub obniżając) kwotę wolną wybranym, chce wskazać na jeden bezsprzeczny fakt, iż powyższe zasady wiążą się z większą biurokracją. Ktoś po stronie administracji podatkowej musi bowiem to wszystko zliczyć, sprawdzić, zwrócić przelewem. Większe skomplikowanie systemu podatkowego (a z tym de facto będziemy mieli do czynienia) wiąże się nieodłącznie z większymi kosztami funkcjonowania fiskusa. Warto w tym kontekście przypomnieć badania OECD, z których wynika, że administracja podatkowa w Polsce już teraz na swoje utrzymanie pochłaniała proporcjonalnie największą część środków pieniężnych zabranych podatnikom spośród wszystkich administracji podatkowych państw należących do UE. Koszty te z pewnością nie będą od przyszłego roku niższe, gdy zaczną obowiązywać nowe zasady wyliczania kwoty wolnej od PIT. 

Mając na uwadze powyższe zasadnym wydaje się być pytanie - czy zamiast kombinować przy kwocie wolnej i komplikować system podatkowy, nie lepiej byłoby całkowicie zlikwidować podatek dochodowy w Polsce? Brakujące wpływy można by swobodnie zastąpić ujednoliconym podatkiem VAT - o wiele prostszym w naliczaniu i ściąganiu niż podatek PIT. Efekt? - Każdy obywatel pod względem podatkowym byłby traktowany tak samo, a państwo mogłoby przyoszczędzić z kilka miliardów złotych w skali roku na cięciu zatrudnienia w administracji podatkowej, która dzisiaj jest oddelegowana do walki na odcinku pt. PIT.  

 

Źródło: Norbert Maliszewski (Twitter.com)
Źródło: Tax Administration 2015 (OECD.org)
Zobacz także: Fiskus drogi i nieskuteczny (Rp.pl)
Zobacz także: Najubożsi pod ochroną (Rp.pl)

wpis z dnia 1/12/2016